Kronika

Kroniki LIX: Podróż z Twierdzy Argh

Ranny Radagast zaczyna modlić się do Lorsha, a droga przez Zatruty Las prowadzi przez chłopca Roberta, kult Doriela i osobliwego kramarza Henryka. W Twierdzy Argh drużyna bada żołnierza ożywionego nekromancją, odkrywa Czarne Rozstaje i przypadkiem budzi w lodowej grocie Uve Gardala.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Chwilę później moi kompani zaczęli zbierać „co cenniejsze” od martwych rzezimieszków, a ja z trudem dotarłem do konia. Mój stan był na tyle poważny, że ciężkie rany i upadek z dużej wysokości nie pozwalały mi na dalszą podróż w siodle samemu. Zdecydowaliśmy, że będę podróżował z Ziriel na jednym koniu. Miałem mętlik w głowie i tysiące myśli i odczuć nie pozwalały na jakąkolwiek koncentrację, więc postanowiłem im się poddać… Nie byłem już pewien, czy to, co zobaczyłem przed upadkiem, było spowodowane krytycznymi ranami, typowy omam, czy zwyczajnie otrzymałem „znak”…? Czyżby Lorsh faktycznie zwrócił swą uwagę na mnie, a może to sztandar tak działał i doświadczyłem jego efektów…? Byłem totalnie przerażony tymi myślami, a zarazem wdzięczny, że jeszcze żyję… Zbyt wcześnie dla mnie na spotkanie z Razinem…

Postanowiłem mimo oporów i dalszego sceptycyzmu, podziękować bogu za opatrzność i oddałem się skoncentrowanym modlitwom… Nawet nie zauważyłem, jak głęboko wciągnęła mnie modlitewna mantra, ale wiedziałem, że dzięki niej ból zelżał, a ja byłem bardziej rozluźniony i odizolowany… Tego mi właśnie było trzeba. Kilka następnych godzin podróży całkowicie „odleciałem”, zanurzając się w znanych mi modlitwach, dopiero szturchnięcie Ziriel i gwałtowne zatrzymanie się konia, oderwało mnie od dziękczynienia…

Noc spędziłem w wyczarowanej chatce, w cieple i spokoju. Rankiem nie ukrywałem się już z modlitwą do Lorsha, jakoś spłynął po mnie wstyd i krępacja. Miałem za to inne, poważniejsze zmartwienia… Koło południa, zza jednym z zakrętów usłyszeliśmy wołanie. Przystanęliśmy na chwilę, ale nikogo nie zobaczyliśmy, więc Ziriel z Gothem postanowili pojechać przed nami, aby sprawdzić trakt. Po kilku następnych minutach zobaczyliśmy ich stojących przed wysokimi krzakami, jakby rozmawiających…

Okazało się, że mówią do małego chłopca, ukrytego wśród wysokich krzewów, na brzegu lasu. Był dobrze ubrany, choć odzież miał znoszoną i brudną, jakby dobrych kilka dni szwędał się po lesie… Przedstawił nam się, jako Robert i ponoć szukał swojego pieska!!! Zapytany o własne pochodzenie, bez ogródek powiedział, że nie wie gdzie jest i skąd, ale bardzo prosił o naszą pomoc w znalezieniu Maksymiliana! Dziwne to było i podejrzane, więc zacząłem się go skrzętnie wypytywać, bo najwyraźniej coś tu nie grało, wtedy to spojrzał się na mnie i powiedział, że jestem ranny i jestem „zły pan i zawsze taki pozostanę”…! Wszyscy się na mnie spojrzeli, jakby chłopiec był sądem i właśnie skazał mnie na potępienie, ale po chwili krótkie napięcie minęło i postanowiliśmy zwyczajnie nie zwracać na niego uwagi i zostawić go. Coś w nim nie było normalne…

