Rankiem, kolejnego dnia, ostrożnie udaliśmy się nad brzeg skarpy. Poniżej, jakiś kilometr od nas, w olbrzymiej dolinie, majaczył obóz trolli. Naokoło wielkich, drewnianych domostw rozpościerały się niewielkie, trawiaste wzgórza, a dalej obszary bujnej, wysokiej na kilka metrów, zielonej trawy. Muszę przyznać, że tak rozrośniętej roślinności nigdy nie widziałem. Proporcjami przewyższała nawet olbrzymie, trzymetrowe trolle. Naokoło rozległego obszaru doliny, w newralgicznych jej punktach, rozmieszczone były trzy wysokie strażnice. Wzniesione na drewnianych palach, na wysokość ośmiu metrów, górowały nawet nad wysokimi trawami. Dalej naprzeciw nas, po drugiej stronie doliny, była ścieżka prowadząca na wschód, przy której znajdowała się jedna ze strażnic. Druga dzieliła nas od obozu, na wzgórkowym terenie, a trzecia, ostatnia, na północy dzieliła obóz od wielkiego obszaru wysokiej trawy. Tam też zauważyliśmy pasące się kozy, owce, których liczebność sięgała kilkuset…! Przy wschodniej ścieżce, dokładniej na południowym-wschodzie, też była wysoka skarpa z kilkoma wejściami do jaskiń. Kręciły się przy nich trolle, które mogłyby być strażnikami… Pośród wejść znajdowało się jedno, największe, przez które, jak się później okazało, trolle wpędzały wcześniej wypasane bydło. Same chaty zbudowane były z drewnianych pali, a dachy pokryto strzechą. Bez okien, z drzwiami. Pośród nich górowała jedna, największa, przy której cały czas stali uzbrojeni strażnicy. Obok majaczyły ruiny kamiennego budynku, kilka ścian, bez dachu, jakby stara, zniszczona świątynia. Okazało się, później, iż była to świątynia Oze Dakhe, boga trolli zabitego przez Shadizzara Włócznią Przeznaczenia… Poza tym wioska wyglądała jak każda ludzka osada, po której krzątały się kobiety trolli i biegały olbrzymie dzieci. Kręcili się strażnicy, dalej na wolnych polach trenowali wojownicy, a wszystko przenicowane było zielonym kolorem ich obrzydliwych mord i czupryn…

Postanowiliśmy rozbić malutkie obozowisko nad skarpą i przez resztę dnia obserwować wydarzenia, które miały nadejść. Przez resztę dnia byliśmy świadkami kilku interesujących i niespotykanych wydarzeń, ale widać było, że dla mieszkańców tego obozu, była to „normalka”… Kilka postanowiłem opisać, aby dać zrozumienie i wyobrażenie, tym, w których łapska wpadną kiedyś moje kroniki…
Przy największym budynku wioski, przed którym stała ława i duże siedziska, siedzieli i kręcili się dahijscy wojownicy. W pewnym momencie przyniesiono im żywe zwierzęta, które od razu zabili i zjedli. Widać nie lubią podgrzanego jedzenia, tylko krwiste mięsiwo… Potem przyprowadzono tam człowieka, którego jeden z nich sieknął toporem, po czym cała reszta zatopiła kły w jego martwym ciele… Dzieciom bawiącym się obok, rzucono głowę denata, z której zrobiły sobie zabawkę do kopania!
Dzieci też miały wymyślne zabawy… Podzieliły się na dwie, przeciwne drużyny, uzbrojone we włócznie i dzidy. Zwyczajnie na siebie polowały, biegając po całym obozie i autentycznie „zabijając” się nawzajem…!!! Oczywiście na pierwszy rzut oka był to dość szokujący widok, ale plemię dahijczyków, prócz tego, że trolle posiadają naturalne zdolności regeneracji, słynie z tego, że regeneracja u tego plemienia jest dużo szybsza. Tak więc szybko martwy mały troll dochodził do siebie i wracał do drużynowych „zabaw”.
