Dwunastego sierpnia, rankiem, do karczmy przybył Goth. Wyjaśnił nam, że przez tydzień jego nieobecności poproszono go o doradztwo na Radzie Lordów, która co jakiś czas zbiera się i obraduje w Paddar. Rada nie zbiera się wspólnie, w jednym miejscu – raczej polega to na tym, że skłóceni i skonfliktowani arystokraci i władycy spotykają się razem na posiedzeniach i próbują dojść do kompromisu. Takich spotkań jednocześnie odbywa się wiele w Paddar i uczestniczą w nich jedynie zainteresowane strony – obradom i debatom przewodniczą tak zwani Sędziowie Trybunału, którzy starają się pomóc w osiągnięciu porozumienia. Kapłan występował z ramienia kościoła, gdzie z uwagi na swój stopień i rangę w kościele Lorsha był pomocnym doradcą. Pokrótce streściłem mu ostatni tydzień, o Srebrnej Igle i Iskaratim, o problemie z płótnem i interpretacją tekstu, zręcznie omijając proces stworzenia kadzidła… Po tym zostawiłem ich i udałem się do krasnoluda Marxa, kontynuować prace w laboratorium. Po południu przyszli po mnie i powiedzieli, że Iskarati dochodzi do siebie i jest prawie gotowy do namalowania obrazu, jednak żeby to się stało musieliśmy mu zacząć przywracać narkotyk… A to znowu było ryzykowne…
Wieczorem mogłem wrócić do pracy nad czarem, którego formułę porzuciłem ze względów trybu życia, jaki ostatnio prowadziliśmy, stanu zdrowia i alchemii, która całkowicie mnie pochłonęła i zafascynowała. Kolejnego dnia powróciłem do Marxa, a moi kompani udali się na zakupy dla Iskaratiego. Kupili materiały do malowania, farby, pędzle, płótna i stojaki, a wszystko mieli do odebrania następnego poranka. Wieczorami zgłębiałem formułę czaru, a moi kompani oddawali się błogiemu lenistwu…
Czwartego popołudnia, kiedy po mnie przyszli, po ich minach domyśliłem się, że coś u Iskaratiego się wydarzyło… Po południu w karczmie opisali mi pierwszy obraz, który malarz namalował…
Obraz przedstawiał ciemną uliczkę miasta, była noc. Plecami do artysty stała postać elfa, może człowieka, z szablą w dłoni. Była odziana w czarny płaszcz z kapturem na głowie. W ręku trzymała szablę gotową do ostatniego cięcia, a na ciemnej skórze dłoni miała wypalony symbol, znak miecza i dwóch węży, które go oplatają, a ich syczące łby skierowane są do siebie… Zakon Węży!!! Ten symbol miał Gotrek, kiedy wrócił, a raczej zbiegł ze szkolenia… Postać stała nad rosłym mężem w ciężkiej zbroi, który dysząc, może był ranny, klęczał na jednym kolanie, wspierając się na wielkim toporze. Prawdopodobnie był to Goth klęczący w walce z mrocznym elfem… Obok klęczącego woja stała kobieta, elfka, ze sztyletami, gotowa do walki. Za całą trójką, gdzieś w tle, leżał mężczyzna w czarnym płaszczu, może elf, którego widok podpowiadał, że mógł już nie żyć… Gdzieś w pobliżu leżącej postaci, podparty o mur, a może raczej ześlizgujący się plecami o mur, chwiał się człowiek, którego głowa w ogóle nie patrzała się na walczących… Obraz ponury, mroczny, przerażający i tragiczny…
Zaczęliśmy spokojnie interpretować „dzieło” malarza. Jeśli faktem jest, że Iskarati za pomocą pędzla potrafi być pewnego rodzaju medium, widzącym, to czekały nas ciężkie chwile… Będziemy musieli stawić im czoła, a malowidła będą nam podpowiedzią, jak zmienić przyszłość, o której maluje Iskarati… Ale czy uda nam się wpłynąć na przyszły bieg wydarzeń? Czy „wizje” zaćpanego malarza, mają szansę się w ogóle spełnić? Tego nie wiedzieliśmy, ale wiedzieliśmy, że nie możemy do tego dopuścić…
