Kronika

Kroniki XXXVI: Turniej

Turniej na wyspie Tai-Sei’a wystawia Lyrralta na próbę przed tłumem widzów i przybliża go do konfrontacji z władcą wyspy.

6.06.2026 • Cad • Lyrralt z Tales • Kroniki Lyrralta

W dniu turnieju Nandin wynajął sobie pokój z widokiem na plac, na którym turniej się miał rozgrywać. Chciał mieć dobry widok na wszystko i ewentualne działania. Przybyło bardzo dużo ludzi, więc miałem nielichą tremę, że zostanę pokonany w pierwszym pojedynku. Domyślałem się też, że gdyby tak się stało, to oczywiście dowiem się od Nandina, że się podłożyłem.

Jako pierwszy walczył Bagriel i bez większych problemów poradził sobie ze swoim przeciwnikiem. Tears również nie miał problemów i w pięknym stylu zaliczył 3 potrzebne do wygranej trafienia. Mój przeciwnik okazał się średniej klasy wojownikiem, a więc udało mi się walkę zakończyć w miarę szybko. Pierwsza runda została rozegrana po naszej myśli. Ale oczywiście w końcu musiało nastąpić nieuniknione, czyli spotkał się Tears i Bagriel. Wydawało mi się, że Bagriel wygra ten pojedynek, ponieważ miał przewagę, szczęście jednak nie sprzyjało mu w tym dniu. Pomimo tego, że walczyli drewnianą bronią, Tears wykonał pchnięcie, a Bagriel nadział się na miecz, który wbił mu się głęboko w pierś. Konieczna była pomoc medyka i pojedynek wygrał Tears. Ja nie miałem tak dramatycznej walki. Zmusiłem przeciwnika do przejścia do obrony, a gdy to zrobił, było kwestią kilku chwil, gdy zaliczyłem swoje 3 trafienia.

W wyniku dalszych walk okazało się, że w finale turnieju spotkałem się ja i Tears. W tym momencie przeżywałem kryzys, nie wiedziałem czy mam starać się wygrać czy mam pomóc Tears’owi w spotkaniu się z Tai Sei’em. Jednak, gdy walka się rozpoczęła, podjąłem już decyzję. Chciałem wygrać i spotkać się z Tai Sei’em osobiście. Walka była bardzo wyrównana i zaciekła. Żaden z nas nie mógł zdobyć widocznej przewagi i gdy już myślałem że przegram, szczęście się do mnie uśmiechnęło i zaliczyłem swoje trafienia. Teraz zostało mi tylko jedno, wyzwać właściciela wyspy na pojedynek, co oczywiście ku ogólnemu zdziwieniu zrobiłem.

Miałem do wyboru walkę bronią drewnianą lub normalną. Wybierając broń drewnianą Hrabia niestety miał swój scimitar nadal przy pasie. Wiedziałem, że jeśli do czegoś dojdzie, Tai-Sei nie zawaha się walczyć bronią ostrą. W dodatku dobrze zapamiętałem słowa Kabaxiego, który wspominał, że scimitar hrabiego jest natchniony potężną magią. Gdy przygotowywałem się do pojedynku, Nandin pod osłoną niewidzialności podszedł do mnie i zapytał czy działamy zgodnie z planem. Potwierdziłem, że tak, chociaż nie byłem pewien czy nasz plan będzie miał jakiekolwiek szanse powodzenia z uwagi na fakt, iż dwóch członków naszej drużyny nie nadawało się do niczego.

Gdy wszedłem na pojedynek, plac, na którym walczyliśmy został otoczony płomiennym kołem. Cała sytuacja rozegrała się w mgnieniu oka. Rozpoczęliśmy walkę, a Tai-Sei zamiast zaatakować mnie, ciął swoją bronią gdzieś w bok, gdzie jak się okazało stał Nandin. Ja w tym momencie wypowiedziałem zdanie wymagane do dopełnienia rytuału odebrania Prawdziwego Imienia i starałem się złapać broń, którą Nandin rzucił w moim kierunku. Hrabia zareagował błyskawicznie, przetoczył się przez płonące koło, aby znaleźć się dalej ode mnie. Widząc, że sytuacja wymyka nam się spod kontroli, przeskoczyłem za nim i chciałem go ciąć w locie, co mi się niestety nie udało. Hrabia wykonał jeszcze jeden unik, a na pole walki wbiegło kilku gwardzistów Hrabiego. Szybka ocena sytuacji pozwoliła mi się zorientować, że sprawa jest przegrana i musiałem, wykorzystując ogólne zamieszanie, uciekać. Przedzierałem się przez spanikowany tłum w kierunku naszej karczmy, aby zabrać swoje rzeczy i starać się uciec. W karczmie spotkałem resztę kompanów oprócz Nandina, który najprawdopodobniej po ciosie, który otrzymał od Tai Sei’a został poważnie ranny lub zginął.

Zebraliśmy swoje rzeczy i udaliśmy się w stronę pobliskich lasów. Nasza ucieczka była tym bardziej karkołomna, że pogoń już za nami wyruszyła. W trakcie uciekania Bagriel chciał rzucić „Teleport”, korzystając z magicznego pergaminu, ale niestety czar nie wyszedł, a pergamin został zniszczony. Pogoda nie była najlepsza, musieliśmy się przedzierać przez wysoki śnieg i nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie pewien chłopak, którego spotkaliśmy w lesie. Wskazał nam on bardzo dobrze ukrytą jaskinię, do której zresztą weszliśmy i przeczekaliśmy trochę czasu. Gdy zagrożenie ze strony pościgu minęło, porozmawialiśmy z nim trochę i dowiedzieliśmy się, że mieszka w pobliskiej wiosce, a pomógł nam, ponieważ nie darzy Hrabiego zbytnią sympatią.