Około dwóch godzin przed zmierzchem, jednego z trolli przywiązano do pala i ku uciesze zebranego tłumu, odcięto mu głowę! Ciało, niczym kogut po takim procederze, bezmyślnie biegało po wiosce, a jego głową zabawiały się dzieci. Po kilkudziesięciu minutach nasadzono mu odciętą głowę, która po chwili wrosła w ciało…! Zrozumieliśmy wtedy powagę i niebezpieczeństwo naszej misji tutaj… Jak walczyć z taką ilością, praktycznie „nieśmiertelnych” przeciwników…?!
Prócz tego na innych obszarach całego terenu, ćwiczono wojowników w posługiwaniu się toporami, maczugami i inną prymitywną bronią. Zauważyliśmy też patrol trzech trolli, który obchodził dolinę. Zaczynali od wieży przy ścieżce na wschodzie, potem obchodzili naokoło, aż do następnych wież, a kończyli po kilku godzinach przy wejściach do jaskiń. W końcu dzień dobiegł końca i ściemniło się na dobre, jednak wioska mimo tego nie opustoszała. Na środku obozu rozpalono małe ognisko, tak samo przy każdej z wież strażniczych. Kilka trolli gdzieś w ciemnościach majaczyło, ale większa część obozu skryła się w chatach. Prawie całe, pasące się wcześniej bydło, zagoniono do jaskiń, na polach pozostało kilkadziesiąt sztuk. My też udaliśmy się na spoczynek, ustalając wcześniej kolejność wart…
Tak źle dawno nie spałem… Byłem chyba bardziej zmęczony i połamany, niźli po męczącej przeprawie przez jaskinie i przeżytych potyczkach… Goth powiedział nam rano, że podczas jego warty prawdopodobnie widział króla wśród kilkudziesięciu innych trolli, odprawiającego przed świtem dziwny rytuał przy ruinach świątyni. Zebrali się ponoć wokół ruin, wyglądało to jak modły, a przewodniczył temu właśnie dahijski monarcha. W pewnym momencie, pod koniec całego obrządku, w świątyni rozbłysło pomarańczowe światło…! Sam król trolli miał czerwoną przepaskę biodrową i pas, a dzierżył ozdobną włócznię. Po rytuale król wszedł do największego budynku, reszta kilkudziesięciu trolli rozeszła się do swoich codziennych zajęć, a cały obóz dotychczas pusty, nagle w jednej chwili zatętnił życiem… Dzieci wybiegły z domów, jakby czekały na zakończenie rytualnego spotkania, kobiety zajęły się codziennymi obowiązkami… Dziwne…
Tego dnia również postanowiliśmy poobserwować obozowisko, z nadzieją na powtórkę zeszłego dnia, „codzienność”, dzięki której swobodnie moglibyśmy opracować jakiś sensowny plan. Niestety, jak się później okazało, prócz stałych motywów, obóz dahijczyków okazał się być bardzo intensywnie prowadzoną, „ożywioną” wioską…
Około południa z największego domu wyszedł król w obstawie czterech trolli. Prócz czerwonych skrawków odzieży odróżniał się od pozostałych trolli największym wzrostem, górując nad nimi o ponad metr! Czterometrowy monarcha zaczął przechadzać się po wiosce, a wszystkie, nieuzbrojone trolle, kłaniały mu się w pas. Zbrojni klękali na jedno kolano, a dzieci stawały nieruchomo, dopóki nie przeszedł dalej. W ten sposób odwiedzili jedną z wieżyczek strażniczych, gdzie wymienili charczącym i wzburzonym głosem kilka zdań, po czym zniknęli wśród olbrzymich traw, dzielących obóz od wschodnich jaskiń. Po dwóch godzinach król ponownie pojawił się na widoku, tym razem w obstawie kilkunastu zbrojnych. Grupa ciągnęła za sobą elfa, którego na znak monarchy nabili na pal, na środku obozu…! Mogłem sobie tylko wyobrazić ból i cierpienie ich ofiary, ale czy nie on sam zafundował sobie tego losu…? Później król „przemówił” do trollowej hołoty, a po następnych kilkudziesięciu minutach do wioski wkroczyła kolejna grupa dahijczyków z jeńcami związanymi na koniach…
