Kronika

Kroniki I: Nowi Towarzysze

Ścigany przez zabójców Złotego Losu Nandin zostaje ocalony przez tajemniczych wysłanników, a lata później trafia do Dirdighen jako człowiek Maximusa i Bedarona. W Drużynie Prim poznaje Gotha, Ziriel, Dina i Radagasta, od razu mierząc ich użyteczność, słabości oraz ryzyko własnej gry.

2.05.2026 • Prosiak • Nandin la Pass • Kroniki Nandina

Śnieg. Wszędzie ten cholerny śnieg. Gdyby moja dusza niebyła przepełniona jadem zbrodni i zepsucia, może nawet dostrzegłbym piękno wirujących w zwariowanym tempie płatków. Może w innych okolicznościach, ale nie kiedy prawie zamarzam, a zabójcy Roberta zaraz położą kres memu życiu. Magia zawsze wspomagała mnie w takich chwilach, lecz nie tym razem, posiadając szczątkowe informacje na temat obszarów cichej magii wpakowałem się tu uciekając przed najemnikami. Cóż, chciało by się powiedzieć, że tanio skóry nie sprzedam, lecz wiem, że w tej sytuacji były by to tylko czcze słowa. Skostniałą od mrozu ręką sięgnąłem po łuk, drugą skierowałem do kołczanu i pomyślałem, że jest gorzej niż przypuszczałem. Zostały mi trzy ostanie strzały – pamiątka po czasach, kiedy w Imperium byłem kimś. Specjalne adamantytowo-mitrylowe groty przebijają każdą stal, lecz wątpiłem, bym trafił kogokolwiek w tej zawierusze. Mimo to naciągnąłem cięciwę i prawie że z bólem oczu wpatrzyłem się w ścianę tego cholernego śniegu. Pomyślałem – „Jeszcze chwila i zobaczę ich. To będą ostatni najemnicy jakich zobaczę oraz być może ostanie istoty, które uśmiercę.” Minuty ciągnęły się niczym godziny, mięśnie zaczynały sztywnieć, gruby szron na brwiach zaczynał ciążyć jakby ważył tonę.

W końcu pojawili się. W oddali za zasłoną wirującego śniegu ukazywały się kolejne sylwetki. Skupiłem się, starając przezwyciężyć zmęczenie i strach. Wypuściłem strzałę, chwilę później jedna sylwetka bezwładnie opadła w śnieg. Spokojnie pogodzony już z własną śmiercią sięgnąłem po drugi pocisk, a sylwetki zaczynały przybliżać się znacznie szybciej. Widząc śmierć swojego towarzysza zaczęli biec w moim kierunku. Druga strzała pomknęła w kierunku następnego celu, ale niestety ofiara zdołała zasłonić się dużą, trójkątną tarczą. Wiedziałem, że następny raz nie zdążę wystrzelić. Odrzuciłem swój łuk, który upadł miękko w świeży, puszysty śnieg, uśmiechnąłem się sam do siebie, sięgając po „Przebijacza Serc” i wiedziałem, że w walce wręcz nie mam najmniejszych szans. W głębokim puszystym śniegu nawet moja ponadprzeciętna zręczność oraz akrobatyczne umiejętności przestały być atutem. Przywódca najemników znał mnie doskonale. Zleceniodawcy dokładnie zapoznali go z moimi umiejętnościami, dlatego też wiedział, że może spokojnie i bez zagrożenia swojego życia porozmawiać ze mną. Zdziwiłem się, a jednocześnie poczułem prawdziwe zadowolenie widząc kogo Złoty Los wysłał w pogoni za moją skromną osobą. Ardu Kamaru, bo tak się nazywał, był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, zabójcą pracującym dla „Wrednego” Roberta. Znałem tylko jedną osobę tak sprawnie władającą mieczem – imię Lyrralt samo nasuwało się na myśl. Wspominać go minutę przed śmiercią, o ironio, zawsze myślałem, że to ja kiedyś będę wspominał jego śmierć. Ardu Kamaru podszedł do mnie z pozornym spokojem, lecz ja dokładnie widziałem, że jest czujny i skupiony. Wiedziałem też, że jest w stanie wydobyć miecz szybciej niż ja potrafię mrugnąć okiem. „Witaj Nandinie” – powiedział i nawet przez wycie wiatru w jego głosie słychać było tryumf – „Pozdrowienia od Luisa i Roberta” – skinąłem głową. „Zazwyczaj zabijam swoje cele bez emocji,” – ciągnął monotonnym głosem – „lecz Ciebie, drogi elfie, zabiję z dziką rozkoszą. Żadne pieniądze nie zrekompensują mi tak długiej i męczącej pogoni.” Tym razem ja się uśmiechnąłem – „Wiem co czujesz, uciekam po tych zapomnianych przez bogów krainach prawie od 10 lat. To było najdłuższe i najbardziej podłe dziesięć lat w moim życiu. Może wyda Ci się to dziwne, ale pozdrów po wszystkim Luisa i Roberta podziękuj za wspaniałe lata, które mi podarowali.” Kiedy my rozmawialiśmy niczym starzy przyjaciele, najemnicy powoli i czujnie otaczali nas. „Czas kończyć” – powiedziałem, wyciągając przed siebie lekki, niczym drewniana łyżka, sztylet, wykonany przez mroczne elfy z Dai’kin.

