Kronika

Kroniki XLVIII: Kanały i Alchemik

Setnik Ratmel z Południowej Baszty kieruje drużynę do kanałów Mulistej Dzielnicy, gdzie ciała, tatuaże i ukryte przejścia wskazują na eksperymenty alchemika. Radagast rozpoznaje ślad Xavera Storna, ale pogoń przez śmierdzące podziemia zaczyna się od trucizny, mutanta i kolejnej kłótni o ryzyko.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Po kilkudziesięciu minutach, wlokąc się za oddziałem zbrojnych, doszliśmy do Południowej Baszty. Trzypiętrowa wieża warowna, otoczona podniszczonym murem, przy którym stali rozkojarzeni strażnicy, nie wywierała znaczącego wrażenia. Po kilku minutach oczekiwania, wyszedł po nas podsetnik i zaprowadził do wnętrza, na wizytę u swego przełożonego. W jednym z gabinetów zastaliśmy barczystego mężczyznę, w wieku około czterdziestu lat, z podejrzliwym, acz doświadczonym wzrokiem. Przedstawił się jako setnik Ratmel i zaraz przeszedł do sedna sprawy i celu naszej wizyty.

Goth, jak zwykle, prowadził całą dysputę w „naszym imieniu”, a my staliśmy w milczeniu uważnie słuchając. Pierwej setnik opowiedział nam o problemach dzielnicy z kanałami i zaginięciami ludzi… Wszystko zaczęło się jakieś trzy lata wstecz, kiedy to grupa inżynierów i robotników została wysłana w pewien rejon kanałów, na standardowe czyszczenie zatorów i zbierających się tam odpadów. Wówczas nikt nie wrócił z pracy, a zaraz później wysłano za nimi ekipę poszukiwawczą, która wróciła bez żadnych poszlak, czy śladów… Wysłano więc następną grupę czyścicieli, którzy również zaginęli bez śladu… Od tego momentu kompania robotników zaprzestała czyszczenia, a zbierający się syf w kanałach, poważnie utrudnił życie tamtejszym mieszkańcom, zanieczyszczając powietrze i najprawdopodobniej pozatykał większość pomniejszych arterii kanałów. W tym momencie miejscowe władze wyznaczyły nagrodę za rozwiązanie owego problemu i oczyszczenie kanałów. Mijały długie dni, aż w końcu pierwsza grupa śmiałków, zachęcona złotem, zapuściła się w kanały… Niestety awanturnicy również zaginęli, a setnik podwyższał tylko nagrodę za rozwiązanie problemu. Nie przynosiło to żadnych efektów, ponieważ koleni ochotnicy nie wracali z misji poszukiwawczych… Sprawa ciągnęła się w nieskończoność, a mimo wysokiej nagrody, śmiałków ubywało, aż w końcu zaprzestano całkowicie zapuszczania się pod miejską dzielnicę…

Później było jeszcze gorzej. Ludzie, mieszkańcy, zaczęli ginąć na powierzchni, na ulicach, a nieliczne ciała, które znaleziono były zmasakrowane… Koroner badający ciała stwierdził: liczne rany kłuto-szarpane, jakby od noża, ale były też opinie częściowego rozszarpywania zwłok, jakby były pożerane… I tak sprawa ciągnie się do obecnego dnia… Setnik podwyższył więc nagrodę do 300 centarów. Zjawiły się dwie grupy śmiałków, jedna wycofała się już w połowie drogi do celu, bo podobno słyszeli „kłapanie dziobami i trzepot skrzydeł”, a druga zaginęła bez śladu… Dwa dni temu znaleziono ciało w rejonie zaginięć i zanieczyszczonych kanałów, poprosiłem więc o możliwość oględzin zwłok i po krótkim uzasadnieniu wspólnego interesu, setnik pozwolił zejść do piwnic, gdzie koroner bada ciała.

