Kronika

Kroniki XLV: Leredeon i Jeerhena I

Po pogrzebie Dina drużyna zdobywa obrobione żelazodrzewo, a Goth kuje azurytowe obręcze i przyjmuje Ziriel na służbę Lorsha. Kolejny etap sztandaru prowadzi Radagasta, Nandina i towarzyszy do Leredeonu, gdzie pajęczyny, trucizna i atak olbrzymich pająków zapowiadają Jeerhenę.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Stary Dąb w Śpiącym Lesie, gdzie pochowano Dina

Dina pochowaliśmy pod Starym Dębem, najstarszym z drzew tej części lasu. Zdaniem druidów, dostąpił on w pewnym sensie zaszczytu, ale ja nazwałbym to całkiem inaczej… Dwa kolejne dni zajęła nam rekonwalescencja i zregenerowanie sił. W międzyczasie Nandin poruszył dość ciekawą kwestię, naszej kompaniji i składu, który teraz zmniejszony był o Dina…


„Jeśli Lorsh zechce, to po drodze spotkamy piątego kompana.” – Kapłan ze spokojem odpowiedział na nurtującą ich kwestię. Kompani spojrzeli po sobie, jakby zadowoleni z odpowiedzi i spokojniejsi, tylko Radagast skrzywił się na myśl, że Goth wypowiadając te słowa zrównał martwego przyjaciela do dziury w ich składzie i liczebności, którą z łatwością można by było zastąpić kimkolwiek…


Przemilczałem arogancką wypowiedź i pozwoliłem spokojnie dokończyć kwestię naszej misji. Kapłan po chwili podjął temat. Stwierdził, iźli mus mu udać się teraz wykłuć obręcze na drzewiec, dlatego wraz z elfką wyruszą do naszej tajemniczej kuźni, którą odkryliśmy blisko sanatorium, dzień drogi od Zaihary. Dzięki nowym łaskom od swego boga, Goth będzie mógł poruszać się w powietrzu, niczym obłok sunącej na wietrze chmury. Według wstępnych obliczeń powinno im to zająć około trzech tygodni, tam i z powrotem, dlatego stwierdziliśmy, że w międzyczasie ja wraz z Nandinem wrócimy do Dirdighen, gdzie później się z nimi spotkamy.

Po wszystkich uzgodnieniach udaliśmy się do druida po obiecaną nagrodę. Loren serdecznie nam podziękował za ubicie bestyji i wręczył wypełnioną sakiewkę. Nie minęło kilka minut, kiedy do pomieszczenia weszli elfowie niosąc trzymetrowy konar! Pień był ciemny, bardziej czarny, niźli brązowy. Wielki kawał nierównego drzewa… Druid oświadczył, iż pochodzi on z najstarszego i najmocniejszego żelazodrzewa w tych lasach, a jego obróbka wymaga niespotykanego talentu i kunsztu cieślarskiego. Ale za to, co zrobiliśmy dla lasu i enklaw, gotowi są obrobić nam konar wedle wskazówek.

Około dwóch dni zajęło to tutejszym rzemieślnikom. W międzyczasie zastanawialiśmy się, czy nie warto od razu zdobyć mitrylu i za „jednym zamachem” okuć nim drzewiec. Żeby zwyczajnie nie tracić czasu na osobne kucie obręcz z azurytu, powrót po mitryl i znowu do kuźni, aby okuć nim patyk?! Zwyczajna strata czasu… Jednak kapłan w swej oślej naturze upierał się, by interpretować tekst dosłownie i wykonywać jego instrukcje w odpowiedniej kolejności… Poza tym wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że praca w kuźni z azurytem i mitrylem znacznie przekroczy umiejętności kowalstwa Gotha, które nabył w kilka tygodni! W końcu to nie to samo, co kucie podków… Jednak mimo tłumaczeń i różnych zdań, nie przekonaliśmy kapłana, tak więc, gdy tylko otrzymali drzewiec, zaraz polecieli do kuźni. My natomiast spieszno wróciliśmy do miasta.

W Dirdighen czekaliśmy w błogim spokoju, poświęcając czas na nauki, około tygodnia, na powrót kompanów z kuźni. W „Rycerzu Śmierci”, w gospodzie, spotkaliśmy się wszyscy w pokoju Nandina. Nasi kompani pokrótce opowiedzieli o swej wyprawie do kuźni i fakcie, że mimo trudności kapłan zdołał wykuć z azurytu piękne obręcze! Powiedział jeszcze coś bardzo dziwnego… Po męczącej obróbce, kiedy cały proces się już zakończył, Gothowi ukazał się Din…!!! Raczej jego duch, który spokojnie oświadczył mu, że jest szczęśliwy i „u boku Lorsha”, któren przygarnął go do siebie! Po tym zniknął i już więcej się nie ukazał…

