Kronika

Kroniki XXXVIII: Kłopoty w Baronii Świątynnej

Baronii Świątynnej zagrażają zatruta woda, zmutowane ryby, poronienia i olbrzymie owady, a trop prowadzi ku alchemikowi Xaverowi Stornowi. Radagast coraz ostrzej ściera się z Gothem, gdy śledztwo wśród polityki, kopalni i starego młyna wymaga dyskrecji zamiast świętej pewności.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Piętnastego marca ruszyliśmy z miasta. Mimo iż śnieg zaczął topnieć, a opady zelżały, dla mnie temperatura dalej była niska, a pogoda groźna. Jednak nasz kapłan postanowił zaprzestać chronienia nas przed zimnem, dlatego każda godzina podróży była ciężka, zimna i męcząca. Naszym celem były trzy wioski blisko od siebie rozmieszczone, w których miały ponoć dziać się dziwne rzeczy, a ludzie mieli ginąć… Wioska Merhen była głównym źródłem dochodu dla świątyni, ponieważ wydobywana w jej okolicy glina służyła do wytwarzenia cegieł, które zwyczajnie były sprzedawane jako materiał budulcowy. Pozostałe dwie wioski, Koh i Turaj, które leżały nad Jeziorem Słodkim, prawie dzień drogi od Merhen, były skupiskami rybaków. Całością opiekował się Wtajemniczony Lorsha (kapłan II rangi), Alan, który przebywał w strażnicy wraz ze stałym oddziałem żołnierzy Wilka.

Dni podróży mijały i pogoda stawała się dla mnie coraz większym wrogiem. Noce były jeszcze gorsze… Widziałem, że Ziriel i Din również źle znoszą taką temperaturę, ale Goth cały czas twierdził, że jest już ciepło i nie potrzebujemy ochrony Lorsha. „Co nas nie zabije, to tylko wzmocni…!” grzmiały słowa kapłana, ale czułem, że kaszel i katar coraz to bardziej mnie dotykają. W końcu poprosiłem Gotha, aby dla mnie zrobił wyjątek i przypomniałem mu, jak ostatnio skończyły się moje podróże zimą… Zgodził się chronić mnie przed zimnem tylko nocami, ale i to wystarczało, żeby podróż była mniej groźna i łatwiejsza.

Mijały dni, a my powoli wkroczyliśmy na tereny bardziej niebezpieczne, tak więc postanowiliśmy pełnić nocami wspólne warty. Podczas jednej z takich nocy zagadnąłem Gotha w sprawie świątyni w Mieście Mgieł i ostatniego amuletu Arianne, który postanowiliśmy wcześniej odzyskać. Uświadomiłem mu, że teraz dysponuję większą mocą i możliwościami, żeby akcja przebiegła z powodzeniem, ale Goth zdecydował zaczekać na rozwój zdarzeń i zastanowić się nad tym później. Drugą, interesującą rozmowę na osobności odbyłem z Ziriel, która sama o nią poprosiła… Elfka pokazała mi zgnite i zaschnięte białe jabłko, które ponoć dawno temu zerwała z drzewa, które żyło i ich zaatakowało. Było to na jednej z ich wcześniejszych wypraw, dobrych kilka lat temu, więc zdziwiłem się, że owoc ten, zwyczajnie się nie rozłożył… Ponoć takie jabłka sprzedawano tamtejszym mieszkańcom, bo miały właściwości lecznicze, ale przez te wszystkie lata podróży Ziriel zapomniała o tym, że nosi je w torbie i drużyna zapomniała go zbadać … No cóż, niewiele brakuje mi, aby do końca zgłębić alchemię, więc wziąłem owoc, utkałem nań „Konserwację” i obiecałem, że przy najbliższej okazji zbadam jego „właściwości”…

Kilka dni później dotarliśmy na tereny blisko Jeziora Słodkiego, więc do strażnicy nie dzieliła nas już daleka droga. Ostatnią noc przed nią, spędziliśmy więc na szlaku. Rankiem zastałem wszystkich kilkadziesiąt metrów od obozowiska. Stali nad dziwnie przysypanym śniegiem, lejem w ziemi… Wyglądało to tak, jakby gleba zapadała się do wewnątrz, a całość pokrywał puszysty śnieg, który prószył całą noc. Ziriel z Dinem zaczęli uważnie przeczesywać okolicę leju i nieopodal znaleźli ślady. Istota musiała być duża, bo wielkość trzech pazurów była imponująca. Wszyscy zgodziliśmy się, że owy stwór musiał grzebać w ziemi, albo niczym kret kopać tunele, bo wtedy tłumaczyłoby to wielkość i jakość leju. Elfka pobiegła do namiotu po łopatkę, ale nie miałem zamiaru czekać aż rozgrzebią śnieg i będą kopać w zamarzniętej ziemi, więc utkałem „Płomienie Agannazara” i skierowałem wiązkę w lej. Teraz staliśmy przed ewidentną dziurą, którą coś rozgrzebało od środka.

