Kronika

Kroniki LVII: Przygotowania do wyprawy na Ziemie Mrozu

Powrót przez jaskinie po zabiciu monarchy zaostrza konflikt Radagasta z Gothem, który odmawia mu pomocy przy przejściu przez trujący mech. Po rozdzieleniu się z drużyną mag dociera do Dirdighen, rozszyfrowuje księgę demonologiczną i przygotowuje zimowe wyposażenie na wyprawę ku Ziemiom Mrozu.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Każdy na swój sposób zszedł do ciemnego kompleksu jaskiń, ja za pomocą „Pajęczego Chodu”. Postanowiliśmy odpocząć pod zejściem, na skrzyżowaniu korytarzy, dzieląc się na dwójki i warty. Nagle Goth wbił sztandar w podłogę, który wszedł w nią niczym w tłuszcz. Ziemia zadrżała, kilka kamyczków potoczyło się ze ścian i cisza. Widać było pajęczynę pęknięć w podłożu, w miejscu gdzie tkwił sztandar. Zapytałem otwarcie kapłana o moce i błogosławieństwa przedmiotu, który tak długo kompletowaliśmy, a którego zakończenie było już za nami. Podejrzewałem, że każdego z nas to interesowało, a sam Goth nie pałał chęcią, do podzielenia się informacjami o „swoim” rodowym sztandarze…

Sztandar wbity w ziemię, jak przed chwilą, działa, jakbyśmy znajdowali się w świętym miejscu, kościele, świątyni Lorsha, co według Gotha miało dawać „wiernym” ochronę i błogosławieństwa jego boga… Poza tym używany w bitwie, miał podnosić morale walczącym u bogu kapłana… No cóż, póki co nic specjalnego, ale sam Goth wspomniał pewną legendę, w której jeden z kapłanów Vergena, sojusznika Lorsha, również stworzył przedmiot, w który, jak się później okazało, zaingerował sam bóg… Wspomniał o „Katakliźmie Vergena”, broni stworzonej jakieś 400 lat temu, do prowadzenia armii przeciw wrogom wiary. Miecz, sprowadzał olbrzymie plagi i katastrofy na wrogie armie. Mówi się, bo nie jest to potwierdzone, że prorok Vergena wcale nie stworzył tego miecza, tylko go znalazł i że był to jeden z mieczy Wayklanda… Musiałem o tym wtrącić, bo kapłan miał swoje „kapłańskie” teorie na temat tego miecza, poza tym więcej już nic nie wiedział, więc kontynuowałem legendę… Ponoć były to najstarsze bronie świata. Bogowie zlecili stworzenie tych mieczy kowalowi i zawarli w nich esencję świata. Zostały one podarowane władcom królestw z tamtych lat. Miecze miały taką moc, że posiadanie więcej niż jednego dawało właścicielowi praktycznie nieśmiertelność… Podobno stworzono siedem mieczy Wayklanda. Mówi się, że dwa z nich znaleziono. Jeden posiada król Kerintu na południu, a drugi jest w posiadaniu mrocznych elfów. Legenda mówi, że zdobycie wszystkich siedmiu mieczy, wyniesie właściciela ku panteonowi bóstw i pozwoli mu stać się jednym z nich…

Z Ziriel objęliśmy wartę, jako pierwsi. Nagle poczułem silne zawirowania mocy, których epicentrum wyczułem na powierzchni…! Było to epicentrum obszaru dzikiej magii, które nie wiedzieć czemu, dało się teraz wyczuć i mało tego, było w ruchu! Przeraźliwy ryk wyrwał mnie z zamyślenia! Pozostała dwójka zerwała się ze snu i po chwili okazało się, że Nandin również wyczuł zawirowania mocy obszaru dzikiej magii. Stwierdziłem, że może to owa istota na powierzchni jest tego przyczyną i zabicie jej, usunie obszar z tych terenów, ale nie znalazłem poparcia wśród członków drużyny… Wróciliśmy więc do wart i błogiego, długo oczekiwanego snu.