Ruszyliśmy dalej, w milczeniu, ale skupieni na otaczającym nas Zatrutym Lesie. Po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do kamiennego pomnika. Wielkością odrobinę przewyższał Gotha, przedstawiał rycerza, ale czas i położenie, odcisnęło na nim swoje piętno. Pomnik był podniszczony i stary, brudny i nie wzbudzał podziwu, czy zachwytu. Rycerz, w ciężkiej zbroi z rękami złączonymi koniuszkami palców, z włochatą głową psa…!! Patrzeliśmy zaskoczeni i w milczeniu, które po chwili przerwał kapłan. Powiedział, że jakieś czterysta lat temu, w tych okolicach krążył kult Doriela, bóstwa nienawiści, który wyznawał takie „coś”… Szybko zostali wyplewieni przez króla z Paddar, a niedobitki grasowały na banicji, napadając podróżnych i składając ich w ofierze „nienawiści”. Bandyci obcinali sobie lewy kciuk na znak pamięci o nienawiści do swoich wrogów. Ciekawa historia i tajemniczy pomnik zmusiły nas do dalszej podróży, aby w oddali od tego miejsca rozbić obóz na noc…

Kolejnego dnia wjechaliśmy na tereny Wyschniętych Jezior, zostawiając ponure drzewa Zatrutego Lasu za plecami. Podróż mijała spokojnie, kiedy z oddali usłyszeliśmy dzwoneczki…! Po chwili zza zakrętu wyłonił się podróżnik z wielkim bagażem na plecach, jakby tragarz, który do pakunku przywieszone miał malutkie dzwoneczki…

– Uważajcie na kupca… – Nandin wyszeptał jakby do siebie, ale cała drużyna usłyszała i zwróciła się w jego kierunku, kompletnie zaskoczeni. Elf zdał sobie sprawę, że oczekują wyjaśnień, więc kontynuował zdanie. – Chłopiec, zresztą równie dziwny, którego spotkaliśmy kilka dni drogi wcześniej, powiedział te słowa, jakby próbując nas ostrzec… Teraz wiem, że nie było to czcze gadanie… – Wszyscy, jakby na umówiony znak, skupili się na zbliżającym podróżniku, wyostrzając wszystkie zmysły.

„- Witajcie! – wykrzyczał nieznajomy i już po chwili zaczął wypakowywać przeróżne rzeczy ze swojego olbrzymiego pakunku. Drużyna ze zdumieniem i zaskoczeniem oglądała zwinne i szybkie ruchy tragarza, który już po chwili miał rozbudowany, przenośny kramik i z szerokim uśmiechem zaczął namawiać do handlu… – Henryk Kramarz, tak się nazywam i serdecznie zapraszam! Każdy znajdzie coś dla siebie! – Mężczyzna sięgnął ręką do worka i wyciągnął szklaną kulę, na drewnianej podstawce…”

Nagle bardzo zapragnąłem tej kuli. Była po prostu dziełem sztuki, czego moi ubodzy artystycznie kompani, zwyczajnie nie dostrzegali! Zdziwieni patrzeli się na mnie, jak bez ogródek wytargowałem najkorzystniejszą dla siebie cenę i z zafascynowaniem pochwyciłem ją w swoje ręce. Kula z Takhor, odległego kraju na południu kontynentu, niejednego znawcę wprawiłaby w osłupienie i podziw, ale nie moich kompanów… Artystyczni ignoranci…! Natomiast to, co zakupił po chwili Nandin, było marnowaniem pieniędzy i naszego cennego czasu. Jakiś drewniany wielbłąd, którego rzeźbił najprawdopodobniej pijany żebrak, tak spodobał się elfowi, że ten zakupił go za niewyobrażalnie wielkie pieniądze! Tym samym potwierdził fakt, że na rzeźbie i kunszcie nie zna się za w ogóle, i był zupełnym zaprzeczeniem tego, z czego elfy słyną… Doceniania piękna i sztuki… Serdecznie pożegnałem Henryka i z zadowoleniem i kulą w rękach, poddałem się dalszej podróży.

Po kilku dniach spokojnej wędrówki wjechaliśmy na tereny łąk i wysokich traw. W sumie minęło siedem spokojnych dni, kiedy przekroczyliśmy bramy Wysokiej Wieży. Pierwej udałem się do najlepszego medyka w mieście, u którego, po wstępnych rozmowach i oględzinach, zostałem kolejnych siedem dni. Przeprowadził na mnie kilka zabiegów, zaszywając najcięższe rany i doprowadzając mój organizm do normalnego, naturalnego leczenia. W tym czasie moi kompani sprzedali zabrane bandytom graty i uczciwie podzieliliśmy się zebraną gotówką.

