Kronika

Kroniki LV: Dahijski Monarcha II

W Jaskiniach Starych Duchów Radagast odkrywa cenne grzyby, śmiertelny Szkarłatny Mech, kryształy z uwięzionymi ludźmi i Kamienie Słoneczne. Śmierć Meleara zostawia drużynę bez przewodnika, ale wyjście z podziemi odsłania dolinę dahijskich trolli.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Jaskinia na pewno była ogromna, ale światło pochodni pozwalało oświetlić tylko niewielki obszar wokół wejścia. Rzuciłem „Światło” i kiedy dużo większa część pieczary rozjaśniła się, postanowiliśmy spędzić tu kilka najbliższych godzin. Pierwszą wartę obrała Ziriel z Melearem, później wartował Goth. Ja wraz z Nandinem z uwagi na zmęczenie odpoczywaliśmy cały czas, po czym ostrożnie za elfem ruszyliśmy w głąb jaskiniowego kompleksu. Skierowałem promień czaru przed nami, aby niczym latarnia oświetlał nam drogę, a tylko w niewielkim stopniu boki i tyły.

Szliśmy kilka godzin głównym, najszerszym tunelem. Wokół panowały niespokojne ciemności i tylko kapiąca ze stropu i ścian woda odbijała się echem wokół nas. W końcu doszliśmy do pieczary porośniętej przeróżną roślinnością, grzybnią i świecącym mchem. Melear zaproponował odpoczynek. Wszystko wokół porośnięte było fosforyzującym mchem i przedziwnymi, niespotykanymi fungusami. Postanowiłem wykorzystać te kilka godzin na zbadanie roślinności. Goth tymczasem, na wszelki wypadek zaznaczył wyjście, z którego tu przybyliśmy. Po kilkunastu minutach miałem już rozpoznane trzy gatunki grzybów, których właściwości i zastosowanie było mi dobrze znane, a ich wartość sama w sobie była wysoka…

„Alachity” – grzyby wykorzystywane do łagodzenia boleści żołądkowych, których wartość rynkowa nie przekracza raczej 5 centarów za kilogram. Cieszą się dużą popularnością wśród szlachty i magnaterii.

„Erdonety” – bardzo drogie grzyby na bezsenność, które nie posiadają efektów ubocznych stąd duża popularność wśród szlachty i bogatych kupców. Kilogram tych specyficznych fungusów oscyluje nawet w granicach 20 centarów! Ich cena jest też zawyżona z powodu trudności w zbieraniu i przechowywaniu, gdyż potrzebują niskiej temperatury, a dłuższy pobyt w cieplejszym otoczeniu powoduje ich szybkie gnicie i nieprzydatność.

„Merkanary” – wykorzystywane jako składnik do Mikstury Leczenia Ciężkich Ran! Cena za kilogram graniczy z dziesięcioma centarami…

Byłem mocno podekscytowany tymi znaleziskami i żałowałem, że czar „Teleportacji” może przynieść tu negatywne efekty, bo już zacząłbym zbierać i przenosić grzyby z jaskini. Powiedziałem drużynie o ich walorach i wartościach i stwierdziliśmy, że na razie zbierzemy tylko Merkanary, żeby przynajmniej mieć z tego później korzyści. Poinstruowałem Ziriel, która jako tako zna się na zielarstwie o sposobie ich zbierania i ich specyficznym wyglądzie i zaczęliśmy grzybobranie…

Po kilku godzinach mieliśmy kilogram tych okazów. Starczyłoby to na cztery mikstury. Rzuciłem na nie „Konserwację” i ostrożnie spakowaliśmy je do torby. Ruszyliśmy dalej jedną z pięciu odnóg z jaskini. Droga była ciężka i mocno schodziła w dół. W międzyczasie postanowiłem pociągnąć za język naszego przewodnika i zapytałem go o powody jego wcześniejszych wypraw w owe jaskinie. Melear krótko i tajemniczo skwitował, że miał tu swoje sprawy… Zapytałem o stworzenia, jak koboldy, na które ewentualnie moglibyśmy tu trafić. Elf powiedział, że jest jedna pieczara, obok której będziemy przechodzić, gdzie koboldy były ostatnio aktywne, ale trzeba brać pod uwagę fakt, iż był on tutaj ostatnio trzydzieści lat temu…!

