Kronika

Kroniki XLVI: Leredeon i Jeerhena II

W głębi Leredeonu drużyna trafia na wygnańców zarażonych Czarną Śmiercią, ślady rodu Berghafów i ukryte komnaty pełne demonologii. Spotkanie z Jeerheną kończy się walką z pajęczą nekromantką, pożarem sieci i ucieczką z nićmi potrzebnymi do sztandaru.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Rzuciłem na siebie „Latanie”, żeby w obecnym, ciężkim stanie ulżyć nogom i nie narażać się na większy wysiłek. Ostrożnie ruszyliśmy śladami w las. Po jakimś czasie doszliśmy do „ściany z cierni”, które gęsto obrastały drzewa. Minęliśmy je tak, aby ich ostre kolce nas nie poraniły. Po kilku następnych wzgórzach, zauważyliśmy dym ogniska, który unosił się w powietrze, kilkadziesiąt metrów przed nami. Ziriel ostrożnie ruszyła na zwiad. Niedługo czekaliśmy na jej powrót, a gdy wróciła opowiedziała o kilku osobnikach, przyodzianych w różnego koloru szaty, płaszcze, zakapturzonych, siedzących przy rozpalonym ognisku.

Powolutku wspięliśmy się na szczyt wzgórza, aby mieć lepszy widok na ich obozowisko. Kiedy tak leżeliśmy wśród gęstwiny traw i krzewów, zakryci drzewami, poczułem jak Morgul delikatnie zaczyna drgać… Skoncentrowałem się na mocy kija, aby nawiązać z nim kontakt i poczułem emanację Świata Śmierci… Gdzieś w pobliżu byli nieumarli… Kiedy podzieliłem się tymi odczuciami z kompaniją, nagle jeden z obozowiczów wstał i podszedł do kociołka zawieszonego nad paleniskiem. Zaczął powoli mieszać kielnią w kociołku, a my uważniej zwróciliśmy na nich uwagę. Niestety nie było widać ich dłoni, zakapturzonych twarzy, ani innych części ciała, których widok dałby odpowiedź na nurtujące nas pytania: „Nieumarli? Czy może grupa nekromantów?”… Tymczasem kolejny z nich opuścił obóz i wszedł w las. Chwilę to trwało, gdy powrócił z martwym zwierzęciem i wrzucił je do mieszanego kociołka. Widać było, że wszyscy prowadzą intensywną rozmowę, ale z tej odległości nie byliśmy w stanie niczego usłyszeć…

Nandin poszedł na zwiad, korzystając ze swych czarodziejskich mocy i złodziejskich umiejętności. Wrócił po kilkunastu minutach i powiedział, że grupka wygląda i zachowuje się jak bezdomni… „Siwy, Rębacz i Dworzanin”, bo takimi przezwiskami operowali zwracając się do siebie, najprawdopodobniej rozmawiali o naszej grupie. W końcu postanowiliśmy wyjść z ukrycia i ruszyliśmy w ich kierunku.

„A któż to do nas przychodzi?!” – jeden z mężczyzn wstał od ogniska, pozostali zwrócili zakapturzone głowy w stronę zbliżającej się grupy. „Witajcie!” – Goth podjął rozmowę, ostrożnie dobierając słowa. „Jestem Goth un Nathrek, kapłan Lorsha, a to moi kompani! Szukamy pewnego miejsca i mieliśmy nadzieję, że skoro tu obozujecie, będziecie znali jego lokalizację…” – zapadła krótka cisza, przerwana kasłaniem jednego z obozowiczów.

