Kiedy tylko mogłem pierwszy raz opuścić pokój, zaraz udałem się do moich kompanów. Chciałem usłyszeć o wszystkim, co wydarzyło się przez ubiegły tydzień, podczas którego byłem ciężko chory i pamiętam tylko krótkie „przebłyski”… Ich streszczenie było chaotyczne, a zdania wyrwane z kontekstu. Co chwila wzajemnie sobie przerywali w połowie wypowiedzi, ale cierpliwie słuchałem, zadając krótkie, treściwe pytania…
Tydzień minął od chwili, kiedy położyłem się spać, po nieudanej próbie włamania się elfa do mojego i Nandina pokoju. Kolejnego dnia miałem już ciężką gorączkę i omamy, a siły totalnie mnie opuściły. Tylko spałem, piłem, nawet z początku rzadko jadłem, często wymiotując. Drużyna nie miała wyjścia, jak wezwać medyka. Ten orzekł: „Nautilus Optus”, czyli Gorączka Bagienna, na którą bardzo często chorują pracownicy miejskich kanałów!!! Z uwagi na fakt, iż była ona zaraźliwa i naprawdę nieprzyjemna i ciężka do wyleczenia, kompanija moja postanowiła odizolować mnie do drugiego pokoju. Z racji tego, że dalej błądzili po kanałach, postanowili wezwać dwóch strażników świątyni Lorsha, aby podczas ich nieobecności, zadbali o moje bezpieczeństwo. A wiadomym było, że sam o siebie nie byłem w stanie zadbać… I tu drużyna spisała się „na medal”…
Po dwóch dniach bowiem, do mojego pokoju wdarł się mroczny elf…! Niestety los bywa przewrotny i pech chciał, że parę minut wcześniej jeden ze strażników Lorsha, ten słabszy w bitce (na szczęście, jak się później okazało), wyszedł do wychodka. Zmierzyć się z elfem pozostało tylko jednemu strażnikowi, weteranowi, mistrzowi oręża, a i tak ledwo uszedł z życiem… Bo gdy walka już była przesądzona i strażnik miał się spotkać ze swoim bogiem, akurat wówczas z wychodka wrócił drugi. Musiał tym samym odstraszyć napastnika, gdyż ten czym prędzej zaniechał dalszego pojedynku, możliwe, że mordu na mnie i uciekł przez okno na dach… Natychmiast w pościg za nim ruszyli Ziriel z Nandinem, ale widać nie byli tak skuteczni po bieganiu po dachach… W kolejnych dniach, mroczny elf się więcej nie pokazał…
Tymczasem przez pierwsze dni owego tygodnia, moja kompanija dalej przeszukiwała kanały, aby upewnić się, że wcześniej ubita bestia z mackami, to główna przyczyna problemów Dzielnicy Mulistej. Jak się później okazało, przyczyna była jeszcze w kanałach…
Kilka dni chodzili badając niezliczone odnogi i ujścia ścieków pod miastem. W końcu Ziriel, w jednej z komór, dostrzegła półszlachetny, migoczący kamień, leżący w stercie śmieci…! Zachęceni, poszli grzebać w tej kupie gnoju… Stracili całkowicie koncentrację, kiedy nagle zaatakowały ich „kuroliszki”, krzyżówka koguta, jaszczurki i nietoperza…! Było ich kilka, ale z ich opowieści wynika, że kuroliszki były groźnymi przeciwnikami. Umiały latać, były szybkie i zwinne, a do tego miały ostry i śmiertelnie niebezpieczny dziób. Udało się jednak wszystkie zabić, a dla setnika wzięli jeden z odciętych łbów. Po tym Goth ponoć stwierdził, że to już koniec i udali się do setnika po nagrodę…
Warunkiem otrzymania od miasta zapłaty, było ustąpienie znikania ludzi przez przynajmniej 3 tygodnie. Dlatego setnik miał wysłać za jakiś czas pierwszą grupę robotników do kanałów, aby oczyścili zatory i wówczas miało się wszystko okazać… Tymczasem żołnierze setnika działali jeszcze w sprawie zamkniętego w celi Iskaratiego. Ponoć malarz był tak mocno uzależniony od Diabelskiego Ziela, że wsadzenie go do celi i gwałtowne odsunięcie od groźnego narkotyku, doprowadziło do stanu wegetatywnego, który dodatkowo się pogłębiał i pogarszał. W konsekwencji musiało skończyć się to tylko śmiercią. Aby temu zapobiec, zanim nie zdąży nam namalować sztandaru, drużyna znalazła niejakiego na Uniwersytecie Paddar Mariniusa, specjalistę od alchemii i toksykologii, który dał im specjalne leki odwykowe i dawki narkotyku, żeby przywrócić Iskaratiego do „normalności”… Marinius okazał się być kuzynem setnika Ratmela, z którym od dawna jest bardzo pokłócony. Dawkowanie i kuracja miała zacząć się od następnego dnia i trwać przez kolejnych dziesięć dni, w całkowitej tajemnicy przez setnikiem, jego podwładnymi i strażnikami. Ponoć wszystko było załatwione… Obecnie malarza związano i przymocowano do pryczy, bo zachowywał się jak zwierzę, próbując wyrządzić sobie i innym krzywdę.