Nie wiem, czy kapłan nie był zwyczajnie zmęczony kuciem i nie doświadczył przewidzeń, ale szybko zapomniałem o tym, gdy Goth wspomniał jeszcze o kolejnej kwestii, która wyszła po procesie kucia… Ziriel postanowiła zostać Wojownikiem Lorsha i tu w mieście, w świątyni, odbędzie się ceremonia jej mianowania na Siepacza…!!! W duchu „opadła mi szczęka”… Z początku niedowierzałem, ale gdy mówili o tym z uśmiechem na twarzach i w pełni zadowoleni, przeraziłem się jej idiotyczną, nieprzemyślaną i naiwną decyzją. Nie minie przecież kilka dni od jej ceremonii, gdy Goth ze swą pełną butą i arogancją zacznie wykorzystywać swą pozycję, rzucając poleceniami i rozkazami, aby pokazać Ziriel jej miejsce i przynależność w kościele! Zwyczajnie będzie się chełpił, że ma pomagiera i służącego, który tym razem nie śmie i nie odważy się sprzeciwić jego decyzji, czy rozkazowi, jakikolwiek idiotyczny by nie był, bo będzie mu podległy i posłuszny według praw kościoła Lorsha!

Rozeszliśmy się do swoich pokoi, a że dzieliłem go z Ziriel, postanowiłem delikatnie podzielić się z nią moimi obawami w tej kwestii i ostrzec elfkę, iż popełnia życiowy błąd… Niestety ze spokojnej rozmowy wywiązała się głośna wymiana zdań. Ziriel była tak zaślepiona ideą wiary i wartości kościoła w jej życiu, że nie przyjmowała moich zdań do wiadomości! Co rusz rzucała kąśliwe uwagi w kwestii mojej „słabej” wiary i stosunku do Gotha, jakby to mnie dotyczyła ta rozmowa… Niestety fakt, iż ja z jej decyzją nie miałem nic wspólnego też do niej nie docierał, więc zwyczajnie dałem sobie spokój… Jej to decyzja i ona będzie jej żałowała… „Wspomnisz tylko moje słowa, kiedy Goth zacznie tobą pomiatać…” – powiedziałem na zakończenie rozmowy.

Ceremonię prowadził Goth, który w trakcie opisał chwalebne czyny, jakich dopuściła się Ziriel, wymienił chyba wszystkich wrogów, których zabiła i co chwila podkreślał jej wojowniczość, która ma tak wielkie znaczenie dla kościoła Lorsha. Na koniec elfka została pasowana, na jej zbroi został wymalowany symbol świątyni, a płaszcz jej obszyty został symbolami i insygniami Siepacza Lorsha, którym się stała, a któren to był najniższym wojem w hierarchii żołnierzy Lorsha. Jej małą wartość w hierarchii kościoła potwierdził Goth, który zakończył ceremonię oświadczeniem, że od tej chwili Ziriel będzie podróżować z nim, jako „osobisty strażnik”…!!! Mina Ziriel nie była szczęśliwa. Spojrzała w mym kierunku, ale nie mogła dostrzec szyderczego uśmiechu spod ciemnego kaptura…

Po wszystkim udaliśmy się do gospody na malutką imprezę… Na drugi dzień wszyscy wstali późno, a że nie ograniczali się w używkach, miny mieli nietęgie… W międzyczasie, jako że nie piłem alkoholu i spać poszedłem wcześniej, udałem się do Nishiru po brakujące składniki. Kiedy wróciłem, Goth i Ziriel byli już gotowi do drogi do Leredeonu, aby tam zakupić mikstury na wszelakie trucizny, którymi dysponują niezliczone gatunki pająków na terytorium Jeerheny. Mieliśmy się z nimi spotkać za sześć dni w warowni przed Leredeonem. Przez niecały tydzień, czas poświęciłem nauce…

„Teleportowaliśmy” się z Nandinem pod zajazd „Brązowa Beczka” w okolicach strażnicy królewskiej na Królewskim Szlaku Kupieckim, który biegnie wzdłuż północnego Leredeonu. Tam czekaliśmy jeszcze na Ziriel ponad tydzień. Kiedy do nas dotarła, szybko streściła wiadomości, których się dowiedziała o terenach pająków. Zaopatrzyliśmy się w prowiant i postanowiliśmy „Lecieć” do wyznaczonego miejsca. Po dwóch dniach ciągłego lotu, weszliśmy w głąb Leredeonu… Las był gęsty, głośny i nienaturalny – drzewa i roślinność były przeogromne, pełne najróżniejszych barw, a mnogość owadów i dziwnych leśnych stworzeń rzucała się od razu w oczy… Rzuciłem „Kamienną skórę” i powoli ruszyliśmy tropem podjętym przez Ziriel. Po chwili weszliśmy w gąszcz paproci, żeby wyjść w las pajęczych sieci! Stanowiły jakby mur, ogrodzenie, przez które z trudem się przebiliśmy. Później ilość pajęczyn znacznie się zmniejszyła, zajmując i sklejając losowe, zbite gęstwiny drzew. Szliśmy ostrożnie, wspinając się na pobliskie wzgórze. Przez cały czas panowała tu cisza, nie było słychać nawet świergotu ptaków, nie wspominając o odgłosach dzikiej zwierzyny, którą często słychać w normalnych lasach… W końcu dotarliśmy na wzgórze, z którego rozpościerał się widok na mroczny las. Nad nami, pośród koron drzew, wisiały pajęcze kokony z ofiarami, które miały nieszczęście zostać złapane i przeznaczone na późniejszą konsumpcję…

