Kronika

Kroniki XLIX: Misja w Kanałach I

Laboratorium w kanałach okazuje się pełne martwych więźniów, spalonych notatek i śladów ucieczki alchemika. Dalsze zejście prowadzi do walki z mackowatą bestią, nagrody od setnika i ataku mrocznego elfa, który zaczyna polowanie na osłabionego Radagasta.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Kanały miejskie w Paddar (Południowa Dzielnica) - siedziba Alchemika

Plan był prosty. Morgulem rozchylam drzwi i maksymalnie rozświetlam pomieszczenie, zaraz po tym do środka wbiega Ziriel, gotowa do ewentualnej walki. Za nią ja, Goth i Nandin. Tak też zrobiliśmy…

[1] Pomieszczenie było małe, ale zaraz jego „wystrój” rzucił nam się w oczy. Wyglądało, jak małe więzienie! Korytarz ciągnął się środkiem, aby później ostro zakręcić do kolejnych drzwi. Po jego bokach były cztery cele, zza krat których widać było nieruchome ciała ludzi… Po kilka osób w każdej celi. Ciała były sine i sztywne, a po zbadaniu okazało się, że ofiary zginęły niedawno…


„Zaczekajcie!” – Nandin pochylił się przed jedną z krat celi. Drużyna podeszła bliżej, aby nachylić się nad elfem i jego odkryciem. Złodziej ostrożnie podniósł kawałki rozbitego flakonu i skinieniem wskazał wiele innych, rozbitych po pozostałych celach… Wiedzieli, że mogła to być taka sama substancja, którą niedawno oni zostali zaatakowani w kanałach. „Widać, że chciał pozbyć się wszystkich, niepotrzebnych świadków” – Radagast powoli podszedł do kolejnych drzwi w komnacie…


[2] Poczekałem na elfa, który ostrożnie przekręcił klamkę. Korytarz prowadził prosto do zamkniętych drzwi, ale pomiędzy, jedna odnoga zakręcała w prawo i prowadziła do schodów na górę. Tam skierowaliśmy pierwsze kroki, z nadzieją, że jednak zdążymy dopaść alchemika. Nandin ponownie użył wytrycha i ostrożnie uchylił drzwi…

[3] Weszliśmy do pokoju na parterze. Oświetlony przez światło słoneczne, nieśmiało, acz uparcie starające się przebić przez szczeliny w okiennicach, zdradził sypialny charakter pomieszczenia. Łóżko starannie pościelone, kilka szafek, jednak niektóre były otwarte, zdradzając pośpiech osoby, która je opróżniała. Pokój miał drzwi, przez które ostrożnie przeszliśmy dalej…

[4] Pomieszczenie było większe i przestronniejsze. Pokój gościnny z drzwiami frontowymi całego mieszkania. Piękny dywan w iskrzących się barwach rozciągnięty był praktycznie po całej podłodze. Stół z kilkoma krzesłami, kominek, którego drwa już dawno się wypaliły, na ścianach zdobione gobeliny. Jednym słowem pięknie, wytwornie i czysto, jak na mieszkanie w Dzielnicy Mulistej…

5 Przy jednej ze ścian kuchni stał duży kaflowy piec. Pełno tu było szafek i typowego wyposażenia kuchennego, a na drugim końcu ściany łóżko, prawdopodobnie dla służącego… Na środku kuchni leżało ciało mężczyzny z poderżniętym gardłem i wielką, niezakrzepłą jeszcze do końca plamą krwi…! Oznaczało to, że zamordowano go niedawno. Ubiór wskazywał, że był to służący, a w jego kieszeni znaleźliśmy klucze do drzwi frontowych. Twarz denata miała grymas bólu i zaskoczenia…

Rozdzieliliśmy się, aby dokładniej zbadać i przeszukać poszczególne pomieszczenia. Zostałem przy martwym ciele, bo liczyłem, że znajdę coś charakterystycznego i nietypowego, a reszta wróciła do pokoju gościnnego, gdzie zaczęła własne poszukiwania. Niestety, prócz tego, że martwy był ubrany, raczej czysty i zadbany i zabito go niecałą godzinę wstecz, nic innego nie znalazłem. Ziriel natomiast za jednym z gobelinów znalazła kartkę papieru z napisem „1000” i też nic poza tym. Postanowiliśmy wrócić do korytarza na dole [2] i wejść przez drzwi, które ominęliśmy.