Pierwszego dnia odwiedził mnie Nandin, po wizycie u jednego z alchemików. Jego zdaniem pomógłby mi szybko stanąć na nogi, ale miałoby to pewne efekty uboczne, których sam twórca mikstury nie był pewien. Zrezygnowałem z tak niepewnej oferty, ale zaraz poprosiłem moich kompanów o zakupienie dla mnie Mikstury Leczenia Krytycznych Ran. Po południu, tego samego dnia, wpadła Ziriel, która oznajmiła mi, że owy alchemik wcześniej odwiedzony przez Nandina, to niejaki Tandariel… Jest on w pewnym sensie „eksperymentatorem”, przez którego zginęło kilku wojowników, a Leredeon się go wyrzekł, skazując na wygnanie…! W tym momencie wiedziałem, że kupno mikstury u niego było niemożliwe i niebezpieczne, więc poprosiłem Ziriel o wypytanie innych, ludzkich alchemików w mieście, o stworzenie takowej. Okazało się to możliwe i pewniejsze i gotowe do odbioru dokładnie wtedy, kiedy planowo miałem opuścić medyka Petera.

Po tygodniu i kilku zabiegach opuściłem gabinet Petera i wróciłem do kompanów, do znanej mi już karczmy. Rankiem następnego dnia byłem już zupełnie wyleczony, dzięki stworzonej dla mnie miksturze, ale nadal czułem się wyczerpany i osowiały. Zaopatrzyliśmy się w prowiant na podróż, potem resztę dnia spędziłem nad księgami i przygotowałem się na dalsze dni… Tego wieczoru Goth z Nandinem postanowili zaszaleć i wyszli na miasto, skąd wrócili dopiero nad ranem…

Byli kompletnie pijani, obszarpani i wyglądało na to, że wdali się w niejedną bójkę! Muszę przyznać, że kolejny raz kapłan wprawił mnie w nie lada osłupienie taką postawą i fakt, że elfowi w ogóle się nie dziwiłem, bo i hulaką był od samego początku, gdy się spotkaliśmy, to Goth przeszedł moje najśmielsze oczekiwania… Wiedzieliśmy z Ziriel jedną, pewną rzecz… Tego dnia nie opuścimy miasta…

Rankiem 15 października opuściliśmy Wysoką Wieżę. Pogoda dała nam się we znaki i przez kolejne dni padał rzęsisty, moczący wszystko, deszcz. Trzeciego dnia podróży, bezpiecznie, choć przemoczeni, dotarliśmy do Twierdzy Argh, granicznego fortu Ziem Mrozu. Mimo, iż warunki w tamtejszej gospodzie, pozostawiały wiele do życzenia, to jednak z radością rozlokowaliśmy się w pokoju i przyjęliśmy ciepłą, pachnącą strawę. Po kilku chwilach, podczas posiłku, do gospody wszedł komendant twierdzy. Przywitał się z nami serdecznie, szczególnie zaś z Gothem, którego znał, dosiadł się, po czym jak gdyby nigdy nic zaczął kłapać jęzorem… Opowiedział nam o grupie awanturników, którzy odwiedzili twierdzę i tak „dobrze się bawili”, że zginął jeden ze stacjonujących tu żołnierzy Lorsha. Zakłopotany zapytał Gotha o radę w rozstrzygnięciu sprawy z nimi, bo przetrzymywali ich w tutejszych lochach, a sam nie wiedział, czy skazać ich na śmierć, czy dać szansę odkupić winy… Goth burknął coś o sprawiedliwości Lorsha i prawach panujących na tych ziemiach, po czym dalej zakłopotany komendant kontynuował swoje opowieści. Wspomniał nam też dość ciekawe wydarzenie sprzed pół roku, kiedy to grupa żołnierzy powróciła ze stratami po ataku lodowych tygrysów. Mąż, którego pochówek przygotowali, w dniu swojego pogrzebu wszedł do gospody i uklęknął przed dziwnym, podejrzanym, łysym, wytatuowanym, przyjezdnym typem… Po tym, pośród osłupienia wszystkich gapiów, zamówił piwo, jakby nigdy nic… Od tej chwili zmienił się jako osoba. Wcześniej znany z dowcipu, wesołości, postrzegany jako „dusza towarzystwa”, teraz stał się mrukiem, milczkiem i ogólnie nieprzyjemnym facetem. Ponoć nic nie pamiętał po ataku lodowych bestii, a wypytywany o „wytatuowanego”, podejrzanego łysielca, nic nie mówił…

