Ze strażnicy ruszyliśmy szlakiem prosto do stolicy, Paddar. Co noc, na zmianę z Nandinem, czarowaliśmy „Bezpieczne Schronienie Leomunda”, aby uprzyjemnić sobie sen i umilić odpoczynek przed kolejnym dniem podróży. Moi kompani stawiali nocne warty, ja pogrążałem się na parę godzin nad kolejnym opracowaniem nowego czaru. Wiedziałem, że opracowanie jego formuły ma się ku końcowi, ale chciałem wszystko dopracować dokładnie i z najdrobniejszymi szczegółami.
Pewnego dnia, na szlaku, napotkaliśmy karawanę kupców, zmierzających z obstawą zbrojnych do Paddar na handel. Trzech bliźniaków, z wyglądu i zaopatrzenia wozów, zamożnych już kupców, opowiedziało nam kilka dość ciekawych, zaskakujących i niepokojących wieści… Gdzieś na zachodzie, w kraju Flitglen, graniczącym z Tragonią, toczy się ponoć wojna pomiędzy krasnoludami z zachodu! Wielka armia niskich i krępych wojowników, wsparta magami i najemnymi plemionami, maszeruje ku naszym granicom, pustosząc wszystko po drodze…! Ponoć sam król Tragonii, zaniepokojony i poruszony tymi wydarzeniami, wysłał dyplomatów, poselstwo i agentów po szczegółowe wieści z tamtych krain. Jakiś samozwańczy król krasnoludów, zjednoczył wszystkie klany i zdetronizował ich przywódców, aby poprowadzić armię „zniszczenia” na sąsiednie narody. Owa armia, wedle niepotwierdzonych plotek i pomówień, dysponuje jakąś tajemniczą i niszczycielską bronią, latającą wyspą, z której na wrogów ciskane są głazy i inne ciężkie pociski… Wydawało nam się to wielce wyolbrzymione, ale też niepokojące, bo gdyby tak z pomocą magów krasnoludy w jakiś sposób opanowały jedną z legendarnych cytadel…? Aż strach pomyśleć, jeśli okazałoby się to prawdą…
Tydzień później, pod koniec września, przekroczyliśmy mury znanego nam już Paddar. Tam postanowiliśmy zaopatrzyć się na dalszą podróż i odpocząć chwilkę. Zakupiłem odpowiednie ubranie na zimę, jak również pióra Gryfa, które miałyby mi w przyszłości posłużyć do odpowiedniego czaru… Poprosiłem też Nandina o zakup formuły czaru, którego walory i możliwości byłyby przydatne i cenne dla naszej drużyny w dalszych podróżach, a później postanowiliśmy „dogadać się” w sprawie wymiany jego treści… Dni minęły szybko i z początkiem października byliśmy już na szlaku do Wysokiej Wieży.
Mimo trudności podróży i niesprzyjających do tego warunków, obaj podjęliśmy się nauk nowych czarów, wykorzystując każdą wolną chwilę na zgłębienie ich mocy. Dodatkowo, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, Nandin podarował mnie i Ziriel po zielonym Krysztale Amuru! Zawsze to jakaś, choćby minimalna ochrona… Dni mijały spokojnie, aż w końcu przekroczyliśmy granice Zatrutego Lasu, miejsca niebezpiecznego, które, jak się później okazało mogło być ostatnim w moim życiu…
Piątego dnia z naprzeciwka zatrzymał nas oddział dwunastu zbrojnych. Byli to królewscy żołnierze pod wodzą niejakiego kapitana Felstoffa, który ostrzegł nas przed rabusiami i bandytami. Niedaleko przed nami minęli trzy spalone wozy kupieckie, których zawartość została splądrowana, a śladów właścicieli nie znaleźli… Po krótkiej rozmowie rozstaliśmy się i każda z grup ruszyła w swoim kierunku.