Po kilku godzinach odpoczynku ruszyliśmy w drogę, kierując się korytarzami wcześniej oznaczonymi przez Gotha i Ziriel. Nandin rzucił „Światło” i wkroczyliśmy do wielkiej jaskini, a z niej do pieczary z resztkami koboldów. Wiedziałem, że czeka nas powtórna przeprawa przez korytarz ze śmiertelnie groźnym mchem, więc postanowiłem porozmawiać z kapłanem o mojej odbytej „pokucie”… Zapytałem go, czy nie pobłogosławiłby mnie i obdarzył półmaterialnością, na czas przeprawy przez ten odcinek i tu po raz kolejny „dostałem w twarz”…!!! Kapłan stwierdził, że dalej nie jestem „godzien” jego modłów i moje „zadośćuczynienie” nadal obowiązuje! Tak jakbym od czasu wydarzeń w Mieście Mgieł nic nie zrobił…!!! Nikomu nie pomógł, nie użył na rzecz nas i naszej misji swoich umiejętności i mocy, jakbym od tamtej pory był tylko cieniem tej „wspaniałej drużyny”…! Reszta milczała, patrząc, jak po raz kolejny Goth upokarza mnie i „tapla mnie w rynsztoku”! Jakbym zwyczajnie na to zasługiwał!!! Rozumiałem milczenie Nandina, choć nie do końca, bo mimo różnic i może nawet niechęci wobec mnie, pozostaje jednak lojalność wobec osób, z którymi tak długo dzieli się przeżycia i wspólne chwile. Ale Ziriel…?! Elfka, jak trusia, siedziała cicho, bez słowa, całkowicie zdominowana i podporządkowana kapłanowi… Wiedziałem, że nie mam żadnego poparcia, a Goth „trzęsie” pozostałymi członkami drużyny, którzy „upadną” na podłogę, byleby kapłan tylko dalej obdarzał ich „dogodnościami”…! Poczułem się sam i od dłuższego czasu zabrakło mi wśród nas Dina i Gotreka… Mimo nieporozumień, do których często między nami dochodziło, zawsze jakoś wsparli mnie wobec aroganckiego kapłana, równie często nie godząc się z jego „nieomylnością”… Przestałem wierzyć w obiektywizm Gotha i jego pojęcie sprawiedliwości. Przestaję w ogóle wierzyć… Nikt już nie daje „świetlanego” przykładu, a pomocy i „rad marionetek i ich władcy” już nie chcę… Jest już zbyt późno…

Doszliśmy do jaskini z Kryształami Światła, gdzie Nandin poprosił o kilka godzin na wydobycie kilku i wyprosił kapłana o wsparcie. Żałosne to było, ale Gothowi podobało się takie płaszczenie przed nim… Czuł, że ma władzę… „Lorsh zawsze wspiera tych, którzy działają dla naszej wspólnej sprawy…!” Kapłan po raz kolejny ugodził mnie tymi słowami i na pewno wypowiedział je po to właśnie, żeby „po raz n-ty” mnie poniżyć! Przemilczałem ten fakt i spokojnie siedziałem, rozmyślając nad planem przejścia przez niebezpieczny tunel.

Po kilkudziesięciu minutach, kiedy kolejna pochodnia się wypaliła, Goth jakby nigdy nic, zwrócił się do mnie o czar „Światła”! Spojrzałem na bezczelnego kapłana z pogardą i odmówiłem, a na język wpadały słowa, które wolałem przemilczeć… Po kilku godzinach wrócił Nandin, zmęczony, ale wyraźnie zadowolony. Wkroczyliśmy do ogromnej pieczary ze stalagmitami i stalaktytami, które później przeobraziły się w kryształowe mogiły z uwięzionymi weń ludźmi. Spokojnie przeszliśmy jaskinie, aż w końcu doszliśmy do korytarza z czarnym mchem…

Goth zaczął się modlić i znowu Nandin wybłagał o pomoc w przejściu przez ten kilkudziesięciometrowy, niebezpieczny odcinek! Oczywiście dla kapłana po raz kolejny nie liczyły się lata znajomości, przeżyć i tego, co zawsze najbardziej podkreśla… czy ktoś wierzy… dlatego bez ogródek obdarzył go „Spacerem w Chmurach”. Ziriel milczała, jak na służkę przystało… Kiedy już cała trójka stała się półmaterialna i zniknęła mi z widzenia, poczułem ulgę… Wiedziałem, że nie mogę tu długo siedzieć, więc decyzja była szybka. Rzuciłem na siebie „Przyspieszenie Ruchów” i „Światło” i czym prędzej, korzystając z wrodzonej zręczności i chudej budowy ciała, ruszyłem korytarzem, starając się przy tym nie trącać jak największej ilości kępek groźnego mchu…

Szybko wybiegłem po drugiej stronie odcinka, zdejmując chustę z twarzy i dokładnie płucząc usta i nos. Czar przestał działać, więc moje dotychczasowe siły zmalały do minimalnych. Ledwo trzymałem się na nogach, więc postanowiliśmy dojść do jaskini z przedziwną roślinnością i tam odpocząć kilka godzin. W międzyczasie okazało się, że Ziriel odkryła ślady pięciu krasnoludów, które przeszły przez tą jaskinię i weszły do jednej z pięciu odnóg…