Uwagę przykuł też symbol Zakonu, który, mimo iż był malutkim szczegółem, to jednak przyciągał wzrok oglądających obraz. Czy mroczny elf jest wysłannikiem zakonu, który poprzez nas chce dopaść zbiegłego Gotreka? Może zakon nawet nie wie, że młody un Nathrek dawno nie żyje…? A może, co bardziej prawdopodobne, „nasz alchemik”, współpracujący z zakonem nasłał na nas mrocznego elfa…? Przecież to już kolejne nasze „spotkanie” i kolejna, nieudana próba pochwycenia szalonego eksperymentatora… Za dużo „gdyby” i zbyt mało odpowiedzi, przyjdzie nam niestety na wszystko zaczekać… Kończąc nasze gdybania, postanowiłem, że kolejnego dnia zwolnię się z laboratorium i pójdę z nimi do Iskaratiego… Miałem nadzieję zobaczyć więcej szczegółów, które być może mniej wprawne oczy moich kompanów, pominęły…
Kolejnego dnia wcześniej zacząłem badania i wcześniej opuściłem Marxa. Wiedziałem, że nauka idzie mi tak dobrze, że mogę pozwolić sobie na kilkudziesięciominutowe skrócenie zajęć, a jednak coś we mnie dalej ciągnęło mnie do warzenia mikstur… Szybko dotarliśmy do Południowej Baszty i wraz z dziesiętnikiem zeszliśmy do piwnic. Przed celą Iskaratiego była latarnia, którą lekko oświetlali malarzowi skromną „pracownię”. W celi rozmieszczone były sztalugi, pędzle na specjalnych stojakach i farby na paletach. Sam artysta leżał na pryczy i nie zwracał na nas w ogóle uwagi. Weszliśmy zaciekawieni i podekscytowani… Miałem nadzieję zobaczyć obraz, o którym mi opowiedzieli, jednak na stojaku było już inne dzieło…
Jezioro, ciemne i gęste, lekko falujące, na którego środku była malutka wyspa. Na niej, w nocne, gwieździste niebo, wzbijała się czarna, wysoka wieża… Od razu skojarzyliśmy Wieżę Mgieł z Miasta Mgieł… Na szczycie wieży okno. Pod nim wspinające się olbrzymie, muskularne, czarne koty o gęstej sierści…! Miały na sobie srebrne maski z kolcami na czołach i kolczaste obroże… Mimo iż wspinały się w kierunku okna, to jednak ich kocie mordy zwrócone były ku nam, jakby zza drugiej strony obrazu widziały nas…
Dziwny obraz. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie mamy umieścić wydarzenia, które opisywał. Czy to historia, czy zwyczajny wymysł Iskaratiego…? Wszystko to zagmatwane i bezsensu, a jednak gdzieś, patrząc w lata historii, skojarzyłem podobne koty… „Wojownicy z Rahagaru”… Tak dawniej nazywano podobne koty, które żyły w czasach Zanzibarru i zamieszkiwały południe Arkanii, krainę Rahagar i jego gęste puszcze. Ponoć sam Shadizzar wyhodował dla własnego użytku cały oddział takich kotów, który pod jego wodzą nosił nazwę Zabójców Nocy. Wykorzystywał ich jako skrytobójców, skutecznych i śmiertelnie niebezpiecznych. Często zapuszczały się na tyły wrogów i tam dokonywały zamachów, które dla zwykłych ludzi były nie do wykonania… Były bardzo inteligentne, a nawet czytałem, że potrafiły komunikować się z ludźmi…!
Przekazałem te informacje drużynie, ale dalej byliśmy w pacie, nie wiedząc jak rozumieć i interpretować namalowany obraz. W jednej z tub był też obraz, o którym opowiedzieli mi wcześniej, ale więcej szczegółów nie znalazłem. Było też dziwne płótno, zawsze stojące w celi, na którym były tylko ciapki i plamki, jakby malarz dobierał odpowiednie kolory i wzorował się na chaotycznych plamkach… Nigdy nie rozumiałem takich abstrakcji, toteż więcej nie zwracałem już na to uwagi. Po zaaplikowaniu Iskaratiemu dawki narkotyków wróciliśmy do pokoju, a ja do swoich ksiąg.