Trafiliśmy w końcu do kolejnej groty z trzema odnogami, przy której Goth zaznaczył naszą trasę. Kiedy już obraliśmy prawą odnogę za kolejny cel, Melear zatrzymał się i oświadczył o pewnych poważnych trudnościach, które są przed nami… Czekała nas przeprawa przez korytarz pełen „Szkarłatnego Mchu”, rzadkiego, występującego w głębokich jaskiniach, wykorzystywanego do mikstur trujących, paraliżujących i ogólnie poważnie wyniszczających organizm…!!! Samo przebywanie w jego otoczeniu, choćby przez kilka minut, może poważnie uszkodzić organy wewnętrzne! Jeszcze tego brakowało… Ja i Nandin szczelnie zatkaliśmy sobie usta i nos, a Ziriel z Gothem poprzez modlitwę stali się półmaterialni, jak wcześniej, gdy kapłan zamieniał się w ową „chmurkę”… W ten sposób byli całkowicie odporni na działanie mchu, i nie mogli ingerować w dodatkowe rozproszenie jego zarodników. Nam pozostało tylko szybkie przedostanie się przez śmiertelnie niebezpieczny odcinek. Ostrzegłem ich przed dotykaniem mchu, który naruszony, dodatkowo wypuszcza więcej zarodników.

Niestety korytarz okazał się być dużo cięższym do przebycia i o wiele węższym. Dodatkowo był zewsząd porośnięty niebezpiecznym i groźnym mchem. Nie było żadnego sposobu na ominięcie tej rośliny i tylko z przerażeniem i strachem oglądałem mgłę zarodników, które nas otaczały i oblegały nasze ciała… Miałem tylko nadzieję, że nic mi nie będzie i jak najszybciej opuścimy tą podziemną pułapkę…!

Ciężko kasłając i dysząc weszliśmy do sąsiedniej pieczary. Szybko otrzepaliśmy się z zagrożenia i zdjęliśmy osłony z twarzy, z trudnością łapiąc oddech. Nandin poprosił przezroczystą Ziriel o manierkę Delviny. Ta wróciła do materialnej, swojej postaci i podała elfowi. Nandin uprzedzony wcześniejszymi wydarzeniami, na próbę wylał zawartość manierki na kamienną ziemię. Ciecz była gęsta i żółta i na pewno nie zdatna teraz do picia, a z ziemi, gdzie się wylała zaczęła szybko wyrastać trawa! Musieliśmy iść dalej zdani tylko na swoją naturalną odporność…

Ruszyliśmy dalej. Tylko Goth pozostał w eterycznej postaci, widać bał się dalszych „przeszkód”, które na nas czekały… Weszliśmy do olbrzymiej groty, której stalagmity z czasem stawały się coraz większe i grubsze… Nie widzieliśmy końca tej jaskini, ale echem daleko niosły się nasze kroki. Po kilkunastu minutach stalagmity były już kilkumetrowe, a potem nagle zmieniły się w kryształowe! Były jakby oszlifowane, olbrzymie kryształy, a wewnątrz nich znajdowali się ludzie…!!! Widok był niesamowity, a zarazem przerażający! Jakaż siła, czy istota mogła uczynić sobie takie „pomniki” z ludzi?! Niektórzy z nich mieli przerażone i wystraszone miny, ich oczy były czarne, ale wszyscy, kobiety, czy mężczyźni, byli tak samo ubrani, w szaty, jak mnisi… Nie było wśród nich innej rasy, czy dzieci… Same kryształy emanowały magią przemian i były tzw. Kryształami Lodu. Melear powiedział, że trzydzieści lat temu, kiedy był tu ostatnio, owe „pomniki” były już w tej pieczarze, ale nie wiedział, kto je stworzył, ani kim były ofiary zamknięte w Kryształach…

Szliśmy tak około trzydziestu minut i jedynym, większym hałasem, były ruchy niezdarnego i ciężkiego Gotha, który wcześniej postanowił wrócić do swej postaci. Nagle z góry, spadło na nas kilka przedziwnych, owadzich istot…! Były humanoidalne, zamiast rąk miały ostre, jak brzytwy haki, a głowy ich były sępie! Nigdy czegoś takiego nie widziałem… Były masywne i ciężkie, o centkowym, zewnętrznym szkielecie, jak u owadów, a wielkością dorównywały kilkumetrowym kryształom…!!! Atak był błyskawiczny i zaskakujący…