W końcu wyszliśmy z jaskiń na światło słoneczne, na zewnątrz! Zobaczyliśmy trzy muły z sakwami, pozostałości po niedawnym ognisku i resztki obozowiska. Nandin obszukał sakwy i znalazł jakąś drewnianą kostkę z krasnoludzkim pismem, na każdej z sześciu ruchomych ścianek. Odrysował to na kolejne pergaminy i czym prędzej ruszyliśmy dalej. Noc pośród skał minęła spokojnie i kolejnego dnia opuściliśmy w końcu obszar dzikiej magii! Podczas kolejnego obozowania oświadczyłem im, że wyruszam rankiem za pomocą „Teleportacji” do Dirdighen i tam na nich zaczekam. Oczywiście wywołało to fale wzburzenia, niezrozumienia i niezgody i nagle okazało się, że Goth potrzebuje mnie do wspólnej podróży w siodle…! Drugi raz się z nim nie zgodziłem i postawiłem na swoim, więc w ostateczności wszyscy zmienili plan dalszej podróży. Ziriel miała rozstać się z nimi przy pierwszej strażnicy na Szlaku Królewskim i udać się do Leredeonu, a Goth i Nandin mieli się spotkać za półtorej tygodnia ze mną w mieście. Później mieliśmy kolejne półtorej tygodnia czasu do spotkania z elfką, już w najbliżej położonej ku Paddar strażnicy. Przed snem, za pomocą „Rozumienia Języków”, przetłumaczyłem jeszcze Nandinowi odrysowane kawałki kostki i poszedłem spać.

Rankiem, po śniadaniu, spakowałem się, pożegnałem i teleportowałem w pobliże pierwszej strażnicy. Byłem mocno wyczerpany czarem i dodatkowo zmęczony ostatnimi tygodniami, a czasu miałem nadmiar, dlatego postanowiłem odpocząć dzień i wyruszyć kolejnego poranka. Kolejnego poranka drugi skok w pobliże drugiej strażnicy i znowu odpoczynek, a trzeciego dnia „Teleportacja” przed bramy Dirdighen i zameldowanie się w karczmie. Poprosiłem oberżystę o pojedynczy, ale czysty pokój i w końcu, przed obiadem mogłem doprowadzić siebie i odzienie do porządku. Po południu, jak zwykle, pierwej udałem się do Nishiru…

Półelf przywitał mnie serdecznie i od razu przeszliśmy do rzeczy. Wpierw zapytałem go o czary ochronne przed mrozem i skutkami zimy, później o upioryt i wyrobienie odpowiedniej broni z niego, a na koniec sprzedaż, wymiana, formuł i grzybów, których użycie będzie czasochłonne i kosztowne, a pieniędzy jak zwykle mi brakowało… Umówiliśmy się więc na południe kolejnego dnia, tymczasem wróciłem do pokoju i do późnego wieczoru, postanowiłem rozpracować Księgę z Niebieską Okładką z Czaszką, którą znaleźliśmy w komnatach przy legowisku Jeerheny. Okazało się, że zapisana jest skomplikowanym szyfrem, więc tym bardziej postanowiłem rozwikłać jej zagadkę…

Koło południa, kolejnego dnia, spotkałem się z Nishiru. Dał mi namiary, na jedynego w tym mieście, gnomiego rzemieślnika, który umiałby według mojego projektu wykonać sztylet. Kolejną sprawą była ochrona przed cholerną zimą, która nieubłaganie się zbliżała. Tego typu czarów nie było dostępnych, ale znajomy półelfa, pewien zaklinacz, mógłby sprzedać mi po niższej cenie Bransolety Mroźnego Poranka, które po aktywacji chroniłby mnie na długi czas przed srogim mrozem… Wszystko dalej rozbijało się o brak odpowiedniej liczby złota…