Kiedy cały miniony tydzień zobrazowali mi kompani, zaczęliśmy spokojnie zastanawiać się nad postacią mrocznego elfa i jego celu… Po dłuższej rozmowie uznaliśmy jednak, że przeniosę się już z powrotem do wspólnego pokoju i zwyczajnie będziemy nocami wartować. Moja choroba była praktycznie uleczona, więc nie było strachu, że się ode mnie zarażą. Jeszcze tego wieczoru podjąłem się zaprojektowania kadzidła, którego wykonanie chciałem zlecić tutejszemu, dobremu rzemieślnikowi, a które w końcu da mi większe możliwości…
Rankiem, przy śniadaniu, podszedł do Gotha jakiś mężczyzna i poprosił o rozmowę na osobności. Po dłuższej chwili wrócił do nas kapłan i ni stąd ni zowąd oświadczył, że „odchodzi na kilka dni, nie może o tym mówić i mamy działać bez niego…”! Wszyscy byliśmy mocno zdziwieni, ale nie oponowaliśmy. Kapłan zostawił nam tylko przepis i rzeczy do „leczenia” Iskaratiego, które zakupił był od Mariniusa. Kiedy wyszedł z karczmy, ulżyło mi i nawet poprawiło humor… Zauważyłem, że moi kompani również odetchnęli, w szczególności Ziriel, dla której arogancki kapłan zamienił się z „przyjaciela” na przełożonego…
Koło południa poszliśmy do Południowej Baszty, aby zobaczyć się z upadłym malarzem. Zeszliśmy na pierwsze piętro piwnic, gdzie echem niosły się przeraźliwe krzyki i wrzaski więźniów z jeszcze niższego piętra… Iskarati leżał w totalnej ruinie i gnoju, przywiązany do łóżka…! Ślinił się i wymiotował na siebie, w celi wyglądało jak w kanałach, wszędzie śmierdziało odchodami, ostrym i kwaśnym potem! Ledwo powstrzymałem się od wymiotów, ale zaraz przypomniałem sobie warunki w kanałach i stwierdziłem, że jeszcze z nim nie jest tak źle…
Strażnik nas zostawił, gdy tylko weszliśmy do celi. Malarz leżał brudny, śmierdzący i w wymiocinach! Na twarzy miał ślady pobicia. Nandin odchylił mu głowę, a Ziriel wlała w gardło specyfik od Mariniusa. Wyszliśmy szybko i znaleźliśmy przewodnika, aby udać się do dzielnicy rzemieślników. Kiedy Nandin dowiedział się, że nie chcę skorzystać z jego oferty zrobienia dla mnie kadzidła, obraził się…! W końcu po krótkiej kłótni i moich przeprosinach, zgodził się wykonać dla mnie to dzieło sztuki magicznej… Wynajęliśmy tylko na tydzień pracownię u jednego z rzemieślników i zakupiłem potrzebną ilość wysokiej jakości materiałów. Pracownię złotnika postanowiliśmy zajmować nocą, ponieważ za dnia planowałem w końcu zgłębić sztukę alchemii i nauczyć się wszystkiego, co już umiałem w teorii. Oni natomiast za dnia musieli podawać Iskaratiemu specyfik. Po trzecie, względy bezpieczeństwa nie pozwalały nam się rozdzielać, ponieważ mroczny elf mógł w każdej chwili znowu zaatakować…
Później pojechaliśmy do Dzielnicy Nowy Gród, gdzie znajdował się wydział Alchemii i Toksykologii. W środku niejaka pani Elena, wykładowczyni akademii, pomimo starań, nie załatwiła nam wizyty u rektora Mariniusa, ale załatwiła mi możliwość wynajmu pracowni i laboratorium alchemicznego. W tym celu skierowała nas do laboratorium znajdującym się poza głównymi budynkami owego wydziału.