Tej nocy podczas warty mojej i kapłana wydarzyło się coś dziwnego… Około północy usłyszeliśmy pisk kobiety, dochodzący z głębi pobliskiego lasu! Później martwa cisza… Ziriel wybiegła z chatki i postanowiła z pomocą Maski przeszukać pobliskie chaszcze… Po kilkudziesięciu minutach wróciła. Była zmieszana i blada, a podczas rozmowy czuć było od niej woń alkoholu…! Powiedziała, że po dwustu metrach usłyszała trzepot skrzydeł i zobaczyła nienaturalnie dużą, puchatą sowę, która ludzkim głosem oznajmiła jej, że spodziewała się mężczyzny, a nie elfiej kobiety…!!! Po czym sowa zamieniła się w kobietę i przemykając między drzewami, zniknęła wojowniczce z oczu! Niestety z uwagi na podpity stan Ziriel wzięliśmy poprawkę na jej opowieść i już mieliśmy wracać do wart i odpoczynku, kiedy elfka krzyknęła i rzuciła się na mnie, przewracając nas kilka metrów dalej na zbitą ziemię traktu…
Drzew złamało się z głuchym hukiem, upadając zaraz przy nas! Szybko pozbieraliśmy się gotowi na wszystko, ale znowu nastała niepokojąca cisza… Jeszcze raz sprawdziliśmy okolice i pień złamanego drzewa. Nic… Postanowiliśmy przeczekać do rana i czym prędzej opuścić to dziwne miejsce. Rankiem, kiedy wstaliśmy i zaczęliśmy pakować obóz, Ziriel i Nandin jeszcze raz postanowili zbadać okolice. Wrócili po godzinie i szybko podzielili się z nami swoimi odkryciami… Kilkaset metrów za lasem znaleźli polankę z wypalonym nań okręgiem i kilkanaście śladów. Jednak po dalszych, bezowocnych poszukiwaniach postanowili wrócić. Szybko spakowaliśmy rzeczy i opuściliśmy obozowisko, wracając na trakt.
Ziriel jechała na koniu, jak zwykle kilkadziesiąt metrów przed nami, jako zwiadowca i tropiciel. Zatrzymał nas Goth, który ostrzegł, że Ziriel dała mu znać o możliwym niebezpieczeństwie, a sama zeszła z konia, aby pochylić się prawdopodobnie nad jakimś śladem… Nie widziałem tego dokładnie, bo była ponad sto metrów z przodu, ale później żałowałem, że nie rzuciłem czarów obronnych wcześniej, kiedy był spokój i możliwość…
Zbliżyliśmy się powoli o jakieś 50 metrów i wszyscy zobaczyliśmy elfkę powoli podchodzącą do leżącego na trakcie ciała… Skupiłem się na czarze i rzuciłem „Eteralny Pancerz”, niestety, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach nerwy zagórowały nad doświadczeniem i koncentracją…! „Ziriel?! Czy coś się stało?!!”, głos wołającego Gotha rozbrzmiał wśród gęstwiny otaczającego nas lasu… Znowu skupiłem się na czarze i z powodzeniem utkałem „Kamienną Skórę”. „Ktoś nas obchodzi od tyłu…”, szept Nandina dotarł do naszych uszu. Wiedzieliśmy, że to pułapka, a adrenalina zaczęła wrzeć w moich żyłach. Bez zastanowienia sięgnąłem po kolejny składnik i wówczas wszystko się zaczęło…!!!