Szybko powiedzieliśmy im o miejscu, do którego chcieliśmy się dostać, a oni w zamian za udzielone nam informacje zażądali narzędzi, ciuchów, namiotów i podobnych rzeczy do codziennego użytku i pomocnych w przetrwaniu na tych ziemiach. Kapłan wręczył im ubranie i hubkę, a Ziriel namiot, młot i koce… Umówiliśmy się nazajutrz następnego dnia. Noc spędziliśmy powyżej na wzgórzu, zabezpieczeni „Alarmami”, które rzuciłem na około obozowiska. Wczesnym rankiem, można by rzec, że późną nocą, zostałem „brutalnie” zbudzony do wartowania! Nikogo nie interesowało, że „padałem na pysk”, byłem bardzo ciężko ranny, a i potencjał mej mocy wymagał odnowienia, co się z tym wiąże, odpoczynku! Jednak wówczas Goth, który kładł się już spać, powiedział nam, że nocą podszedł do naszego obozowiska jeden z tamtych mężczyzn… Poprosił kapłana o błogosławieństwo, a ten nakazał mu zdjąć kaptur… Okazało się, że mężczyźni są dotknięci „Czarną Śmiercią” lub nazywaną czasem „Zgnilizną Umarłych”!!! Chorobą nieuleczalną, podobną do trądu, których nosiciele nazywani są Siewcy Śmierci lub Trądu. Jest tak wyniszczająca i groźna, że z czasem odpadają części ciała i powoli chory przechodzi do świata umarłych… Ludzie tacy często wypędzani są z miast, ponieważ sąsiedzi boją się ich zabić i pochować w pobliżu swoich osad. Bardzo często zarażają się nią nekromanci, których badania i magia związana jest ze śmiercią, trupami i tego typu zwyczajnymi czynnikami ich sztuki… Jest też bardzo groźna dla osób postronnych, zdrowych, bo zarazić się nią można praktycznie od wszystkich czynników, przez dotyk, wdychanym powietrzem… Dlatego mężczyźni mieszkali w tym lesie, dlatego byli wyrzutkami społeczeństwa…

Rankiem byłem totalnie wyczerpany, praktycznie niezdolny do dalszej podróży! Widząc mój stan, Ziriel wręczyła mi miksturę leczenia, którą nabyła specjalnie na tą wyprawę. Bez słowa wypiłem mdlący i gorzkawy płyn. Zaraz po tym doszli do nas „wygnańcy”, ale tylko „Dworzanin” poszedł z nami. Poruszał się całkowicie normalnie, co mogło oznaczać, że nie był chory! Ale co do tego nie mogliśmy mieć żadnej pewności… Rzuciłem na siebie „Kamienną skórę” i „Latanie”, po czym całą grupą poszliśmy za „przewodnikiem”, który dzierżył w ręce buławę z ostrymi kolcami…

Szliśmy długo, ufając, że Dworzanin prowadzi nas w odpowiednie miejsce. Nagle został zaatakowany przez Olbrzymiego Pająka, który skoczył gdzieś z drzew! Najszybciej zareagowała Ziriel, która wystrzeliła w bestię z kuszy, ja od razu cisnąłem w niego „Błyskawicą”, a zaraz po tym reszta drużyny już tylko dobiła pająka. Jednak w całym zamieszaniu, kaptur z głowy naszego przewodnika zsunął się i ujrzeliśmy jego przeżartą przez chorobę twarz! Ruszyliśmy dalej, a ja używając „Latania”, nawet nie zauważyłem, że mikstura całkowicie uleczyła moje rany! Czułem się dobrze, wypoczęty i gotowy do dalszej podróży. Pewność siebie ponownie ogarnęła mój umysł…

Późnym popołudniem dotarliśmy do rzadszych terenów. Zobaczyliśmy kulę pomiędzy drzewami, otoczoną pajęczyną, a w jej pobliżu było wejście do podziemnej pieczary, gdzie Dworzanin wpadł, ale z powodu swej choroby pająki go nie zaatakowały… Weszliśmy głębiej w te tereny, a liczba pajęczych kul i dziur znacznie się zwiększyła. Uniosłem się ponad ziemię, dla lepszego widoku i większego bezpieczeństwa. Ostatnimi czasy znacznie lepiej poruszałem się w powietrzu, co dawało mi większe uczucie bezpieczeństwa i znacznie zwiększało moje możliwości. W końcu zatrzymaliśmy się przy jednej z dziur, którą zeszliśmy pod ziemię… Dworzanin nie wszedł z nami – wykonał swoją robotę i wrócił do swoich.

