Kronika

Kroniki L: Misja w Kanałach II

Gorączka Bagienna odcina Radagasta od dalszej wyprawy, zostawiając mu majaki z dzieciństwa, Niguellę i dawną służbę Mariusowi. Gdy drużyna kończy sprawę kanałów i kuroliszków, mroczny elf próbuje wedrzeć się do pokoju chorego maga, a strażnicy Lorsha ledwo powstrzymują napastnika.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Radagast ponownie zerknął na zapisany pergamin. Ze zniecierpliwieniem zastukał palcami o blat drewnianego stołu. Był zmęczony, bardziej niż zwykle, ale nigdy przedtem nie miał takich problemów z koncentracją w trakcie nauki. Było już późne popołudnie, odkąd jego kompani rankiem wyruszyli do kanałów. Cały dzień próbował wbić sobie do głowy zapisane runy, ale z godziny na godzinę czuł się coraz gorzej i bardziej wycieńczony. Kropla potu z czoła powoli skapała na wygnieciony pergamin. Czarodziej otarł mokrą twarz, po czym spojrzał z niepokojem na swoje dłonie. Drgały nierównomiernie, jakby długa praca wymęczyła ich wątłe mięśnie. Radagast wstał zdenerwowany, bo czuł, że dzieje się coś niedobrego i nieoczekiwanego. Niestety nie zdążył podeprzeć swego osłabionego ciała, zachwiał się i z głuchym łomotem upadł na drewnianą podłogę pokoju…


„Źle trzymasz! Źle…!” – ojciec w nerwach wyrwał chłopcu siekierę i pchnął lekko na bok. Krzepa, jaką wielki drwal dysponował, była znaczna i siła odepchnięcia cisnęła chudym młodzieńcem o pobliskie drzewo. Radagast upadł na trawiastą ziemię, twarzą ocierając się o delikatny, nawilżony mech. Łzy zachodziły mu do oczu. Czuł ból w plecach i rękach od rąbania pnia, a dłonie piekły go od odcisków. Skrzywił się na myśl, że to dopiero początek tego długiego i znienawidzonego już dnia.

„Przepraszam synu…” – Mark zrozumiał, że użył wobec chłopca zbyt dużej siły. „…Musisz się tego w końcu nauczyć!” – zaraz potem znowu podniósł ton głosu. Nie potrafił pogodzić się z faktem, że jego pierworodny kompletnie nie nadaje się na drwala, ale cały czas próbował zaszczepić w niego choćby odrobinę zamiłowania, a reszta sama przyjdzie… „Jak chcesz wyżywić przyszłą rodzinę, albo utrzymać kiedyś nas, gdy ja już będę za stary?!” – stanął nad siedzącym przy drzewie chłopcem, z siekierą w zaciśniętej dłoni. Wyglądał, jak kat, stojący nad ofiarą, tuż przed ostatnim cięciem. Radagast z przerażeniem patrzył, jak dłoń ojca, którą trzymał trzonek siekiery, aż puchnie i purpurowieje od siły uścisku i nerwów wielkiego drwala.

„Nie chcę być drwalem!” – chłopiec zerwał się na równe nogi. Wiedział, że balansuje teraz na granicy nerwów ojca i lada chwila ta cienka nić może się przerwać – „Nie chcę do końca życia być nikim!!!”

Nie zauważył szybkiego ruchu ręką ojca, kiedy ta zdzieliła go w twarz. Poczuł tylko krew na wargach i pieczenie na policzku. Stał, nie upadł, ale chwiał się na nogach, z nienawiścią wpatrując się we wściekłego ojca. Pierwszy raz wówczas, w swoim krótkim życiu, zażyczył mu śmierci…


Radagast instynktownie chwycił mocno dłoń, która jak wąż pełzała po torsie w okolicach prawej piersi… Ścisnął ją mocno i powoli otwarł zmęczone powieki. Usłyszał jęk mężczyzny, który nie wiedzieć czemu, chciał rozpiąć mu koszulę. W pokoju panował półmrok, a promienie słońca, które próbowały przebić się przez zamknięte okiennice, cienkimi strużkami padały na środek pomieszczenia. Czarodziej leżał na łóżku, trzymając dłoń mężczyzny, który siedząc przy nim, z przerażeniem i strachem patrzał się w ślepe oczy nekromanty.

„Kim jesteś? Czego chcesz?!” – Radagast z ledwością wypowiedział słowa. Jego usta były wysuszone, a wargi popękane, czuł pragnienie. Silne pragnienie… „Wody…” – mężczyzna wypuszczony z uścisku wstał i podszedł do dzbana.