Po tych opowieściach o ostatnich problemach w Twierdzy, zapadło milczenie, a sam komendant wpatrywał się pusto w kufel. Przeprosił wszystkich, wstał i poprosił Gotha na osobności, po czym obaj wyszli. Chwilę później karczmarz zaprosił nas do pokoju. Wieczorem wrócił kapłan, lekko wypity, który oznajmił typowym dla siebie przywódczym tonem, że „jutro będzie nas potrzebował do egzorcyzmów, na żołnierzu, który ożył”…!! Po tych słowach kapłan walnął się na wyro i smacznie zasnął… Podsumowaniem tego niesamowitego dnia i powagi jego osoby, okazał się być tatuaż na ramieniu, który zauważyłem u Gotha… „NIEZNISZCZALNI”!!! Nandin też nam go pokazał i najprawdopodobniej, bo obaj tego nie pamiętali, zrobili go sobie podczas hucznej nocy w Wysokiej Wieży…

Rankiem, kapłan na spokojnie wyjaśnił nam sprawę o owych egzorcyzmach. Powiedział, że komendant poprosił nas o pomoc w sprawie sierżanta, który „ożył”. Od tego czasu, minęło już bowiem pół roku, źle i dziwnie się zachowuje, a na jego warcie zaginął jeden z żołnierzy, a drugi spadł z obronnego muru… Po śniadaniu poszliśmy więc do komendanta i ustaliliśmy, że przepytamy go w pokoju przesłuchań. Zeszliśmy do lochów, gdzie do jednej z komnat dwóch żołnierzy przyprowadziło owego sierżanta.

Mężczyzna był dobrze zbudowanym, wysokim trzydziestolatkiem. W zbroi kolczej stał i podejrzliwie nam się przyglądał. Kiedy Goth zaczął zadawać mu pytania odnośnie wydarzeń z nim związanych, ten nagle oznajmił, że komendant jest chory, jest pijakiem i nie wykonuje swoich obowiązków… Na szczęście kapłan nie dał się zwieść i nie zareagował na dygresję, tylko spokojnie wypytywał o wyprawę na lodowe tygrysy… Ja stanąłem troszkę z boku i postanowiłem sprawdzić inne aspekty tej dziwnej sprawy… „Wykrycie Magii” ukazało mi, że coś na plecach sierżanta wyczuwalnie emanuje magią, ale żeby to dokładniej sprawdzić postanowiliśmy zaaranżować typowe badania, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Jednak żołnierz nie miał zamiaru się rozbierać do połowy, więc poprosiliśmy o „konowała”, medyka z Twierdzy, któremu żołnierze bardziej ufają. Ziriel i Nandin opuścili komnatę, a konował po naszej namowie, miał przeprowadzić wstępne badania sierżanta. Po raz kolejny poproszony o rozebranie koszuli, żołnierz zerwał się i chciał uciec! Szybko został pochwycony przez dwóch strażników i ogłuszony przez Gotha, po czym rozebraliśmy go i położyli na stole. Tam przykuliśmy jego ręce i nogi do łańcuchów, a ja w spokoju mogłem zbadać jego plecy…

Prócz blizn, znalazłem czarną plamkę, jakieś znamię, z którego wyczułem magię nekromancji…! Albo to „coś” trzyma go przy życiu i krępuje jego zachowanie, albo kontroluje, a samo usunięcie tego byłoby ryzykowne. W każdym razie postanowiliśmy podać mu Miksturę Białych Macek, dzięki której miał odpowiedzieć na każde nasze pytanie. Oczywiście miało to dość poważne skutki uboczne, ale nas i komendanta obchodziła tylko prawda o ostatnich wydarzeniach…