Mapa siedliska Jeerheny

[1] Z jamy prowadził korytarz, wydrążony w ziemi. Gdzieniegdzie wisiały pajęczyny, a z boków wychodziły mniejsze korytarze, prowadzące w ciemność. Wszędzie wiły się korzenie, utrudniając nam poruszanie się. Rzuciłem na Gotha „Światło”, który za pomocą maski szedł pierwszy. Po kilku chwilach doszliśmy do większej pieczary, na której stropie wisiał mniejszy pająk. Dla bezpieczeństwa Ziriel zestrzeliła robala i poszliśmy dalej. Z uwagi na to, iż nie znaliśmy terenu, a niebezpieczeństwo zabłądzenia, wpadnięcia w pułapkę, czy ataku pająków było wielkie, postanowiliśmy kierować się najszerszymi odnogami, do których dochodziliśmy. [2] W końcu doszliśmy do większej pieczary, która wypełniona była kokonami i pajęczynami, a z jej końca przebijało się światło z powierzchni. Prawdopodobnie kolejna wyrwa w ziemi, więc wróciliśmy do skrzyżowania i obraliśmy inny kierunek. [3] Ten korytarz też zaprowadził nas do ślepego zaułka, gdzie spod niskiego przejścia usłyszeliśmy szum podziemnej rzeki przepływającej obok jaskini. Wróciliśmy więc do punktu wejścia, a stamtąd jednym z bocznych korytarzy. [4] Na ścianie Ziriel znalazła symbol Baurusa… Grota, do której weszliśmy była olbrzymia. Światło nie było w stanie ukazać jej w całości, a tylko w mniejszej części, więc trzymaliśmy się ścian. Idąc ostrożnie natknęliśmy się na łańcuchy, które wbite w kamień, cichutko skrzypiały dyndając swobodnie…

„Po prawej!” – Nandin krzyknął, a przed drużynę skoczył wielki, włochaty pająk. Nie różnił się budową i wyglądem od wcześniej spotkanych, prócz tego, iż jego przednie odnóża zastąpione były długimi ostrzami…! Pająk mieczowiec poruszał się zwinniej od innych napotkanych, a jego szybkie ataki były śmiertelnie niebezpieczne. Na odnóżach-ostrzach można było zauważyć resztki krwi i mięsa, prawdopodobnie ofiar, z którymi niedawno się rozprawił…

Nandin momentalnie utkał „Lustrzane odbicie”, a ja wypaliłem w przeciwnika „Błyskawicę”. Niestety czar niewiele mu zrobił, a tylko zwrócił jego ataki przeciwko mnie! W końcu do walki włączyli się pozostali i szybko rozprawiliśmy się z mieczowcem. Teraz, kiedy łapaliśmy oddechy, mogliśmy się troszkę rozejrzeć po dziwnej, kamiennej hali… Okazało się, że jaskinia mogła być niegdyś olbrzymią salą tortur. Ale postanowiliśmy opuścić na razie pieczarę i wrócić do pierwszego korytarza, w okolice skąd zeszliśmy do kompleksu jaskiń…

[5] Stamtąd, przedzierając się przez zwały pajęczych sieci, weszliśmy do pierwszej wąskiej i zamaskowanej wcześniej dla nas odnogi, która po kilkudziesięciu metrach zakończyła się dębowymi drzwiami! Dość dziwne i nieoczekiwane, jak na jaskinię pajęczycy i jej robactwa… Na ciężkich drzwiach, narysowany był symbol:

Herb rodu Berghafów

Znak lub też herb miał kształt okręgu z ukośnie wewnątrz narysowanym bykiem. Wiedzieliśmy, że jest to herb rodu Berghafów, który wygasł sto lat temu, a był wygnany z Paddar i wyklęty… Zacząłem przeszukiwać Księgę Rodów Tragonii, gdzie znalazłem wzmianki o owej rodzinie. Hrabia Malkolm Berghaf został wygnany za zbrodnie przeciw narodowi tragońskiemu, bez prawa powrotu, aż do piątego pokolenia włącznie… Nic więcej nie było, ale i tak wydało nam się to dziwne…

Nandin zaczął sprawdzać dębowe drzwi, a ja rzuciłem nań „Wykrycie magii”. Wyczułem szkołę przemian, średniej mocy, ale i tak musieliśmy być bardzo ostrożni. Kapłan uparł się więc, że mocą swoich modlitw rozproszy magię na drzwiach… Bardzo się przeliczył… Nigdy jego „boskie dary” nie będą mogły równać się z siłą magii i mocą naszych zaklęć! Rzuciłem więc „Rozproszenie magii” na dębowe drzwi, w myślach gardząc megalomanią Gotha, a Nandin rozbroił pułapkę w nich umieszczoną. Powoli otwarliśmy drzwi i nagle usłyszeliśmy, jakby westchnienie, cichutkie i takie, które zwykle oznacza ulgę… Dziwne, może „coś” było tu zamknięte, a my przez nierozmyślność to wypuściliśmy…? Ruszyliśmy korytarzem, a po dwudziestu metrach doszliśmy do kolejnych, niemagicznych i „bezpiecznych” drzwi.