„Jestem medykiem panie…” – powoli, patrząc się na leżącego czarodzieja, zaczął napełniać pusty dotąd kubek. „…Twoi kompani wynajęli mnie, abym wyleczył Cię z tej podłej choroby” – wręczył go czarodziejowi, aby ten ugasił niespożyte pragnienie. „Nautilius Optus, znana też, jako Gorączka Bagienna,” – ponownie spojrzał w biel oczu czarodzieja i dał chwilę na przemyślenia – „zachorowałeś na nią, tułając się po kanałach, a że jest ona zaraźliwa, drużyna odizolowała Cię do osobnego pokoju…” Dopiero po tych słowach Radagast zaczął sobie przypominać uciążliwą naukę czarów i złe samopoczucie. Pamiętał jeszcze, jak próbował wstać od stołu… To wszystko…

„Wylecz mnie, ale nie próbuj ściągać koszuli…!” – spojrzał pustym wzrokiem w kierunku zmieszanego medyka. Ten najwyraźniej zrozumiał groźny ton i skinieniem głowy zgodził się na warunek. Radagast zamknął oczy. Był bardzo zmęczony…


„Nie podoba mi się to!” – czarodziej ocknął się z głębokiego snu. W pokoju, przy stole siedziało dwóch zbrojnych. Nie zważając na chorego poważnie i nerwowo o czymś rozmawiali. „Kapłan Goth poprosił nas o wartowanie, a sam chodzi po kanałach, jak robotnik czyszczący ścieki…!” – ten sam głos wypowiadał kolejne kwestie. Radagast leżał nasłuchując rozmawiających. Byli uzbrojeni po zęby, w ciężkich zbrojach. Pocili się w ciepłym pokoju, ale jakby nie zwracali na to uwagi. Na płaszczach mieli insygnia wojowników Lorsha, prawdopodobnie z tutejszej, paddarskiej świątyni boga mrozu.

„Waż na słowa, które wypowiadasz, albo będziesz miał ze mną do czynienia!” – drugi z wojowników, starszy i poważniejszy zwrócił się do młodszego, podenerwowanego. „Nie obchodzi mnie, co czujesz i myślisz i kim jest ten chory! Wykonujemy zlecenie z ramienia kościoła, więc traktuj to, jak każdą inną misję i bądź godzien świątyni Lorsha!” – mężczyzna wstał i zwrócił się do leżącego Radagasta. Czarodziej zamknął powieki, a myśli kłębiły mu się w głowie. Nie miał zamiaru rozmawiać z kolejnymi fanatykami religijnymi, a jedynie mógł domyślać się ich powodu, dla którego, jak mówili, go pilnują. Niestety zmęczony umysł nie potrafił znaleźć żadnej, logicznej przyczyny, a tylko „błagał” o sen i dalszy odpoczynek…


„Nie potrafię mistrzu…!” – młodzieniec krzyknął rozpaczliwie. Jego ciało drżało pod naporem mocy, która szybko i bez kontroli gromadziła się w jego ciele. Był tak zdekoncentrowany, że runy na otwartych stronicach księgi, zaczęły tańczyć mu przed oczami. Nie wiedział, czy wypuścić energię i wypowiedzieć zaklęcie do końca, czy dalej starać się utrzymać wszystko w ryzach i koncentrować się na opanowaniu tej niebezpiecznej potęgi.

„Jeśli tego nie zrobisz, znowu wylądujesz w ciemni, gdzie będziesz miał czas na chwilę refleksji!!!” – Niguella oblizał wargi i powoli wstał od stołu. Pot spływał mu po otłuszczonej, okrągłej twarzy, a jego uśmiech tłumaczył zadowolenie z faktu, iż znowu będzie miał okazję do poznęcania się nad swoim młodym uczniem. Miał nielada uciechę z zadawania mu prac, których młodzieniec nie był w stanie wykonać, bo zwyczajnie przerastały jego umiejętności. Dlatego później mógł poddawać go przeróżnym karom, cielesnym, albo magicznym… Tak, czy siak, sprawiało mu to wielką radość.

Radagast upadł, a zgromadzona w nim moc, przepłynęła po jego ciele, niczym wyładowania elektryczne. Dreszcze i konwulsje wywołały ponowny ból. Młody czarodziej usłyszał swój własny krzyk cierpienia i spojrzał błękitnymi oczyma na rozradowanego nauczyciela. Niguella śmiał się wniebogłosy, obejmując rękami swój tłusty i duży brzuch.