[6] Drzwi miały pułapkę, której bez większych problemów pozbył się Nandin. Już zanim weszliśmy czuć było zapach siarki i innych specyfików, ale w samym środku pomieszczenia aż raziło nos intensywnością zmieszanych substancji… Na podłodze pełno było szkła z rozbitych flakonów, fiolek i innych pojemników alchemicznych. Wszelkie ciecze dotychczas je wypełniające zmieszane były ze sobą i tworzyły wielobarwne kałuże, z których unosiły się kolorowe obłoki oparów, dymu i wszędobylskiego smrodu. Przy jednej ze ścian, wzdłuż kamiennego muru, stały dwa ogromne stoły z umocowanymi doń łańcuchami, które służyły najprawdopodobniej do sekcji, eksperymentów i tortur… Ale cały bałagan i nieład, zniszczone urządzenia alchemiczne, próbki i dziesiątki zbitych menzurek i flakonów, świadczył tylko o tym, iż alchemik chciał za wszelką cenę pozbyć się jakichkolwiek dowodów swoich badań.

[7] Kolejne drzwi i szybko rozpracowana przez Nandina pułapka doprowadziły nas do ostatniego z pomieszczeń. Komnata była swego rodzaju gabinetem, pracownią, gdzie pewnie wcześniej nasz zbieg zapisywał postępy i poprawiał wyniki, wszystko gromadząc w szafkach i szufladkach. Teraz, gdy weszliśmy, resztki dokumentów dopalały się w kominku gabinetu. Kartki, zapiski, dokumenty i resztki ksiąg płonęły rzucone w ogień w pośpiechu, a tylko na nielicznych półkach biblioteczki i w niektórych szafkach walały się resztki notatek, o treści wyjętej z kontekstu. Jednym słowem, znowu się spóźniliśmy…!

Ziriel podbiegła do kominka i szybko wyjęła to, co mogliśmy jeszcze przeczytać i ewentualnie poskładać w logiczną całość. Reszta spłonęła w dogasającym ogniu… Nie było tego wiele, ale i tak na coś trafiliśmy…

NOTATKA 1:

„…………………………jak mówiłeś… ……...amy się……… września na Szklanym Wzgórzu……….. sobą…………..raz………….dzieścia…………Zyg……. .” *

NOTATKA 2:

„ …….ryment 20 nie powió…….też wszy………………………eży powtó…………… .” *

NOTATKA 3:

„ …………Zakon jest wdzię……………………………szybk……………………..aczej zmienimy………………………..ywaj.” *

Wróciliśmy do pokoju gościnnego [4], skąd Nandin pobiegł po straż, a my w spokoju na nich czekaliśmy. Po dwóch godzinach elf przyprowadził oddział straży od podsetnika, pod dowództwem niejakiego sierżanta Perka. Zaczęli przeszukiwać dom i zabezpieczać teren, a my wróciliśmy do gospody na zasłużony odpoczynek. Wiedzieliśmy jednak, że sprawa zaginięć robotników, jeszcze przed nami…

Kolejnego dnia, po sowitym posiłku i długim odpoczynku, poszliśmy do Południowej Baszty spotkać się z setnikiem. Przyjął nas jednak podsetnik i zdradził kilka informacji z prowadzonego śledztwa na temat „siedziby” alchemika i tego, co odkryliśmy. Powiedział, że właścicielem mieszkania jest kupiec Eremund, którego aktualnie szukają, a martwy człek w kuchni był zwykłym lokajem… Podczas rozmowy wspomniałem podsetnikowi o Xaverze Stornie, alchemiku, którego za to podejrzewamy, a o którym osobiście słyszałem. Wydawało mi się, że wezmą to na poważnie, bo wyrzucony z tutejszej akademii, potępiony alchemik, faktycznie mógłby być pierwszym podejrzanym, ale podsetnik nie podzielał mojego przypuszczenia… W nagrodę dostaliśmy kilka sztuk złota i nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do gospody, odpocząć i przygotować się do dalszej pracy w kanałach…