Ratmel poinformował nas o trzech głównych zejściach do kanałów w Dzielnicy Mulistej, w której rejonie dzieją się owe niewyjaśnione wydarzenia. Powiedział też, że miejscowa ludność w kilkunastu innych miejscach dzielnicy przebiła się sama do kanałów, w celu wyławiania przeróżnych „bogactw”, za które czasami dostają „sowite” nagrody… Otrzymaliśmy zarys, ubogi zarys, tamtejszej struktury kanałów, jak również namiar na „Kompanię Zygfryda”, ekipę czyszczącą kanały. Setnik powiedział, że dostaniemy też pełnomocnictwo na zejście do kanałów i po szybkim pożegnaniu zeszliśmy do podziemi Południowej Baszty obejrzeć odnalezione niedawno zwłoki.

Pomieszczenie było przyciemnione i ponure, w sam raz na pracownię koronera… Panował w nim chłód i nieprzyjemny dla moich kompanów, smród rozkładających się zwłok i zakrzepłej krwi. Śmiało podszedłem do leżącego trupa i zsunąłem z niego zakrwawione płótno… Kątem oka zauważyłem bladość twarzy i grymas niesmaku u Ziriel i Gotha, więc tym bardziej śmielej, bez zahamowań, wziąłem się za oględziny. Ciało mężczyzny było zmasakrowane, z licznymi ranami, jakby po dziobie dużego ptaka… Z tyłu głowy była jedna, prawdopodobnie pierwsza i decydująca o jego śmierci rana, z której wyciekł płyn mózgowy… Twarz była wykrzywiona w grymasie strachu i bólu, a jego puste oczodoły świadczyły o wyłupaniu, wydziobaniu gałek ocznych… Próbowałem jeszcze znaleźć coś charakterystycznego, ale bez żadnego sukcesu. Weszliśmy więc do góry, gdzie otrzymaliśmy upoważnienia do eksploracji kanałów, po czym skierowaliśmy kroki ku Kompani Zygfryda.

Na miejscu, w podniszczonej kamienicy, przywitał nas dziadek, którego po krótkiej rozmowie zaczęliśmy wypytywać o szczegóły kanałów. Struktura okazało się dość prosta, główne chodniki kanałowe, szerokie i wysokie, z których odchodzą pomniejsze. Niestety dziad powiedział, że często trzeba taplać się w odchodach nawet po szyję…!!! Poprosiliśmy go o nałożenie własnego, bardziej szczegółowego szkicu kanałów Mulistej Dzielnicy, na mapkę, którą dał nam setnik. Umówiliśmy się kolejnego dnia na odbiór mapki.

Następnego dnia, koło południa, wrócił Nandin z gotowym szkicem kanałów. Tymczasem Goth zamówił u kowala mitrylowe obręcze do sztandaru, które miał odebrać za kilka dni. Przygotowania do wyprawy w kanały szły dość sprawnie, więc po południu postanowiliśmy odwiedzić jedno z zejść, które naszym zdaniem było najbliżej znalezionych ciał i wypraw zaginionych czyścicieli.

Długo kluczyliśmy wąskimi, brudnymi uliczkami, aż weszliśmy do Dzielnicy Mulistej, na ulicę Robotniczą. Wszędobylski smród kanałów raził nasze nosy i zaraz po kilku metrach stał się nie do zniesienia. Myślałem, że zjedzony niedawno obiad, co rusz wyląduje z powrotem pod moimi stopami, ale na szczęście tak się nie stało. Mieszkańców w tej dzielnicy było mniej na ulicach, a sama Mulista była brudna, zaniedbana i zaśmiecona. W końcu z fioletowo-bladymi odcieniami na twarzach doszliśmy do starego, piętrowego budynku. Skrzypiące, ale mocne, drewniane drzwi, otworzył nam starszy jegomość, zdziwiony naszą wizytą. Krótkie wyjaśnienia i otrzymane upoważnienia, dodały mu otuchy i rozproszyły jego strach i wątpliwości.