Weszliśmy do wielkiego pomieszczenia, komnaty ze starymi, podniszczonymi przez czas meblami i wiszącym na ścianie obrazie. Z pomieszczenia wychodziło jedno przejście do innej komnaty, a po przeciwnej stronie znajdowały się kolejne drzwi. Ostrożnie zaczęliśmy eksplorować pokój…

Za obrazem Ziriel znalazła wnękę, w której była tuba z glejtem i flakon z dziwną substancją. Nandin zaś w jednej z szuflad zniszczonego biurka znalazł notes z zapiskami sprzed 89 lat…! „Dziś próba: Jaern, Taragan, Masrain. Ciekawe, co powiedzą na tę niespodziankę…”, takiż przedziwny i tajemniczy tekst był w notesie. W jednej z szaf były słoje z zakonserwowanymi głowami, dłońmi i innymi, przeróżnymi częściami ciała! Jedna z dłoni nawet się poruszyła, kiedy się doń zbliżyłem…!!!


[6] „O kurwa, co za szaleńcy!” – powiedział kapłan, który stał nieruchomo w przejściu do kolejnej komnaty. Drużyna ostrożnie zbliżyła się do niego, starając się wychwycić każdy szczegół pomieszczenia, przysłonięty szerokimi plecami Gotha. Na jego środku usypany był okrąg z czarnego pyłu, a nad nim, przy jednej ze ścian wisiał szkielet…! Był przytwierdzony starymi, pordzewiałymi łańcuchami, ale tylko za nadgarstki i stopy, reszta kości nie wiedzieć, w jaki sposób, spojona była w całość! Obok, przy kolejnej ścianie, stał stół z wieloma menzurkami i alchemiczną aparaturą…

Ostrożnie weszli do środka… „Uważajcie, żeby nie uszkodzić kręgu…” – Radagast powstrzymał kapłana, przed kolejnym, możliwe iż nierozsądnym krokiem. „Z tego co wiem, to takowe kręgi najczęściej służą do przywołań” – nekromanta powoli przykucnął przy obrzeżu usypanego proszku. Powoli wysunął palec i nabrał kapkę na dłoń, nie burząc przy tym struktury usypanej figury. Wszyscy czekali cierpliwie na opinię czarodzieja, gdy ten spokojnie obwąchiwał i pocierał palcami czarny pył. „Tak, jak myślałem…” – Radagast spojrzał na wszystkich, uśmiechnął się i wstał – „…czarna i biała sól… Najczęściej używana przez demonologów do przywołań. Zatem ten okrąg, albo ma za zadanie uchronić przywołującego od przywołanego, albo uwięzić przywołanego… Hmm… Może mieć też inną funkcję…” Nekromanta skierował wzrok na stół z aparaturą…


Zaczęliśmy przeszukiwać komnatę. Na stole znalazłem niebieską księgę, którą pierwej otwarł Goth, uruchamiając tym samym czar zabezpieczający „Zygzak atramentowego węża”. Na jego szczęście magiczny wąż nie ukąsił go, gdyż skutki mogłyby być dla kapłana nieciekawe… Prócz wcześniej przyuważonych flakonów z miksturami i aparatury, na stole i pobliskich mebelkach leżały niezliczone, wyrafinowane narzędzia tortur, z których tylko kilka powiedziały mi o ich zastosowaniu…

Postanowiliśmy opuścić pokój i przejść drzwiami, które z niego wychodziły. Po drodze Ziriel wespół z Nandinem rozbroili kilka pułapek, a moje „Otwarcie” pozwoliło przejść dalej. W końcu korytarzem doszliśmy do wcześniej zbadanego tunelu, tyle, że kilkadziesiąt metrów dalej. Postanowiliśmy wrócić do komnaty z okręgiem i wejść przez drzwi, które były w głównym pomieszczeniu z obrazem.

