W międzyczasie udałem się do znajomego kupca Nishiru, z którym już wcześniej miałem przyjemność handlować. Po raz kolejny Półelf okazał się być człekiem zaradnym i przedsiębiorczym i po raz kolejny ubiliśmy korzystny dla obu stron interes… Z nową księgą magii, uzupełnionymi składnikami i nowymi formułami czarów wróciłem do pokoju. Półtorej tygodnia miałem czasu na naukę, nim Ziriel i Nandin zapukali do naszych drzwi.
Przywieźli ze sobą interesujące wieści, którymi zaraz się z nami podzielili. Okazało się bowiem, że druidzi ze Śpiącego Lasu, do którego mieliśmy się udać, w celu zdobycia żelazodrzewa, mają problemy z jakimś zmutowanym „niedźwiedziem”…! Giną ludzie, a wysłane patrole łowców i strażników enklawy zaginęły bez wieści i śladu… Dlatego też druidzi zwrócili się z pomocą do Leredeonu, a Leredeon zlecił to zadanie elfce. Ziriel otrzymała więc list od niejakiego elfa Aiona do druida Lorena, członka enklawy w Śpiącym Lesie. Ponoć w jego treści zostaliśmy jakoby poleceni do wykonania zadania z bestią, dzięki czemu moglibyśmy i zarobić i zyskać bez problemu żelazodrzewo, po które i tak musimy się tam udać…
O samej Jeerhenie dowiedzieli się tylko tyle, że od lat nikt jej nie widział na jej terenach, ale można tam spotkać wiele przeróżnych gatunków pająków, jak i nieumarłych… Nic dziwnego, skoro sama pajęczyca przed klątwą była wprawnym nekromantą. Ziriel poinformowała nas też o możliwości zakupu uniwersalnej odtrutki na większość toksyn, które wydzielają tamtejsze pająki, jednak ich koszt i czas wytworzenia mógłby nas znacznie opóźnić.
Po dwóch dniach spokojnych przygotowań ruszyliśmy szlakiem na północ. Podróż do Rzeki Mgieł i promu, którym często przekraczaliśmy jej brzegi, minęła spokojnie. W tym czasie, mimo iż siodło to nie karczemny pokój, a nocne biwakowanie pod gołym niebem, to nie nocleg w miękkim łóżku, całkowicie poświęciłem się nauce nowych zaklęć. Trudy podróży i niewygoda, zbytnio mi nie przeszkadzały, a nawet wprowadzały w dobry nastrój, choć sama nauka nie szła mi już tak szybko. Gdy tylko przeprawiliśmy się na drugi brzeg, ku zdumieniu pozostałych podróżnych, zboczyliśmy na wschód, w kierunku Śpiącego Lasu… Z każdą kolejną przebytą stają, krajobraz ulegał metamorfozie… Trawa stawała się gęstsza i bardziej rozrośnięta, zza prawego brzegu można było zobaczyć olbrzymie fungusy i rozległe kapelusze grzybni Pleśniowych Ziem. Niektóre z gatunków zdołały nawet wyrosnąć na drugim brzegu rzeki, ale ostrożnie omijaliśmy te miejsca. Nocami nad obozowiskiem rzucałem „Światło”, aby odstraszyć zwierzynę i ułatwić nam wspólne warty, a na około tkałem „Alarm”. Dni mijały, aż w końcu dotarliśmy do charakterystycznej Czerwonej Polany… Usiana była setkami grzybów, przez które nie dalibyśmy rady przejść nie naruszając ich spokojnego rozrostu. Nie mieliśmy pojęcia, co to za rośliny, więc zwyczajnie ominęliśmy polanę i troszkę wcześniej ruszyliśmy na północ w głąb lasu…
Po kilku godzinach dotarliśmy do enklawy druidów. Obozowisko przypominało zwyczajną osadę rolników, uprawiających grządki warzywne i hodowlę bydła. Domki w wąwozie rozsiane były bez większego znaczenia, a tylko w centrum osady można było zobaczyć awaryjne i przenośne zasieki i jakikolwiek osprzęt ochronny. Tam też przebywali wojownicy i łowczy z osady. Kiedy tylko zjawiliśmy się „w progu”, naprzeciw nas wyjechał konny , który po krótkiej rozmowie zaprowadził nas w głąb osady do przywódcy enklawy.