Okrągłe pomieszczenie przedzielone w połowie było ścianą, w której dwoje drzwi prowadziły jeszcze do dwóch kolejnych ćwiartkowych pokoi. Widać było, że starzec prócz tego, iż jest strażnikiem tego miejsca, to mieszka tu na stałe…! Komnata bowiem była umeblowana, z myjką, taboretem i resztką jedzenia na ubrudzonym stole. Po krótkiej rozmowie wyjaśniającej naszą obecność w tym chlewie, dziad zaprowadził nas do sąsiedniego pomieszczenia. Było puste i bardziej cuchnące, niż cała okolica razem wzięta! Na podłodze zamontowana była duża, drewniana klapa, podnoszona liną. Poniżej klapy, schodami w dół, dochodziło się do murowanej półki, gdzie zwykle robotnicy przygotowywali się do prac. Potem już tylko na sam dół, po pas w gówno…!

Kolejnego dnia, bardzo wczesnym rankiem, ruszyliśmy ponownie do włazu, aby pierwszy raz zejść do kanałów. Jeszcze zanim opuściliśmy progi karczmy, postanowiłem się już zawczasu ubezpieczyć magią i rzuciłem na siebie zaklęcia „Oddychania Wodą” i „Kamiennej Skóry”. Z uwagi na to, iż tylko ja z Nandinem spaliśmy w karczmie, a Ziriel z kapłanem w świątyni, umówiliśmy się przed wejściem do „strażnicy włazu”. Już na przywitaniu o mało nie popłakałem się ze śmiechu, kiedy moim „ślepym” oczom ukazała się elfka z tratwą dla jednej osoby…!!! Jeszcze wczorajszego wieczora poszła za miasto do osady flisaków i tam zamówiła to „cacko”, na podróż po kanałach…! Tu zaprzestanę drążenia tematu, bo zwyczajnie brakło mi słów…

W środku zaparzyliśmy zioła, które często zażywają pracujący w kanałach na zwalczenie smrodu – zioła znieczulały nos i wyczucie smaku… Resztkami nasączyliśmy chusty, którymi obwiązaliśmy twarze. Kiedy drużyna pomagała elfce znieść tratwę w odmęty odchodów, ja rzuciłem na siebie „Latanie”, licząc, że nie ubrudzę się zbytnio… Oj, jakże ogromnie się myliłem…

Paddar: mapa części kanałów Południowej Dzielnicy

Goth zszedł pierwszy, od razu lądując po pas w gęstym szlamie ludzkich odpadów! Później usadzili tratwę, która o dziwo trzymała się na powierzchni, a na niej zasiadła Ziriel i zaczęła powoli płynąć, przy pomocy małego wiosła, za kapłanem. Nandin zleciał w dół, niezdarnie balansując nad powierzchnią szlamu, a za nim, z oświetlonym Morgulem, zleciałem ja. Główny przekop, okazał się wysokim i szerokim korytarzem, więc chwilę utrzymaliśmy czystość z elfem. Później było już tylko gorzej…

Zaczęliśmy kierować się według wspólnej mapy, aż doszliśmy do pierwszego skrzyżowania głównych arterii kanalizacji. Co rusz, nasz powolny pochód, brutalnie przerywany był przez spadające odpady i gówna z rurociągów z powierzchni, które bezpardonowo i nadzwyczaj skutecznie, zaczęły zostawiać na nas obfite ślady… Gdyby nie zioła i chusty na twarzach, to sami dodalibyśmy do tej „gamy wystroju” swoje własne rzygowiny…

Kiedy dotarliśmy do kolejnej krzyżówki byłem już cały w gównie i innych odpadach. Było mi już wszystko jedno jak pachnę, wyglądam i co jeszcze na mnie wyląduje, najważniejszym stało się utrzymanie koncentracji i gotowości do szybkiego działania. Długo brnęliśmy przez gęsty szlam, w kierunku centrum Dzielnicy Mulistej, aż korytarze zwężyły się i Ziriel musiała porzucić tratwę. Podejrzewałem, że i tak było jej wszystko jedno, ponieważ nieporęczny i niepraktyczny w tym miejscu środek transportu wodnego, zwyczajnie nabierał i był wolniejszy, niż gęsty, prawie stojący szlam z kanałów. W końcu doszliśmy do pomieszczenia, komory, w której robotnicy zwykli składować narzędzia. Była sucha, okrągła, z podmurowaniem naokoło ściany. Odsapnęliśmy chwilę bez słowa, ponieważ nikt nie miał humoru na pogawędki, a jedyną wymianą zdań, było porozumienie się odnośnie następnego, przybranego kierunku. Komora miała kilka wąskich, ciemnych odnóg, więc instynktownie wybraliśmy jedną i ruszyliśmy w jej głąb…

