Kronika

Kroniki XXVII: Sołtys - część II

Lyrralt przygotowuje zasadzkę, by uwolnić towarzyszy, ale udany atak na konwój uruchamia kolejne konsekwencje.

6.06.2026 • Cad • Lyrralt z Tales • Kroniki Lyrralta

Plan był prosty, w miejscu, które wydawało się być dobrym na zasadzkę, zaczailiśmy się i czekaliśmy na kolumnę konnych. Gdy wjechali oni mniej więcej między nas, ostrzelaliśmy ich z łuków, a ja wyskoczyłem i przeciąłem więzy krępujące moich kompanów. Gdy zauważyłem jaki efekt dała nasza salwa, postanowiłem zaatakować tą resztkę najemników, która została. Po chwili stała się rzecz bardzo dziwna, ponieważ ktoś odjeżdżał na jednym z koni, więc Ester, jedna z banitek, nie wiedząc kto to jest strzeliła w tą stronę na wysokości jeźdźca. Strzał okazał się celny, ponieważ gdy dobiegliśmy w tamto miejsce, na ziemi leżał ranny Nandin. Tak więc znowu byliśmy w komplecie.

Udaliśmy się do obozu banitów, żeby przedyskutować nasze dalsze działania. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu próbować atakować najemników, bo to równało by się śmierci. Postanowiliśmy poczekać, aż opuszczą wioskę i dopiero wtedy wrócić po resztę naszych rzeczy, które zostały przez nich zagrabione. Banici zaproponowali nam, abyśmy udali się z nimi na turniej strzelecki do Twierdzy Bertall. Nagrodą w tym turnieju miała być strzała, która została dawno temu odebrana rodzinie Ester przez barona de Bertall. Z tego co zrozumieliśmy, to Ester pochodziła ze szlacheckiego rodu, który został wymordowany przez rodzinę de Bertall – Ester jako jedyna przeżyła i schroniła się w Lesie.

Podróż do Bertall przebiegła bez większych problemów, a w mieście doprowadziliśmy się do porządku, wykąpaliśmy się i porządnie najedliśmy. Ja i Nandin zapisaliśmy się na turniej, aczkolwiek nie wyobrażałem sobie jakiegoś zwycięstwa, ponieważ wiedziałem, że zjechało się na niego wielu znakomitych strzelców, którzy specjalizują się w takich turniejach. Udało mi się zakwalifikować do trzeciej rundy, ale później odpadłem. Turniej wygrała Ester, która występowała oczywiście w przebraniu, i odzyskała swoją własność. Następnego dnia wszyscy razem wyruszyliśmy w drogę powrotną, aby później kontynuować naszą podróż do Tir.

Po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że tej samej nocy ma być organizowane Święto Lasu i jesteśmy na nie zaproszeni. Wiedzieni ciekawością, czyli pierwszym stopniem do piekła, postanowiliśmy w nim wziąć udział. Cała uroczystość miała odbyć się wieczorem, więc przez cały dzień nie robiliśmy nic ciekawego. Dotarła do nas tylko przykra nowina, a mianowicie Józef Młynarz miał nieszczęśliwy wypadek, w wyniku którego zmarł.

Święto rozpoczęło się pod wieczór i wyglądało to mniej więcej tak jak sobie wyobrażałem. Było bardzo dużo ludzi, którzy pili piwo i cieszyli się z darów jakie dała im natura w tym roku. W pewnym momencie zaczęło się jednak dziać coś dziwnego, pojawiła się znana nam mgła, która gęstniała i podnosiła się w nienaturalny sposób. Na górze przy kamieniach pojawił się Pan Lasu, a Duży Dżon wszedł, aby odprawić z nim jakiś rytuał. Niestety podczas ceremonii stało się coś strasznego, z lasu wyleciał bełt, który zagłębił się w piersi Pana Lasu. Momentalnie z lasu wybiegł oddział najemników, którzy pojmali wcześniej Gurney’a i Taliesina. Widząc, że ulegniemy przewadze liczebnej, postanowiliśmy się wycofać. Nandin rzucił na siebie niewidzialność, Dago, jak się później okazało, przeteleportował się do Dermath, a ja przedarłem się do lasu. Jako że w całym tym rozgardiaszu straciłem kompanów z oczu, postanowiłem udać się na kładkę, w nadziei, że oni zrobią to samo.