Kolejnego dnia spotkaliśmy się u dziada w strażnicy zejścia kanału. Zostawiliśmy u niego prowiant na trzy dni, ponieważ nie planowaliśmy w tym czasie wracać do karczmy, a tylko wypoczywać tutaj. I znowu trzeba było zejść do „królestwa gówna i paddarskich odpadów”… Tym razem postanowiliśmy obrać przeciwny kierunek poszukiwań, bliżej miejsca, gdzie zaginęła jedna z grup robotników. Szliśmy długo, przygnębieni warunkami tego zadania, aż doszliśmy do odpowiedniej odnogi. Przeszliśmy przez „zator” z kamieni i szlamu, za którym gnój stał się gęstszy i bardziej uciążliwy! Kiedy doszliśmy do większego pomieszczenia, była to kulista komnata przejściowa do kilku pomniejszych korytarzy, zaczęliśmy w spokoju studiować mapę. Spokoju jednak nie było…

Z głębi gnoju, nagle, wynurzyła się olbrzymia, obślizgła macka, która momentalnie owinęła się wokół moich nóg i uniosła nad sufit…! Zanim ktokolwiek zareagował na ten atak, wielka, uzębiona paszcza z innymi mackami, wynurzyła się ze środka komnaty! Komnata zawirowała mi przed oczami. Nie wiedziałem, gdzie jest podłoże, a gdzie sufit i ściany, bo macka miotała mną na wszystkie strony… Nie widziałem, co robią moi kompani, słyszałem tylko odgłosy rozpoczynającej się walki. Macka zaczęła mnie mocniej ściskać i wyżej się oplątywać, kierując swój obleśnie wyglądający i śmierdzący czubek, w kierunku szyi. Z bólu upuściłem Morgula, który zatonął w gęstwinie szlamu. Momentalnie zrobiło się ciemno…! Jedynym ratunkiem dla mnie, w tej tragicznej sytuacji, było zaklęcie, po którym macka zwolniłaby uścisk, albo nawet wypuściła mnie…

Niestety z powodu narastającego bólu w klatce piersiowej i dekoncentracji spowodowanej moim „dynamicznym położeniem”, „Wampiryczne dotknięcie” zakończyło się fiaskiem, a ja z sekundy na sekundę inkasowałem coraz cięższe obrażenia…!!! Przez chwilę moje całe, niespełnione dotąd życie i niezrealizowane marzenia, pojawiły mi się przed oczami. Czułem, że koniec jest bliski, a na ratunek moich kompanów nie mogłem liczyć, bo walka pode mną rozgorzała na całego! Jedynym wyjściem była ucieczka… Pech mnie nie opuszczał, a otrzymane dotąd rany potęgowały tylko moją niemoc rzucania zaklęć, bo kolejne dwie próby „Teleportacji” nie powiodły się…!!!

Nagle „Światło” rzucone przez Nandina, oświetliło nam całą komnatę… Wisiałem do góry nogami, tuż nad zębami olbrzymiej poczwary, która szykowała się do „posiłku”! Drużyna, której udało się uzyskać przewagę w walce, widząc to podjęła szybkie kroki, aby do tego nie dopuścić… Szybkimi susami, Ziriel podbiegła pod moją mackę i jednym, skutecznym i silnym cięciem, odcięła odnóże, a ja z impetem wpadłem w szlam! Chwilę zajęło mi dojście do siebie, a kiedy wynurzyłem się na powierzchnię, ujrzałem Gotha wzywającego Lorsha na pomoc…

Modlitwa kapłana była taka sama, jak podczas walki z olbrzymimi mrówkami na terenach Baronii Świątynnej. Goth skorzystał z wody zebranej w szlamie i cisnął lodowymi kolcami w poczwarę. Uderzenie było na tyle mocne i skuteczne, że ta pisnęła i schowała się pod powierzchnię zawartości kanału. Szybko rzuciłem „Latanie” i wzniosłem się pod strop, oczekując na jej ponowne wynurzenie. Z plecaka wyjąłem czaszkę i utkałem na nią potężne i niszczycielskie zaklęcie „Eksplodującej Czaszki”, licząc, że nakarmię nią bestię…