Po raz kolejny muszę wspomnieć, że zwyczajna na pozór wioska trolli prowadziła zadziwiający i dynamiczny tryb dnia. Niejedno ludzkie miasto okazałoby się nudniejszym miejscem, niźli obserwowany przez nas obóz…
Grupa z jeńcami weszła ze wschodu, od okolic ścieżki. W międzyczasie królowi przyniesiono duży, drewniany „tron”, wyniesiony z największego budynku wioski. Trolle podeszły do króla, ukłoniły się. Jednego konia zabito na miejscu i podano do stołu, resztę wraz z jeńcami zaprowadzono do jaskiń. Dzień szybko dobiegł do końca, wśród tego zgiełku i zaobserwowanych wydarzeń. Nocą obudziły nas śpiewy i zabawa, podczas której pal z wbitym nań elfem podpalono! Nuda…
Przed świtem, kiedy zaczynał się rytuał, Ziriel i Goth pod postacią „chmurek” postanowili przyjrzeć się temu bliżej i przy okazji zobaczyć samą świątynię i budynek monarchy. Ja i Nandin zostaliśmy i z wysokości klifu obserwowaliśmy całość, która niczym nie wyróżniała się od wcześniejszych obchodzonych obrzędów. Po kilkudziesięciu minutach, kiedy rytuał zakończył się, a obóz trolli nagle „ożywił się”, wrócili kapłan z zabójczynią. Niestety zwiad, który przeprowadzili okazał się raczej nieudacznym rozpoznaniem, bo niczego sensownego i pomocnego nie odkryli, nic znaczącego nie zauważyli… Do największego domostwa nie zajrzeli, bo bali się zdemaskowania, a fakt, iż budynek nie miał okien, tylko utrudnił im obserwację wnętrza… Jedyną ciekawą rzeczą, o której wspomnieli, to pomarańczowa poświata na końcu rytuału, która jak się okazało, wydobywa się z kija, który jest cały czas w posiadaniu monarchy.
Tymczasem po kilkunastu minutach od obrządku, na widoku pojawił się król, jego najbliższa obstawa i tuzin innych, zbrojnych trolli. Kierowali się z wioski na północny-zachód, w kierunku pastwisk i wielkiego obszaru olbrzymich traw. Zdecydowaliśmy iść wzdłuż klifu, ich szlakiem. Ja i Nandin szliśmy pieszo, a siepacz i jej przełożony dalej pod postacią „chmurki”. Postanowiłem po raz kolejny zaryzykować czar na tym niestabilnym obszarze i po raz kolejny udowodniłem, że jestem magiem, z którego mocą należy się liczyć…! „Unoszący Się Dysk Tensera” wyszedł mi po mistrzowsku, tym samym poszerzając swoje gabaryty i prędkość lotu. Mogliśmy bez zmęczenia i na równi z lecącymi kompanami, udać się na miejsce, gdzie po kilkudziesięciu minutach dotarły trolle…
Z wysokiego zbocza obserwowaliśmy, jak dahijski monarcha, jako jedyny wchodzi do malutkiego jeziorka. Było ono położone u podnóża stromych klifów, które oblegały je z każdej strony, prócz łagodnej plaży od północnego-zachodu, skąd przybyły trolle. Ze skał i zboczy, biły strumienie, które szumnie wpadały do jeziorka. Tymczasem król zaczął się obmywać, stojąc po pas w wodzie, kiedy nagle zza jego olbrzymich pleców, wzbiła się woda, jakby sam jej żywioł, po czym z impetem chlusnęła na króla i trolle czekające na brzegu. Po tym, cała, stojąca świta monarchy, dołączyła do swego władcy i zaczęła się kąpać. Minęło kilka kolejnych minut, w końcu król wyszedł na brzeg, usiadł obok wbitego w ziemię kija i uważnie obserwował swoich pływających poddanych. Zaraz po nim wychodziły kolejne trolle, aż w końcu całą grupą usiedli na brzegu i zaczęli rozmawiać.