Kiedy tylko zbliżyliśmy się do okręgu, szkielet wiszący na ścianie zaczął drżeć i dzwonić, a w okręgu nagle zmaterializowała się półprzeźroczysta postać pięknej kobiety…


„Witaaaajcie podróżniiiiiicyyyy. Nazzzzywwwwwam się Miriam. Uwolnijjjjjcie moją duszę!” – zjawa z niewinną, wręcz pokutną miną zwróciła się do drużyny. Kompani spojrzeli po sobie, ale tylko nekromanta zdawał się być niewzruszonym. „Nie róbcie tego!” – Radagast wyrwał ich z zamyślenia. „Nie bez powodu został usypany ten okrąg i nie bez powodu tłumaczyłem Wam jego znaczenie i rolę w procesie przywołania…” – nekromanta spojrzał na ducha, który tym razem skierował wzrok tylko na niego. Radagast nie wiedział, czy półprzeźroczysta piękność widzi jego podejrzliwą minę i przymrużone oczy, ale nawet gdyby, i tak się tym nie przejmował. „Kto Cię tu uwięził i jakież miałby mieć ku temu powody?” – nekromanta ostrożnie dobierał słowa. Chyba jako jedyny zdawał sobie sprawę, że istoty przywoływane lub więzione, mogą pochodzić z przeróżnych, nieznanych im planów egzystencji, a co się z tym wiązało, zjawa kobiety, mogła być tylko podstępną mistyfikacją, którą dojrzeć by mogli tylko po jej uwolnieniu… „Nieeegdyyyyyś byłam słuuuużką na dworzeeee hraaaaabiegooooo Berghaaaafa. Teraz jesteeeem więźniem, któóóóry podstępnie i beeeezwzględnieee został „tu” skaaaazany na wieczny ból…!” – Miriam „łkała i szlochała”, jeśli można by było w ten sposób określić lament uwięzionego ducha…


Długo jeszcze rozmawialiśmy z duchem i wypytywaliśmy go o „jej” życiową historię. Miriam powiedziała, że była kochanką Berghafa, a że w końcu chciała się od niego uwolnić i odejść, ten ukarał ją w taki sposób… Wydało mi się to dziwne, niespójne i podejrzane, ale żadne z nas nie miało jakichkolwiek możliwości na potwierdzenie, czy zanegowanie tych opowieści. Duch twierdził, że wiszący szkielet był niegdyś jej bratem, który przez nią też został skazany na podobny los… Powiedziałem Gothowi, który jako pierwszy bezmyślnie wyrywał się do zniszczenia okręgu, że to niebezpieczne i wielce ryzykowne. Reszta drużyny podzieliła moje obawy, więc zostawiliśmy łkającą Miriam i poszliśmy dalej…

[7] Pomieszczenie było największym z tego kompleksu komnat. Cztery marmurowe postumenty węży i tyleż samo kryształowych kul stało na środku pomieszczenia, jakoby były narożnikami niewidocznego kwadratu… W samym jego środku, pomiędzy nimi była okrągła, ciemna dziura w kamiennej podłodze. Za monumentami wysuniętymi najdalej stał ołtarz, kamienna płyta, na której umocowane były dwa pomniki. Kobieta w szatach kapłańskich i mężczyzna w zbroi, zwróceni plecami do siebie. Ich szczęki były rozwarte, ukazując wyostrzone i zniekształcone kły, a upiorne oczęta zwrócone były do nas, wywołując uczucie przerażenia… Według Gotha, ołtarz przedstawiał starożytne bóstwo, patrona trucizn i trucicieli, Durgamturazaela…

Kiedy tylko kapłan zbliżył się, kryształy zaczęły się świecić! Znowu zmieszani i zaskoczeni, postanowiliśmy nie ryzykować wywołania nieobliczalnych skutków naszą eksploracją tej komnaty, dlatego spokojnie opuściliśmy pomieszczenie. Postanowiliśmy wrócić do Miriam, [6] aby wypytać ją o ową komnatę. Duch nie powiedział nam nic, bo jak twierdził, nic nie wiedział, ale po raz kolejny kapłan zatryumfował swoją głupotą, postanawiając uwolnić „biedną” duszyczkę…!!! Stwierdził, że odeśle duszę, bo on się na tym zna! Nagle stał się specjalistą i ekspertem w sztuce demonologii i dopiero Ziriel, z trudem przekonała go, aby tego zaniechał…!

