Kronika

Kroniki XLIX: Kłopoty w Baronii Świątynnej

Goth bada anomalie w ziemiach Świątyni Kłów: zdeformowane ryby, zniknięcia ludzi, olbrzymie mrówki i trucizny spływające rzeką. Trop prowadzi do alchemika Xavera Storna na ziemiach barona Raiwiga, lecz nieudana misja magów zostawia więcej politycznego bałaganu niż rozwiązanych problemów.

2.05.2026 • Cad • Goth un Nathrek • Kroniki Gotha

W końcu wyruszyliśmy na szlak. Podczas podróży nie rozmawialiśmy zbyt wiele – ja zajęty byłem ostatnio rozmyślaniami o spadku jaki po sobie zostawię, a reszta drużyny zajęta swoimi problemami również nie była skora do rozmów. Droga nie była zbyt ciężka, jednak w dalszym ciągu zbyt wymagająca dla Radagasta, który podczas wieczornego odpoczynku poprosił mnie o modlitwę ochronną przed zimnem. Początkowo zastanawiałem się czy mu nie odmówić, aby nieco zahartował te słabe ciało, ale w końcu dałem się namówić. Nasz cel jest jeszcze daleko przed nami i nie chciałem znowu zostać opóźniony przez choroby.

Jeden fakt wywołał moje rozdrażnienie na szlaku – chodziło o naszego nowego towarzysza. Nandin, jak się okazało, nie miał własnego konia i zamiast jak każdy normalny człowiek zakupić takiego, postanowił, że będzie za nami LECIAŁ! Gdy to zobaczyłem, to mnie zatkało – jeszcze nie widziałem, aby jakakolwiek rozsądna osoba w ten sposób postępowała. No cóż, widocznie Lorsh postanowił przetestować moją cierpliwość w obliczu wydarzeń, w których udział weźmiemy. Zanim dotarliśmy do strażnicy, na szlaku byliśmy świadkami dziwnego zdarzenia. Podczas jednego z ostatnich postoi, na warcie usłyszeliśmy dziwne dźwięki w odległości kilkudziesięciu metrów od naszego obozu. Zdając sobie sprawę, że jesteśmy blisko niebezpiecznego terenu, poszliśmy wszyscy sprawdzić co się stało. Znaleźliśmy tam dziwną dziurę w ziemi, wyglądało to jakby olbrzymia gąsienica wydrążyła tunel do ziemi. Radagast przyglądał się temu chwilę, po czym wypowiedział słowa w języku magii i z jego dłoni wystrzeliły płomienie ognia, które stopiły leżący śnieg. Trochę mnie to zaskoczyło i zdenerwowało, że zadziałał bez ostrzeżenia nas o tym co zamierza robić, ale nie chciałem tracić czasu na kłótnie. Zajrzeliśmy w pogorzelisko i teraz już dobrze widzieliśmy jakiś zasypany tunel w ziemi. Din powiedział, że wróci się po saperkę, a my tymczasem czekaliśmy na niego. Nagle koło nas zmaterializowały się orki, które wyczarował sobie Nandin, a moje początkowe zdziwienie szybko ustąpiło wściekłości. Tego już było dla mnie za wiele, ruszyłem niczym taran w te istoty i w mgnieniu oka pozbawiłem je życia. Nandin coś tam mówił pod nosem, że będą za nas kopać w ziemi, jednak nie interesowało mnie to w żadnym wypadku. Rozejrzałem się po drużynie, która chyba była w lekkim szoku spowodowanym moim zachowaniem i odwróciłem się w kierunku naszego nowego towarzysza. Nie wdając się w większe wyjaśnienia powiedziałem, że drużyna, do której dołączył, to nie jest jakiś jarmark, że będzie nas raczył co kilka minut nową sztuczką. Jego lekceważące podejście do naszych poczynań mnie rozsierdziło niesamowicie i musiałem się powstrzymywać, aby nie ściąć jego głowy wraz z tym uśmieszkiem, który mu cały czas towarzyszy. Jakby tego było mało, moja „drużyna”, widząc rozgrywającą się scenę, nie stroniła od docinków. Cóż, wydaje mi się, że zbytnio ich przyzwyczaiłem do mocy Losha i uznali, że łaski, które na nich spływają, należą im się z racji ich zasług…