Kiedy Ziriel wracała spokojnie z łopatą, Nandin zaczął tkać zaklęcie… Stała się wówczas rzecz, której nigdy bym nie przewidział, choć…, jak teraz myślę, mógłbym, bo w końcu to nie pierwszy raz, kiedy co poniektórzy zachowali się nieobliczalnie i chaotycznie… Elfka wróciła z łopatą i w tym samym czasie elf zakończył czar. „Przywołanie Potwora” sprowadziło do nas trzech orków, którym Nandin nakazał schować broń i rozkazał rozkopać w leju… Byłem spokojny, bo od razu, mimo iż nie posiadam tego zaklęcia, rozpoznałem jego formułę i sposób rzucania. Domyślałem się też, że elf raczej nie ma zamiaru skierować orków przeciw nam, tylko wykorzystać do pracy. W końcu z nieumarłymi zrobiłbym to samo… Jednak nie wszyscy pojęli jego intencje i totalnie stracili rozum, jeśli w ogóle go używali tego ranka…

„Zabić Orki!” – rozgrzmiał głos kapłana. „Spokojnie, to tylko sługusy…” – elf starał się uspokoić spanikowanego Gotha. Din stał spokojnie, ufając chyba mojemu osądowi, kiedy powiedziałem, że Nandin tylko wykorzystał zaklęcie, żeby orki kopały za nas i nic nam nie grozi. Niestety kapłan, jak zwykle ostatnio, kompletnie oszalał z paniki i wściekłości, a Ziriel, standardowo zresztą, puściła się ślepo za nim w to szaleństwo… Sekundy mijały, a uspokojenie ich obaw nie pomogło. „Zabij ich Ziriel!” – grzmiał Goth i wyciągnął topór. Nerwy w tym szaleństwie też chyba puściły elfowi, który przez zęby wypalił – „Sam się lepiej zabij, kapłanie!”…

Muszę przyznać, że słowa te totalnie mnie zaskoczyły i sparaliżowały. Przez te lata zdążyłem się już przyzwyczaić, że obojętne, czy Goth zachowuje się jak idiota, czy może jak mędrzec, obraza jego jestestwa, może skończyć się nawet śmiercią dla obrażającego. Zobaczyłem wściekłe spojrzenie kapłana i usłyszałem, jak wznosi modlitwę. „Teraz przesadziłeś…” – wyszeptałem do Nandina i odsunąłem się od nich, na „bezpieczną odległość”. Goth zakończył modlitwę i „Słup Ognia” strzelił z góry na zaskoczone, niczemu winne orki… Nie trwało to dłużej niż kilka chwil, kiedy kapłan dokończył co zaczął i silnymi cięciami rozpłatał ciężko popalone orki… Wtedy dopiero zaczęła się kłótnia…

Goth krzyczał na całe gardło o „zasadach” panujących w drużynie, tym samym uświadamiając elfowi, że nie jest w ogóle pełnoprawnym jej członkiem. Ten z kolei próbował przekrzyczeć go, tłumacząc, że skoro może mieć sługi i obrońców, to nie będzie sobie brudził rąk kopaniem w ziemi. Ogólnie śmiałem się pod kapturem, bo rozbawiła mnie cała ta sytuacja. W końcu nie wytrzymałem i pierwszy raz wstawiłem się za elfem… Znając naturę czaru i moc drzemiącą w magii i jej możliwości, nie mogłem słuchać prymitywnych i zaściankowych argumentów Ziriel i Gotha, względem rzucania czarów. Nie mogłem też zgodzić się na to, iż według nich, czarodzieje powinni „ostrzegać” resztę drużyny, przed jakimkolwiek przywoływaniem… No cóż, większych bzdur i idiotyzmów nie słyszałem! Spokojnym już tonem, próbowałem wytłumaczyć im znaczenie takich czarów i zastosowanie ich w praktyce, ale z „ciemnogrodem o alchemii” nie porozmawiasz…