Zaczęliśmy knuć plan ataku, w końcu, jak zauważył bystry Goth, to tylko piętnaście olbrzymich trolli, więc damy radę…!!! Dywagacje przerwał Nandin, który zwrócił uwagę na pola trawy, z którego, nad jeziorko przywędrowało pięćdziesięciu innych, różnych osobników tego plemienia. Kobiety, dzieci, zbrojni i nie tylko, przed którymi król ze swoją obstawą stanęli w półkolu. Po chwili wszyscy nowo przybyli, weszli do wody i zaczęli się kąpać. Zadziwiła mnie ich dbałość o higienę i tego typu obrzędy, bo do tej pory uważałem trolle, za dość prymitywne i dzikie istoty… Wspólna kąpiel skończyła się po kilku małych klepsydrach, po czym wszyscy wrócili do wioski.
Postanowiliśmy też wrócić do naszego obozowiska, a jedynie Goth i Ziriel pozostali na miejscu, z nadzieją na znalezienie jakichkolwiek „pomocy” na logiczny i bezpieczny plan. W końcu również dołączyli do nas i okazało się, że po zbadaniu śladów, Ziriel oszacowała, że ostatnio byli nad jeziorkiem trzy dni wstecz, więc idąc tym tokiem myślenia, powrócą się kąpać za dwa dni. To mógłby być najlepszy moment na atak i wykonanie misji, dlatego postanowiliśmy się wstrzymać od wszelkich innych działań i dalej obserwować wydarzenia w obozie.
Koło południa, znowu w osadzie zrobiło się małe zamieszanie. Przybyła grupa czterech trolli na wielkich, bestiach-koniach, hodowanych specjalnie pod takich jeźdźców przez orki Uruk-Hai. Wraz z nimi przybyło dziesięciu pieszych, wóz zaprzęgnięty do osła z kilkunastoma związanymi ze sobą ludźmi. Konni zsiedli z siodeł i okazało się, że jednym z nich był ogr…! Miał na sobie ciężką, rycerską zbroję, broń i chorągiew z emblematem białej dłoni zaciśniętej w pięść, skrzyżowanej z mieczem… Możliwe, że był hersztem tej grupy, bo stanął przed królem i zaczęli, w typowym dla tych ras języku, rozmawiać. Uścisnęli sobie łapska, usiedli obok siebie, po czym na ich znak, zaczęto ściągać ludzi z wozu. W międzyczasie z największego domostwa inne trolle wyciągły dużą skrzynię z przeróżnymi rzeczami. Najprawdopodobniej przyjechali ze sobą handlować…
W pewnym momencie tego „targu” nakazano dać dwóm z niewolników broń i walczyć ze sobą. Kiedy po nieudacznej walce jeden zabił drugiego, ogr z grymasem uśmiechu wskazał wygranemu ścieżkę i zachęcił go do odejścia… Wiedziałem, że to złudzenie, i gdy tylko człowiek zaczął biec, kilku trolli puściło się za nim, kończąc tym samym jego żywot. Inny niewolnik, widząc całe zajście dostał nagle zapaści, pewnikiem serce mu nie wytrzymało i po tym jak skonał na zawał, ogr wraz z królem zjedli go ze smakiem… No cóż… „Co kraj, to obyczaj”…
Po tym wszystkim z wozu zdjęto tuzin dzbanów i zaczęła się „trollowa impreza”… „Zabawiali” się do wieczora, a szczegóły zostawiam dla siebie, bo szkoda miejsca w mych kronikach, na opis funkcjonowania rzeźni… Postanowiliśmy iść spać.
