Życiorys
Urodziłem się 13 kwietnia 1375 roku Ery Odrodzenia, w rodzinie szlacheckiej rodu La Pass. W wieku kilkunastu lat uczęszczałem do szkoły, tak jak większość rówieśników. Z nauką nigdy nie miałem problemów, a moi nauczyciele powtarzali, że na pewno daleko zajdę.
Przedmiotem, który najbardziej lubiłem, była historia. Później zamiłowanie przerodziło się w prawdziwą pasję, szczególnie do historii starożytnej, ale to przyszło dopiero na uniwersytecie. Mój ojciec był kupcem, matka zajmowała się domem. Byłem jedynakiem i choć moja rodzina nie była zbyt majętna, nigdy niczego mi nie brakowało. Ludzie z dużą ilością gotówki byli dla mnie wzorem. Sam chciałem, jak ojciec, zostać kupcem, lecz na tyle sprytnym i zaradnym, aby podnieść nasz ród do rangi rodu, z którym wszyscy będą się liczyć.
W wieku dwudziestu lat niestety zbyt mało interesowałem się tym, co robi ojciec, i nie zauważyłem, że coraz częściej chodzi strapiony oraz niezadowolony ze swoich wyników handlowych. Jak okazało się później, zaczął popadać w coraz większe długi, ale nie dzielił się tymi problemami ani z matką, ani ze mną. Dowiedzieliśmy się o wszystkim dopiero wtedy, gdy do domu przyszli przedstawiciele barona de Fugde i zażądali spłaty zobowiązań.
Po tym wydarzeniu ojciec opowiedział całą historię zaciągniętego długu. Pewnego dnia przyszedł do niego znajomy kupiec z propozycją. Na gwałt potrzebował gotówki, a ci, którzy go znali, nie chcieli pożyczyć mu ani florena. Zaproponował więc ojcu sprzedaż ogromnej ilości towaru za ćwierć ceny. Ojciec chętnie przystał na tę propozycję, lecz pod warunkiem, że kupiec sprzeda mu cały towar, a nie tylko tyle, ile pokryłoby jego doraźne potrzeby. Kupiec, przyparty do muru, zgodził się.
Ojciec, wietrząc ogromny zysk, pożyczył dużą sumę od barona de Fugde, ponieważ sam nie miał pieniędzy, by wykupić cały ładunek. Gdy zakupił towar, zobaczył, że jest w wielkich długach i nie ma już środków na odpowiednią eskortę. Chęć szybkiego zysku nie pozwoliła mu jednak przejąć się tym problemem. Wysłał transport ze szczątkową ochroną. To był okropny błąd. Karawana została doszczętnie złupiona zaledwie dzień drogi od naszego rodzinnego miasta. Tak zaczął się koniec kariery mojego ojca.
W tak wielkich długach nie był jeszcze nigdy. Gdy baron de Fugde dowiedział się o jego niewypłacalności, pozwał go do sądu. Sąd, za sugestią barona, skazał mojego ojca na natychmiastowe opuszczenie miasta wraz z całą najbliższą rodziną oraz zakaz wstępu do niego. Było to w roku 1403 Ery Odrodzenia. Na podróż mogliśmy zabrać tylko to, co naprawdę niezbędne. Reszta dobytku przeszła na własność barona de Fugde.
Chcieliśmy udać się do stolicy i tam rozpocząć nowe życie. Po drodze dołączyliśmy do małej karawany podróżującej w tym samym kierunku. Nie jechała wprawdzie zbyt szybko, ale w grupie było raźniej, a i własnych bagaży nie trzeba było dźwigać.
Trzeciego dnia podróży postanowiłem nazbierać grzybów na popołudniową zupę. Wszedłem w las ciągnący się wzdłuż traktu i zagłębiałem się między drzewa tak, aby nie stracić karawany z oczu. Wtedy stało się coś okropnego. Z lasu po przeciwnej stronie posypał się grad strzał. Pierwsi padli najemnicy, całkowicie zaskoczeni, a zaraz po nich woźnice. Na trakt wybiegło kilkunastu zbirów. Kilku doskoczyło do koni i zatrzymało je, reszta szukała pozostałych członków karawany. Gdy już ich znajdowali, po prostu zabijali z zimną krwią.
Chciałem pośpieszyć im na ratunek, ale wiedziałem, że jeśli ujawnię swoją obecność, nie tylko im nie pomogę, lecz sam zginę. Siedziałem więc cicho. Gdy zbiry zabiły już wszystkich, zabrały się do łupienia karawany. Cała ta „praca” zajęła im około piętnastu minut, choć dla mnie trwała całą wieczność. Gdy skończyli, odpięli konie i z powrotem weszli w las.
Wybiegłem na trakt i zobaczyłem mojego ojca, który leżał z poderżniętym gardłem, oraz matkę przebitą dwiema strzałami. Matka jeszcze żyła, ale nie byłem w stanie jej pomóc. Nigdy nie zapomnę błagalnego wyrazu jej oczu. Jedyne, co mogłem zrobić, to wziąć ją w ramiona i zapłakać.