Kiedy tafla gęstego szlamu zaczęła lekko się poruszać i falować, kapłan wzniósł kolejną modlitwę, usuwając część wody z komnaty, zamieniając ją w pył. Po chwili chmura pyłu osiadła, a na środku pomieszczenia, w jednometrowym zagłębieniu, zobaczyliśmy bestię kłapiącą zębiskami. Jej macki ostrożnie i powoli wiły się po dnie metrowego dołu. Wyglądało to tak, jakby poczwara nie zauważyła tych zmian i czekała, aż zregeneruje siły do ponownego ataku…

Nie zastanawiałem się ani sekundy dłużej i z czaszką w dłoni zacząłem pikować w kierunku otwieranej paszczy. W odpowiednim momencie wrzuciłem ją, kiedy bestia rozwarła pysk i szybko wzniosłem się do góry. Wybuch czaszki wstrząsnął pomieszczeniem, a całe pozostałe błoto w pomieszczeniu obryzgało wszystko na około. W tym samym momencie setki lodowych odłamków i małych pocisków, gradem spadły z góry, uderzając z ogromną siłą we mnie i w bestię…!!! Gdyby nie ochrona „Kamiennej skóry”, padłbym obok poczwary martwy! Ten idiota kapłan, bez ostrzeżenia, mimo iż widzieli, co ja robiłem, wymodlił jakąś lodową nawałnicę i skierował ją dokładnie nade mnie i potwora, nie bacząc, że i mnie przy tym zabije!!!

Krzyknąłem na niego w furii! Ten nadęty i arogancki bufon, który zawsze ośmiela się nas krytykować, wypytywać o rzucane zaklęć, kontrolować, gdzie, kiedy i co chcemy rzucić, teraz pokazał, jak bardzo ma nas w dupie i nie zważa na nasze życie!!! Bylebyśmy to my robili, tak jak on sobie tego zażyczy i zawsze się z nim konsultowali!!! O nie…!!! Pierwszy raz, po tym wydarzeniu, ostrzegłem kapłana, że jeśli jeszcze raz będzie śmiał nas upominać, że nie ostrzegamy przed tkaniem zaklęć, to mnie popamięta! A znam wiele na to sposobów, o których moja drużyna nawet nie „śniła”…!!!

Niestety mimo adrenaliny i agresji, jaką byłem naładowany, dalsza moja wyprawa nie miała sensu z powodu krytycznych ran, które otrzymałem podczas walki z potworem. Musiałem więc powrócić do strażnicy i dziada, tam doprowadzić się do porządku, a później do karczmy, na zasłużony odpoczynek i długą rekonwalescencję. Uznaliśmy wspólnie, że powinienem jeszcze zabrać ze sobą kawałek macki, którą odciął dla mnie Goth, na dowód dla setnika. Rozstaliśmy się i szybko poleciałem w kierunku włazu wejściowego.

Długo mi dziadek nie otwierał, ale kiedy już to zrobił, wleciałem przez właz, z macką na ramieniu i tryumfalnym uśmiechem, zawisając nad otwartym zejściem. Szkoda, że wówczas nie zauważyłem jego przerażonej twarzy i bardziej trzęsącego się ciała, ale chyba wydawało mi się, że przeraził go widok macki rzuconej mu pod nogi. Bardzo się myliłem…


„Powoli wyląduj na ziemi...” – Radagast usłyszał zza pleców cichy, ale stanowczy ton głosu. Byłby go zignorował, gdyby nie ostrze sztyletu kłujące go w plecy, którym nieznajomy od tyłu podkreślał wartość swoich słów – „…ale ostrzegam, bardzo powoli!” Nekromanta dopiero teraz skojarzył, dlaczego mina starego strażnika była tak wykrzywiona z przerażenia. Nie dlatego, że pochwalił mu się ogonem macki olbrzymiego, kanałowego potwora, a dlatego, że od gestów starca zależało jego własne życie…