Nagły zlot stada nietoperzy wyrwał nas z zamyślenia i zmusił do skupienia. Ostrożnie, krok po kroku, penetrowaliśmy korytarz. W końcu doszliśmy do jego końca i kiedy już mieliśmy wracać, usłyszałem dziwny odgłos zza ściany… Mój słuch nie spłatał mi figla, bo w trakcie przeszukiwania ściany odkryliśmy, że to iluzja! Podobnie jak w Twierdzy na Skarpie, tu też, mur był tylko omamem…! Nandin szybko rzucił „Rozproszenie Magii” i kiedy iluzja znikła ruszyliśmy dalej. Minęło kilkadziesiąt metrów, gdy natrafiliśmy na zwłoki mężczyzny… Ciało było napęczniałe, bez ran, jakby zbyt długo leżało w wodzie… Zostawiliśmy je i poszliśmy dalej.


„Ej! Spójrzcie! Mam coś!” – Nandin zawołał drużynę do siebie. Podeszli i obserwowali, jak elf ostrożnie wodząc palcami po ścianie, bada wnęki i nietypowe niespójności w układzie kamieni. „Tak, jakby…” – zastanowił się przez chwilę. „Ukryte, kamienne drzwi!” – Ziriel dokończyła urwane zdanie. Spojrzeli po sobie, a później na Radagasta. Czarodziej niechętnie i wolno wypowiedział słowa zaklęcia. Cisza… „Otwarcie” nie przyniosło żądanego efektu, więc nekromanta odparł ich spojrzenia i zwrócił się do kapłana. „Siłą Gocie, siłą…” – pogardliwie spojrzał na olbrzymiego męża, po czym odsunął się od ukrytych drzwi…


Ani siłowe próby Gotha, ani staranne i dokładne badania Nandina i Ziriel, nie przyniosły efektu z otwarciem przejścia, więc postanowiliśmy ruszyć dalej. Po kilkudziesięciu minutach okazało się, że zrobiliśmy koło i doszliśmy do tratwy od drugiej strony. Przy tratwie leżało wcześniej napotkane ciało, które z prądem płynącego szlamu, dotarło aż tutaj. Postanowiłem dokładniej je zbadać… Na ramieniu znalazłem niedawno „wydziarany” tatuaż, liczbę „21”… W ustach denata wszystko było wypalone, jakby przez dłuższy czas wlewano mu żrące substancje do żołądka…! Poza tym nic… Postanowiliśmy wrócić do ukrytych „drzwi-muru”, gdzie po drodze przeszliśmy już przez iluzję końca korytarza. Poczekaliśmy, aż Nandin wróci z eksploracji końca tego korytarza i okazało się, że tam również była iluzja ściany… Jakby ktoś celowo chciał „zamknąć” tę część kanałów…

Kolejne próby otwarcia przejścia i burza mózgów na temat jego sposobu, nic nie dały, więc postanowiliśmy zbadać inną część kanałów pod Mulistą Dzielnicą. Doszliśmy do jednego z nielegalnych zejść, które przebili mieszkańcy i „poszukiwacze kanałowych skarbów”, ale jeszcze nie opuściliśmy „gówniarni”. Niestety długo jeszcze błądziliśmy bez skutku po kanałach, aż w końcu wróciliśmy do „strażnicy”. Tam doprowadziliśmy się w miarę do porządku i jako takiej czystości, i uzgodniliśmy ponowne zejście kolejnego dnia, ale z młotem, co by żadne, ukryte drzwi, nie stawiły nam oporu…