„To był wynik Twojej niezdarności, niechlujstwa i braku chęci do nauki…” – mistrz oblizał spienione wargi, zmrużył swoje podłe oczy i uśmiechnął się sadystycznie – „…teraz otrzymasz karę za nieposłuszeństwo i brak dyscypliny!” Słowa zaklęcia, które utkał Niguella, wzbudziły lęk i przerażenie u leżącego Radagasta. Był mocno poraniony i wyczerpany próbami, których powodzenie z góry było skazane na fiasko, a teraz jego własny mistrz dodatkowo chciał go za to karać! „Pomniejsze Drążenie Larlocha” wywołało kolejne konwulsje i niekończący się ból. Uczeń wił się na zimnej podłodze piwnicznej komnaty, a jego krzyki niosły się echem odbijanym od kamiennych ścian. Mistrz wyssał resztki sił ze swego ucznia, po czym znacząco się oblizał… Miał już odchodzić zostawiając Radagasta w krytycznym stanie, kiedy usłyszał cichy, naznaczony bólem szept…

„Zabiję Cię…!” – uczeń leżał z zamkniętymi oczami, ciężko wypowiadając słowa – „…jeszcze raz mi to zrobisz, to przysięgam, że Cię zabiję…” Po tym Radagast stracił przytomność. Niguella stanął nieruchomo, patrząc z góry na swego ucznia. Wiedział, że młody Radi mówi prawdę i był zadowolony, że przynajmniej jednej lekcji zdołał go nauczyć… Uśmiechnął się z zadowolenia i cichymi krokami opuścił podziemną komnatę…


„Kuroliszki, czy inne stworzenia, ważne, że w końcu rozwiązaliśmy sprawę…” – nekromanta powoli otwarł oczy. Nie wiedział, czy to kolejny sen z jego przeszłych lat, czy rzeczywistość. Spojrzał na rosłego mężczyznę, który spokojnie, z wyrazem zadowolenia rozmawiał z piękną elficą. Stali obok łóżka, chwilowo nieświadomi jego przebudzenia. Teraz Radagast rozpoznał tych dwoje. Ziriel miała już coś odpowiedzieć, kiedy nagle zwróciła swój wzrok na leżącego na łóżku kompana.

„Witaj Radagaście!” – z uśmiechem podeszła bliżej łóżka – „Przyszliśmy z Gothem sprawdzić, jak się czujesz, a przy okazji podzielić się z Tobą dobrymi wieściami.”

„Wody, proszę podajcie mi coś do picia…” – czarodziej oblizał wysuszone wargi. Pragnienie podczas choroby nie dawało mu spokoju i dodatkowo osłabiało. Gdyby tylko mógł sam wstać, znaleźć odrobinę sił, to nie musiałby się tak poniżać i za każdym razem prosić o kubek zimnej wody…

„Tak, mój mało krzepki czarodzieju…” – Goth z typową dla siebie arogancją wobec wątłego Radagasta, kontynuował rozpoczętą wypowiedź elfki – „Udało nam się zakończyć sprawę z kanałami i okazało się, że problemem nie była ta wielka bagienna istota, tylko jakieś kuroliszki, latające „niewiadomo co”, z cholernie dobrymi, bojowymi umiejętnościami i właściwościami.” Ziriel podała kubek Radagastowi, który ku własnemu zdziwieniu podniósł się do pozycji leżącej. „Ale, jak zwykle, daliśmy radę!” – Kapłan wyprężył pierś z przesadnego zadowolenia.

„Cieszy mnie to…” – Radagast ostrożnie spijał kolejne łyki zimnej cieczy. „Czy w tym pokoju przesiadują jacyś wojownicy ze świątyni?” – zapytał – „Kiedy wcześniej się obudziłem, dwóch siedziało przy stole…”

„Tak czarodzieju.” – odpowiedział Goth – „Poprosiłem ich, aby dla Twojego bezpieczeństwa pilnowali Cię, podczas naszej nieobecności. Jak wiesz, nie wiemy jeszcze, czy owy mroczny elf, któremu uciekłeś, nie będzie miał zamiaru znowu zaatakować? A sam, jak patrzę na Ciebie, nie jesteś chyba jeszcze w stanie rzucić ponownie „Teleportacji”…”