Zaczaiłem się przy kładce i czekałem obserwując uważnie okolicę. Po jakimś czasie do kładki zaczął się ktoś zbliżać. Był to mężczyzna opatulony szczelnie płaszczem. Gdy się odwrócił w moją stronę, zamurowało mnie. To był sołtys Fortas, ale był nie do poznania. Miał ze sobą miecz i wpatrywał się we mnie, chociaż byłem schowany w lesie. Gdy zaczął iść w moją stronę, niewiele myśląc strzeliłem w jego kierunku z łuku, a później dobyłem miecza i tu spotkała mnie niespodzianka. Strzała minęła łukiem sołtysa, a ten okazał się być wyśmienicie wyszkolonym wojownikiem i walka zaczęła przebiegać nie po mojej myśli. Po kilku próbnych cięciach, sołtys naparł na mnie zdecydowanie i zmuszony byłem przejść do defensywy. To tylko pogorszyło moją sytuację i po kilku minutach musiałem ratować się ucieczką. Skoczyłem do rzeczki, ale miałem strasznego pecha bo zahaczyłem o jakiś korzeń i wpadłem do niej. Gdy leżałem w wodzie, sołtys podszedł do mnie i zdzielił mnie rękojeścią w twarz, później ogłuszonego zostawił. Miałem niesłychane szczęście, ponieważ niedługo po tym nadeszli Gurney i Bagriel i widząc, że jestem w strasznym stanie, zaczęli mnie ratować. Gurney dał mi nawet miksturę, dzięki której ustało krwawienie.

Gdy się ocknąłem, byliśmy daleko od tego miejsca i dowiedziałem się, że wszyscy mają zamiar wracać do Dermach. Nie były to jedyne złe wieści tego popołudnia. Jak się okazało w wyniku uderzenia rękojeścią, straciłem oko. Prawdopodobnie sołtys pozbawił mnie także palca. W pierwszym momencie chciałem poprzysiąc zemstę sołtysowi, ale gdy emocje opadły, zastanowiłem się nad tym i doszedłem do wniosku, że to, co ja zrobiłem, też nie było prawe i dlatego teraz nie czuję do niego już żalu.

W Dermath rozstaliśmy się także z bardem Taliesinem, którego jak zawsze goniły ważne sprawy natury żeńskiej... Zapewne kiedyś znów go zobaczymy.

Później wiele rozmyślaliśmy o tym kim mógł być sołtys i najemnicy, którzy rozbili bandę Dużego Dżona i zamordowali Pana Lasu. Wiele miesięcy później poskładaliśmy układankę w całość. Nandin nie mylił się co do Fortasa, rzeczywiście spotkał go kiedyś w przeszłości, w Phontiss. Było to kilka lat temu, mignięcie w jakiejś gospodzie. Ale już po wszystkim przypomniał sobie kim ów człowiek mógł być. Fortas tak naprawdę nazywał się Kastor i był jednym z najlepszych zabójców i szpiegów w Imperium. Chodziły o nim legendy. Mówiono, że był na swój sposób artystą, potrafił poświęcić lata na przygotowania i wykonanie jednej akcji. Tak też najprawdopodobniej było z Fortasem. Przypuszczalnie został wynajęty przez barona de Bertall do rozbicia bardzo groźnej i popularnej wśród wieśniaków bandy Dużego Dżona. Baron de Bertall, który uważany jest za czarnoksiężnika, prawdopodobnie zlecił także Kastorowi zabicie Pana Lasu. Kastor tak dobrze odegrał rolę sołtysa, że nie wpadliśmy na to, że byliśmy wykorzystywani. Od samego początku, od wynajęcia nas przez sołtysa, byliśmy sterowani. W gruncie rzeczy to po części przez nas odkryto kryjówkę Dużego Dżona i podczas Święta Lasu zamordowano Pana Lasu. Czasem, gdy człowiek chce dobrze, nieświadomie czyni wiele zła…