Nie było sensu kontynuowania dalszej „rozmowy”, więc szybko wróciliśmy na szlak i 2 godziny później dotarliśmy na miejsce. Strażnica była niewielka, otoczona kamiennym i starym murem, a za nim mieściło się kilka budynków gospodarczych i budynek strażniczy. Przywitał nas kapłan drugiej rangi, Alan, tamtejszy zarządca i opiekun trzech wiosek, należących pod protektorat kościoła Lorsha. Od razu poprosił Gotha na osobności, a nam przydzielił żołnierza, jako hmm… opiekuna…? Ten oprowadził nas po strażnicy, aż w końcu wylądowaliśmy w karczmie. Z uwagi na to, iż gospodarz był z wizytą w wiosce, gdzie pojechał z kilkoma żołnierzami po zapasy, i przyjechać miał wieczorem, żołnierz zajął nas opowieściami o tamtejszych wydarzeniach.

Prócz śmiesznych historii o ataku olbrzymich stonóg, niczego konkretnego człek ten nie wybełkotał. Po południu wrócił Goth i kiedy zostaliśmy sami w pokoju, ze słomą zamiast łóżek, kapłan streścił nam przebieg swojej rozmowy z Alanem. Potwierdził plotki o olbrzymich stonogach i o tym, że rybacy wyławiają zmutowane ryby. Kobiety rodzą martwe dzieci, albo upośledzone, co wcześniej w ogóle się nie zdarzało… Ogólnie zaczęły dziać się tam niewyjaśnione i tajemnicze zjawiska…

Po kilku chwilach wszedł do karczmy żołnierz Wilka, niejaki Oleg, który na własne oczy widział owe olbrzymie stonogi. Jednak widok Gotha, kapłana czwartej rangi, wprawił prostego woja w zakłopotanie i ten zwyczajnie zapomniał, jak się mówi… Zostawił nam tylko słomę, zamiast posłania i poszedł. Po kilku godzinach, po zmroku, przyszedł Alan, który na prośbę Gotha przyniósł nam posążek Lorsha do modlitwy. Figura ta to ponoć lokalna relikwia, pobłogosławiona w samej Świątyni Kłów w Dirdighen. Krótka to była wizyta, a po niej, kiedy akolita wyszedł, Goth zaczął ponownie rozmowę z Nandinem o wcześniejszym przywołaniu…

Tym razem kapłan spokojnie wyjaśnił elfowi swój ówczesny gniew i panikę, tłumacząc wydarzenia z przeszłości, kiedy to nas wykorzystano jako „potwory” w zaklęciu „Przywołania Potwora”. Powiedział, że prawie przez to zginął i tylko za sprawą woli boga, przeżył…!! Prawie piorun mnie trafił, gdy to usłyszałem! Znowu przypomniał mi dawnego Gotha, butnego, aroganckiego i niewdzięcznego! Zawrzało we mnie, ale tym razem nie miałem sił i zamiaru kłócić się z bezczelnym kapłanem o tamte wydarzenia i przypominać mu nawet dla niego bolesne fakty…! W milczeniu i złości wyszedłem z pokoju, aby w zaciszu przeczekać, aż kapłan zakończy swoje „opowieści”…

Niestety, kiedy wróciłem, oni dalej się kłócili i przemądrzali argumentami, więc usiadłem w kącie pokoju i w milczeniu czekałem na zakończenie. Widziałem po minach Dina i Ziriel, że rozumieją moją frustrację i gniew, bo przecież dobrze znali tamte wydarzenia i wiedzieli, jaka była prawda o uratowaniu niewdzięcznego kapłana. Ale chyba również dla świętego spokoju nie wtrącali się do burzliwej dysputy. Nandin też zauważył, że słowa kapłana i jego argumenty musiały być nieprawdziwe, albo mało przekonujące, bo skojarzył naszą, moją, reakcję na nie. Wypomniał to kapłanowi, ale ten zaślepiony swoim „bezgrzesznym i przykładnym” zachowaniem, nie zwracał na to uwagi… W końcu kłótnia skończyła się i zapadła cisza… Myślę, że nie doszli do kompromisu i zrozumienia…

Po kilku godzinach, pod wieczór, do oberży wrócił karczmarz w obstawie czterech zbrojnych. Kiedy gospodarz w końcu przygotowywał nam jedzenie, jeden z żołnierzy pobiegł po sierżanta z oddziału Maximusa. Sierżant Świątynny Vark szybko zjawił się na prośbę Gotha. Niczego specjalnego nie dowiedzieliśmy się, więc kapłan ustalił z nim, że ten wyśle na drugi dzień kilku ludzi do Koh, w celu odnalezienia lejów w ziemi i sprawdzenia wszelakich dziwnych wydarzeń, a my pojedziemy do Turaj.