Następnego dnia, po krótszych laborkach, znowu poszliśmy do celi malarza. Tym razem, prócz płótna z plamkami, stał inny, nowy obraz…
Widok przedstawiał scenę walki, a może było już po bitwie…? Potężny, umięśniony wojownik, wyglądający jak maszyna, w pełnej, ciężkiej zbroi z ostrymi elementami, wrzeszczał w furii… Był łysy, o potężnej i umięśnionej szczęce, która ryczała „pieśń bojową”. Cały we krwi setek, może tysięcy zabitych wrogów, w potężnym uścisku dusił złotego smoka…!!! Nienawiść i furia biła z jego oczu! Smok był prawie martwy, z wywalonym na wierzch jęzorem. Sztywno leżał pod potężnym wojownikiem. Za nimi można było dostrzec zarys wielkiej bitwy…
Od razu skojarzyłem bitwę i postacie z obrazu… Podzieliłem się tą wiedzą z drużyną.
Orios był potomkiem człowieka i olbrzyma, był gigantycznych rozmiarów. Liczył sobie 2,5 metra wzrostu i cechował się wspaniałą muskulaturą ciała. Był jednak czarownikiem. Nikt nie wie, w jaki sposób, ten średnio bystry mieszaniec, opanował 10 Krąg Magii. Niektórzy powiadają, że półolbrzym przez całe swe życie opętany był przez demona i to właśnie dzięki niemu władał takimi mocami. Może jest w tym trochę racji, bo Orios lubował się kąpać we krwi. Dosłownie! Kiedyś ponoć, po jednej z bitew, kazał utoczyć krew z tysięcy rannych, którzy przeżyli masakrę. W złotej balii, pełnej krwi, ten szaleniec śmiał się do rozpuku i dobrze bawił wiele godzin.
Znany był ze swej brutalności i waleczności, zawsze angażował się w bitwach, zawsze w pierwszej linii z magią na ustach i śmiercią w dłoniach. Był prawdziwym magiem wojny, tak jak legendarni Magowie Mieczy Igrona z królestwa Vark. Orios w swej potężnej zbroi, umagicznionej przez samego Shadizzara i magicznym mieczem, podarowanym przez Urukairosa, siał postrach na każdym polu walki. Bywały bitwy, w których doliczono się nawet 1000 martwych z jego ręki. Nikt nie mógł równać się jego sile i szaleństwu. Szalony Orios własnoręcznie udusił potężnego złotego smoka Lepoldonisa, zgładził tytana Apolloniusa, spalił setki miast i wsi. Orios był maszyną mordu, która raz wprawiona w ruch nie mogła się zatrzymać.
Czołowi magowie zanzibarscy, Shadizzar i Zhak, bardzo sprytnie manipulowali Oriosem, wykorzystywali go do eliminacji własnych wrogów w organizacji i urzeczywistnianiu swoich podstępnych planów. Orios nie był zbyt bystry, ale to się nie liczyło. Liczyło się jego oddanie sprawie. A bardziej oddanych, niż on, świat nie widział. Shadizzar, wręczając mu artefaktyczny pancerz, powiedział: „Oriosie. Walcząc w nim, będziesz nieśmiertelny, ochroni cię przez każdym, nawet najpotężniejszym ciosem. Pamiętaj jednak, że jeśli staniesz w nim naprzeciwko siódmego syna półksiężyca i gwiazdy o pięciu ramionach, zginiesz.” Orios nigdy nie zrozumiał tego przesłania, uważał to za kolejną głupią, nic nieznaczącą zagadkę maga. Ha! Jak gwiazda i półksiężyc mogły spłodzić 7 synów! Orios szybko zapomniał o przestrodze. A Shadizzar przewidując moment, w którym ponad 100 lat później Orios będzie poza kontrolą, stając się zbyt niebezpieczny dla organizacji i samego maga, śmiał się. Śmiał się długo i wyjątkowo paskudnie.
