Kronika

Kroniki LIV: Dahijski Monarcha I

Gotowy sztandar zachwyca Gotha, a drużyna rusza z Paddar ku Troll Gur po krew Dahijskiego Monarchy. Droga przez strażnice, dziką magię i kanion kończy się nocnym starciem z trollami, które zmusza kompanię do ucieczki w Jaskinie Starych Duchów.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Kolejnego dnia po południu wraz z Nandinem i Ziriel poszedłem sprzedać swoje mikstury. Jedną z mikstur od razu zakupił ode mnie elf, po raz kolejny, pozytywnie mnie zaskakując. Drugą miksturę zostawiliśmy alchemikowi Tragonisowi, który do następnego dnia obiecał ją sprawdzić i ewentualnie zakupić. Później udaliśmy się prosto do pani Alicji, od której zakupiliśmy magiczny przedmiot za niemałą sumkę 88 centarów, zwany Źródłem Delviny…

Ponoć przedmiot wykonała elfia czarodziejka Delvina, w czasach Zamknięcia Leredeonu, jakieś trzysta lat temu. Manierka jest zawsze pełna, a jeśli ktoś na siłę chciałby ją opróżnić, to na dobę wyleje 100 litrów wody! Jej moc leczy raz dziennie średnie rany i lekkie zatrucia. Dodatkowo regularnie pita woda uodparniać ma na trucizny… Zyskać tę odporność można pijąc ową wodę trzy razy dziennie, co najmniej przez tydzień. Jeden dzień przerwy w piciu z manierki, zniweluje tą odporność. Manierkę raz do roku należy napełnić w Świętych Źródłach Leredeonu lub tzw. Ekstraktem Zero. Ekstrakt Zero to alchemiczna mikstura, której wynikiem jest idealnie oczyszczona woda dzięki przefiltrowaniu jej przez tzw. Złoty Filtr i Gwiezdny Pył. Koszt takiej mikstury to 30 centarów. Manierka, której się nie uzupełni według powyższych instrukcji i opisanymi składnikami, przestanie działać, aż do jej ponownego napełnienia. Jednak nie traci swych właściwości na stałe…

Usatysfakcjonowani poszliśmy dalej udawać zarobione pieniądze… Zakupiliśmy w końcu czar, o którym już wcześniej z Nandinem wspominaliśmy, a który to uprzyjemni i ułatwi nam noce w podróży, „Bezpieczne Schronienie Leomunda”. Dzięki niemu mag tworzy chatkę, umeblowaną, ciepłą i suchą… W końcu odrobina wygody… Po całym dniu zakupów wróciliśmy do gospody, gdzie kontynuowałem swoje prace.

Kolejnego dnia wróciliśmy do Tragonisa, który ku mojemu miłemu zaskoczeniu, pochwalił moją miksturę i chętnie ją ode mnie odkupił! Muszę przyznać, że z ust doświadczonego alchemika, usłyszeć taką pochwałę aż miło… Wróciliśmy do karczmy, gdzie przez kolejnych dziesięć dni czekaliśmy na zakończenie terminu stworzenia sztandaru. Ja i Nandin nie nudziliśmy się. Udało mi się przez ten czas zgłębić kolejną moc ukrytą w Morgulu i nauczyć się kolejnych czarów. Nandin natomiast po nauce czaru „chatki”, formułę przekazał mnie…

Po tych dniach poszliśmy w końcu odebrać sztandar. Jak zwykle powitała nas sama Irina i zaprosiła na zaplecze swojego sklepu. Obraz wyhaftowany nićmi pajęczycy na kawałku jej „płótna” był idealny. Malowidło Iskaratiego przeniesione na sztandar przez Srebrną Igłę było prawie „jak żywe”! Barwy i kolory niczym zaczarowane skrzyły się i wiły na niezwykłym proporcu. Piękno i precyzja… Goth, prawie śliniąc się z wrażenia, zabrał dzieło i poszedł poskładać elementy do świątyni. Teraz drzewiec złączony obręczami z materiałem, sprawiał ogromne wrażenie, poza tym sam w sobie był dużym przedmiotem…