Kolejny poranek nie zaczął udanego dnia… Kiedy podczas zejścia próbowałem ponowić swoją magiczną ochronę tymi samymi czarami, moc po raz kolejny spłatała mi figla… Eksplozja potencjału magicznego, z niefortunnie utkanego zaklęcia, odrzuciła najbliżej stojącego mnie, Nandina, na ścianę komnaty… Niestety, mimo szczerych przeprosin, znowu musiałem wytrzymać salwę oszczerstw, wyzwisk i epitetów w moim kierunku, a już i tak nadwyrężone zaufanie do mnie, znowu zawisło na włosku… Stan elfa był krytyczny, na szczęście kapłan poprosił swego boga o jego uleczenie i powoli incydent ucichł… Poczekałem, aż wszyscy zejdą i kiedy zostałem na górze sam, znowu sięgnąłem po moc, która we mnie drzemie… „Oddychanie Wodą”, „Kamienna Skóra”, miały mi dać osobistą protekcję przed niesprzyjającymi warunkami i nagłym atakiem, „Światło” rzucone na Morgula, miało pomóc nam wszystkim podczas wędrówki po ciemnych kanałach. Z „Lataniem” zwyczajnie dałem sobie spokój…

Bez problemów doszliśmy na miejsce. Goth zaczął młotem bić w ścianę. Po kilku minutach i wielu silnych uderzeniach, w rogu ukrytego przejścia, odpadł odłamek, ukazując nam bijące od drugiej strony światło… Usłyszeliśmy jakieś szmery i szelest, po czym światło od środka zgasło. Przy takim hałasie, jaki młot przy uderzeniach kapłana wydawał, o jakimkolwiek zaskoczeniu z naszej strony nie było mowy, jednak nikt nie przewidział, że to my zostaniemy zaskoczeni…

Świst przecinanego powietrza i szczęk tłuczonego szkła, który rozległ się u naszych stóp, uświadomił nam, że ktoś wyrzucił przez szczelinę jakiś flakon… Sekundę później wokół nas wyrósł gęsty dym. Zakryłem twarz dłonią i kątem oka zobaczyłem Ziriel i Nandina bezładnie upadających na podmokłą podłogę kanału. Zrozumiałem, że nie mogę przebywać w tym trującym obłoku ani sekundy dłużej, więc czym prędzej wycofałem się o kilkanaście metrów dalej. Widziałem jeszcze Gotha, który zareagował podobnie, ale uciekł w drugim kierunku. Stałem cicho z przygotowanym składnikiem i światłem skierowanym w obłok, spodziewając się wszystkiego… Usłyszałem skrzypienie otwieranego kamiennego przejścia, a później człapanie, którego odgłosy rozchodziły się echem po korytarzu… Jakaś szarpanina, może walka i cisza…

Po kilku minutach, kiedy już chmura trującego gazu opadła, podszedłem ostrożnie do drzwi. Były zamknięte, a po moich kompanach nie było śladu… Poświeciłem w głąb ciemnego korytarza. Stał tam kapłan z maską na twarzy, a u jego stóp leżały trzy ciała… Nandin i Ziriel, nieprzytomni, ale żywi, i coś bez łba, które na pierwszy rzut oka przypominało mężczyznę… Ciało było zmutowane, ze szponami zamiast palców, a twarz na odciętej przez kapłana głowie, przypominała wilczą… Po chwili elfy ocknęły się i wraz z Gothem wrócili do roztrzaskiwania kamiennych drzwi. Ja natomiast zacząłem uważnie badać martwego „wilkołaka”. Jego nienaturalne mutacje i deformacje na ciele, mogły być efektem nieznanych eksperymentów, ale wilcza głowa i sierść, mogły świadczyć o likantropii, którą denat mógł się zarazić wcześniej… Trudno było to stwierdzić, ale najważniejszym okazał się znaleziony na ramieniu tatuaż, liczba „5”… To potwierdzało, że ktoś eksperymentuje na ludziach i „znakuje” swoje eksponaty. Możliwe, że zaginięcia mieszkańców w okolicy Mulistej Dzielnicy, to sprawka owego „naukowca”, a zaginięcia robotników, to zupełnie inna sprawa… Wróciłem do drużyny, aby podzielić się z nimi tymi informacjami.