…Opętany Orios, owładnięty mordem jak nikt nigdy w historii, niekontrolowany już przez nikogo, stanął przed kolejnym Rycerzem Krwi, takim samym jak setki, które leżały za nim, takim samym jakich zabił tysiące w swym długim życiu. W bitwie na Szarych Stepach stanął przed nim zdradzony generał polowy, zdradzony przez jednego ze swoich, przez lorda Keth. Oprócz białego kiedyś pióropusza, a teraz potarganego i zachlapanego krwią, nie różnił się niczym od innych rycerzy. Oprócz tego, że na swej zbroi nosił znak swego zakonu, swego wybitego oddziału, znak półksiężyca i pięcioramiennej gwiazdy. Rycerz ten nosił także zaszczytny i honorowy tytuł Siódmego Syna w zakonie. Nazywał się Abdar i został boskim opiekunem późniejszego Dominium. Upiorny głos szeptał Oriosowi jego ulubioną pieśń, mimo że ten przystanął i szukał czegoś w pamięci. Upiorny głos śpiewał: „Śmierć im wszystkim Oriosie, ruszaj!” Potężny Orios, w furii, ruszył do szaleńczego ataku, rzucając swój najpotężniejszy czar. Ostatni czar…
…A po drugiej stronie pola walki, potężny Shadizzar śmiał się swym upiornym głosem. Śmiał się tak, że wszyscy walczący wokół umierali w straszliwych męczarniach. Śmiał się do upadającego Oriosa, uśmiechał się zaś do swego nowego dzieła. Do Lorda Keth…
Goth dał Iskaratiemu nowo zakupione płótna i ostatnią dawkę ziół i leków. Malarz zażądał więcej narkotyków i powiedział, że „jeszcze dwa dni”… Po drodze do karczmy kupiliśmy mieszek Diabelskiego Ziela, a ja dla Marxa zakupiłem dzbanuszek lepszego gatunku spirytusu. Jutro ostatni dzień laboratorium…
Ostatniego dnia nauki zakończyłem badania dla trzech specyfików, które na początku postanowiłem opanować, ale też zgromadziłem wiele notatek i zapisów, które w przyszłości ułatwią mi zgłębianie alchemii. Byłem bardzo podekscytowany i czułem, że nowa wiedza powiększy tylko moje niemałe możliwości. Teraz pozostało mi tylko zgromadzenie sprzętu alchemicznego, ale z tym miałem już pewne początkowe plany… Podziękowałem Marxowi za opiekę i wsparcie i umówiłem się na dalsze badania. Potem poszliśmy do Iskaratiego, ciekawi nowych obrazów…
Obraz dokładnie odzwierciedlał obecną celę Iskaratiego… Na jej środku, ułożone w okręgu, stało osiem sztalug z płótnami. Wewnątrz nich leżał na kamiennej podłodze Iskarati, martwy, cały we krwi…
Nie ukrywałem, że widok tego malowidła zmartwił mnie… Oznaczał tylko fakt, że wkrótce malarz będzie martwy, ale czy zdąży wcześniej namalować obraz na sztandar…? Czas jakby przyspieszył, biegnąc na naszą niekorzyść. Wszyscy czuliśmy w powietrzu uczucie zaniepokojenia i dezorientacji. Nawet mina Gotha zdradzała jego rozterki. A może tekst, który mieliśmy w pamięci: „…co ducha wleje w sztandar i na płótno go przeniesie...”, trzeba było tłumaczyć dosłownie i właśnie to Iskarati, za pomocą obrazu, chciał nam uświadomić…?
Nie pozostało nam nic innego, jak dać mu dawkę narkotyków i wrócić do karczmy. Do wieczora czas poświęcałem nauce czaru, co jakiś czas wtrącając się do rozmów moich kompanów, na temat obrazów, które już namalował Iskarati. Kolejnego dnia ponownie wybraliśmy się do malarza. Niestety ku naszemu rozczarowaniu nie było nowego obrazu, a tylko ten, co wczoraj… Sam malarz leżał na pryczy i nie zwracał na nas uwagi. Stanęliśmy przed obrazem ze sceną z celi i nagle coś dziwnego zaczęło się dziać…
Obrazy ustawione w okrąg zaczęły powoli wirować w koło leżącego Iskaratiego…! Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni i zaskoczeni, po czym czas jakby powolutku zaczął zwalniać… Odgłosy dotąd lekko słyszalne spoza naszej celi, teraz rozbrzmiewały echem z każdej strony więziennego korytarza… Z dala dobiegał do nas szyderczy, groźnie brzmiący śmiech, który długo pozostał w naszych uszach. Znowu spojrzeliśmy na „ruchomy” obraz Iskaratiego, kiedy nagle czas zatrzymał się, a my ocknęliśmy się na korytarzu…!