Elfi druid, który nas przyjął, przedstawił się jako Loren i to właśnie do niego mieliśmy trafić. Opowiedział nam o problemie z olbrzymimi niedźwiedziami, przez których zaginęło już kilka osób. Za pomoc i rozwiązanie problemu zaoferował 50 złotych centarów i „lepszy” kawałek żelazodrzewa, z najstarszego i najmocniejszego jakie rośnie w lesie. W innym przypadku zwyczajnie sprzeda nam to, po co przybyliśmy. Bez dłuższego zastanawiania się zdecydowaliśmy przyjąć zadanie, a tym samym skorzystać z późniejszej oferty w ramach podzięki… Loren obiecał nam jeszcze przewodnika, który bez problemów zaprowadziłby nas do miejsca napaści niedźwiedzi. Po tym udaliśmy się na spoczynek.
Theonidas, nasz przewodnik, czekał rankiem przed wejściem do naszego domku. Po krótkiej rozmowie i przedstawieniu się sobie, ruszyliśmy w kierunku Śniącej Polany, miejsca gdzie rośnie Stary Dąb. Po kilku godzinach marszu mogliśmy już podziwiać olbrzymie drzewo, majestatycznie rzucające wielki cień na trawiastą polanę… Ostrożnie zbliżyliśmy się do „łysego króla drzew”, a Ziriel, Din i Theonidas zaczęli przeszukiwać pobliski teren. Na wszelki wypadek rzuciłem na siebie „Latanie”. Po chwili ruszyliśmy tropem krwi i wielkich śladów łap. Szliśmy ostrożnie, kiedy elfka ruchem ręki przywołała nas do siebie…
W pobliskich krzakach znalazła cztery zakrwawione miecze i tyleż samo niekompletnych, podniszczonych zbroi. Resztki rozszarpanych ciał i kawałków mięsa wskazywało, że „właściciele” uzbrojenia, zostali zwyczajnie pożarci! Idąc dalej tropem znaleźliśmy głowę elfa…! Widząc wykrzywione i blade twarze Ziriel i Theonidasa przykucnąłem przy szczątkach… Krótkie oględziny dały mi pewność, że głowa została odcięta mieczem, podobnym, jak nie takim samym, które znaleźliśmy wcześniej… Może mutacje tych niedźwiedzi wpływają na kontrolę nad przeciwnikami…? W każdym razie jeden elf drugiemu odciął głowę i nie była to normalna sytuacja…
Ruszyliśmy dalej, a Ziriel z Dinem uważnie wypatrywali śladów. Kilkadziesiąt metrów dalej elfka oświadczyła, że niedźwiedzi może być już nawet pięć! Minęła kolejna godzina, która tropem zaprowadziła nas na polanę. Miejsce nie było straszne, czy spaczone, raczej ponure. Mimo iż podłoże było trawiaste i przyjemne, panował tu półmrok, ponieważ olbrzymie korony wielkich drzew, skutecznie przysłaniały niebo. W pewnym momencie usłyszeliśmy ryk, warkot i tupot… Zza naszych pleców wybiegła jedna z bestii i rzuciła się szarżą w naszym kierunku! Wówczas żadne z nas nie myślało zapewne, że przyszła walka skończy się tak tragicznie, a przecież nie byłaby to jedyna potyczka, jaką w naszej kampanii stoczyliśmy…
Niedźwiedź nie był przerośnięty, jak jedne ze śladów na to wskazywały. Była to jedna z mniejszych, zmutowanych sztuk, która pierwsza nas zaatakowała. Pierwszy atak skierowany był w Dina i nigdy nie powiedziałbym wtedy, że nasz wojowniczy „pechowiec” już nigdy więcej nie uniesie swego oręża… Atak olbrzymią szczęką trafił w rękę Dina! Przerośnięte, zaostrzone i olbrzymie zębiska, mocno zacisnęły się na jego ramieniu. Siła uścisku była tak wielka, że ręka zwyczajnie odpadła od reszty ciała…! Din zawył z bólu i przerażenia… Momentalnie upadł na ziemię i panicznie zaczął przeczołgiwać się z dala od epicentrum walki, rozcierając kikutem krwawy szlak! W tym momencie Nandin „Przyzwał” orki, które pojawiły się pomiędzy zmutowanym niedźwiedziem, a wyczołgującym się wojownikiem.
