Podróż do enklawy druidów zajęła nam 9 dni. Na miejscu spotkaliśmy się z elfem Lorenem. Był to znajomy jednego z elfów z Lerdeonu, Aionem, z którym rozmawiała Ziriel. Elf ten ucieszył się na nasz widok i od razu przeszedł do konkretów. Opowiedział nam o problemach jakie dotykają mieszkających tutaj druidów i obiecał wysłać z nami jednego ze swoich tropicieli, aby pomógł nam w tym niezwykłym lesie wytropić grasującą bestię. Po ustaleniu zapłaty poruszyliśmy jeszcze temat najbardziej nas interesujący, czyli żelazodrzewa. Tutaj elf mnie bardzo zaskoczył, gdyż zaproponował, że jeżeli uda nam się zabić tą bestię, to otrzymamy żelazodrzewo prosto z ich świętego drzewa, zwanego Starym Drzewem, które podarowują tylko szczególnym przyjaciołom druidów. Ucieszyłem się słysząc te słowa, gdyż zdawałem sobie sprawę, że czym lepszej jakości i bardziej szczególne będą składniki na przedmiot, tym będzie on miał większą siłę.
Przespaliśmy się w jednej z chat i rano ruszyliśmy z naszym przewodnikiem do lasu. Ciężko nam się podróżowało, ponieważ nie wyspaliśmy się zbyt dobrze, a okolica wyglądała na dość specyficzną. Po kilku godzinach dotarliśmy do polany, na której zaginął patrol druidów. Ziriel i Theonidas rozpoczęli szukanie śladów. To co znaleźliśmy nie uspokoiło nas wcale. Kilkadziesiąt metrów od polany znaleźliśmy ślady walki kilku osób z istotami, które mogły być wielkimi niedźwiedziami. Jednak najgorsze znalazła Ziriel – w krzakach nieco dalej leżała odcięta głowa elfa. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że głowa była oderżnięta z wielką brutalnością od ciała za pomocą miecza. To nasunęło nam podejrzenia, że istoty, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, są w stanie kontrolować ludzi, jednak nie wiedzieliśmy w jaki sposób to robią. Z wielką ostrożnością podążyliśmy za śladami…
Dzięki umiejętnościom tropicielskim Ziriel udawało nam się nie zgubić śladu naszych przeciwników, jednak nasza czujność nie uchroniła nas przed niespodziewanym atakiem. W jednej chwili zza drzew wyskoczył na nas wielki niedźwiedź. Impet jego szarży przyjął Din i niestety siła ciosu była tak ogromna, że Din w jego wyniku stracił rękę. Rzuciłem szybko okiem na jego rany i już wiedziałem, że z tego nie wyjdzie. Skupiłem się na modlitwie do Lorsha, aby wspomógł mnie w tej walce, po czym starłem się z kolejnym szarżującym niedźwiedziem. W jednej chwili walczyliśmy z kilkoma takimi bestiami naraz. Rozglądałem się i ten widok nie radował mnie za bardzo. Już po chwili widziałem, że Nandin został ranny w nogę i odczołguje się gdzieś z dala od walki. Radagast wzniósł się w powietrze i rzucał jakieś czary, natomiast ja i Ziriel odpieraliśmy ataki bestii. W trakcie walki słyszałem jakąś ogromną istotę, która przedzierała się w naszym kierunku. Razem z Ziriel rozprawiliśmy się z naszymi przeciwnikami w sam raz, by zobaczyć szarżującą pięciometrową bestię w naszym kierunku.
Zaparłem się o jeden z konarów i przygotowałem na jej uderzenie, zdając sobie sprawę, że Ziriel nie przetrzyma jej ciosu. Pierwsze uderzenie nie było aż tak silne jak się spodziewałem, jednak odczułem je wyraźnie. Walka się rozpoczęła, ja atakowałem z przodu, Ziriel natomiast starała się zajść tą istotę z tyłu. Radagast coś mamrotał w powietrzu, jednak nie widziałem żadnych efektów tych jego czarów. Kolejne ciosy dosięgały naszego przeciwnika, a z każdym fioletowa poświata, która go otaczała, robiła się coraz bardziej gęsta i ciemna. Niektóre z ciosów, które wyprowadzałem byłyby w stanie odciąć człowiekowi nogę, jednak tą bestię motywowały do coraz bardziej szalonych ataków. W pewnym momencie zdecydowałem, że trzeba zakończyć tą walkę silnym ciosem i postarałem się taki wyprowadzić, zrobiłem ogromny zamach i trafiłem bestię prosto w brzuch. Czułem jak mój topór zagłębia się w jej ciele, jednak w tym momencie bestia zawyła w szale i uderzyła we mnie z ogromną siłą. Po tym ciosie odrzuciło mnie na 15 metrów do tyłu – całe szczęście moja krasnoludzka zbroja płytowa uchroniła mnie przed utratą życia, jednak to był dla mnie koniec walki. Nie mogłem się podnieść z ziemi z powodu braku tchu. Kątem oka spojrzałem w kierunku Ziriel, a ona niczym anioł śmierci wskoczyła bestii na grzbiet i z całą swoją siłą zatopiła magiczny sztylet w jej czaszce. Bestia znieruchomiała, po czym padła na pysk z Ziriel na plecach. Odetchnąłem z ulgą i rozpocząłem modlitwę do Lorsha.
Wiedziałem, że moje rany są zbyt rozległe w stosunku do moich możliwości leczniczych, jednak wtedy stał się cud. Po wypowiedzeniu ostatnich słów modlitwy, poczułem jak przepełnia mnie ogromna moc lecznicza, a moje zmęczenie i rany znikają. Tak więc stało się to o co prosiłem Lorsha od tylu lat, mój bóg obdarzył mnie największą mocą leczniczą jaką dysponują kapłani Lorsha.
Po walce podszedłem do Dina, który niestety już wyzionął ducha. Poczułem żal po tym wojowniku, w końcu tyle lat podróżował ze mną i stoczył ogrom bitew, jednak wiedziałem, że dzięki wierze, którą mu przekazałem, trafi do armii Lorsha. Rozejrzałem się po polu bitwy i postanowiłem wziąć głowę ogromnej bestii jako trofeum na jego nagrobek. Odrąbałem ją toporem i ruszyliśmy w kierunku enklawy druidów.
Loren przywitał nas po powrocie i był bardzo wdzięczny za nasze poświęcenie. Zapytaliśmy go o możliwość pochowania Dina i okazało się, że w zamian za nasze poświęcenie możemy pochować go pod świętym drzewem druidów, którego to zaszczytu dostępują tylko nieliczni.
Uroczystość była skromna. Wygłosiłem krótką mowę, w której opowiedziałem przybyłym o chwalebnych czynach Dina, po czym zagrałem żałobną pieśń na moim rogu. Gdy to robiłem, zdałem sobie sprawę, że ostatnio pieśń ta towarzyszy tylko moim kompanom w drodze do Lorsha…