Rankiem okazało się, że codzienny rytuał przed świątynią nie odbył się, pewnie z powodu bestialskiego kaca, jaki musieli mieć zabawowicze. Obóz, jak nigdy wcześniej podczas naszych obserwacji, wstał „byle jak” ze snu. Król pożegnał się z ogrem, który odjechał ze swoją świtą, a sam udał się do jaskiń. Koło trzeciej po południu, znowu ktoś zawitał do wioski… Był to patrol kilkunastu trolli, który targał za sobą związane koboldy. Wszystkich złapanych zaprowadzono do jaskiń. Ten dzień wyjątkowo nam się dłużył na obserwacjach. W końcu postanowiliśmy zaopatrzyć się w jedzenie, bo jak się okazało, prowiantu starczyło nam jeszcze do kolejnego dnia, a przecież planowaliśmy powrót do cywilizacji…
Nandin udał się na resztę dnia nad jezioro, złowić kilka ryb, a Ziriel po owcę, których stado pasło się przy największym polu olbrzymich traw. Liczyliśmy na szczęście, że trollowi pasterze, zwyczajnie nie zauważą utraty jednej owieczki, a sam fakt, że miała tego dokonać nasza wprawna zabójczyni, tylko pogłębiał nasze nadzieje, na świeże, owcze mięso… Późnym wieczorem nasi „łowczy” wrócili do obozowiska. Elf złapał kilka ryb, które z chęcią zjedliśmy na kolację, a elfka przytargała martwą owcę, którą podzieliliśmy na kawałki i za pomocą mojej „Konserwacji” odstawiliśmy na następne dni. Kolejny dzień minął nam bez ciekawostek, rewelacji, na odpoczynku. Tylko jedna wizyta kolejnego, tajemniczego gościa, bardzo nas zaciekawiła…
Do obozu przyjechał konny, prawdopodobnie człowiek. Ubrany w typowe dla podróżnych odzienie, z kapeluszem z szerokim rondem na głowie. Bez widocznej broni, dzierżył tylko sztandar, czarny kruk na baszcie… Trolle eskortowały go do samego króla, po czym gość ukłonił się i obaj wymienili jakieś zdania. Przybysz wrócił do konia i wyciągnął worek z sakw, a król nakazał „swoim” przynieść jakieś rzeczy. Jedne trolle pobiegły do jaskiń, a inne przyniosły z domu skrzynię i jakieś przedmioty. Małe przedmioty przybysz zabrał bez słowa. Tymczasem z jaskiń przyprowadzono ośmiu niewolników, sześciu ludzi i dwa koboldy. Gość oglądał ich uważnie, jakby kupował służbę do swej posiadłości. Zaglądał im do ust, w oczy, oglądał dłonie, kiedy nagle Nandin stwierdził: „To „nasz” alchemik!”… Spojrzeliśmy po sobie z niedowierzaniem, że „świat naprawdę może być aż tak mały”…? Przybysz skończył i ponownie wrócił do swojego konia, po czym wyciągnął kolejną rzecz z wypchanych sakw. Była to mała kusza, którą wręczył królowi, chyba jako kartę przetargową i zaczęli burzliwy handel… Po chwili król nakazał ustawić jednego trolla na odległość niecałych trzech staj, i ułożyć mu na głowie owoc… Przybysz przycelował z kuszy i wystrzelił. Troll upadł, a po chwili przynieśli go przed oblicze dwóch „handlarzy”. Miał wbity bełt w sam środek paszczy. Król pokiwał głową z aprobatą i najprawdopodobniej dobili targu. Przybysz zostawił królowi kuszę i rzeczy w worku, a sam zainkasował sześciu ludzkich niewolników, po czym odjechał. Można było się domyśleć, że trollowy monarcha nie będzie wprawnym strzelcem, bo po pierwszych próbach kusza została roztrzaskana w drobny mak. Ludzie ponad bestie… Wieczorem usiedliśmy i wspólnie zaczęliśmy opracowywać plan ataku na króla. Następnego dnia, planowo, po rytuale miał się udać nad jezioro…
Plan ogólnie był prosty, ale z powodu terenu, panujących tu warunków i rodzaju przeciwników, bardzo ryzykowny i niebezpieczny. Jak tylko król wejdzie do wody, miałem rzucić na niego „Lewitację”, siedząc w najbezpieczniejszym miejscu na szczycie klifu. Za pomocą czaru miałem unieść go na jakieś pięćdziesiąt metrów, nad lustro wody, a reszta drużyny obdarzona błogosławieństwem „Chodzenia w powietrzu”, miała zaatakować z innego miejsca, żeby odwrócić uwagę trolli ode mnie. Goth miał obezwładnić i ogłuszyć króla, a bezwładne ciało wynieść na skarpę. Nandin i Ziriel mieli zająć się pozostałymi trollami. Ot, taki prosty plan…
Wzięliśmy się za przygotowania… Nauczyłem się kilku potrzebnych czarów, żeby dodatkowo nie zwiększać już i tak podjętego ryzyka czarowania. Goth odprawił kilka modlitw, a reszta… nie wiem, chyba zbijała bąki… Noc minęła spokojnie, choć znowu byłem niewyspany i czułem się, jakbym ją spędził na kamiennym łożu… Rankiem Goth pobłogosławił swoje owieczki i siebie, obdarzając wszystkich „Chodzeniem w powietrzu” i „Spacerem w chmurach”. Potem skupiliśmy się wszyscy na rytuale w obozie, a po nim szybko ruszyliśmy na wyznaczone miejsca.