„Co jest kurwa?! Mówiłem, żeby nie przeszkadzać!” – Radagast szybko zaprzestał pukania do drzwi. Usłyszeli szczęk przekręcanego klucza, a po chwili drzwi lekko się uchyliły. Najpierw wyjrzał zza nich wielki, czerwony nos, a później reszta pomarszczonej, obrośniętej twarzy. Krasnolud miał wyraźnie rozszerzone źrenice, a jego oddech był nieświeży i alkoholowy. Radagast uśmiechnął się szeroko na myśl, że przyjdzie mu pracować w „takim” laboratorium….
Tym, co stworzył krasnolud, a czym naćpał się „bez dwóch zdań”, poczęstował po krótkiej i wesołej rozmowie Nandina, który dość ochoczo wciągnął podejrzany proszek… Wcześniej udało mi się dojść z nim do porozumienia i wynająć laboratorium, wraz z wyposażeniem i dostępem do odczynników, na dwa tygodnie. Miałem zacząć kolejnego dnia rano i praktykować do czternastej po południu. Zadowolony wróciłem wraz z kompanami do karczmy. Zjedliśmy kolację i przed zmierzchem poszliśmy do rzemieślnika na pierwszą noc pracy Nandina. Po zmierzchu byliśmy u złotnika, który zostawił nam klucze do pracowni i poszedł do domu. Przez noc Nandin pracował, Ziriel wartowała, a ja pogrążony byłem w błogim śnie…
Rankiem obudził mnie właściciel i wyjący „Alarm”, który przed pójściem spać rzuciłem na drzwi. Posprzątaliśmy pracownię i poszliśmy do karczmy na śniadanie. Później drużyna odprowadziła mnie do laboratorium, a sami udali się szukać Srebrnej Igły…
Ponad kwadrans pukałem do drzwi, aż w końcu otwarł mi zapijaczony krasnolud. Szybko przypomniałem mu wczorajszą umowę i wkroczyłem do pomieszczeń. Sala była duża z wieloma stołami, na których stała niejedna kompletna aparatura alchemiczna. Fiolki, flakony, menzurki, sakiewki z różnokolorowymi proszkami i tym podobne. Wszystko tworzyło pajęczynę skomplikowanych aparatów do tworzenia mikstur, przepisów i różnego rodzaju i zastosowania specyfików… Krasnolud wybełkotał swoje imię, Marx i pozwolił mi zacząć pracę. Mimo jego stanu był bardzo pomocny i wyjątkowo szybko trzeźwiał. Poznałem aparaturę, sprzęt i podstawowe rodzaje podrzędnych składników. Wszystko notowałem, aby utrwalić sobie w pamięci, a od następnego dnia chciałem już zacząć pierwsze eksperymenta łączenia składników…
Około drugiej po południu przyszli po mnie Ziriel i Nandin i wspólnie udaliśmy się do karczmy na obiad i zasłużony sen… Powiedzieli mi, że odnaleźli pracownię, zakład Iriny von Cesna, zwaną Srebrną Igłą! Umówili się z nią na wykonanie sztandaru za około dwóch tygodni, ale nie zdradzając jej żadnych szczegółów odnośnie materiału, na którym ma pracować, ani samego obrazu, który ma być wzorcem. Podpowiedziałem im jednak, że jeśli nie powiedzą jej o właściwościach nici Jeerheny, to w ostatniej chwili może okazać się, że będzie ona potrzebowała na przykład adamantytowej igły…! Zgodzili się ze mną i powiedzieli, że następnego dnia pójdą do świątyni, aby Goth dał im kawałek odciętego płótna. Nandin pochwalił się jeszcze zakupem różowego szala, który nosił i miał pozować w nim, do umówionego obrazu z młodym chłopcem…!!! Około szesnastej poszliśmy spać…