Już po pierwszych sekundach usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk bólu Meleara…! Kątem oka widziałem, jak hakowa istota przebija jego tułów i odrzuca ciało na kilka metrów! Tyle, jeśli chodzi o przewodnika i towarzysza broni, na czas naszej wyprawy… Istoty otoczyły nas i pierwszych ataków skierowanych na mnie udało mi się uniknąć. Wokół rozgorzała trudna i krwawa walka. Zacząłem tkać zaklęcie „Płomienie Agannazara”, lecz zanim wypuściłem ogień z dłoni, mój przeciwnik ciężko ranił mnie w nogę, rozrywając mięśnie uda…!!! Ból był nie do zniesienia, a ja momentalnie upadłem na kolano. Nie wiem, czy to adrenalina, czy siła przetrwania, ale wolą nie pozwoliłem rozproszyć czaru i z całą swą mocą wypuściłem go w istotę. Płomienie były nadzwyczaj silne i poczwara zawyła z bólu, odstępując na kilka metrów i stając w płomieniach. Zaraz po tym Goth, który walczył obok mnie, ciął ją mocno kończąc moje dzieło…

Byłem o tyle bezpieczny, że reszta istot walczyła z moimi kompanami. Kuśtykając i obficie krwawiąc, odszedłem na bezpieczną odległość. Wiedziałem, że nim walka dobiegnie końca ja wykrwawię się na śmierć…!!! Nie miałem innego wyjścia, jak zaczerpnąć z magii życia i śmierci i postarać się jak najszybciej zregenerować otrzymane rany… Użyłem mocy Morgula i za pomocą „Pomniejszego Drążenia Larlocha” sięgnąłem po siły witalne najbliższej istoty. Ledwo zniewoliłem potęgę kija, która w tym miejscu, na obszarze Dzikiej Magii, chciała zadziałać przeciw mnie… Udało mi się jednak odebrać zdrowie poczwarze i poczułem, jak rana na nodze zaczyna zasklepiać się… Jednak do pełni zdrowia dużo mi jeszcze brakowało. Nie zastanawiałem ani chwili i ponownie, tym razem bez pomocy kija, rzuciłem to samo zaklęcie… Kątem oka widziałem, jak Nandin wycofał się z kotła walki i z daleka zaczął szyć z łuku do groźnych, owadzich przeciwników. Ponowna, udana walka woli z magią śmierci i znów poczułem, jak wraca mi zdrowie. Teraz spokojniejszy, prawie uleczony, postanowiłem zabezpieczyć się przed kolejnymi atakami. Rzuciłem „Zbroję”, która o dziwo, mimo niesprzyjających magii warunków, udała się wyjątkowo dobrze… Kiedy tylko skończyłem, nasi rzeźnicy, Goth i Ziriel, zakończyli już walkę…!!!

Podbiegłem do ciała Meleara… Elf leżał martwy, kilkukrotnie poszatkowany olbrzymim hakiem jednej z istot. I kiedy każdy, normalny człowiek chciałby jak najszybciej opuścić tą grotę, swoistą pułapkę, ci durnie, Ziriel i Goth, postanowili pochować martwego przewodnika…!!! Niestety logiczne argumenty i zdrowy rozsądek nie były w stanie przemówić tym fanatykom do łbów, i tłumaczenia, że nie ma na to czasu, a miejsce dalej jest niebezpieczne, nic nie dały!!! Tymczasem Nandin pokrył się cały trawą i kwiatami…!!! Jego widok od razu poprawił nam humory i rozładował nerwową atmosferę… Był to chyba efekt nieudanego zaklęcia, ale dość zabawny…! Niestety nie dla elfa, który siarczyście przeklinał całą podróż i pech, jaki go ostatnio spotyka. Muszę przyznać, że za każdym razem, gdy mówił i ruszał głową, róża, która wyrosła mu na czubku głowy, zabawnie dyndała i kołysała się w rytm ruchów elfa… Płakałem ze śmiechu, ale skarcony wściekłym spojrzeniem Nandina, musiałem z trudem powstrzymać łzy spływające mi po twarzy…

W końcu pochowali elfa i mogliśmy ruszyć dalej. Niestety byliśmy jak myszy w labiryncie, bez przewodnika i wiedzy o tym gdzie iść i co nas czeka, ale musieliśmy poruszać się do przodu. Nandin niechętnie używał sztuczki „Kompas”, dzięki której mieliśmy pojęcie o kierunku podróży i według niego szliśmy dalej. Po kilkudziesięciu minutach „las ludzi w kryształach” skończył się, a same stalagmity też zmalały. Doszliśmy do wyjścia z olbrzymiej groty i skierowaliśmy kroki głównym, szerszym korytarzem.