Siedziałem tak na trakcie kilka godzin. Dopiero przejazd następnej karawany sprawił, że wróciłem do normalnego stanu. Jechał nią John Armar, jubiler ze stolicy, który po wysłuchaniu mojej opowieści zaproponował, że weźmie mnie ze sobą i pozwoli mi u siebie pracować, dopóki jakoś się nie urządzę. Przystałem na tę propozycję chętnie i wyruszyłem z nim.
Myślałem, że będę u niego sprzątaczem albo chłopcem na posyłki, lecz ku memu zdziwieniu myliłem się. Od samego początku pobytu w stolicy zaczął przyuczać mnie do prowadzenia jego komisu. Jako jubiler miał pracę czasochłonną i pasowało mu, by ktoś za niego wyceniał rzeczy, które ludzie przynosili do sklepu.
Na początku kazał mi nauczyć się cen rynkowych ogromnej gamy produktów: od ozdobnych broni, którymi nie można było zranić nikogo, bo były atrapami, przez konie i karety, aż po kamienie szlachetne, perły i inne kosztowności. Nauka ta nie trwała zbyt długo, ale nie była najtrudniejszym etapem. Ważne było to, aby odróżnić kiczowatą bransoletę ze złota od mistrzowsko wykonanego egzemplarza biżuterii.
Następnym etapem było zaoferowanie klientowi takiej ceny, aby była opłacalna dla Johna i aby klient był zadowolony. Ważne było też, aby orientować się, czy na dany towar jest akurat popyt, bo jeśli go nie było, cenę trzeba było skutecznie obniżyć albo w ogóle produktu nie skupować. Mimo że byłem pojętnym uczniem, na dział skupu pierwszy raz sam poszedłem dopiero po półtorarocznym pobycie u Johna. Szło mi całkiem nieźle i John chciał zacząć przyuczać mnie do zawodu jubilera. Niestety nie doszło do tego.
Mieszkałem w pokoju nad pracownią jubilerską. Pewnej nocy usłyszałem niepokojące odgłosy, zszedłem więc na dół, lecz nie zachowałem zbyt wiele ostrożności. Gdy wszedłem do pracowni, ktoś zdzielił mnie czymś tępym w głowę i straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, stał nade mną medyk, który stwierdził, że mam wyjątkowo mocną głowę albo ktoś celowo uderzył mnie tak, abym tylko stracił przytomność.
Zaczęło się przesłuchanie. Niestety nie widziałem twarzy złodzieja. Mimo to gwardzista prowadzący sprawę wypytywał mnie dość dociekliwie. Pytał, czy jestem zadowolony z zarobków i czy John jest dobrym pracodawcą. Zrozumiałem, że sprawdza, czy przypadkiem nie byłem zamieszany w kradzież. John zeznał, że jestem dobrym pracownikiem i nie ma ze mną żadnych problemów.
Gdy gwardzista miał już wychodzić, dostrzegł coś na podłodze. Mieniło się w słońcu. Był to duży brylant. Znalezisko zainteresowało go na tyle, że nakazał przeszukanie mojego pokoju. Ku mojej rozpaczy pod łóżkiem znaleziono sakiewkę pełną drogocennych kamieni. Od razu nasunęły się wnioski, że jestem zamieszany w kradzież, a to część łupu należąca do mnie. Fakt, że moja głowa nie ucierpiała zbyt mocno, miał świadczyć o tym, iż współpracowałem ze złodziejem.
Zostałem zaprowadzony do sądu. Za to przewinienie groziło mi osiem lat więzienia, lecz ponieważ nie powiedziałem, kto był współsprawcą kradzieży, uznano, że bronię drugiego złodzieja i dołożono mi jeszcze cztery lata. Roztoczyła się przede mną wizja dwunastu lat spędzonych w areszcie za czyn, którego nie popełniłem.
Pierwszy miesiąc spędziłem z drobnym złodziejaszkiem, który, aby zabić czas, pokazał mi, jak otworzyć drzwi celi gwoździem. Opowiadał o swoich kradzieżach, a ja słuchałem tego z miłą chęcią, ponieważ była to jedyna osoba, do której mogłem się przez pierwsze dni pobytu w areszcie odezwać. Bywało tak, że przez kilka tygodni siedziałem w celi sam. To były chyba najgorsze okresy w więzieniu. Przez czas, który przesiedziałem, poznałem wielu złodziei, rabusiów, gwałcicieli, a przede wszystkim pijaków.
Z więzienia wyszedłem po dziewięciu latach. Była to nagroda za dobre sprawowanie. Bez grosza przy duszy udałem się na przechadzkę po mieście i właśnie tam okazja zrobiła ze mnie złodzieja. Pewnemu bogato ubranemu mężczyźnie wystawała z boku pękata sakiewka i wprost zdawało się, że woła: „weź mnie”. Skwapliwie to uczyniłem.
