Kiedy wyszliśmy na zewnątrz okazało się, że jest późny wieczór…! Byliśmy mocno zdziwieni, bo wyglądało na to, że to, co stało się w celi Iskaratiego, trwało cały dzień, a przez cały czas nikt do nas najwidoczniej nie zaglądał! Teraz nasz „bajka”, którą opowiedzieliśmy dziesiętnikowi wydawała się co najmniej nieprawdopodobna, a bardziej skłamana… Musieliśmy ustalić w karczmie bardziej wiarygodną wersję wydarzeń.
Do pokoju dotarliśmy po jedenastej w nocy. Ustaliliśmy, że kiedy weszliśmy do celi, Iskarati zaczął malować obraz. Czekaliśmy, aż artysta skończy i trwało to dość długo. Kiedy skończył, zażądał narkotyku i po odmowie wpadł w szał i rzucił się na nas… Odepchnięty na środek komnaty, szybko połamał drewniany pędzel i ostrymi końcami rozorał sobie żyły przy nadgarstkach. Byliśmy tak zdziwieni jego zachowaniem, bo przecież od kilku dni była u niego widoczna poprawa, że zanim zareagowaliśmy, w kilka chwil malarz wykrwawił się…! Kapłan próbował jeszcze ratować go mocą boga, ale było już za późno… Wtedy wezwaliśmy dziesiętnika i strażników… Oczywiście wiedzieliśmy, że ta „historia” jest dla głupich, ale Goth twierdził, że nikt nie będzie podważał jego zdania, tym bardziej, że nikomu nie powinno zależeć na Iskaratim, bo i tak był uważany za uzależnionego od Diabelskiego Ziela i nie do odratowania…
Potem mogliśmy w spokoju obejrzeć namalowany obraz na sztandar i jakiś inny, który też stał obok, kiedy pojawiliśmy się z powrotem w celi.
Obraz dokładnie odzwierciedlał celę Iskaratiego, jak tamten, zanim zniknęliśmy w „naszej rzeczywistości”… Na jej środku, ułożone w okręgu, stały tylko dwie sztalugi z płótnami. Na środku celi leżał na kamiennej podłodze Iskarati, martwy, cały we krwi…
W ogóle nie dziwiła mnie treść tego malowidła, ale dalej chciałem wiedzieć, co się stało i jak to było wszystko możliwe…? Niestety prócz czekania cierpliwie na odpowiedzi, nic więcej nie mogliśmy w tej sprawie zdziałać. Kolejny obraz, ten właściwy, jedyny nadający się na sztandar, był tajemniczy i mroczny w swym pięknie i prostocie. Mimo iż wiedziałem, że jest to bezapelacyjnie dzieło sztuki, to jednak nie odbierałem tego w tych kategoriach… Raczej zaintrygowała mnie jego treść…
Całość przedstawiała górę, ciemną, tajemniczą i groźną. Jej zaostrzony i zawinięty czubek, zawieszony nad całością, rzucał cień na pozostałe elementy obrazu. Porośnięta była ostrymi krzewami, a na jej dole wiła się kamienna, szara ścieżka. Na różnych wysokościach Ogona Diabła, powbijane były bronie, które odzwierciedlały każdego z nas, uczestniczącego w tej długiej kampanii. Z broni, zboczami góry spływały strugi krwi, które kończyły się gdzieś przy krzewach na dole. Tylko z dwóch broni, krew spływała bezpośrednio na dno góry, do kamiennej ścieżki, po której powolutku płynęła czarna, nieprzyjemna maź… Z szabli, która przedstawiała martwego Gotreka i z miecza i tarczy, po nieżyjącym Dinie…
Długo jeszcze rozmawialiśmy o ostatnich wydarzeniach i niebezpiecznych spotkaniach, ale bez poważniejszych wniosków. Późno poszliśmy spać. Rankiem przy śniadaniu podszedł do nas dziesiętnik Markolm przysłany od setnika… Wspólnie udaliśmy się do Baszty Południowej wyjaśnić jego przełożonemu wydarzenia sprzed dnia. W tubie Ziriel wzięła najważniejszy dla nas obraz, aby nie zaginął, bądź nie został skradziony.