Po kilkudziesięciu metrach trafiliśmy do pieczary z kilkoma szkieletami koboldów i starym, zniszczonym ekwipunkiem. Zebrałem dwie małe czaszki i ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się na wschód, ale korytarze co chwila biegły na północ, lub południe. W końcu, kiedy w jednej z oddalonych jaskiń zobaczyliśmy nikłe światełko, Ziriel poszła na zwiad. Po powrocie oznajmiła, że nikogo w niej nie ma, a światło bije od niezliczonych kamieni, które tkwią wszędzie w owej grocie. Weszliśmy więc do środka i od razu poczuliśmy zaduch i brak przepływu powietrza… Zrobiło się ciepło i z minuty na minutę coraz ciężej było nam w niej oddychać. Po krótkich badaniach okazało się, że jaskinia nafaszerowana jest Kamieniami Słonecznymi, z których po obróbce robi się Kryształy Amuru!!! Wystawione na słońce potrafią mocniej i dłużej świecić w mroku, często w ten sposób wykorzystywane do podziemnych miast i budowli, jako „lampy”. Nandin miał jakieś narzędzia i postanowił spróbować wydostać ze ścian kilka sztuk, w końcu to bardzo cenny materiał i trzeba będzie zapamiętać tą jaskinię…

Opuściliśmy duszną jaskinię i od razu poczuliśmy się lepiej, wchodząc do przewiewnego i chłodniejszego korytarza. Ponad godzinę czekaliśmy na elfa, który w końcu, niczym chodzący ogródek, wyszedł z kamieniem w ręku. Niestety bez odpowiedniego wyposażenia i wiedzy, niełatwo jest wydobyć ten kruszec, więc Nandinowi udało się tylko z jednym. I tak widać było, że jest szczęśliwy i podekscytowany, mimo roślinności, która cały czas go pokrywała… Ruszyliśmy dalej na wschód.

W końcu dotarliśmy do krzyżówki korytarzy. Tam okazało się, że z góry jest naturalne wyjście kominem na powierzchnię i według bijącego zeń światła, był chyba dzień. Goth i Ziriel z powrotem zamienili się w chmurki i wylecieli na górę. Po kilkunastu minutach byli już przy nas. Okazało się, że faktycznie jest środek dnia, a sam teren nad nami jest rzadkim, chyba bezpiecznym lasem. Dalej podobno jest dolina i jakieś prymitywne osiedle istot, prawdopodobnie obóz dahijskich trolli… Zdecydowaliśmy opuścić kompleks niebezpiecznych jaskiń, odpocząć na powierzchni i stamtąd już udać się do celu naszej wyprawy.

Kapłan ze swoim podwładnym siepaczem ponownie zamienili swe ciała i wylecieli z korytarzy, Nandin ze zręcznością wspiął się kominem, a ja za pomocą zaklęcia „Pajęczego Chodu” ruszyłem za nimi. Kiedy byliśmy już w „bezpiecznej” odległości od dziury, postanowiliśmy odpocząć. Las był nad wyraz przyjemny, cichy i ładny, a może to tylko złudzenie spowodowane wydarzeniami z jaskiń…? W każdym razie ogródek-Nandin położył się spać, ja resztkami sił wartowałem, a Ziriel i Goth polecieli na zwiad…

Po pół godzinie wrócili i byli prawie przekonani, że wioska, która leży w dolinie należy do Dahijczyków i według ich rozeznania może ich tam być nawet ponad setka!!! Postanowiliśmy solidnie odpocząć, a rankiem kolejnego dnia ruszyć w kierunku dużej wioski. Wiedzieliśmy, że czeka nas być może cięższa wyprawa niż jaskiniami, a na pewno u jej celu czekało nas olbrzymie, trollowe niebezpieczeństwo…