Tak więc dotarliśmy do Dirdighen. Tuż przed miastem zastała nas dziwna sytuacja. Ośka, nasz koń pociągowy, którego odkupiliśmy od przewoźnika przy Rzece Mgieł, podszedł do drzewa i zaczął kopać w ziemi kopytem. Nikt nie zwrócił na to uwagi, poza Dinem, który podszedł do tego miejsca, a chwilę później wiedziony ciekawością pomógł Ośce odgarnąć śnieg. Nie muszę pisać jakie ogarnęło nas zaskoczenie, gdy okazało się że pod warstwą śniegu znajduje się drewniana skrzynia. Gdy tylko Din ją zauważył zebraliśmy się wszyscy naokoło niej, a nasz wojownik zabrał się do rozbijania i podważania desek.
Po chwili naszym oczom ukazało się ciało jakiegoś mężczyzny. Ciało to było okaleczone, pozbawione głowy i nóg poniżej kolan. Nie wiedzieliśmy co o tym mamy myśleć i z zaciekawieniem kontynuowaliśmy oględziny. Przy zwłokach leżała karta do gry. Jak się okazało przedstawiała błazna, ale nie przypominaliśmy sobie żadnej organizacji, która w ten sposób zaznaczała by swoje działania… Gdy Din nieco wyciągnął ciało ze skrzyni, pod zwłokami, na dolnej części skrzyni, krwią napisane było słowo „ZŁODZIEJ”. Tak więc najprawdopodobniej natknęliśmy się na złodziejaszka, który zwinął o jeden przedmiot za dużo. Din przykrył ciało w miarę możliwości i zasypał śniegiem, a my ruszyliśmy dalej.
Do miasta zostało nam niecałe dwie godziny drogi. Po przybyciu na miejsce udaliśmy się do karczmy, w której nocowaliśmy podczas naszych poprzednich wizyt. Ja oczywiście udałem się do świątyni, aby przywitać się z przywódcą świątyni Maurusem i dowiedzieć się szczegółów na temat aktualnej sytuacji w naszym kościele. Na miejscu zastała mnie smutna wiadomość, ponieważ okazało się, że ponad rok temu, niedługo po opuszczeniu przeze mnie Dirdighen, Maurus odszedł z tego świata i został wezwany przed oblicze Lorsha. Jego zastępcą w świątyni został Maximus, który wcześniej zajmował stanowisko szefa wywiadu świątynnego.
Maximus był bardzo młody, bo miał około 25 lat, a jeszcze dwa lata temu był mi równy rangą. Było to znakomite osiągnięcie i wróżę karierę temu kapłanowi, tym bardziej, że aktualnie został kapłanem piątej rangi i zarządza świątynią w Dirdighen. Nasze spotkanie odbyło się w przyjaznej atmosferze, a jak się okazało Maximus był dobrze poinformowany o moich działaniach. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że nasze działania w Erdor i Genderburgu nie przeszły bez echa. W Erdor wierni po naszej wizycie znów się zorganizowali co zostało zauważone przez władze miasta. Niestety wraz z odnowieniem wiary naszych ludzi, odnowiły się represje wobec nich. Ja jednak wierzę, że wierni wytrzymają ciężkie chwile i być może zmienią układ sił kościołów w tym rejonie. Maximus opowiedział mi o pewnym elfie, który od kilku lat służy mu za szpiega i który zbierał informacje w tych miastach. Z jego słów wynikało, że elf ten, zwany Nandinem, posiada spore umiejętności i być może przydałby się w naszej drużynie. Po chwili zastanowienia zgodziłem się z nim i obiecałem, że z nim porozmawiam i jeśli nic nie będzie stało przeciwko, to wyruszy z nami w dalszą podróż.
Po rozmowie z Maximusem udałem się do karczmy „Rycerz Śmierci”, gdzie przebywał ten szpieg. Moje pierwsze wrażenie, gdy go zobaczyłem było rozczarowaniem… Po raz kolejny Lorsh stawia na mojej drodze jakiegoś magika z kolejnymi „mądrymi pomysłami” i chęcią niezależności. No cóż, widzę, że moja podróż po wieczną chwałę najeżona będzie kolejnymi kolcami. Zaprosiłem tego Nandina do naszej karczmy, aby poznała go reszta drużyny. Kolejną rzeczą, która mi się rzuciła w oczy, to jakaś przemożna chęć wywyższania się tego maga. Po wejściu do karczmy zaczął coś bełkotać o kiepskich warunkach, w których żyjemy i tego typu podobne bzdury. Wojownik nigdy by nie narzekał na pokój w karczmie, bo wie, że kolejny rok może przespać pod gołym niebem na polach bitew, natomiast te mięczaki, magowie, zwracają uwagę na takie pierdoły.