Czarodziej bardzo wolno schodził na ziemię, jednocześnie, delikatnie sięgając dłonią po jeden ze składników przy pasie. Nagle ostrym szarpnięciem ręka została mu przechwycona i wykręcona za plecy. Napastnik zaraz potem drugą dłonią, w której dzierżył sztylet, objął go nad ramieniem i przystawił błyszczące ostrze do szyi nekromanty. Radagast poczuł ostry, palący ból z wykręcanej dłoni, ale szybko opanował myśli i skupił się na obecnym, nieciekawym położeniu… Nie zastanawiał się dłużej i koncentrując się z całej siły, korzystając z czaru „Latania”, którym jeszcze był objęty, cisnął sobą i jednocześnie napastnikiem o ścianę, którą obaj mieli za plecami. Impet i siła uderzenia była tak duża i dla napastnika zaskakująca, że wypuścił Radagasta z uścisku. Uderzyli o ścianę, po czym obaj upadli na kamienną podłogę.

Radagast szybko odturlał się od napastnika i mimo krytycznych ran i nierównego oddechu, szybko wstał na równe nogi, jednocześnie wyciągając składnik do czaru. Mężczyzna był mocnej i wysokiej postury. Miał na sobie ciemny płaszcz z obszernym kapturem, który w momencie uderzenia zsunął mu się z głowy… Radagast z niedowierzaniem patrzył na ciemną karnację i elfie rysy… Gdy tylko Mroczny Elf „złapał oddech” szybko rozejrzał się wokół, a jego wzrok zatrzymał się na wykrzywionej szabli obok. Tymczasem czarodziej tkał już słowa zaklęcia, bo wiedział, że negocjacje właśnie się zakończyły…

„Cholera!” – elf dobył broni i widząc, że czarodziej kończy zaklęcie, stanął pewnie naprzeciw i z uśmiechem na twarzy, czekał… W pogardzie miał czary nekromanty, pewny, że Znak Tar ochroni go od ich mocy… Bardzo się pomylił… „…unHea sa Imshiie…” – Radagast z olbrzymią mocą wypuścił w napastnika „Błyskawicę”. Wielce zdziwiony był mroczny elf i zaskoczony, że siła czaru ponownie cisnęła nim o ścianę! Z bólem upadł na podłogę, znowu wypuszczając z dłoni broń. Podniósł głowę i z nienawiścią i wściekłością spojrzał na czarodzieja, który ledwo trzymał się już na nogach, a mimo to był śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem.

Radagast szybko wypowiedział kolejne słowa innego zaklęcia… Mroczny Elf zaklął siarczyście, kiedy czarodziej zniknął mu z oczu… Jego nienawistny wzrok zatrzymał się na stojącym obok starszym mężczyźnie, który w osłupieniu wszystkiemu się przyglądał. Trzy kroki dzieliły go od zamordowania dziadka z wieży… Zrobił powoli dwa i uśmiechnął się pod ciemnym kapturem…


Teleportowałem się do komnaty w kanałach, gdzie ubiliśmy bestię z mackami. Miałem nadzieję, że drużyna jeszcze będzie gdzieś w pobliżu, niestety myliłem się… Koncentrując się całą wolą, z ledwością utkałem „Światło” i powoli i ostrożnie ruszyłem tunelami do głównego korytarza. Tam oparty o zabrudzone ściany, czekałem na wpół przytomny na cokolwiek, odgłos, kroki, obecność… Minęły całe wieki, a jeśli nie, to na pewno najdłuższe godziny mego życia. W końcu zobaczyłem z oddali światło i usłyszałem ich rozmowy.

Kiedy do mnie doszli, wyjaśniłem im pokrótce starcie z mrocznym elfem i późniejszą ucieczkę, spowodowaną ranami, jakich doznałem. Niestety odzewem były tylko pogardliwe słowa Gotha, który kpił, twierdząc, że uciekłem, zamiast pokonać „tylko” jednego elfa!!! Nie wytrzymałem i „od słówka do słówka” wygarnąłem mu, jakim jest aroganckim chamem, pysznym i butnym człekiem, który poza „czubkiem swego nosa” i wyolbrzymionym ego, świata inaczej nie postrzega i nie uznaje…!!! Jaki w takim razie jest sens słuchania jego świeckich nauk i praw jego bóstwa, które głosi?!