Rankiem wszyscy zebraliśmy się w gospodzie. Sierżant wyznaczył nam jeszcze dwóch żołnierzy do pomocy, a sam posłał kilku innych do Koh. Znowu wybuchła kłótnia, tym razem o bzdurę większą niźli wcześniej i to pomiędzy Dinem i jak zwykle Gothem… Pokłócili się o brak koni dla dwóch żołnierzy i zdaniem Dina, miało nas to sporo opóźnić… Byłem bardzo zdziwiony wybuchem złości naszego woja, bo zachował się jakbym nigdy, podczas naszych wędrówek, nie przywoływał wierzchowców…! Dodatkowo w złości na „zachowanie” Gotha, Din zaczął wulgarnie wypowiadać się o żołnierzach i wyzywać ich, jakby byli wszystkiemu winni…! Po raz kolejny zachowanie członków mej drużyny zalazło mi za skórę i po raz kolejny nie mogłem tego słuchać. Wyszedłem na zewnątrz, aby na przekór Dinowi, przyzwać dwa wierzchowce…

Nie minęła chwila, kiedy za mną wypadł Din i skierował się do stajni po konia. Za nim wybiegła Ziriel i zaczęli głośno rozmawiać. Okazało się, że w złości wojownik postanowił opuścić naszą drużynę i samemu ruszyć do Miasta Mgieł. Kłótnia z aroganckim Gothem doprowadziła go do tak skrajnych postanowień, a elfka próbowała mu wytłumaczyć jego błędne myślenie. Nie mogłem się wtrącić, bo tkałem „Wierzchowca”, ale uważnie przysłuchiwałem się dwójce przyjaciół. Din twierdził, że Goth stał się nie do zniesienia i dłużej nie da się z nim podróżować… Nie powiem, że również tak uważam, ale akurat w tym przypadku stanąłem w obronie kapłana. Kiedy skończyłem przywoływać dwa konie, wsparłem Ziriel w przekonywaniu Dina do zaniechania tak nieprzemyślanej decyzji…

Faktem się stało, że Goth zaczyna niestety przypominać dawnego siebie, a szczególnie z chwil, kiedy został kapłanem czwartej rangi. Wówczas jego butności i arogancji nie było końca. Jednak teraz próbowałem wytłumaczyć Dinowi, że lata przebywania z nim, nauczyły, nawet mnie, pewnego rodzaju stonowanego „szacunku i pokory” wobec kapłana. Szczególnie, kiedy przebywamy na terenie świątyni, albo w towarzystwie innych wyznawców Lorsha… Wtedy to właśnie jemu należny jest odpowiedni szacunek, aby nie podważać w obecności innych jego autorytetu. I jeśli jest sprawa pomiędzy nami, wewnętrznie w drużynie, to załatwiamy ją po cichu, po przyjacielsku, w naszej grupie. Nie obnosimy się z tym na całe gardło, pyskując i wyzywając go przy innych. Poza tym, przypomniałem Dinowi, że moce jakie posiadam zawsze dawały mi możliwość przyzwania wierzchowca i nie rozumiem dlaczego zrobił z niczego taką kłótnię…? W każdym razie udało mi się uspokoić jego nerwy i całą sytuację, oraz odwieść go od odłączenia się od nas…

Po kilku następnych chwilach na plac przed gospodę wyszli pozostali. Dwóch żołnierzy było najwyraźniej zadowolonych z koni, więc szybko ruszyliśmy na szlak. Oczywiście znowu Nandin dał upust swej upartości i stwierdził, że skoro przywoływanie tak drażni Gotha, to on obejdzie się bez konia i utkał na siebie „Latanie”!! Nie miałem już sił… Kapłan też się nie odezwał na popisy elfa, pokiwał z dezaprobatą głową i dał sobie spokój z komentarzami…