Dziura w przejściu była na tyle duża, że mogliśmy obejrzeć wnętrze pomieszczenia. Jednak Nandin postanowił rzucić na siebie „Niewidzialność” i „Teleportować” się do małej komnaty, aby stamtąd znaleźć „klucz” do wpuszczenia nas do środka. Niestety, nieoczekiwanie rozgorzała kłótnia…!!! Jak zwykle, bojący się potężnej magii kapłan, obruszył się na ten pomysł i zaczął wypytywać elfa o jego zamiary i krzyczeć, iż nie życzy sobie „żadnego nierozważnego ruchu”…! Ponownie stanąłem w obronie elfa, bo pomysł wydawał mi się najlepszy, tym bardziej, że zależało nam na szybkim złapaniu „sprawcy”, a to mogło się udać jedynie po szybkim wtargnięciu do pomieszczenia! Nikt mnie nie posłuchał, a kłótnia rozgorzała na dobre… Byłem wściekły, bo czas nieubłaganie umykał na naszą niekorzyść, a Nandin, jak dziecko stanął z boku i obrażony na cały świat, wyrzucił logikę i zdrowy rozsądek do płynącego obok szlamu i gówna! Nie czekałem, aż dojdą do porozumienia, albo póki kapłan z tryumfalnym uśmiechem nie pokaże, „kto tu rządzi”, tylko sam „Teleportowałem” się za ścianę…

Odgłosy kłótni nie cichły, nawet, kiedy zauważyli, że zniknąłem im z oczu, a ja mogłem rozejrzeć się po malutkim pomieszczeniu. Komnata była cała w kamieniu, ciasna i chłodna. Naprzeciwko ukrytego wyjścia na kanały, były kamienne schody prowadzące do góry, do obitych, dębowych drzwi. Były zamknięte, ale nie mogłem pozwolić sobie na dekoncentrację i utratę choćby odrobiny czujności. Zacząłem ostrożnie przeszukiwać pomieszczenie. Niestety nie byłem w stanie odszukać mechanizmu otwierającego kamienne drzwi, a moi durni towarzysze dalej się kłócili, zamiast starać się mi pomóc…! Postanowiłem więc dać sobie z tym spokój i po cichutku wszedłem po schodach…

Dębowe drzwi miały znajomą, okrągłą klamkę… Ostrożnie, nauczony doświadczeniem, objąłem jej głownię tak, aby dłonią nie dotykać jej centralnej części, a tylko bok. Przekręciłem… Tak, jak się domyślałem, wyskoczył kolec, który byłby mnie ukłuł, gdybym chwycił klamkę normalnie! Z zamyślenia wyrwały mnie odgłosy młota uderzającego o kamienną ścianę. Przestali się kłócić i wzięli w końcu do solidnej pracy. Przekręciłem klamkę w drugim kierunku i usłyszałem znajomy szczęk otwieranego zamka. Spokojnie, przykucnięty i gotowy na wszystko, czekałem na pozostałych…

Trwało to długo, aż w końcu dziura była na tyle szeroka, że Ziriel i Nandin swobodnie mogli się przez nią przecisnąć. Zaraz potem zaczęli szukać sposobu na wpuszczenie wielkiego kapłana do środka. Po kilku minutach odgłos otwierającego się przejścia do kanałów, uświadomił mi, że jesteśmy w komplecie. Cicho i spokojnie opisałem im mechanizm klamki i skojarzyłem z alchemikiem, Xaverem Stornem, który w Baronii Raiwigów wymknął nam się z rąk. Widziałem po ich minach, że podzielają moje podejrzenia, po tym wszystkim co już spotkaliśmy i zobaczyliśmy… Teraz pozostało nam już tylko dopaść go i nie pozwolić na ponowną ucieczkę…