Zaatakowali niemal równocześnie. Wiedziałem, że głównym zagrożeniem jest Ardu Kamaru, a najemnicy zazwyczaj nie odstają umiejętnościami od przeciętnych rębajłów. W takiej liczbie jednak nie mogłem ich ignorować. Mimo skostnienia oraz miękkiego śniegu pod stopami starałem się wirować i unikać jak największej ilości ciosów, a sam od czasu do czasu wyprowadzałem niespodziewane pchnięcia. Niestety ich przewaga była druzgocząca. Co jakiś czas ciosy ich mieczy sięgały celu i tylko dzięki „Elfiemu Płaszczowi”, w którym zapisano czar odnawiającej się zbroi, śmiertelnie groźne cięcia zamieniały się w bolesne draśnięcia. Na szczęście moc płaszcza działała nawet mimo obszaru cichej magii, jednak czułem, że jego magia wygasała z każdym trafieniem. Mimo mrozu pot zaczął zalewać mi oczy, śnieg zaczynał zabarwiać się na brunatny kolor. Niestety zdecydowana większość padającej na śnieg posoki należała do mnie.

Nagle przez zawieruchę, gdzieś z tyłu, usłyszałem dziki bojowy śpiew. Najemnicy też go usłyszeli i zaczęli rozglądać się z trwogą. Po chwili, dalej walcząc, obróciłem się tak, aby zobaczyć źródło śpiewu. W naszym kierunku pędzili wojownicy, którzy na pancerze narzucone mieli wilcze skóry wyprawione tak, że całe głowy z zabitych wilków leżały na ich hełmach. Woje biegli z obnażonymi mieczami oraz toporami. W jednym momencie stało się dla wszystkich jasne, że chcą nas zaatakować. Najemnicy momentalnie zapomnieli o mnie i przygotowali się na przyjęcie szarży, jedynie Ardu Kamaru nadal atakował zaciekle. Kontem oka zauważyłem, że za biegnącymi sylwetkami spokojnym krokiem, intonując coś głośno, zbliża się jeszcze jedna postać. Korzystając z szansy jaką dali mi nadciągający wojownicy, skupiłem się na walce z zabójcą „Złotego Losu.” Wiedziałem, że tylko cud może mnie uratować – broczyłem już z niezliczonej ilości płytkich ran, a on wyglądał jakby dopiero się rozgrzewał. I nagle nadszedł oczekiwany przeze mnie cud. Mój niedoszły oprawca w jednej chwili począł pokrywać się szronem, a kilka chwil później stał zamrożony niczym rzeźba. Adrenalina dodała mi sił, wyskoczyłem wysoko w górę i z całym impetem uderzyłem w zamrożonego przeciwnika rękojeścią sztyletu. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, mój oprawca rozprysnął się na setki małych, lodowych kawałków. Nie miałem czasu na radość, obróciłem się i chciałem skoczyć w kierunku najemników, lecz to co okazało się mym oczom wprawiło mnie w niemałe zdumienie. Wojownicy w wilczych skórach wycofali się za mężczyznę, który wcześniej kroczył za nimi i wsparci na swej broni podziwiali jak najemnicy zaczynają walczyć między sobą. Po chwili został tylko jeden, któremu szybkim ruchem wbiłem sztylet w kark.

Niepewny czego mogę spodziewać się po przybyłych, usiłowałem przybrać postawę bojową, niestety upływ krwi oraz zmęczenie wygrały. Padłem na jedno kolano, jedyne co mogłem zrobić to czujnie obserwować zebranych ludzi. Jeszcze chwilę człowiek intonował jakąś pieśń, po czym podszedł do mnie i podał mi dłoń. „Wstań elfie, walczyłeś dzielnie” – podtrzymując się na jego dłoni wstałem z wysiłkiem. „Dziękuję ci. Lecz powiedz mi dlaczego mi pomogłeś? I kim jesteś?” – powiedziałem. „Jestem tylko sługą naszego Pana. A zwą mnie Namiru Ged. Jeśli pytasz dlaczego, to odpowiedź brzmi tak: po pierwsze zawsze szanowałem elfy z Leredeonu, ponieważ często wspierały mój lud w walce, a po drugie to jeszcze nie czas byś zginął, nasz Pan ukazał mi, że ma wobec ciebie plany.” Więcej słów nie padło. Zostałem opatrzony i dowiedziałem się gdzie w ogóle się znajduję i w którą stronę do najbliższej osady. Dopiero 8 lat później dowiedziałem się kim był mój tajemniczy wybawiciel, a to dało mi jeszcze więcej powodów do myślenia.