Po kolejnych trzech dniach, trzynastego sierpnia, opuściliśmy Paddar. Szlakiem Królewskim przez kolejny tydzień jechaliśmy do pierwszej strażnicy, no północ od Leredeonu. Wyczarowywana chatka, sprawiała się wyśmienicie na nocnych postojach… W końcu ciepło, miękkie prycze i czysta pościel… Magia jest nieoceniona i wszechmocna!!! Przez tą część podróży naładowałem i dostroiłem Ziriel amulet z kryształem Amuru, a później zabrałem się do nauki „Bezpiecznego Schronienia Leomunda”. Goth pewnego wieczoru przyznał też, iż również przez ostatni okres pobytu w mieście, Lorsh obdarzył go nowymi błogosławieństwami. Zyskał moc wzywania Legendarnych Łuczników, którzy mogą nam pomóc w ciężkich potyczkach…

Minęło kolejnych pięć dni, kiedy pozostawiliśmy za sobą pierwszą strażnicę. Tam rozstaliśmy się z Ziriel, która udała się do Leredeonu, poszukać wsparcia u elfów w naszej wyprawie na przywódcę klanu trolli. W końcu po jakimś czasie zatrzymaliśmy się w trzeciej strażnicy, gdzie kolejnych kilka dni oczekiwaliśmy przybycia elfki. Ziriel zjawiła się następnego wieczora, z naszym nowym przewodnikiem, elfem Melearem… Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy rozmawiać o zbliżającej się wyprawie do Troll Gur, krainy i siedziby jednego z klanów, po Dahijskiego Monarchę, kimkolwiek by się nie okazał…

Elf opowiadał nam o trollach, ich olbrzymiej agresji i waleczności, także troszkę o ich strukturach społecznych i zachowaniach. Powiedział o słabości tej rasy do ognia i kwasu, olbrzymiej zdolności regeneracyjnej, zapytany jednak o skuteczne sposoby walki z tak trudnym i groźnym przeciwnikiem, zasłaniał się durnymi tajemnicami elfów! Jakbyśmy mieli zamiar konkurować z nimi w wyprawach na trolle! W każdym razie zaczęliśmy się zastanawiać nad środkami skutecznej walki z nimi. Były czary oparte na ogniu, moi walczący kompani mieli też Maść Syderytową, jednak zbyt mało na taką wyprawę i ilość trolli, które moglibyśmy spotkać. Postanowiliśmy więc, że nazajutrz „Teleportuję” się do Dirdighen i zakupię owy specyfik.

Skok był bezbłędny, ale wywołał małe zamieszanie wśród mieszkańców, kiedy nagle pojawiłem się przed sklepem Nishiru. Niestety znajomy handlarz nie posiadał specyfiku, więc poszedłem do innego kupca. Tam zakupiłem trzy pojemniki z maścią i wróciłem do półelfa, aby poinformować go o tym. Stamtąd prosto do pokoju w strażnicy na Królewskim Szlaku, gdzie zostawiłem towarzyszy. Kolejnego poranka wyruszyliśmy przygotowani na spotkanie z trollami.

Tydzień zajęła nam podróż do ostatniej, piątej na tym szlaku strażnicy. Zaopatrzyliśmy się w prowiant i opuściliśmy Królewski Szlak Kupiecki zbaczając w kierunku południowo-wschodnim. Przez cały czas, jako jedyny, jechałem na przywołanym koniu, bo reszta kompaniji, ze względów bezpieczeństwa i trudu podróży, pozostawiła rumaki w zajeździe przy strażnicy. Cały prowiant i ekwipunek załadowaliśmy na przyzwane muły, którym pewniej było się poruszać na trudnym terenie. Po tygodniu podróży spotkała nas niemiła i nieoczekiwana niespodzianka…

Weszliśmy na obszar Dzikiej Magii…! Kategoria tego obszaru charakteryzowała się tym, że im potężniejszy rzucimy czar, tym większa szansa, że jego działanie będzie inne i obróci się przeciw rzucającemu… Tego było nam trzeba…!!! Półtorej dnia przed Troll Gur Melear opowiedział nam o trzech możliwych szlakach, które zaprowadzą nas na tereny klanu Dahijczyków, a których obranie musimy wspólnie uzgodnić…