Z uwagi na fakt, że jako jedyny z naszej „wesołej gromadki” nie użyłem mocy do przemieszczenia się i wybrałem tradycyjny, naturalny sposób – wykorzystałem własne nogi – wyruszyłem dużo wcześniej przed nimi. Dotarłem do odpowiedniego miejsca na skarpie, z którego miałem widok na pola trawy, a dalej na obóz, z prawej strony i jezioro otoczone wysokimi klifami, z lewej strony. Moi kompani natomiast zajęli pozycje naprzeciw mnie, na stromym zboczu nad jeziorem.

Minuty mijały, aż w końcu zauważyłem grupę zbliżających się trolli, z królem na czele. Kiedy zbliżyli się, postanowiłem wyczarować „Unoszący Się Dysk Tensera”, który w razie niebezpieczeństwa miał zapewnić mi szybką drogę ucieczki. Moja moc po raz kolejny zatryumfowała nad obszarem dzikiej magii, ponieważ wyczarowany dysk, posiadał większe rozmiary i był niesamowicie szybki! Potem czekaliśmy tylko na króla, który po krótkiej przemowie wszedł pierwszy do wody…
Gdy tylko wzbita w górę woda chlusnęła na monarchę i inne trolle, rzuciłem „Lewitację”. Moc ponownie mnie nie zawiodła na tym cholernym obszarze i szybko uniosłem w górę zaskoczonego monarchę. Król zawisł zaskoczony i zdezorientowany na odpowiedniej wysokości, trolle w dole zupełnie „roztrzaskane” biegały chaotycznie i w panice, bezradnie próbując złapać swego władykę. Ten ryczał z góry na nich, starając się obrócić. Jednym słowem chaos…!!! Nie minęły sekundy, kiedy moi kompani rzucili się do ataku. Goth wyglądał imponująco i groźnie, szarżując w powietrzu z ogromnym toporem, którego wielkość zyskał dzięki modlitwie. Ziriel i Nandin stanęli nad wodą i szybkimi ruchami zaczęli ostrzał w rozpierzchłe pod nimi trolle. Kiedy monarcha zauważył kapłana lecącego w jego kierunku, próbował się dalej obrócić, ale w tym momencie zacząłem za pomocą czaru potrząsać nim w górę i w dół, totalnie go dezorientując! Nagle „Słup Ognia” zajął dwa trolle poniżej, z którego jeden z nich uciekł w stronę traw, a drugi instynktownie wbiegł do wody. Inny troll upadł z wbitym weń bełtem… Ziriel strzelała bezustannie i bez litości, co chwila powalając biegające pod nami bestie. W końcu kilka trolli oderwało się od biegającej chaotycznie grupy i zaczęli wspinać się na klify. Dwa z nich wybrały zbocze nieopodal mnie, a trzeci gdzieś dalej… Po chwili jeden zajął się ogniem i spadł do jeziora. Kątem oka wróciłem do walczącego kapłana, który kończył swoją śmiertelnie niebezpieczną szarżę…
Jeden zamach toporzyskiem wystarczył, aby rozpłatać czterometrowego króla dahijczyków na pół!!! Natychmiast obie połówki zaczęły spadać w dół. Momentalnie zareagowałem i skoncentrowałem się na górnej części trolla i uniosłem ją ku kapłanowi. Gdy tylko przywódca został rozpołowiony, reszta żywych trolli zaczęła w panice uciekać w kierunku obozu. Nandin szybko „zanurkował” po włócznię monarchy wbitą w ziemię przed jeziorem, a Ziriel puściła się w pogoń za uciekającymi trollami, aby uniemożliwić im dotarcie do obozu. Kiedy tylko Goth przejął połówkę trolla i ruszył na zbocze, wskoczyłem na dysk i poleciałem w jego kierunku. Mimo, iż w parę sekund pokonywałem setkę metrów, nie byłem dość szybki, by dolecieć do kapłana na czas…