Za naszymi plecami była ściana. Po bokach korytarza, były cele, ale wszystkie puste… Wszędzie panowała głucha cisza, a tylko echa naszych kroków, odbijały się od kamiennych ścian korytarza. Od razu rzuciłem „Wykrycie Magii”, ale nic nie wyczułem… Ruszyliśmy przed siebie, ostrożnie mijając opustoszałe cele. Doszliśmy do drzwi, po otwarciu których stanęliśmy dokładnie w takim samym korytarzu, z którego wyszliśmy! Ruszyliśmy dalej i znowu po kilkudziesięciu metrach były drzwi. Tym razem korytarz troszkę się wyróżniał. Zamiast niektórych cel, zwyczajnie była tylko lita ściana… Dotarliśmy do celi Iskaratiego, która też okazała się być pusta… Powoli, wsłuchując się we własne kroki, ruszyliśmy do kolejnych drzwi. Następny korytarz wyglądał identycznie, jak poprzedni, więc czym prędzej dotarliśmy do jego końca i przeszliśmy przez kolejne drzwi. Tym razem był tylko sam korytarz… Kamienne ściany, żadnych wnęk, czy cel… Potem stróżówka, pusta i identyczny korytarz… W końcu dotarliśmy do drzwi, które przypominały wyjściowe z Baszty na ulicę miasta…
Na placu przed Basztą panowała nieprzyjemna cisza… Była noc i tylko nieliczne gwiazdy oświetlały ulicę przed nami, bo wszędzie było ciemno. Gdzieś z oddali usłyszeliśmy gwar, może z jakiejś karczmy, ale dochodził z daleka, tego byłem pewien… Nagle za naszymi plecami usłyszeliśmy ten sam, „upiorny” śmiech. Szybko odwróciliśmy się i zamiast korytarza była ściana…! Odgłosy kroków i szyderczy śmiech, rozbrzmiewały echem zza jej kamieni, gdzieś tam wewnątrz. Ostrożnie wyszliśmy w kierunku placyku i znowu coś za naszymi plecami szarpnęło drzwiami, które z głuchym trzaskiem zamknęły „wejście” do Baszty! Wiedzieliśmy, że właśnie jesteśmy „ofiarami” wizji z obrazu Iskaratiego, że gdzieś tutaj może dojść do pojedynku z mrocznym elfem, ale nie było wyjścia, musieliśmy ruszyć z miejsca…
Rzuciłem na siebie „Kamienną Skórę”, po czym wolno ruszyliśmy w kierunku usłyszanego, karczemnego gwaru. Nagły krzyk Nandina przerwał naszą koncentrację i zwrócił naszą uwagę! Ktoś ranił go w plecy i szybkimi susami skoczył pomiędzy nas…! Wiedzieliśmy, kim był napastnik… Mroczny Elf dobył szabli i skoczył pomiędzy mną, a Gothem. Nie przewidział tylko tego, że ktoś inny może być szybszy od niego…
Ziriel skoczyła mu naprzeciw, ze sztyletami w dłoni. Scena, jak z obrazu Iskaratiego, tyle, że tylko Nandin perfekcyjnie „odegrał swoją rolę”… Szybkim cięciem elfka rozpłatała krtań mrocznego elfa. Bryzga krwi strzeliła z jego szyi, rozpryskując się po zakurzonej drodze. Napastnik nie zdążył zadać ani jednego ciosu, upuścił szablę, ukląkł na kolana i ze zdziwieniem w oczach, legł martwy na ziemię…
Nagle czas znowu zwolnił, a głos bojowy Gotha wydłużał się z literki na literę. Słyszałem tylko bicie, coraz wolniejsze, mojego serca. Zamknąłem oczy, a kiedy otwarłem, byliśmy ponownie w celi Iskaratiego, tyle, że jej „wystrój” znacznie zmienił się odkąd nas „przeniosło”…
Malarz leżał cały we krwi na środku pomieszczenia!!! Miał podcięte żyły, a raczej rozorane za pomocą jednego z pędzli…!!! Wokół niego były obrazy, które wcześniej namalował. Był też jeden nowy, który wcześniej potraktowaliśmy jako próbki i abstrakcję, chaos malarski i mieszanie kolorów. Teraz był pięknym obrazem i wiedzieliśmy, że to ten właściwy… Na sztandar…
Nie zdążyliśmy mu się nawet dokładniej przyjrzeć, bo wszystko później potoczyło się szybko. Ziriel szybko zaczęła zbierać wszystkie obrazy i ładować do tuby, a my krzyczeliśmy za strażnikiem. Kiedy przybył dziesiętnik i strażnik, szybko skłamaliśmy mu, że nagle malarz oszalał, rzucił się na nas, a kiedy go odepchnęliśmy, podciął sobie żyły wcześniej zaostrzonym pędzlem… Nawet nie zdążyliśmy zareagować, wszystko tak szybko się działo… Wszyscy wyszliśmy z celi i z udawaną ponurością i smutkiem, udaliśmy się na górę, do wyjścia, na plac przed Basztę…