Pierwsza możliwość to droga frontalna, widziana z większości wzgórz. Drugi sposób to kręta droga przez Kanion Menhegarra, wijąca się pośród wąwozów i wąskich przesmyków, ale dobrze ukryta, która mogłaby dać nam większe schronienie i mniejszą szansę na zauważenie nas. I trzeci szlak, prowadzący przez kompleks Jaskiń Starych Duchów… Elf wyraźnie wspomniał o niej z przestrachem, więc zapytaliśmy o szczegóły. Od Meleara dowiedzieliśmy się, że ponoć dawno temu niektórzy wojownicy elfów z Leredeonu, aby wykazać się męstwem, wyruszali do tych jaskiń, aby przynieść tzw. Kamień Ducha. Zadanie było niebezpieczne i sporo elfów nie wracało z poszukiwań. Melear powiedział, że był tam dwa razy, ale patrząc na jego przestraszoną minę wolałem podarować sobie pytania o cel ówczesnych jego wypraw do jaskiń… Wspomniał też, że gdzieś w tych jaskiniach żyje straszliwa bestia zwana Jaszczurem Sigmarem, której nie chciałby spotkać. Dodatkowo koboldy i jakieś inne stworzenia, niebezpieczne i trujące grzyby, mchy… Standard…

Po krótkiej naradzie i ku wyraźnej uldze i uciesze Meleara, zdecydowaliśmy się na drogę przez Kanion. Szlak był trudny i niebezpieczny. Wił się pośród wąskich przesmyków gór i skalistych klifów. Jego strome zbocza z jednej strony mocno pięły się ku szczytom, żeby po przeciwnej stronie ostro opadać w dół, na którego końcach widać było korony poniżej rosnących drzew. Szliśmy powoli i ostrożnie, stąpając po kamiennych ścieżkach tak, aby nie wywołać echa i skalnych osuwów. Nasze nocne obozowiska były ciemne, bez ognia i z wartami, natomiast za dnia Melear, jedyny znający te krainy, był naszym zwiadowcą i wypatrywaczem.

Kiedy byliśmy około trzy dni od obozu Dahijczyków, elf wrócił ze zwiadu i oświadczył, że przed nami jest grupa kilku trolli i świeżo postawiona wieżyca strażnicza. Był tak spanikowany i przestraszony nowym, nieznanym faktem, że od razu zaproponował odwrót…!!! Zdębieliśmy zaskoczeni taką propozycją, ale jak się okazało, ku naszemu całkowitemu osłupieniu, nie chodziło mu o zmianę szlaku, lecz o całkowite opuszczenie terenów trolli i powrót do „domu”!!! Można by rzec, że Melear „srał ze strachu” na myśl o spotkaniu tej grupy i przedarciu się przez ich wielką strażnicę! Nie potrafiłem ukryć pogardy i śmiechu, i widząc nasze reakcję, Goth zaczął spokojnie rozmawiać z elfem i uspokajać jego rozszargane nerwy. W końcu po dłuższym tłumaczeniu i rozmowie, ustaliliśmy, że polecimy pod osłoną nocy, nad strażnicą i obozowiskiem trolli i wylądujemy dalej na szlaku. Zwyczajnie ominiemy teren, a Melear używając naszej Maski, poprowadzi nasz lot. Rozbiliśmy więc obóz w oczekiwaniu na północ…


„Do broni! Pobudka!” – Głos Nandina zbudził Radagasta. Czarodziej zerwał się, jak poparzony, instynktownie dobywając leżącej obok magicznej laski. Na zewnątrz słychać było już spore zamieszanie i odgłosy oręża. Nekromanta wybiegł z namiotu i spojrzał na obozowisko. Nandin stał z napiętym łukiem i celował w górę, w kierunku zbocza nad obozowiskiem. Goth modlił się do boga, co chwila krzycząc „ku jego chwale”. Ziriel również niedawno zbudzona, stała i oceniała obecną sytuację…

„Radagaście „Światło” nad obozowisko! Wysoko!” – Nandin znowu krzyknął za siebie. W tej właśnie chwili Radagast spojrzał na jedną z wypuszczonych strzał elfa i cel, do którego jej grot zmierzał… Kilka potężnych, zielonkawo-szarych istot, na pewno obrzydliwych trolli, schodziło szybką wspinaczką w dół, dokładnie na ich obóz…


Jak się później okazało, Nandin w przeciwieństwie do wartującego z nim Gotha, nie przysypiał i w porę zauważył zbliżające się niebezpieczeństwo i zdążył nas ostrzec. Mało tego, jego pierwsze, wystrzelone strzały ściągnęły dwa trolle już pomiędzy nas. Kolejne trolle zostały potraktowane „Słupem Ognia” przez kapłana i osmolone stoczyły się do obozowiska. Więc to raczej my zaskoczyliśmy je, a nie odwrotnie… W sumie było ich pięć, z czego zanim zareagowaliśmy z Ziriel, jeden był nieprzytomny, a pozostałe próbowały złapać pion. Szybko rzuciłem „Płomienie Agannazara”, po których troll w szale i bólu rzucił się ze skarpy w dół zbocza. Zanim przygotowałem kolejny składnik, pozostałe trolle leżały już „martwe”…