Z dala widziałem, jak Goth walczy z czterometrową bestią, półtrollem, półczłowiekiem…! Potwór miał cztery łapska, a w każdym dzierżył trójząb, którymi co chwila wyprowadzał śmiertelne ciosy w przeciwnika. Górna część tej bestii należała do trolla, a dolna do człowieka… Nigdy wcześniej nawet nie czytałem o takim stworze. Wiedziałem, że nie dotrę na czas do walczącego resztkami sił kapłana, więc postanowiłem pomóc mu przeżyć najbliższe chwile, podczas których Nandin z Ziriel do niego dobiegną. Wszystko działo się bardzo szybko i kiedy ja tkałem „Lewitację” na potwora, widziałem, że kapłan ledwo żywy klęczał pod ogromną postacią z trójzębami… Nad nim z przodu pojawiła się niebieska poświata… Jeden bełt od Ziriel, drugi od Nandina, wbite w bestię opóźniły jego ostateczny atak. Czar z dużą mocą objął potwora i z całych sił zacząłem go unosić w powietrze! Bestia ryknęła, jakby zdziwiona i nagle stało się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć…
Goth resztkami sił, praktycznie w agonii, chwycił sztandar leżący przy nim i wbił go prosto w serce półtrolla. Bestia zawyła z bólu i zaczęła się dematerializować, aż po chwili wessała ją pustka…! Kapłan w amoku wyciągnął zza pazuchy prochy swego syna Gotreka i szybko, instynktownie, posypał nimi zakrwawione weksylium. Patrzeliśmy na to ze zdumieniem i zarazem przerażeniem, a chwilę później przed konającym ojcem pojawił się duch zmarłego syna…!!! Gotrek chwycił Gotha za ramię, a sztandar jakby ożył. Obraz zaczął się poruszać i nagle wszystko ustało. Duch kochanego syna, wiernego kompana i przyjaciela, zniknął… Goth trzymając sztandar padł zakrwawiony na ziemię. Po chwili wszyscy byliśmy przy nim…
Mimo, iż nie czuję do niego żadnej sympatii, szacunku, czy współczucia, to jednak coś tknęło mnie, aby klęknąć przy nim i pomóc mu wykaraskać się z tego stanu. Nie musiałem nic robić, bo ku naszemu zdumieniu, mimo litrów krwi na jego ciele, jego ciało było uleczone, nietknięte!!! Jego bóg, nie wiedzieć, czemu, naprawdę musi pokładać w nim nadzieję i wiarę… „Udało się! Na Lorsha udało się!”, z takim okrzykiem kapłan wstał, jakby nigdy nic! Niestety powrócił do swojego wcześniejszego stadium megalomana, aroganta i heroicznego głupka… Zaczął wygłaszać jakieś „głodne przemowy” o „swoich” czynach i udanej misji, po czym wbił sztandar w ziemię, chyba na podkreślenie nic nie wartego przemówienia. Korpus monarchy rozsypał się w proch, co wyrwało nas z zamyślenia i wskazało na fakt, że nadal byliśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Wszyscy wskoczyliśmy na unoszący się dysk i z szybkością wiatru ruszyliśmy do lasów, w kierunku dziury i zejścia do jaskiń. Teraz musieliśmy jeszcze przeżyć drogę powrotną przez mroczne korytarze górskich tuneli…