Wieczorem, jak dzień wcześniej, poszliśmy do pracowni złotnika. Noc wyglądała identycznie, jak poprzednia, a rankiem po śniadaniu znowu odprowadzili mnie do laboratorium. Szło mi coraz lepiej, a wiedza, którą wcześniej zgłębiłem rewelacyjnie odzwierciedlała moje badania laboratoryjne. Marx, który cały czas podpijał swoje wyroby, cierpliwie mnie instruował i pomagał w ćwiczeniach praktycznych. Jednym słowem, zacząłem żałować, że wcześniej nie podjąłem się nauki tej ciekawej i fascynującej dziedziny. Po południu opuściłem wydział Alchemii i Toksykologii, aby wraz z elfami udać się do świątyni po kawałek płótna z sieci Jeerheny…
Z uwagi na fakt, iż nie miałem ochoty i przyjemności na przekraczanie progu świątyni Lorsha, wizytę u Gotha i przedpołudnie streścili mi w karczmie przed popołudniowym snem. Nandin poszedł na plac artystów, aby nago, w towarzystwie młodego chłopca, pozować w dość wyuzdanej pozie…! Zaśmiałem się, kiedy elf pokazał mi namalowany obraz… Naprawdę poprawił mi nim humor… Nandin, cały nagi, z przewieszonym przez szyję różowym szalem i nienaturalnym, sterczącym, obfitym wąsem, stał z tyłu młodego, również nagiego chłopca, który z uśmiechniętą miną, wypinał się przed elfem…!!! Wyglądało to na zwykły akt seksualny… Na tle dzieła napis na murze: „Król Jest Nagi!”… Czyż ten elf nie jest szalony, a za razem pełen dzikiego, spaczonego humoru…?! Bardzo spodobał mi się obraz… Do tego stopnia, że zaproponowałem go, jako malowidło sztandaru un Natrheków… Goth nie byłby zadowolony…
Później poszli, jak zwykle, do Iskaratiego, by dać mu lekarstwo i zacząć faszerować go od nowa stopniowaną ilością Diabelskiego Ziela. To miało przywrócić go do funkcjonowania i ponownie wywołać chęć malowania. Potem przyszli po mnie i wspólnie poszliśmy do Gotha. Ja czekałem na zewnątrz, a oni wycięli malutki skrawek na pokaz pani Irenie… Kolejnego dnia do południa, udali się do niej i wręczyli materiał, aby mogła spokojnie zapoznać się z jego możliwościami haftowania…
Kolejne dni i noce mijały podobnie, według ustalonego trybu. Po niecałym tygodniu Nandin wręczył mi kadzidło, którego wykonanie mogło równać się z najlepszymi rzemieślnikami i złotnikami w Paddar… Serdecznie mu podziękowałem, zadowolony z odzwierciedlenia najdrobniejszego szczegółu z mojego projektu, w sposób najbardziej precyzyjny! Tymczasem moja nauka szybko nabrała tempa, podwyższając poziom praktycznych zajęć. Robiłem znaczne postępy i wdrażałem się w coraz to trudniejsze tematy i bardziej skomplikowane mieszanki i substancje. Proces „kuracji” Iskaratiego też przybrał lepsze stadium, bo pod koniec tygodnia można się było już z nim porozumieć… Teraz pozostało nam tylko czekać na powrót kapłana i obraz, który malarz miał nam namalować…