Po tej sprzeczce zostawiliśmy dziurę za sobą i ruszyliśmy dalej i wkrótce dotarliśmy do strażnicy, gdzie powitał mnie kapłan Alan. Zaprosił mnie do siebie, tymczasem reszta kompanii zakwaterowała się w gospodzie na terenie strażnicy. Z rozmowy z Alanem dowiedziałem się, że wydarzenia, o których wspomniał mi pobieżnie Maximus, mają miejsce od około miesiąca i dotyczą wszystkich wiosek znajdujących się na terenie świątynnym. W wiosce rybaków wieśniacy wyławiają dziwnie wyglądające ryby z dwoma głowami, czy też nienaturalnie duże. W wiosce ceglarzy natomiast od jakiegoś czasu giną ludzie. Po rozmowie z sierżantem, którego wysłał tu Maximus przed nami, ustaliłem, że następnego dnia udamy się na zwiad do wioski rybaków Turaj. W wiosce tej nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele wartościowych informacji, jednak z przeprowadzonych rozmów wywnioskowaliśmy, że przyczyną tych anomalii może być rzeka. Mnie jednak zastanawiało jak to możliwe, aby wydarzenia znad rzeki oddziaływały na wioskę ceglarzy, oddaloną o kilkanaście godzin drogi.

Wieczorem wróciliśmy do strażnicy, gdzie zastały nas niepokojące wieści. Okazało się, że partol wysłany na wschód, do wioski ceglarzy nie wrócił do strażnicy na noc. Postanowiliśmy to sprawdzić i w większej grupie udaliśmy się następnego poranka do wioski Merhen. Po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że grupa żołnierzy została zaatakowana przez jakieś nienaturalne istoty. Atak został przeprowadzony w nocy, gdy ci eskortowali grupę ceglarzy z pieca na bagnach, dlatego siepacze nie byli w stanie dobrze przyjrzeć się agresorom. Wywnioskowaliśmy z ich wypowiedzi, że mogły to być jakieś monstrualne pająki. Porozmawialiśmy z żołnierzami, a także obejrzeliśmy rany najciężej rannego, który miał ranę od ukąszenia. Na pierwszy rzut oka widziałem, że do rany dostała się trucizna. Po oględzinach pomodliłem się do Lorsha o neutralizację trucizny w ciele tego wojownika. Po mojej interwencji widziałem, że w tego powodu już nie umrze, jednak to czy całkiem zostanie wyleczony zależy już tylko od niego.

Ruszyliśmy razem z dwoma Siepaczami sprawdzić miejsce zasadzki. Na miejscu Ziriel i Din sprawdzali ślady, a my rozglądaliśmy się po okolicy. Naszym tropicielom udało się znaleźć ślad prowadzący na południe, więc ruszyliśmy tym tropem. Powoli zaczęło się ściemniać i moja nadzieja na znalezienie kryjówki tych istot malała. Po trzech godzinach musiałem się poddać i postanowiliśmy, że z rana ruszymy konno znalezionym przez nas tropem. Wróciliśmy do wioski i przedstawiłem swój plan sierżantowi Siepaczy. On i jeszcze jeden z wojowników mieli ruszyć z nami, natomiast reszta wojowników miała zostać w wiosce i będzie dbać o spokój mieszkańców.

Nasz trop nieustannie prowadził w kierunku Wzgórz Upadłych Serc na południu i baronii Raiwigów. Domyślałem się już, że nasz sąsiad jednak ma coś wspólnego z wydarzeniami tutejszych ziem i zastanawiałem się w jaki sposób mogę ten problem rozwiązać. Nie chciałem być odpowiedzialny za pogorszenie stosunków z baronem, ale nie widziałem sposobu, aby to załatwić drogą negocjacji, tym bardziej z tą rozwrzeszczaną gromadą przy boku… Moje przemyślenia zostały przerwane przez Ziriel, która zauważyła, że rzeka, wzdłuż której podróżowaliśmy, była dziwnie zanieczyszczona. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że w jednym miejscu, gdzie było większe rozlewisko i woda płynęła wolniej, przy brzegach zebrała się dziwna piana. W samej rzece zresztą zauważyliśmy ryby o zdeformowanym kształcie. Coraz bardziej upewnialiśmy się, że baron ma z tym coś wspólnego.