Postanowiłem więc sprzedać porcję Merkanarów zebranych w jaskiniach i zakupić Bransolety. Są one wykonane z drewna hebanowego i rzeźbione w nich wzory przedstawiają feniksa, ognistego ptaka. Jedynym metalem, który występuje w bransoletach to miedź, która błyszczy ciepłym kolorem. Bransolety na pierwszy rzut oka nie wyglądają na drogie, jednakże wprawne oko dostrzegłoby w nich wysoki kunszt rzemieślniczy. Po uderzeniu o siebie, skrzyżowaniu rąk, bransolety otaczają noszącego ochronną barierą, która chroni przed przenikliwym mrozem, sięgającym nawet do -10 kapterów, przy założeniu, że właściciel nosi przynajmniej lekką, wierzchnią odzież. Ubranie płaszcza, swetra i innych elementów docieplających spowoduje, że bransolety będą chronić przed dużo niższymi temperaturami. To samo tyczy się przenikliwego wiatru, lodowatej wody… Bransolety muszą być ubrane na obydwie ręce i nie mogą zostać ściągnięte, inaczej aura ciepła przestałaby działać. Bransolety posiadają w sumie 7 Punktów Magii (każda po 7 i każdą trzeba osobno ładować), a użycie mocy kosztuje 1PM z każdej bransolety i ochrania noszącego przez 10 godzin. Uszkodzenie jednej z bransolet spowoduje nieodwracalną utratę mocy tej drugiej, której "dorobienie" byłoby w tym przypadku niemożliwe. Użycie mocy bransolet w czasie upałów i ciepłych dni spowodowałoby spory dyskomfort u noszącego.

Podbudowany udanym zakupem postanowiłem „zgromadzić” pieniądze na sztylet. Z pomocą Nishiru znalazłem kupca na zestaw moich ksiąg, jednak wcześniej zrobiłem odpowiednie i ważne z nich notatki, i zaraz po transakcji udałem się do gnoma. Ten po dokładnym przeanalizowaniu mojego projektu zgodził się na wykonanie zlecenia, licząc sobie niemałą za to sumkę. Miałem otrzymać gotową broń po upływie dwóch kolejnych tygodni.

Po powrocie zgłębiłem się w tajemnicę skomplikowanego szyfru. Trzeciego wieczora rozpracowałem szyfr „Alicję” i od razy przystąpiłem do przekładu księgi. Jej treść zdumiała mnie i zaskoczyła, a dla własnego bezpieczeństwa, po zapoznaniu się z nią, spaliłem notatki… Księga prawiła o przyzwaniu z najdrobniejszymi szczegółami, rytuałem, składnikami, odpowiednią porą, ubraniem, demona Karberusa, jednego z demonów podległych Baurusowi! Można go przyzwać tylko w dwa dni w roku, Święto Brurusa i Święto Gwiazd. Ponoć ten potężny mieszkaniec piekieł jest w stanie spełnić każdą prośbę przyzywającego, ale nie za darmo i na zasadzie handlu wymiennego, żąda czegoś w zamian… Cały rytuał opisany był dokładnie i dosadnie, wywołując u mnie dreszcz, dlatego zaraz później wrzuciłem kartki do tlącego się kominka…

Ósmego dnia pobytu w mieście, kiedy zdołałem w międzyczasie opanować nowy czar i kontynuować nauki kolejnego, do miasta przybyli Goth i Nandin. Tylko elf przyszedł się ze mną przywitać, ale i tak oschle i od razu prosząc o czar „Odczytania Magii”! Nie wdając się w dyskusje o tym i nie prowokując wybuchu złości u niego, zgodziłem się na przepisanie dla niego jego formuły. W końcu doczekałem dnia, w którym goniec poinformował mnie o odbiorze gotowej broni…

Jadeitowy Sztylet z Upiorytu stworzony przez gnomiego kowala Kronna z Dirdighen, był imponujący... Karbowana rękojeść sztyletu wykonana została z zielonego jadeitu i już sama w sobie zwracała uwagę. Kwintesencją sztyletu było oczywiście jego ostrze, które zostało wykonane z tajemniczego minerału zwanego Upiorytem. Zdobycie Upiorytu, który ponoć istnieje tylko w świecie Duchów, jest niezwykle trudne, a obróbka tego minerału znana jest nielicznym. Ostrze stale jarzy się fioletową, odpychającą poświatą, a tajemne znaki na nim wyryte, zorientowanym powiedziałyby, że runy te łączą broń ze Światem Umarłych. Oprócz faktu, że był to specjalny sztylet, upioryt nadał mu pewne unikatowe właściwości, dzięki którym okazał się bardzo groźnym jako broń krótka w walce wręcz. Jego cechy postanowiłem pozostawić tylko dla własnej wiadomości…

Potem czas do wyruszenia na spotkanie z Ziriel minął mi na nauce, i ani się „nie obejrzałem”, kiedy dotarliśmy do ostatniej strażnicy Królewskiego Szlaku, tuż przed miastem Paddar…