Rzuciłem „Światło” i zawiesiłem je nad obozem. W tej samej chwili usłyszeliśmy krzyk bólu Nandina, który odrzucił od twarzy Maskę, którą akurat w tej samej sekundzie założył… Z początku przeraziłem się, że to z mojej winy i mocnego światła, ale później przypomniałem sobie o obszarze, na którym przebywaliśmy… Czar zawarty w Masce zadziałał przeciwko noszącemu, co, jak się okazało, wywołało u Nandina ślepotę! Oczy miał normalne, ale twierdził, że nic nie widzi… Tymczasem zacząłem szybko odcinać palce leżącym obok trollom, kiedy znowu elf zawył z bólu…

Moi kompani polali mu oczy i twarz wodą z manierki Delviny, której moc również zadziałała inaczej, wypalając skórę Nandinowi i szpecąc jego twarz! Elf z bólu stracił przytomność… Przerażeni efektem mocy manierki postanowiliśmy przestać z niej pić, bo teraz też nie byliśmy pewni, czy z nami również nie będzie dziać się czegoś złego?! Kapłan pomodlił się do Lorsha o uzdrowienie Nandina, ale jego oszpecona twarz wygoiła się tylko częściowo, pozostawiając zabliźnione rany. Na szczęście udało się uratować jego oczy… Nagle coś szarpnęło mnie za rękaw, kiedy odcinałem palce trollowi. Jeden z nich zaczął dochodzić do siebie i szybciej, niż się wydawało regenerować rany! Rzuciłem w niego „Płomienie Agannazara”, kończąc ostatecznie jego marny żywot. Po chwili pozostałe również zaczęły się ruszać, więc przestałem ucinać im paluchy, złożyliśmy je na kupę i podpaliliśmy.

Chwilę zastanawialiśmy się nad naszą obecną sytuacją, niedyspozycyjnością i kalectwem Nandina i faktem, że nasza obecność tutaj zostanie na pewno, jeśli już nie została, zauważona. Jednak dalej upieraliśmy się, z wyjątkiem przestraszonego Mereala, że lecimy zgodnie z planem. Z uwagi na stan Nandina, pierwszy rzuciłem na siebie „Latanie”… Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dobrze, jednak już po chwili zacząłem wznosić się w powietrze całkowicie nie kontrolując mocy zaklęcia. Ostrzegłem ich, żeby jednak nie czarowali za moim przykładem i szybko zacząłem zastanawiać się nad rozwiązaniem mojego „problemu”, a wysokość z chwili na chwilę rosła…

Kiedy miałem już gotowy plan, zobaczyłem jak Goth za pomocą jednej ze swoich modlitw ruszył mi na ratunek, chodząc w powietrzu. Nie czekałem jednak na niego i rzuciłem na siebie „Spadające Piórko”, a kiedy poczułem moc czaru i wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, przerwałem działanie zaklęcia „Latania”. Zacząłem szybko spadać w dół na obozowisko, ale już po chwili moc drugiego zaklęcia spowolniła spadanie, wyhamowując prędkość do minimalnej. Po drodze chwyciłem się Gotha i obaj zeszliśmy na ziemię.

Sytuacja stała się dla nas niebezpieczna, dlatego postanowiliśmy się wycofać i wybraliśmy szlak przez tajemnicze jaskinie… Mimo, iż Melear bał się po raz kolejny wejść w głąb ich kompleksu, to jednak my nie mieliśmy wyboru. Wyszliśmy z powrotem na szlak, a nasz kapłan w celach dywersyjnych podpalił za nami las…!!! Uznali, że to odseparuje trolle, które mogłyby udać się za nami w pościg, a na pewno odwróci ich uwagę od wyjścia z jaskiń.

O świcie doszliśmy do lasów na wzgórzach, gdzie skierowaliśmy stopy w kierunku szlaku prowadzącego do jaskiń. Koło południa doszliśmy do zakrytej przez paprocie groty, która, jak się okazało, stanowiła wejście do mrocznego kompleksu. Odpaliliśmy pochodnie i ostrożnie weszliśmy w głąb ciemnej jaskini…