[8] Wróciliśmy do ostatniego korytarza w tej części jaskiń. Zaprowadził nas do kolejnych, tym razem kamiennych drzwi… Ku naszemu całkowitemu zdumieniu miały one magiczny zamek z pięcioma przekładniami, a każda z nich miała wbudowanych pięć przejść! Jednym słowem ilość możliwych kombinacji na otwarcie drzwi, bo „Rozproszenie magii” i „Otwarcie” nie przyniosło skutku, zajęłoby nam całą wieczność! Musieliśmy odpuścić i udaliśmy się do ostatniej pieczary, która blisko podziemnego strumyka, odstraszyła nas wcześniej ilością kokonów w jej wnętrzu. Tylko tam mogliśmy znaleźć Jeerhenę i jej sieć…

[9] Jaskinia była olbrzymia i naszpikowana dużą ilością pajęczych kokonów. Szliśmy ostrożnie, trzymając się ścian, aż odkryliśmy dwa inne korytarze, w niewielkiej od siebie odległości. Nie wiedzieć jak to się stało, ale Ziriel utknęła nagle w pobliskiej pajęczynie i tylko siłą zdołaliśmy ją uwolnić… Nandin postanowił przeciąć sieć swym sztyletem i okazało się, że była ona tworem pajęczycy, a nóż ciął gładko i lekko, niczym tłuszcz ze skwarkami… Elf ostrożnie z wyczuciem zaczął nawijać nić. Zebraliśmy całość, ale wiedzieliśmy, że ilość nie starczy nam na wyhaftowanie sztandaru… Z zamyślenia wyrwał nas śpiew, który dobiegał z najszerszego korytarza… Zaiste Jeerhena miała przepiękny głos. Ostrożnie ruszyliśmy przed siebie…

[10] Jaskinia była ogromna! Wszędzie falowały tkaniny z jedwabnej nici, a ze środka pieczary, gdzie słychać było śpiew, zza falujących sieci, dostrzegliśmy elfkę! Piękną i smukłą, kobiecą postać… Rozświetliłem całą jaskinię i powoli zbliżyliśmy się do pierwszych pajęczyn. Wszyscy zbledliśmy, kiedy Goth w swoim ulubionym, wywyższającym się tonie przedstawił się, jakby miało to dla pajęczycy jakieś znaczenie, i poprosił ją o sieć…!!! Teraz, gdy to piszę, to wydaje mi się komiczne i żenujące, ale wcześniej było raczej głupie i nierozważne. Tak się jak spodziewaliśmy, Jeerhena nie była skora do rozmów, a tym bardziej nie miała zamiaru obdarowywać nas swoją siecią…! Zobaczyliśmy tylko poruszenie elki i jakby zaczęła wzlatywać… Instynktownie rzuciłem „Latanie”. Nagle okazało się, że Jeerhena nie wzlatuje, a podnosi się jej olbrzymie, pajęcze, włochate i obrzydliwe cielsko…!!! Był to około siedmio metrowy pająk, wysoki na dobre 3 metry! Ciało elfiej panny, które tak pięknie śpiewało, było wrośnięte do olbrzymiego pająka, a istoty tworzyły jedne, potwornie groźne monstrum!

Patrzeliśmy się zaskoczeni jej rozmiarami i tym, czym stała się elficka czarodziejka, kiedy nagle na Ziriel i Gotha, ze stropu jaskini, zeskoczyły pająki mieczowce! Nie zdążyłem nawet zareagować, bo przy nas pojawiły się pająki przenikające! Stworzenia o tyle groźne, że w każdej chwili mogły „teleportować się” w dowolne miejsce…!

Jeerhena

Walka rozgorzała na dobre, a my zdawaliśmy sobie sprawę z tarapatów, w jakich się znaleźliśmy. Jeerhena również nie próżnowała i bynajmniej nie śpiewała dalej, tylko z całym pędem ruszyła w naszym kierunku, przez długą, olbrzymią pieczarę. Miałem jeszcze sekundy nad swoim przeciwnikiem, więc postanowiłem zaatakować pajęczycę. Niestety „Zaklęcie Śmierci”, które powinno ją powalić, zostało wchłonięte przez magiczną barierę, jaką miała na sobie Jeerhena. Postanowiłem więc dać nam troszkę czasu i zatorowałem jej drogę do nas przywołanymi zmorami. Tu po raz kolejny pajęcza nekromantka odparła skutecznie mój atak, unieruchamiając zmory w utkanej „Pajęczynie”…!