Minęliśmy je ostrożnie i zaczęliśmy wchodzić na kolejne wzgórze. Ze skupienia wyrwał nas widok spłoszonej sarny, która szybkimi susami przeskoczyła pobliską rzeczkę i wbiegła w gęstwinę drzew poniżej. Nagle usłyszeliśmy dziwne, nieodgadnione odgłosy dochodzące zza wzgórza, więc zwróciliśmy się w tamtym kierunku… Zobaczyliśmy nadzwyczaj spokojny las i usłyszeliśmy niepokojącą ciszę…


„Nandin padnij!” – Radagast jako jedyny zauważył olbrzymiego pająka, cichutko opuszczającego się z drzew na rozproszonego elfa. Włochate odnóża szybko dotknęły podłoża i zaatakowały zaskoczonego Nandina. Pająk był olbrzymi! Jego wielkie, włochate cielsko, szybko poruszało się w walce. Pulchny odwłok, zakończony śmiertelnie niebezpiecznym kolcem tańczył i bulgotał, jakby o własnej, osobnej świadomości, starał się atakować członków drużyny. Radagast w mgnieniu oka wyczarował „Błyskawicę” i cisnął błękitną wiązką energii w napastnika Nandina. Niestety nie zauważył, że nad nim kolejny, olbrzymi pająk właśnie na niego skoczył…


Widziałem jak kolejne stworzenia opuszczają się wokół naszej grupki, jednak nie widziałem tego, który skoczył na mnie… Na szczęście zdążyłem zranić pająka atakującego elfa, aby ten zwyczajnie podjął walkę. Pająk tak mocno mnie zranił, że upadłem na ziemię i na kilkadziesiąt sekund straciłem świadomość, a bestia zaczęła co chwila kąsać mnie swoim odwłokiem i szczękami! Gdyby nie czar ochronny, który wcześniej na siebie nałożyłem, byłbym pewnikiem już martwy… Na szczęście Goth walczący blisko mnie pozbył się mojego oprawcy, jednak byłem już w krytycznym stanie…!!! Trucizna paliła me wnętrze, a ból nie pozwalał się skupić. Ukląkłem i rozejrzałem się wolno… Walka się zakończyła, a ja poczułem jak oszołomienie powoli zanika. Jednak ran, które otrzymałem nie dało się ot tak pozbyć… Ostrożnie, z dala od ciekawych oczu, opatrzyłem sobie tors…


„Spójrzcie na wzgórze!” – Ziriel krzyknęła, wskazując palcem w wyznaczonym kierunku. Drużyna patrzyła w dal, ale nic nie dostrzegła. Elfka, która krzykiem przerwała kłótnię Nandina i Gotha, dotyczącą kapłańskiego leczenia, była dość zakłopotana… Ciszę przerwał kapłan, który z uśmiechem na twarzy zwrócił się do rannego elfa – „Jeśli chcesz, aby łaski Lorsha wyleczyły twe rany, zwyczajnie mnie o to poproś…” Radagast z niesmakiem i pogardą patrzył na kapłana, któremu radość sprawiało wywyższanie się ponad pozostałych członków drużyny. W ten sposób kapłan starał się trzymać ich blisko siebie, a nawet kontrolować, dopuszczając się często szantażu, którego nekromanta nie raz był ofiarą. W ten sposób Goth wykorzystywał łaski swego boga, do uświadamiania innym jak bardzo ich los jest w jego rękach i głupotą z ich strony byłoby sprzeciwianie się woli kapłana…!!! Wszyscy byli w jego sidłach… wszyscy prócz Radagasta… Nekromanta splunął na zakrwawioną ziemię.


Kiedy elf ze spokojem westchnął, oglądając miejsca na skórze, które przed chwilą krwawiły, reszta drużyny powoli szła za Ziriel. Kiedy weszliśmy na wzgórze, gdzie tropicielka ponoć kogoś zauważyła, zastaliśmy pustkę. Czułem, jak słabnę. Ciężko oddychałem, a sił ubywało mi z sekundy na sekundę. Nagle Ziriel schylona wśród traw, wezwała nas do siebie. Palcem, delikatnie odgradzając źdźbła trawy, wskazała ślady… Ślady ludzkich stóp…