Mimo, że od tego czasu minęło już 10 lat, często wracam myślami do tych wydarzeń. Kiedy zacząłem pracować dla Maximusa, słowa kapłana mówiące, iż jego pan ma wobec mnie plan, uderzyły mnie ponownie. Czyżby już wtedy kapłan przewidział, że Maximus natrafi na mnie w Dirdighen i wciągnie mnie w szpiegowską siatkę zorganizowaną przy kościele Lorsha? Mimo, iż nigdy nie byłem wyznawcą żadnego z bóstw, wydarzenia te nie pozostały dla mnie obojętne.

Nie wiem jak długo byłem obserwowany przez Maximusa, zanim zwrócił się do mnie z propozycją pracy dla niego, ale znając go na pewno doskonale wiedział kim jestem i jakimi umiejętnościami dysponuję. Nim podjąłem pracę u tego młodego, ale już wysoko stojącego w hierarchii kościoła, kapłana, wykonywałem drobne zlecenia głównie dla kupców z Dirdighen. Była to najczęściej ochrona karawan, czasem ekspresowe dostarczenie jakiegoś cennego przedmiotu. W chwilach gdy nie było zleceń, włóczyłem się po mieście szukając łatwych pieniędzy. Mało kiedy trafiał się ktoś z naprawdę pełnym mieszkiem, ale i tak robiłem to choćby po to, by nie wypaść z wprawy.

Pewnego dnia, kiedy w karczmie siedziałem nad kielichem Pontimusa Białego, podszedł do mnie człowiek Maximusa i nie zdradzając mi zbyt wielu szczegółów zaproponował mi pracę. Moje doświadczenie, oraz przeżyte chwile w Złotym Losie podpowiadały mi, że nie będzie to zwykły pracodawca i zdecydowanie nie będą to zwykłe zadania. Znajomy dreszcz przebiegł po moim ciele i poczułem, że znów mogło być tak jak dawniej. Z biegiem czasu przekonałem się o tym, że moje przypuszczenia były słuszne. Zarówno złoto jak i nowe zlecenia popłynęły szerokim strumieniem. Z początku nic nie wiedziałem o moim pracodawcy, lecz szybko doszedłem do wniosku, że mimo swych tajemnic i politycznych rozgrywek prowadzonych przez Maximusa, nie jest to banda łotrów podobna do ludzi Złotego losu. Długo musiałem zdobywać ich zaufanie i w końcu po 2 latach pracy czułem, że zbliżam się do poznania prawdziwych celów Maximusa. W przeciągu tych 2 lat troszkę się pozmieniało – Maximus awansował na kapłana V rangi w Świątyni Kłów w Dirdighen i jego miejsce zajął Bedaron. Od pewnego czasu to ten człowiek dawał mi zlecenia i przyjmował wszystkie raporty.


Minął już tydzień, od powrotu z Erdor, gdzie wykonywałem specjalne zadanie dla świątyni, kiedy zostałem wezwany przez Bedarona. Ten, swoim monotonnym głosem, wydał mi następujące polecenie: „W Dirdighem pojawił się Goth, ów kapłan IV rangi, wraz ze swoimi towarzyszami. Dołączysz do nich. Ich misja jest niezmiernie ważna dla naszego kościoła, a ty wspomożesz ich w dążeniu do celu. Jeśli chodzi o zapłatę, jeśli trafią się jakieś łupy zostaniesz uczciwie uwzględniony w ich podziale. Goth zgłosi się do Ciebie niebawem i powie Ci kiedy wyruszacie.”

Siedziałem nad książkami w swoim pokoju w „Rycerzu Śmierci”, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. „Kto tam?” – zawołałem w pustkę. Zza drzwi odezwał się donośny głos – „Goth. Przyszedłem z Tobą porozmawiać Nandinie.” Zaprosiłem go do środka i mym oczom ukazał się starszy człowiek, ubrany w kapłańskie szaty. Mimo jego wieku trzymał się prosto, na jego potężnych barkach płaszcz z insygniami kapłana czwartej rangi prezentował się naprawdę dostojnie. Po wymianie krótkich uprzejmości przeszliśmy do omówienia warunków naszej współpracy. Jak się okazało Goth został doskonale poinformowany o moich umiejętnościach i w sumie nie wypytywał się o wiele, ja natomiast byłem ciekaw jakimi umiejętnościami dysponuje reszta jego towarzyszy. Doświadczenie podpowiadało mi, że wiedza na temat umiejętności swych towarzyszy niejednokrotnie zaowocować może dobraniem szybkiej taktyki w trudnych i zaskakujących sytuacjach. Kapłan nie chciał dłużej czekać i zaproponował bym od razu zapoznał się z resztą grupy.