Ostrożnie wlaliśmy nieprzytomnemu sierżantowi Miksturę w gardło. W przyciemnionej i chłodnej celi, prócz mnie, stała reszta drużyny i medyk z Twierdzy. Ten drugi uważnie śledził moje ruchy, kiedy ponownie badałem leżącego wojaka. W końcu po kilku minutach postanowiliśmy go ocucić i sprawdzić, czy serum zadziałało. Niestety czas okazał się zbyt krótki i prócz bełkotu i paplaniny nieskładnych zdań, niczego nie byliśmy się w stanie wypytać… Oczywiście częściową przyczyną tego był chaos w zadawaniu pytań i przekrzykiwaniu się wzajemnie, a co drugi „przesłuchujący” miał bardziej skomplikowane pytania, ale cóż, jacy przesłuchujący, takie odpowiedzi…

Po godzinie ponowiliśmy próby i tym razem ja zacząłem zadawać pytania. Zacząłem od najłatwiejszych, najbardziej oczywistych, żeby wybadać szczerość odpowiedzi. Sierżant mówił ślamazarnie, ale mówił prawdę. Mikstura działała… Zapytaliśmy go, dlaczego klęczał przed łysym, wytatuowanym, podejrzanym typkiem, a w odpowiedzi otrzymaliśmy stwierdzenie, że „Był taki jasny! Piękny i jasny…!” Nagle sierżant, jakby w amoku, zaczął się kiwać… Możliwe, że Mikstura Białych Macek zaczęła mu robić z mózgu papkę, bo zachowywał się, jakby miał chorobę sierocą. Szybko zadaliśmy kolejne pytanie związane z zaginięciem i śmiercią strażników Markusa i Lukasa… Sierżant jednak coraz bardziej popadał w amok i oddalał się od rzeczywistości, więc Nandin zdzielił go w twarz! Na szczęście poskutkowało… Dowiedzieliśmy się, że obaj martwi byli „prezentami” dla „człowieka, który jest jasnością” i oba prezenty miały trafić na Czarne Rozstaje… Spojrzeliśmy na „konowała”, który kiwnął głową na znak, iż wie, gdzie to miejsce może być. Sierżant tym czasem kontynuował, że „jasny pan oczekuje prezentów, a te muszą być żywe!”. Dlatego związał i ogłuszył Markusa, a Lukasa zepchnął z muru. Zapytany o następny termin dostarczenia „prezentów”, sierżant wpadł w szał i próbował ugryźć Nandina! Kiedy ten uniknął ataku, oszalały żołnierz chciał się zranić i zerwać pęta! Darł się w niebogłosy, a jego wrzaski echem odbijały się od gołych murów celi…

Zaproponowaliśmy „Rozproszenie Magii”, ale z uwagi na specyfikę przypadku, podjąć miał się tego kapłan… Odsunęliśmy się, a Goth wzniósł modlitwę. Po chwili światło z ręki kapłana uderzyło w rozszalałego sierżanta, który stopniowo się uspokajał, po czym zasnął… Postanowiłem zbadać jego stan zdrowia i kiedy dotknąłem jego szyi moja dłoń dosłownie wtopiła się w jego kark…! Cofnąłem się szybko i zaskoczeni patrzeliśmy, jak ciało sierżanta w nieprawdopodobnym tempie ulega rozkładowi…! W pomieszczeniu szybko rozniósł się smród zgnilizny, a nad ciałem, nie wiadomo skąd, pojawiła się chmara much…! Wyszliśmy z komnaty odetchnąć świeższym powietrzem, po czym wróciliśmy do pokoju, a Goth udał się do komendanta.

Po pół godzinie wrócił kapłan i powiedział, że komendant ma wysłać oddział na owe Czarne Rozstaje. My natomiast kolejnego dnia mieliśmy wrócić na szlak. Postanowiłem przed snem poprosić Gotha na rozmowę w cztery oczy. Po raz kolejny przeprosiłem kapłana za swoje wcześniejsze wpadki i słabości. Zapewniałem go, że moje intencje wobec jego posługi, naszej kampanii i Lorsha są „jak najbardziej szczere i mamy wszyscy ten sam, wspólny cel”… O dziwo zaskoczył mnie cierpliwością, szacunkiem i szczerą rozmową. Długo jeszcze wymienialiśmy racje i argumenty, zachowując przy tym rozwagę, spokój i wzajemny szacunek, ale nie miałem żadnej pewności, co wynikło z tej rozmowy i czy stosunek kapłana do mnie w końcu ulegnie poprawie… Byłem pełen nieskrywanej nadziei… Zwyczajnie muszę realizować swój plan…