W swoim gabinecie powitał nas setnik i od razu zażądał wyjaśnień. Niestety, jak zwykle za „dyplomację” wziął się Goth i już po kilku zdaniach opisujących „naszą” wersję, zepsuł nasze, dotąd dobre, stosunki z setnikiem! Zwyczajnie, nie wiem, po jaką cholerę, powiedział mu, że lekarstwo wzięliśmy od Mariniusa, z którym, wszyscy wiedzieliśmy, że setnik żyje w złych stosunkach i bardzo się nie lubią! Ratmel zwyczajnie oburzył się na te wieści, rzucił miechem ze złotem za sprawę z kanałów i kazał się wynosić… Nie chciał już więcej z nami rozmawiać. Oczywiście kapłan nie zauważył, jak zwykle zresztą, niczego niewłaściwego w swojej rozmowie, bo po co mu dobre kontakty i ewentualne wsparcie, w tutejszej straży miejskiej…?! Najlepiej „palić za sobą wszystkie mosty”…!!!
Wróciliśmy do karczmy i podzieliliśmy pieniądze. Od razu oddałem swoje długi, a po południu poszliśmy do Srebrnej Igły. Po kilku minutach kręcenia się po sklepie, powitała nas sama pani Irina. Zostawiliśmy jej materiał pod sztandar i umówiliśmy się na następny dzień, na omówienie szczegółów całego zlecenia. Później każdy z nas udał się za swoimi sprawami… W końcu trzeba było wydać parę sztuk złota…
Zakupiłem czarną perłę i odpowiedni zestaw ziół, żeby całkowicie uzupełnić składnik do czaru. Potem udałem się do Marxa, żeby wynająć laboratorium na tydzień, podczas którego miałem zamiar stworzyć swoje pierwsze mikstury. Z uwagi na to, iż posiadałem większość potrzebnego składnika, postanowiłem zrobić dwie Mikstury Wytrzymałości. Zakupiłem nietanie odczynniki do owych substancji. A nóż przydadzą się moim walecznym kompanom i zechcą ode mnie je zakupić, choćby po cenie własnych kosztów, jakie poniosę…? Próbowałem poszukać składników do Mikstur Leczenia, ale okazały się mało dostępne i zbyt drogie, przy zakupie od innych alchemików. Przy okazji pani Alicja z Ulmar zaoferowała mi kilka dość ciekawych magicznych przedmiotów, ale ich cena wykraczała poza mój malutki budżet…
Kolejnego dnia zacząłem pracę w laboratorium. Mój dzień, przez kolejny tydzień, wyglądał podobnie. Rano do czternastej po południu, pracowałem u Marxa, a później, jeśli nie robiliśmy czegoś innego, uczyłem się czarów. Wiedziałem, że aby zabrać się do prac nad właściwościami Morgula, muszę poukładać i zakończyć wszystkie zaległe i obecne prace… W międzyczasie moi kompani udali się na umówione spotkanie ze Srebrną Igłą, która obiecała, że podejmie się pracy nad sztandarem. Wszystko miało jej zająć około dwóch tygodni i kosztować trzydzieści centarów… Po południu tego samego dnia, poszliśmy do Alicji, która, podobnie jak mnie, zaoferowała moim kompanom, te same magiczne przedmioty. Powiedziała też, że bronią i zbrojami o magicznych właściwościach, zajmuje się niejaki Gambrinus, gdyż „ona brzydzi się i gardzi przemocą”…! Owy handlarz miał ponoć swój sklep na ulicy Diamentów, w Wysokiej Dzielnicy, niedaleko świątyni Natien… W międzyczasie Nandin złożył podanie w Akademii o Wysoki Glejt, czyli o przyznanie zezwolenia na handel czarami w mieście. Chcieliśmy w ten sposób nabyć w końcu czar „Bezpieczne Schronienie Leomunda”, którego moce pozwolą nam spokojniej spędzać noce podczas długich podróży… Niestety reszta drużyny, Ziriel i Goth, stwierdzili, że spanie w dzikich warunkach krzepi i oni tego nie potrzebują!!! Ziriel po długiej rozmowie powiedziała, że warunkiem na zakup przez nią czaru, będzie nabycie od Alicji magicznego flakonu, który leczy średnie rany i nigdy się nie kończy… Szkoda słów…
W oczekiwaniu na sztandar i przy mojej ciężkiej pracy, minęło pięć kolejnych dni. Zdołałem nauczyć się czaru i podjąć pracę nad kolejnym. Zakończyłem też pracę w laboratorium nad stworzeniem dwóch mikstur. Jednak postanowiłem je sprawdzić, więc po zakupie odpowiednich odczynników, wziąłem się do badań… Wszystko wyszło pozytywnie!!! Teraz miałem nadzieję, że albo skuszą się na nie moi kompani i za pieniążki za nie stworzę Mikstury Leczenia, albo zwyczajnie sprzedam je po konkurencyjnej cenie… Czas pokaże…