Szybko znaleźliśmy najbliższe, nielegalne zejście do kanałów, przez które wyszliśmy do Dzielnicy Mulistej. Stamtąd udaliśmy się do strażnicy kanałów, z nadzieją na spotkanie elfa… Znaleźliśmy tylko martwego dziadka i nic poza tym, nawet jednego śladu po intruzie… Postanowiliśmy więc, że Ziriel i Nandin, z kawałkiem odciętej macki, pójdą do Południowej Baszty i zdadzą „raport”, przy okazji opisując starcie z mrocznym elfem i morderstwo na strażniku kanałów. Goth miał na nich czekać na miejscu zbrodni, a ja za pomocą magii wróciłem do karczmy, doprowadziłem się do porządku i położyłem się spać…

Po kilku godzinach zbudził mnie Nandin i powiedział, że nikogo władnego na miejscu nie zastali i pójdą do Baszty nazajutrz. Elf zasugerował zabezpieczenie pokoju przed ewentualnym wtargnięciem do nas mrocznego elfa. Rzuciłem więc na drzwi i okno czar „Alarm” i położyliśmy się spać. Noc bynajmniej nie była spokojna…

Obudził nad odgłos pisku, który za przyczyną magii, wydobywał się od drzwi. Szybko zerwaliśmy się z łóżek, a ja wyłączyłem hałas alarmu. Na korytarzu zrobił się już zgiełk, bo sąsiedzi i goście też zostali zbudzeni. Wyszliśmy na korytarz, jak inni goście i praktycznie zaraz natknęliśmy się na oberżystę. Powiedział, że usłyszał piski i wycie, potem człowieka w czarnym płaszczu z kapturem, który wybiegając z karczmy lekko go ranił. Spojrzeliśmy po sobie i już wiedzieliśmy, że mroczny elf próbował się do nas włamać!

Po kilku godzinach przyszła straż i zaczęła nas przepytywać, podobnie jak innych mieszkańców karczmy. Grzecznie powiedzieliśmy, że byliśmy równie zaskoczeni, co inni i na tym się skończyło. Zasugerowaliśmy karczmarzowi wynajęcie ochroniarza, po czym ponownie zabezpieczyłem drzwi i poszliśmy spać. Reszta nocy minęła spokojnie…

Rankiem spotkaliśmy się z Ziriel i jej przełożonym, Gothem, którzy przyszli ze świątyni. Opowiedzieliśmy im o wydarzeniach zeszłej nocy i wspólnie ustaliliśmy, że zastawimy na elfa pułapkę… Kapłan i elfka wrócą przed zmierzchem do świątyni, ale za pomocą „chmurki” wrócą do nas do pokoju w karczmie. Wartując przez noc, bez zakładania „Alarmów”, zaczekamy na napastnika. Kiedy zapadła ta decyzja rozstaliśmy się. Ja wróciłem do pokoju i podjąłem się własnej kuracji, a drużyna udała się do setnika z kawałkiem macki.

Kiedy wrócili, byłem słabszy niźli dzień wcześniej, a mój odpoczynek nie przyniósł nawet minimalnego efektu… Zmartwiło mnie to, bo oznaczało tylko poważniejszy stan, niż oceniłem i bardzo długą rekonwalescencję. Moje obawy zostawiłem jednak dla siebie i pozwoliłem drużynie zdać relację z wizyty u setnika. Powiedzieli, że umówili się na następny dzień z czterema strażnikami, żeby pokazać im całą bestię. W sprawie alchemika i jego laboratorium, nic nowego się nie dowiedzieli. Całą resztę dnia spędziłem w łóżku, spałem…

Wieczorem do pokoju przez okno przybyła „chmurka”. Pozamykaliśmy wejścia i wystawiliśmy całonocne warty. Na korytarzu, co chwila słychać było kroki ochroniarza, którego karczmarz faktycznie wynajął. Jak to zwykle bywa, akurat tej nocy nic się nie wydarzyło… Kolejnego dnia rano, po śniadaniu, moi kompani udali się do setnika i później do kanałów, a ja zostałem sam w pokoju, licząc na szybki powrót do zdrowia… Jednak liczyć mogłem tylko na siebie, a i to nie pomogło…