Rankiem, po śniadaniu wyszliśmy, żeby oporządzić konie i spakować się przed podróżą. Na dziedzińcu było spore zamieszanie… Wyprowadzono cztery mocno pobite osoby, które wcześniej wywołały bójkę w tutejszej karczmie, po której jeden z żołnierzy stracił życie. Trzech mężczyzn i kobieta, stali przed komendantem, szczelnie otoczeni jego świtą. Komendant oznajmił, że za ich zbrodnię karą jest szubienica, ale da im szansę na odkupienie win… Wystarczy, że jedno z nich wygra w walce z żołnierzem komendanta…! Ot takie proste rozgrzeszenie… Ważne, że przed naszym odjazdem będziemy mogli się troszkę rozluźnić i rozkoszować skromną rozrywką… Oskarżeni na te wieści nie pałali chęcią walki, ale po chwili jeden z nich wystąpił o krok na przód. Muszę przyznać, że zachował się idiotycznie, ale odważnie, choć ta cecha w zaświatach mu się nie przyda… Nagle, nieoczekiwanie, inny z czwórki ogłuszył pierwszego śmiałka i wystąpił na środek kręgu! Komendant skinął na jednego ze swoich żołnierzy i zaczęła się walka… Była krótka i jednostronna… Żołnierz wrócił do szeregu, a komendant wydał ostateczny wyrok. Dwóch pozostałych oskarżonych, którzy w ogóle nie pałali chęcią wybawienia swoich win, nakazał powiesić, a ostatniego, ogłuszonego, nakazał puścić wolno… Na tym afera się zakończyła, a my wróciliśmy do pakowania.

Opuściliśmy Twierdzę wespół z oddziałem, który odłączył się od nas przed traktem do Czarnych Rozstajów. Przez pięć kolejnych dni podróży, na zmianę z Nandinem czarowaliśmy „Bezpieczne Schronienie Leomunda”, w którym spędzaliśmy noce. Wieczorami pracowałem nad czarami, gdyż za dnia było zbyt zimno i gdyby nie moje bransolety, to nie wiem, jak miałbym dalej podróżować… Kolejne noce spędzaliśmy w przydrożnych jaskiniach. Typowe schronienie dla podróżnych, na tych surowych i mroźnych ziemiach.

Ósmego dnia podróży pogoda stała się już nie do zniesienia. Nieustająca zawierucha i gęsty, zaciągający śnieg, szybko pokrywał nasze ślady. Niska temperatura i mroźny wiatr smagał zmarzniętą skórę. Taka pogoda zwyczajnie osłabiła nasze tempo i maksymalnie zmniejszyła chęci i morale drużyny… Nagle pośród zawiei dotarł do nas krzyk: „Gdzie jest Nandin?! Nie ma Nandina!”. Ziriel próbowała przekrzyczeć szalejącą wokół zamieć. Wróciliśmy się kilkadziesiąt metrów, gdzie stał koń elfa…! Zwierzę było zmarznięte i wystraszone, ale wiernie stało, czekając na swego pana. Goth chwycił je za uzdę i postanowiliśmy wrócić się jeszcze dalej i poszukać zagubionego Nandina. Po kolejnych, trudnych metrach doszliśmy do rozpadliny w śniegu… Dziwne, że wcześniej na nią nie trafiliśmy, ale pogoda była tak „wredna”, że zwyczajnie nie wracaliśmy po własnych śladach… Utkałem „Światło” i opuściłem je wewnątrz ciemnej dziury. Nagle czar się rozproszył…! Rzuciłem „Wykrycie Magii”, ale bez jakichkolwiek wyczuwalnych efektów…

Splątaliśmy linę i Ziriel opuściła się w rozpadlinę, biorąc ze sobą Maskę. Kilka minut upłynęło, kiedy liną szarpnęło, a po chwili na powierzchnię wspięli się Ziriel, za nią zguba Nandin… Elf oznajmił, że na dole jest lodowa komnata, a w niej wielki, odziany w zbroję wojownik, który zamarznięty siedzi na olbrzymim tronie…! Powiedział też, że magia w jaskini nie działa, bo być może „ktoś” nie chciał, żeby lód został stopiony… Oczywiście Goth po raz kolejny nas „nie zawiódł” i postanowił tam zejść. Ziriel została przy koniach, a nasza trójka zeszła przez rozpadlinę…