„Daruj sobie…!” – Radagast przerwał pogardliwy wywód Gotha na temat jego ucieczki, która głównie spowodowana była jego krytycznymi ranami – „Idźcie już… Muszę odpoczywać…” Ziriel chciała coś powiedzieć zmieszana tą wymianą zdań, ale posłusznie opuściła pokój. Radagast odprowadził ich wzrokiem, zamknął oczy i tuż przed kolejnym snem, usłyszał jeszcze szczęk zamykanego zamka w drzwiach…


„Dobrze się spisałeś…” – Radagast spojrzał w czarne oczy rozmówcy. Dziwnie skrzyły się w ciemnej, okrągłej komnacie... Na czerwono… – „To zapłata, którą Ci obiecałem.” Mężczyzna zza otulającego go cienia, ostrożnie i powoli wysunął bladą dłoń na środek okrągłego stołu. Stół był nakryty krwistoczerwonym obrusem, który mocno komponował się do czarnego i ciemnego wystroju surowej komnaty. Na jego środku stał świecznik, który malutkim płomieniem przebijał mrok panujący pomiędzy dwoma rozmówcami. Radagast bez strachu, czy skrupułów, sięgnął po wypchany mieszek, należną mu zapłatę. Nie zaglądał do środka, ufał swojemu zleceniodawcy. „Z uwagi na to,” – ciągnął mężczyzna w czerni – „że nieoczekiwanie wyjątkowo dobrze, bardzo dobrze wykonałeś to zadanie, podarujemy Ci coś jeszcze. Myślę, że będziesz usatysfakcjonowany…” Radagast przerwał rozmówcy cichym jękiem, po czym szybko chwycił się za pierś. „Boli…?” – mężczyzna ponownie wyciągnął swoją bladą dłoń, tym razem odważnie wyciągając palce zakończone ostrymi pazurami w kierunku torsu maga. Nekromanta skinął na potwierdzenie i ponownie skrzywił się z bólu. „Będziesz to nosił z dumą do końca swego życia, ale uważaj na niechętnych Ci ludzi… Teraz idź odpocząć, a jutro o północy zjaw się na pierwsze lekcje. Żegnaj Radagaście…” – Czarodziej chwilę jeszcze obserwował, jak mężczyzna powoli opuszcza komnatę.

„Żegnaj Mariusie.” – rzucił na pożegnanie – „Do zobaczenia jutro o północy.” – po czym wyszedł za wampirem w mrok ciemnego korytarza…


„Przepraszam Gocie, zawiedliśmy Ciebie i kościół…” – starszy ze strażników stał chwiejnie na nogach. Radagast przebudził się i zobaczył, że jeden z dwójki wysłanników ze świątyni mocno krwawi, a w jego pokoju wygląda, jak po bitwie. Drugi, młodszy, cały blady, ale bez ran, stał ze spuszczoną głową obok kompana. Nad nimi swą posturą górował kapłan, który karcił ich wzrokiem, a jego żuchwy drżały ze zdenerwowania. „Nie zasługujemy na przebaczenie, ale jeśli tylko Bóg da nam szansę na odpłacenie za ten zawód, to zrobimy wszystko, aby przynieść mu chwałę…” – upadł zmęczony na zakrwawioną podłogę, ale dalej trzymał twarz zwróconą do przełożonego.

„Jeśli Lorsh zechce Cię teraz przyjąć, to moje modły na nic się nie zdadzą, ale najważniejsze jest to, iż mimo wszystko dzielnie broniłeś mojego chorego towarzysza…” – Goth rzucił wściekłe spojrzenie na młodszego ze strażników – „Co do Ciebie, to świątynia zdecyduje o Twoim niedbalstwie.” Młody mąż nie wiedział już gdzie się chować, mógł jedynie stać na baczność i znosić bez słowa reprymendy kapłana.

Radagast usłyszał znajomą modlitwę, której mocy niegdyś sam mógł doświadczyć. Uważnie i w spokoju obserwował, jak słowa wypowiadane przez Gotha przywracają siły i zdrowie rannemu strażnikowi. Po chwili wcześniej ranny, teraz w pełni zdrów, starszy z wojów Lorsha powstał na równe nogi. Kapłan położył swą dłoń na jego ramieniu, po czym bez słowa wyszedł z pokoju. Radagast usłyszał ciche westchnienia ulgi. Jedne od uratowanego wojownika, a drugie od młodszego, który z nerwów nie umiał już prosto stać… Nekromanta zamknął oczy, uśmiechnął się pogardliwie i powrócił do błogiego odpoczynku…