W jednej chwili Ziriel dobyła sztyletów i rzuciła się na leżącego na drodze banitę, który wystrzelił do niej z kuszy!!! Salwa bełtów wystrzelonych z obu stron lasu w naszym kierunku, rozproszyła naszą trójkę. Ja z Nandinem zostaliśmy w tyle, a Goth szarżą ruszył na pomoc elfce, otaczanej przez wybiegających z lasu bandytów. Poczułem dwa bełty, które niechybnie zabiłyby mnie, gdyby nie moc Kryształu Amuru i czaru, który miałem na sobie…! Kolejne ułamki sekund i więcej nadbiegających i otaczających nas rębajłów. Byliśmy w poważnych tarapatach…
Dalsza walka z trudem pozostała w mej pamięci, i pisząc te kroniki uświadomiłem sobie, jak dużo błędów wówczas popełniłem…! A mogło się to dla mnie skończyć „przyjemniej”, niźli w rzeczywistości się skończyło…
Widząc nadbiegających naokoło wrogów, postanowiłem rzucić „Latanie” i szybko wzbiłem się w powietrze. Z jednej strony było to dobre posunięcie, bo w ferworze walki, Nandin zaatakował ich „Ogniem Sola”, co również dla mnie, jeśli bym się nie wzniósł, byłoby śmiertelnie groźne. Z drugiej strony, mimo iż bezpieczny przed ostrzami mieczy i obuchami drewnianych pał, byłem w powietrzu łatwym celem dla strzelców ukrytych pośród drzew… I to oni, okazali się dla mnie najgorszymi katami…
Krzyki z dołu uświadomiły mi, że czary elfa odnoszą zamierzone skutki. Rzuciłem „Ochronę Przed Pociskami”, ale zbyt wolno…! Jeden z bełtów wbił się w me wątłe ciało szybciej i głęboko, raniąc mnie tak poważnie, że tylko adrenalina i wola przetrwania, utrzymały mnie w powietrzu i pozwoliły na dokończenie inkantacji…!!! Czułem ciepłą i lepką krew spływającą z mego boku. Wtedy nie myślałem o tym, ale później, po głębszym zastanowieniu, cieszyłem się, że szczęściem grot ominął ważniejsze organy wewnętrzne… Nie miałem wyjścia, jak wyleczyć ciężkie rany. Wycelowałem drżący i zakrwawiony palec w jednego z bandytów poniżej i cisnąłem w niego czarną wiązką negatywnej energii. „Drążenie Larlocha” tylko po części wyleczyło me poważne rany, bo ofiara już wcześniej była ledwo żywa. Tymczasem mój kompan broniący się poniżej, zdołał kolejnym „Ogniem Sola” pozabijać otaczających go przeciwników! Kolejna salwa bełtów nie pozwoliła mi już wybrać ofiary do uleczenia… Grot był wypuszczony tak precyzyjnie i z dużym impetem, że nawet chroniący mnie czar, nie zdołał mnie wybronić…! Potężny ból sprawił, że czułem jakby ktoś żywcem otwierał mi klatkę piersiową! Fala ciepła i momentalnie wydalonego potu, ogarnęła me ciało i otumaniła umysł… Moja świadomość zapadła się w głęboką czerń… Coraz szybciej zbliżałem się do świata śmierci, prawie muskając palcami jej pustej i mrocznej otchłani, zimnej i bezlitosnej czerni…
Nie wiem, czy to sprawka kapłana, majaków, czy nawet samego Lorsha, ale spadając w korony drzew, czułem pod sobą wilcze, ciepłe i miękkie legowisko, które, jakby zamortyzowało mój upadek… Gdzieś tam w oddali, pośród drzew, biegał ogromny, biały wilk, rozszarpując pozostałych strzelców, ukrytych pośród wysokich krzaków i grubych konarów…
Ocknąłem się praktycznie w agonii, ale me krwawiące rany były zatamowane… Nade mną stała Ziriel uważnie mi się przyglądając, jakby zamyślona i zmartwiona jednocześnie… Obok, oparty o drzewo siedział Goth, ciężko dysząc, zmęczony po walce. Patrzał na mnie z politowaniem. Świadomość wróciła do mnie tak szybko, jak ode mnie odpłynęła i instynktownie i z przerażeniem chwyciłem się za koszulę… Jeden z guzików miałem odpięty…!!! Albo nic…, albo tylko Ziriel… Nikt inny… Odczołgałem się na bok i w ukryciu opatrzyłem sobie niedawno nabyte rany. Nikt z moich kompanów się nie odzywał, zajęci byli grabieniem zwłok, które leżały na obrzeżach lasu i na środku traktu. Prócz tego, że musiałem szybko dojść do siebie i odzyskać zdrowie, owładnęło mną kolejne, poważniejsze zmartwienie i problem…
Kolejny ruch nie należał w tym przypadku do mnie…