W obszernej, lodowej grocie, na samym środku stał olbrzymi lodowy tron… Na nim siedziała wielka, zamarznięta postać, przyodziana w starożytną zbroję. Jedną rękę miała opartą o ramię tronu, a drugą dzierżyła potężny, dwuręczny miecz, wbity w ziemię. Ostrożnie zaczęliśmy się jej bliżej przyglądać. Na jednej stronie ostrza miecza Nandin znalazł inskrypcję zapisaną w języku Zanzibarru: „Spalacz Dusz Malakusa”, a na drugiej słowo: „Bael”… Od razu skojarzyłem z historii Zanzibarru, że Malakus był jednym z zanzibarrskich magów, przy tym największym z demonologów! A to oznaczało, że znaleźliśmy legendarną jaskinię, w której setki lat temu, kapłani Lorsha, zamknęli wygnańca jednego z ówczesnych plemion, niejakiego Uve Gardala…! Ustaliliśmy, że miecz zabieramy, ale wpierw Nandin postanowił obejść grotę i dokładnie ją zbadać. Po kilku minutach okazało się, że nie znalazł innego wejścia, prócz naturalnej rozpadliny, utworzonej przez setki lat. Sama grota zaś była idealnie okrągła, co wskazywało na twór z wykorzystaniem magii… Wyszedłem na powierzchnię zrelacjonować wszystko Ziriel, natomiast kapłan i Nandin mieli wyjść chwilę za mną, ale z mieczem Uve…

„ – Uciekajcie! – nekromanta i elfka zaskoczeni krzykiem spojrzeli na wspinającego się w pośpiechu kompana. – Posąg ożył! Uciekajcie! – Nandin wyskoczył z rozpadliny, jak poparzony i zaczął ciągnąć za zwisającą linę. Za elfem, w zadziwiająco szybkim tempie wygramolił się potężny kapłan. Patrzał na zaskoczonych i przerażonych kompanów z lekko uśmiechniętą miną, jakby cała sytuacja była tylko drobnym nieporozumieniem…

- Chyba go ożywiliśmy…! – Goth przekrzykiwał zawieruchę. Głupi uśmieszek dalej nie schodził z jego obrośniętej twarzy.

- Jak to my…?! Trzeba było…! – Nandin nie zdążył dokończyć, gdyż cała ziemia wokół nich nagle zatrzęsła się, a rozpadlina zaczęła się zapadać, tworząc coraz to większy lej wokół drużyny. Pędem ruszyli przed siebie, targając przerażone konie. Cały kanion, który ich otaczał drżał, a z wyższych partii osuwały się olbrzymie płaty śniegu. Za nimi nie było już rozpadliny, tylko przepaść, która coraz szybciej doganiała ich bieg…”

Muszę przyznać, że wtenczas się bałem, że zwyczajnie zasypie nas śnieg, albo ziemia pod stopami wciągnie w zimne i zamarznięte czeluście. Nie wiem ile uciekaliśmy, ale na pewno kilka godzin minęło, nim dotarliśmy do kolejnej jaskini przy trakcie, gdzie postanowiliśmy odpocząć. Mimo, iż musieliśmy ratować życie, cała zaistniała sytuacja wydała nam się groteskowa, toteż humory nam dopisywały i z uśmiechami wspominaliśmy niedawno przeżyte zajście… Rankiem, jakby nigdy nic, ruszyliśmy w dalszą drogę… Pogoda się ustabilizowała i uspokoiła i tak utrzymało się, przed kolejne cztery dni podróży. W końcu dotarliśmy do osady Gubreh, siedziby Klanu Perseków.

Przed osadą było rozłożonych kilkadziesiąt wojskowych namiotów. Wśród nich Goth rozpoznał sztandary dwóch innych klanów. Strażnik sprzed osady poinformował nas, że wszystkie klany zmierzają do głównej świątyni, ponieważ zmarł najwyższej rangi kapłan Lorsha w Tragonii, Namiru Ged… W tym momencie miny nam zrzedły, ponieważ Namiru był przychylny kapłanowi i naszej kampanii, a w obecnej sytuacji nie mieliśmy pojęcia, jak nasza misja dalej się potoczy…