Nie miałem więcej czasu na zajmowanie się Jeerheną, ponieważ pająk, który obok się pojawił, stanowił na ten czas większe dla mnie zagrożenie. Kolejno utkałem „Widmową dłoń” i „Wampiryczne dotknięcie”, jednak nie zdążyłem skorzystać z ich efektów, bo Jeerhena zwróciła swe czary przeciwko mnie, a z drugiej strony otrzymałem poważne rany, po pierwszym ataku pająka…! Chwilę później, kiedy moja sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze, moi kompani szybko ubili bestię, która na mnie napierała, dzięki temu mogłem dojść do siebie i wzbiłem się w powietrze. Każde kolejne zaklęcia kierowałem w pajęczycę, próbując jednocześnie unikać jej zaklęć i bronić się przed potężną magią nekromancką. Widziałem tylko z góry, jak Jeerhena za pomocą „Pozbawienia sił” powaliła Gotha, który znacznie osłabiony upadł pod naporem swojej zbroi i oręża! Był tak słaby, że nie mógł już brać udziału w czynnej walce, więc sięgnął po glejt, który miał przy sobie…

Chwilę później przed nim pojawiła się trzymetrowa postać, potężnego, uzbrojonego wojownika. Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, ale później zdałem sobie sprawę, że jednak nasz kapłan też ma możliwość i jest w stanie przyzwać sojusznika, który nie raz mógłby nam wcześniej pomóc… Niejednokrotnie pewnie oszczędzając wielu problemów…

W każdym razie nasza sytuacja i położenie z sekundy na sekundę słabła i stawała się coraz bardziej, śmiertelnie niebezpieczna. Zaczęliśmy krzyczeć do siebie, układając na szybko plan ucieczki, który uratowałby nam życie, zniszczył Jeerhenę, a przede wszystkim dał jej sieć, po którą tu przyszliśmy… Kiedy mocarny wojownik wezwany przez Gotha ruszył z krzykiem na pajęczycę, my zajęliśmy się drogą ucieczki. Wylądowałem przy drużynie, a widok zmęczonych, rannych i poważnie osłabionych kompanów, nie przyprawiał o zadowolenie… Szybko ustaliliśmy plan. Nandin podbiegł do falującej sieci utkanej przez Jeerhenę i swoim sztyletem zaczął wycinać spory kawał „materiału”. Kiedy tylko skończył, wycofaliśmy się do tunelu, z którego słychać już było tylko Jeerhenę i walczącego z nią czempiona Lorsha. Goth osłabiony wstał podparty przez Ziriel i wymodlił „Słup Ognia”, który uderzył w sam środek olbrzymiej pieczary, a „Kula Ognia” rzucona przez Nandina, dokończyła „sprawę”! Na sam koniec zawaliliśmy za nami korytarz za pomocą magicznej Kulki Zamiany Kamienia w Błoto.

Gdy biegliśmy przez wielki tunel, za naszymi plecami słychać było tylko jęki pajęczycy, odgłosy czempiona i walki, i trzask palących się sieci… Zatrzymaliśmy się dopiero przed wielka wylęgarnią [9], gdzie upewniwszy się, że za nami nie słychać pościgu, chwilę odpoczęliśmy. Przed nami rozpościerały się jeszcze szeregi jaskiń i korytarzy naszpikowanych pająkami wszelkiej maści, przez które musieliśmy się przebić, a stan kilku z nas był dość ciężki… Ja krwawiłem z ran i byłem kompletnie wyczerpany magicznie, Goth z powodu „Pozbawienia sił” nie umiał chodzić, reszta wydawała się być w lepszym stanie, jednak we dwójkę nie mieli szans na walkę i jednocześnie naszą obronę…

Zdecydowaliśmy więc, że „wylecimy” przez korytarze i najbliższą jamę w ziemi. Ja z Nandinem za pomocą „Latania”, a Goth z Ziriel za pomocą kapłańskiej modlitwy. Manewrowałem lotem koncentrując się z całych sił. W końcu najszybciej, jak tylko mogliśmy, opuściliśmy kompleks jaskiń, wzbijając się w powietrze, ponad korony drzew pajęczego lasu. Nie zatrzymywaliśmy się, a tylko lecieliśmy, byleby jak najszybciej wydostać się z tych terenów i móc wylądować na bezpieczniejszych ziemiach. Nie kojarzę teraz ile godzin minęło w powietrzu, ale lecieliśmy długo…

Kiedy dotarliśmy za granicę Leredeonu, wylądowaliśmy dopiero na Królewskim Szlaku, gdzie rozbiliśmy obozowisko… Teraz chcieliśmy tylko przetrwać najbliższą noc…