Poprowadził mnie do karczmy, w której grupa zatrzymała się w Dirdighen, a ja zastanawiałem się co wpłynęło na dobór takiego lokalu, ponieważ karczma nie należała do zbyt czystych. Goth zaprosił mnie do ich pokoju i bez ceregieli przedstawił mnie grupie. „To jest Nandin” – wskazał w mym kierunku dłonią – „Od teraz będzie podróżował z nami.” Nim zdążyłem coś powiedzieć w pokoju zawrzało. Wszyscy z obecnej grupy ożywili się i zaczęli zadawać kapłanowi pytania jeden przez drugiego. Widać Goth wcześniej nie raczył poinformować grupy o tym, że do nich dołączę. Stwierdziłem, że warto to zapamiętać – widać jego pozycja w grupie jest na tyle silna, że nie musi tłumaczyć się z takich decyzji. Kiedy gwar ustał, Goth poprosił resztę, aby się przedstawiła. Jako pierwsza odezwała się Elfka i mimo swej przeciętnej urody ugodziła ostro w me libido – „Nazywam się Ziriel.” Następny odezwał człowiek, ubrany niczym Tesijczyk, mimo iż na pewno Tesijczykiem nie był – „Ja jestem Din.” Jako ostatni odezwał się chudy człowiek, ubrany w szaty często upodobane przez magów, który na głowie, mimo tego, iż w pokoju było ciepło, naciągnięty miał kaptur – „A ja nazywam się Radagast.” Nazwisko pominę, bo nawet dla elfa było by zbyt trudne do wypowiedzenia.

Po całej serii pytań skierowanych do mnie o przeszłość, o to dlaczego się do nich przyłączyłem, i tak dalej, ja zadałem kilka pytań. Chodziło mi głównie o umiejętności przydatne w boju. Dowiedziałem się, że Ziriel całkiem sprawnie walczy sztyletem oraz, co mnie zdziwiło, upodobała sobie ciężką kuszę. Aby wybadać jej nastawienie do mnie wypaliłem z komplementem, że jeśli walczy tak dobrze jak jest piękna to nie chciałbym mieć jej za swojego przeciwnika. Ku mojemu zadowoleniu elfka przyjęła ten komplement gładko i widać było, że sprawiło jej to przyjemność. Din wykonuje swą robotę za sprawą ken-to, tesijskiego miecza, natomiast Radagast, co bardzo mnie zaintrygowało, okazał się specjalistą w dziedzinie nekromancji. Naprawdę ciekawa drużyna. Tego dnia dowiedziałem się też, że nie wyruszymy prędzej, niż za 2-3 miesiące. Nie chcąc mitrężyć czasu, od razu zaproponowałem Radagastowi wymianę zaklęć, ale ten odburknął tylko, że nie ma czasu i że może kiedyś. No cóż i tak bywa.

Dni mijały, a ja starałem się przebywać z nowymi kompanami jak najdłużej. W końcu w sumie z nudów zaproponowałem im, że mogę, jeśli tylko dadzą mi materiały, stworzyć dla nich jakieś przydatne pergaminy z zaklęciami i nauczyć ich jak tego używać. Zainteresowanie wykazali Ziriel i Din. Jak się okazało, dzięki mym umiejętnościom, Ziriel zaoszczędziła kupę pieniędzy i widać było, że darzy mnie coraz większą sympatią. Niedługo po tym jak stworzyłem dla niej pergamin „Teleportacji”, elfka wyruszyła z jego pomocą do elfiego lasu, Leredeonu. Miała tam dowiedzieć się czegoś na temat pogłosek o elfich walkach z siłami królewskimi. Din z dnia na dzień coraz bardziej przypominał mi Bagriela, a mimo to dosyć szybko pojmował me nauki. W ten sposób zdobyłem sobie mam nadzieję sympatię tych dwojga. Z Radagastem nie zamieniłem już ani słowa – nekromanta całe dnie spędzał na studiowaniu jakichś ksiąg. Skręcało mnie, by dowiedzieć się co to za księgi, lecz wiedziałem, że zbytnią ciekawością nie zdobędę sympatii. Cóż, oczekuję z niecierpliwością na to aż wyruszymy. Dawno nikogo nie wypatroszyłem, a muszę przyznać, że lubię to. O tak.