Przyśpieszyliśmy kroku, aby czym prędzej dostać się na jego ziemie i sprawdzić co tak naprawdę się dzieje. Gdy już się ściemniało, na szlaku spotkała nas kolejna niespodzianka. Na jednym ze wzgórz zauważyłem istotę o posturze przerośniętej mrówki. Istota ta, gdy tylko nas zobaczyła, ruszyła w naszym kierunku. Tuż za nią podążało jeszcze kilka takich monstrów. Nie wiem czy istoty te kiedyś brały udział w walce z dobrymi wojownikami, ale tego chyba się nie spodziewały. W jednej chwili z nieba posypał się na nie grad piorunów, ognia i lodu. Tylko nielicznym udało się przejść przez ten szturm, jednak te istoty, które się przedarły, zginęły od naszej broni. Nie wiedziałem czy była to jedyna grupa w tej okolicy, więc wysłałem Radagasta na rekonesans. Okazało się, że mamy dwie godziny do strażnicy barona, więc nie było sensu udawać się tam w nocy. Wycofaliśmy się nieco i rozbiliśmy obóz.

Z rana kontynuowaliśmy naszą podróż za śladami, jednak to co zobaczyliśmy zaskoczyło nas wszystkich. Kilka kilometrów dalej, nieco z boku szlaku znaleźliśmy jamę, z której wyszło więcej takich istot. Wyglądało to tak, jakby te istoty były rzeczywiście olbrzymimi mrówkami i budowały pod ziemią gigantyczne mrowisko. Wysłałem Nandina i Radagasta, aby sprawdzili okoliczne tereny między wzgórzami. Gdy wrócili, upewniliśmy się w naszych podejrzeniach. Na całym tym terenie znajdowały się jamy, z których wyłaziły mrówki i znosiły materiały i jedzenie do podziemnych tuneli. Nie było większego sensu atakować tych istot, ponieważ ważniejsze było znalezienie przyczyny tych mutacji, a nie ich skutku.

Ruszyliśmy w kierunku strażnicy granicznej baronii Raiwigów. W dwóch grupach przedostaliśmy się przez strażnicę, aby nie wzbudzać podejrzeń wśród stacjonujących tam żołnierzy. Okazało się, że dwie godziny dalej znajdowała się wioska, do której niedawno przybył alchemik Xaver Storn. Alchemik ten podobno (wynikało to z opowieści wcześniej spotkanych strażników) został ściągnięty przez barona, aby opracował miksturę, która wyleczy jego chorego psychicznie syna. Baron nadał mu tytuł szlachecki i podarował jedną z wiosek, wraz ze znajdującym się tam młynem. Alchemik przebudował młyn na wieżę i zrobił z niej swoje lokum. Oficjalnie nikt nam nie powiedział, że alchemik próbował wyleczyć syna barona – poskładaliśmy wszystkie informacje, które posiadaliśmy i wszystko na to po prostu wskazywało.

Wysłałem Nandina i Ziriel, aby przyjrzeli się temu bliżej i po ich powrocie mieliśmy pewność co do całej sytuacji. Alchemik ten tworzył w swojej wieży jakieś mikstury, a nieudane eksperymenty wylewał do rzeki… Tak więc wszystko było jasne, oprócz tego w jaki sposób zareagować. Moi kompani chcieli ruszyć zbrojnie na alchemika, ja jednak wiedziałem, że nie jest to dobry pomysł. Od razu rozpoczęły by się plotki, że bez przyczyny zaatakowaliśmy wioskę tutejszego władcy i świątynia miałaby problemy. Ja obstawałem raczej za tym, aby spróbować porozumieć się z baronem i zmusić go na drodze dyplomacji do zajęcia się tym alchemikiem. Jednak nie byłem pewien jakie są dokładnie stosunki barona z Maximusem więc postanowiłem, że Nandin uda się za pomocą magii do Dirdighen i przekaże zebrane przez nas wieści.