Podejrzewam, że właśnie wtedy każdy z nich, bo ja na pewno, zdaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji i tego, jak silnego mamy przeciwnika, a przecież gdzieś w pobliżu czają się pozostałe… Orki robiły wszystko, co w ich niemocy, żeby dać nam czas na taktykę i atak. Rzuciłem „Latanie” i szybko wzniosłem się w powietrze, żeby stamtąd przeprowadzać natarcie. Niestety widok leżącego Dina, który wyjąc z bólu próbował wyczołgać się jak najdalej, wykrwawiającego się i z sekundy na sekundę bledszego i bardziej sinego, totalnie mnie przeraził i dekoncentrował… Pierwsza „Błyskawica” lekko raniła bestię, jednak kolejne czary totalnie mi nie wychodziły…! Kątem oka widziałem Ziriel, która mimo natarcia zmutowanego potwora, próbowała tamować potężny krwotok Dina… Później wszystko potoczyło się jeszcze szybciej…
Ryk nacierających, trzech pozostałych niedźwiedzi, wywołał u mnie gęsią skórę…! Szybko wyciągnąłem składnik i zacząłem tkać zaklęcie. Przestały mnie już interesować wydarzenia pode mną i tego, co dzieje się z moimi kompanami, bo wiedziałem, że jeśli szybko nie zareagujemy, nie będzie już żadnej kompaniji… Kiedy miałem wypuścić „Pajęczynę” w szarżujące mutanty, moc czaru eksplodowała mi w dłoniach! Poczułem żar na palcach i ból z ran, które trawiły me dłonie! Zacisnąłem zęby i z bólem zacząłem od nowa… W tym momencie zza drugiego końca polany usłyszeliśmy przerażający, głośny, niczym huk wodospadu, ryk największego niedźwiedzia…!!
Spojrzałem w dół… Nandin leżał na trawie, tarzając się unikał ataków jednego z potworów. Wyglądał na naprawdę ciężko rannego. Goth, przywołane orki i Ziriel walczyli z dwoma pozostałymi, a sam Theonidas z czwartym… Odwróciłem wzrok ku największemu z niedźwiedzi, a ten był już w połowie drogi do nas… Poruszał się z olbrzymią prędkością, a jego wygląd był odstraszający. Szybko obliczyłem prawdopodobną odległość i czas z jakim bestia dobiegnie do moich kompanów i zacząłem tkać „Zaklęcie Śmierci”. Wiedziałem, że drobny błąd może pozbawić życia jednego z nas, dlatego spokojnie rysowałem figury i wymawiałem słowa zaklęcia.
Niestety, kiedy bestia dobiegła, jej cios odrzucił Gotha, a tym samym mocno go raniąc, wyeliminował z walki! Nie wiedziałem, czy żyje, ale nie było czasu do stracenia… Już miałem rzucić czar, kiedy po raz kolejny elfka weszła w jego pole działania!!! Złość we mnie kipiała i mimo krzyków, ta idiotka nie miała zamiarów zejść z obecnej pozycji! Nie pierwszy już raz jej głupie reakcje zaważyły na stabilnym rzucaniu zaklęć, ale obiecałem sobie, że gdy tylko kolejny, trzeci raz się to powtórzy, już więcej się nie zawaham…
Potem już sekundy zaważyły na ostatecznym wyniku walki… Theonidas zręcznie poradził sobie ze swoim przeciwnikiem, Nandin otrzymał pomoc dzięki swoim czarom i wojowniczej Ziriel, orki długo zajmowały ataki bestiom, póki niedźwiedzie nie padły martwe, ale najgorszy był „przywódca” mutantów… Szybko zorientowaliśmy się, jak bestia przejmuje kontrolę nad innymi istotami. Zwyczajnie pluła w nich zielonkawym szlamem, którego obślizgłą konsystencję miałem nieprzyjemność poczuć na swojej twarzy! Na szczęście silna wola i wysoka koncentracja pomogła mi obronić się przed jego wpływem… Potem Ziriel walcząc za plecami niedźwiedzia zręcznie, szybko i śmiertelnie skutecznie wbiła w jego łeb swój sztylet, kończąc naszą udrękę i tym samym żywot bestii…
Szybko opadłem na ziemię i pobiegłem do leżącego Dina… Był nieruchomy i cały siny i blady… Wiedziałem już, że nasz kompan nie żyje, ale myśl ta ciężko przechodziła mi przez głowę! Ukląkłem nad jego okaleczonym ciałem i potwierdziłem tylko swoje najgorsze obawy… Nawet Goth, który jak zwykle „cudem” przeżył i zdołał się jeszcze wyleczyć, nie był w stanie już pomóc Dinowi… Zebrawszy swoje rozrzucone rzeczy, ciało martwego kompana i głowę jego „zabójcy”, z posępnymi minami i pogrążeni w smutku wróciliśmy do osady druidów…