Po przedstawieniu się wszystkim Nandin opowiedział nieco o sobie. Jego opowieść nie wzbudziła zaufania wśród naszych kompanów, a wynikało z niej, że jest najemnym szpiegiem, który pracował już dla kilku organizacji i nie wiąże go z naszym kościołem żadna szczególna więź. Dodatkowo z jego wypowiedzi wynikało, że znalazł się w naszym kraju, ponieważ musiał uciekać przed kimś. Była to tak wpływowa osoba lub organizacja, że udał się w podróż trwającą kilka miesięcy i zaszedł aż na daleką Północ, do Tragonii. No, ale nie chciałem od początku wydawać wyroków i postanowiłem sprawdzić jak się będzie sprawował w naszych działaniach.
Ponieważ pogoda w dalszym ciągu była bardzo kiepska, postanowiłem, że zostaniemy w mieście do ocieplenia. Ziriel, gdy tylko usłyszała, że będziemy siedzieć w mieście tak długo, poinformowała mnie, że ma zamiar udać się do Leredeonu, aby zorientować się w sytuacji elfów. Aby to było możliwe Ziriel musiała zdobyć czar „Teleportacji”, aby przenieść się w okolice lasu elfów, ponieważ podróż lądowa mogłaby być dla niej zabójcza w tych temperaturach. W tym momencie po raz pierwszy pomógł Nandin, który zaproponował, że wykona taki pergamin dla niej.
W trakcie naszego pobytu w Dirdighen ja udałem się do świątyni w celu zdobywania wiedzy odnośnie tworzenia potężniejszych błogosławionych przedmiotów, natomiast Radagast studiował pozostałe po Gotreku czary. Din za to zaskoczył mnie całkowicie, ponieważ zgodził się na propozycję Nandina, który zaproponował mu naukę rzucania czarów z pergaminów. Mnie również to mag zaproponował, jednak sama myśl o tym bawiła mnie, więc grzecznie odmówiłem.
Po miesiącu czasu wróciła Ziriel i poinformowała nas o tym czego się dowiedziała w Leredeonie. Podobno elfy wcale nie wyruszyły zbrojnie z lasu, a te informacje, które krążą po kraju są plotkami i nieprawdziwymi informacjami. Komuś zależy na tym, aby spotęgować wrogość do elfów, a co za tym idzie to innych ras nieludzi. Zaczęliśmy się zastanawiać czy wiadomości o krasnoludach również nie należy włożyć między bajki. Jednak nie to było najważniejsze w jej wypowiedzi. Tknięty chyba palcem Lorsha zapytałem Ziriel, czy aby w tej sytuacji nie dostała dodatkowych zadań od swoich pobratymców, które być może kolidują z naszą misją. Ziriel zaprzeczyła jakoby takie zadania miała otrzymać teraz czy też w przyszłości, jednak jeden raz Wiedzący zwrócili się do niej z poleceniem. Polecenie to dotyczyło dołączenia do mnie w trakcie mojej podróży. Zdziwiło mnie to jaki interes miały elfy, aby prawie 9 lat temu kazać podróżować ze mną jednej ze swoich. Odpowiedź Ziriel uderzyła mnie niczym fala gorąca ze „Słupa Ognia” – według jej słów elfi Wiedzący uważają, że mogę być kapłanem Lorsha, o którym mówi ich przepowiednia. Wynika z niej, że kapłan Losha podróżujący z grupą awanturników zmieni bieg historii naszego kraju, a oni chcieli, aby Ziriel dołączyła do mnie i wspierała mnie w tych działaniach. Od razu po słowach Ziriel rozgorzała dyskusja na ten temat. Jednak ja już wiedziałem…
Nieuchronnie zbliżał się termin opuszczenia Dirdighen i przed wyjazdem udałem się do Maximusa, aby go poinformować, że opuszczam miasto. Maximus poprosił mnie jeszcze o jedną przysługę. Tak się składało, że kilka dni drogi od Dirdighen znajdują się 3 wioski, które należą do świątyni. Przy wioskach tych znajduje się strażnica i jeden z przebywających tam żołnierzy świątynnych przybył do miasta kilka dni temu na skraju wycieńczenia. Udało się tylko z niego wydusić, że coś niedobrego dzieje się w wioskach i tamtejszy kapłan prosi o pomoc. Maximus natychmiast wysłał tam oddział 12 wojowników, jednak nie był pewien czy ich zdolności wystarczą. Prośba dotyczyła tego, abyśmy po drodze wstąpili w te okolice i dopilnowali, aby w wioskach powrócił spokój.