Okazało się, że to była mądra decyzja, gdyż Maximus ostrzegł mnie przed wizytą u barona. Chodzą słuchy, że ten już całkiem oszalał i w amoku mógłby spróbować mnie zabić. Co do moich dalszych działań Maximus zdał się na mnie, więc postanowiłem, że opuścimy ziemie barona po to, by nie łączono nas z wydarzeniami jakie rozegrają się tu za kilka dni. Gdy wracaliśmy do naszej strażnicy, omówiłem z Radagastem i Nandinem plan, według którego mają wrócić i zabić tego nieszczęsnego alchemika. My natomiast spokojnie przygotowywaliśmy się do dalszej podróży do Miasta Mgieł. Wieczorem jeszcze wzmocniłem odporność Radagasta i magowie za pomocą teleportu ruszyli…

Nieco podenerwowani czekaliśmy na ich powrót, jednak kiedy to się w końcu stało, a było to następnego dnia przed południem, wieści, które usłyszeliśmy, spowodowały, że opadły mi ręce. Nasi kompani niestety nie byli w stanie zabić alchemika, ponieważ ten im w trakcie forsowania „młyna” uciekł. Niestety cała ich moc nie wystarczyła do zatrzymania jednego człowieka na koniu… Jakby tego było mało, wracając z pościgu, Nandin i Radagast napotkali kolejny problem, jakim byli mieszkańcy wioski. Ci, będąc najprawdopodobniej pod wpływem alchemika, zaatakowali ich. Oczywiście stając naprzeciw wieśniaków magowie poczuli swoją potęgę i pozabijali tych nędzników. Opowiadając te wydarzenia mieli twarze przepełnione dumą ze swoich działań, nie dostrzegając, że zawalili dosłownie wszystko po co wyruszyli. Czym dłużej słuchałem ich słów, tym bardziej wzbierała we mnie wściekłość, jednak przypomniałem sobie o wizji i uspokoiłem się. Każdy, nawet najbardziej tępy nóż, znajdzie kiedyś swoje zastosowanie… Z wieży magowie wynieśli raptem kilka ksiąg i pergaminów. Jeden mnie zaciekawił, gdyż zawierał listę zleceń alchemika. Odesłałem go do Maximusa, ponieważ wiedza ta mogła mu się przydać podczas prób zdyskredytowania tego szczura. Wieści, o których donieśli mi niedoszli zamachowcy, przekazałem osobiście Maximusowi, wykorzystując rytuał Dysputy, jednak po jego wykonaniu byłem wykończony i postanowiłem, że wyruszymy w podróż dopiero następnego dnia.

Szlak był rozmokły, gdyż zima wycofywała się na szczyty gór, odsłaniając brud nizinnych krain. W trakcie tej podróży postanowiłem rozpocząć szkolenie mojego rumaka, aby przyzwyczaić go do korzystania z mocy Losha, umożliwiającej „Chodzenie w Powietrzu”.

Na jednym z postojów poruszyłem jeszcze problem jaki napotkamy po przybyciu do Miasta Mgieł – mianowicie nie ustaliliśmy wcześniej w jaki sposób zachowamy się przy Mordroklu. Od razu wybuchła gorąca dyskusja, której przysłuchiwał się Nandin, więc udzieliłem mu pobieżnych informacji na temat naszego najbliższego celu. Nie ufałem mu i nie chciałem zdradzać więcej niż jest to konieczne. Koniec końców ustaliliśmy, że nie ma co ukrywać naszych informacji, gdyż może to tyki opóźniać nasz cel.

Gdy już myślałem, że dotrzemy do Miasta Mgieł nie niepokojeni przez wrogie istoty, na jednej z moich wart, z lasu przez który przechodziliśmy, zaatakowały nas Ettiny. Te dwugłowe istoty mają 3 metry wysokości i posiadają ogromną siłę w swoich ramionach, w których dzierżą zwykle maczugi. Walka, którą stoczyliśmy, była niezwykle wyczerpująca i tylko dzięki moim nowym mocom, którymi obdarzył mnie Lorsh, udało mi się powstrzymać szarżę Ettinów, gdy moi kompani się zbierali ze słodkiego snu. Niestety Din pod koniec walki zagapił się i otrzymał potężne uderzenie maczugą. Zaraz po walce podszedłem do niego i modliłem się wraz z Ziriel o uleczenie jego ran. Nie jestem pewien czy moja moc jest wystarczająca do uleczenia tych obrażeń, ale spróbowałem…