Z pokaźną ilością gotówki postanowiłem zastanowić się, jak rozpocząć nowe życie. Chciałem wyuczyć się jakiegoś zawodu, ale miałem wręcz pewność, że w tym mieście jestem już za swoją odsiadkę spalony. Wyruszyłem więc do Ak-kar, miasta, w którym działał uniwersytet magiczny. Po drodze spotkałem grupkę młodych ludzi udających się tam, aby zostać magami. Zachęcili mnie, bym, o ile mam dużo pieniędzy, także się zapisał.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że gotówka, którą zdobyłem w stolicy, wystarczy na wpisowe i pierwszy semestr. Postanowiłem spróbować. Tak zaczęła się moja edukacja na uniwersytecie. Niestety miałem utrudnione zadanie, bo gdy pozostali uczniowie mogli się uczyć, ja musiałem myśleć, jak zdobyć pieniądze na następny semestr. Kiedy zorientowałem się, że za normalnie zarobione pieniądze nie jestem w stanie opłacić szkoły, zacząłem kraść.
Pewnie skończyłbym edukację z wyróżnieniem, gdyby nie to, że zostałem złapany na kradzieży. Po dwóch latach nauki wylądowałem na trzy miesiące w więzieniu. Przez ten fakt droga do dyplomu na uniwersytecie została zamknięta. Po wyjściu uznałem, że szkoda tych dwóch lat nauki i trzeba zacząć uczyć się samemu, z książek oraz innych dostępnych źródeł. Postawiłem sobie za cel to, że sam, bez niczyjej pomocy, rzucę czar.
Nauka, przerywana odsiadkami za drobne kradzieże, trwała cztery lata. Pierwszym wyuczonym czarem był „Magiczny pocisk”, który posłałem w bezpańskiego psa. Byłem zadowolony z tego faktu, lecz nadal nie widziałem możliwości zarobienia dzięki temu uczciwych pieniędzy. Kradłem więc na potęgę, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Łatwe pieniądze nie pozwalały mi myśleć o podjęciu zwyczajnej pracy. Nauka czarowania zeszła na drugi plan, a potem w ogóle przestałem się nią interesować. Na pierwszy plan wysunęły się nocne popijawy i rozróby.
Gdy i to miasto mi się znudziło, udałem się do kolejnego i tam wszystko zacząłem od początku. Pewnego dnia znów wsadzono mnie do paki. Miałem tam spędzić pół roku, ale powiedziałem sobie: nie. Z pryczy wyciągnąłem gwóźdź i deskę. Gwoździem otworzyłem zamek, a deską ogłuszyłem strażnika. Niestety zostałem złapany jeszcze na terenie więzienia. Za próbę ucieczki i zamach na życie strażnika dostałem pięć dodatkowych lat odsiadki.
Po tym czasie postanowiłem skończyć z większymi kradzieżami i zadowolić się drobnymi. I tak przez ponad trzydzieści lat kradłem i wiodłem raczej skromne życie w różnych miastach kontynentu. Wtedy nagle, w karczemnej bójce, w samoobronie zabiłem człowieka. Świadkowie zeznali jednak inaczej i sąd skazał mnie za nieumyślne spowodowanie śmierci na dwadzieścia pięć lat galer. Z tego, co było mi wiadomo, na galerach przeżywało się najwyżej piętnaście.
Na galerach pływałem w bardzo odległe miejsca, jednak nigdy nie wychodziłem na ląd. Wyrok zakończyłem „zaledwie” po siedmiu latach. Zawdzięczam to amnestii. Po tych siedmiu latach byłem zupełnie inną osobą, nastawioną negatywnie do wszystkich i wszystkiego. Przez następne czterdzieści lat nabierałem doświadczenia w „zawodzie” złodzieja i coraz rzadziej odwiedzałem więzienia.
Około 1500 roku Ery Odrodzenia ponownie postanowiłem studiować magię. Od tego czasu zacząłem inwestować w nią coraz więcej pieniędzy.
Złoty Los i Północ
Późniejsze zapiski oraz kroniki dopowiadają dalszą drogę Nandina. W Dermath związał się ze Złotym Losem, działał w półświatku i wykonywał zadania u boku ludzi Roberta oraz Luisa. W tym okresie spotykał Lyrralta z Tales, Bagriela, Lataniela UnHal i Gurneya, a jego imię pojawia się w kronikach kampanii Droga Fechmistrza.
Po rozstaniu ze Złotym Losem przez lata uciekał przed ludźmi Roberta. Jedna z najważniejszych scen zachowanych w Kronikach Nandina pokazuje go na Ziemiach Mrozu, ściganego przez zabójców i ocalonego przez tajemniczego kapłana Namiru Geda. To doświadczenie wraca później, gdy Nandin zaczyna pracować dla Maximusa i Bedarona w Dirdighen.
W Dirdighen działa jako mag, szpieg i człowiek od trudnych, dyskretnych zleceń. Mieszka w gospodzie „Rycerz Śmierci”, pije Pontimusa Białego u Beryla i stopniowo wchodzi w coraz głębsze kręgi zaufania świątynnej siatki. W końcu Bedaron kieruje go do Gotha un Nathreka. Od tej chwili Nandin podróżuje z Gothem, Ziriel, Dinem Horgetem i Radagastem, wnosząc do drużyny magię, cyniczny humor, doświadczenie szpiega oraz własny bagaż dawnych długów.