Turaj okazała się biedną i malutką wioską. Od razu udaliśmy się do sołtysa, mistrza Jana Piwowara. Niestety zbytnio nam nie pomógł, bo zwyczajnie okazał się być tępakiem i typowym wieśniakiem… Zaprowadził nas do Aliny, tutejszej znachorki, która odbierała porody. Nakazałem też wezwać do nas jego kuzyna, którego w rękę ugryzł olbrzymi pstrąg…! Stara baba, Alina, powiedziała, że dziecko urodziło się martwe, bez ręki i oka, a grymas malucha był „…jakby go demon zrobił!”. Powiedziała też, że coraz więcej ludzi we wsi ma „…liszaje na dupie i krostów pełno!”, a wcześniej nie było takich przypadków… Jak zwykle głupie wieśniaki nic a nic nam nie pomogli i niczego wartościowego nam o dziwnych wypadkach nie przekazali. W końcu przyszedł Henryk, kuzyn sołtysa, i pokazał ugryzioną rękę. Ponoć pstrąg był olbrzymi, czerwony i miał wielkie zęby. Niestety idioci zabili go i z powrotem wrzucili w przerębel, z którego go wyłowili! Nie pomyśleli, że może być on jednym z nosicieli owych dziwnych i tajemniczych przypadłości… Rany i obrzęk na ręce wieśniaka były już zaawansowane i wskazywały na gangrenę. Pomyślałem, że pewnikiem wkrótce idiota ją straci. Zaprowadził nas jeszcze do kosza ze złowionymi rybami, o których opowiadał. Faktycznie, trzy ryby były mocno zmutowane i wyglądały dla mnie na niejadalne, ale najwyraźniej, prócz ryb, ci wieśniacy nie mieli niczego innego do jedzenia… Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że źródłem „skażenia” okolic i jeziora, jest rzeka, która doń wpływa.

Późnym wieczorem wróciliśmy do strażnicy. Okazało się, że oddział z Merhen nie wrócił na noc – dowódca oddziału przysłał tylko jednego żołnierza, żeby złożył raport sierżantowi. Dowiedzieliśmy się, że żołnierze zostali w wiosce ceglarzy jako wsparcie, ponieważ coś napadało na jej mieszkańców i prace przy wyrobie cegieł musiałyby zostać wstrzymane. Ponoć Merhen zaatakowały olbrzymie pająki, tak więc okazało się, że mutacje rozeszły się po znacznym obszarze i wpłynęły na owady i zwierzęta również w tamtych okolicach. Poprosiliśmy Alana o mapę tych terenów. Zapytaliśmy też o barona z rodu Raiwigów, którego tereny leżą na południu od włości kościoła Lorsha. Według Gotha i Alana ów szlachcic nie mógłby sabotować tych okolic, zatruwając rzeki itp., ponieważ nie „ośmieliłby się”, mimo iż Merhen zarabia na wyrobie cegieł, które później sprzedaje między innymi jemu…

Wsparci oddziałem Wilków prowadzonych przez sierżanta, rankiem następnego dnia ruszyliśmy do Merhen. Żołnierze całą drogę biegli za nami, słabnąc z kilometra na kilometr. Jednak dyscyplina i twarde charaktery wojowników Lorsha nie pozwalały im na słowa skargi, czy niezadowolenia. Tyle, że głupota ta miała olbrzymi minus – wojownik, po tak ogromnym wysiłku, na niewiele zdałby się w walce… Widać, że ani sierżant, ani Goth nie zauważali absurdu takich rozkazów…

W wiosce wyszli nam na spotkanie ranni żołnierze, którzy zostali tam do obrony na noc. Niestety nie znaleźli ciał ceglarzy, ani martwych kompanów. Postanowiliśmy udać się na bagna, gdzie nastąpił atak olbrzymich pająków…

Po krótkim rozeznaniu poszliśmy do chatki tutejszego znachora, który opiekował się rannym siepaczem. Ze słów Ergona, sołtysa Merhen, wynikało, że został on pogryziony przez owe olbrzymie pająki i opryskany nieznanym kwasem. Spokojnie, całą drużyną, weszliśmy do ubogiej i zaniedbanej chatki starego chłopa. Ten akuratnie siedział nad rannym i zmywał z niego pot, zabrudzoną szmatą… Jako, iż nie obca mi jest sztuka medyczna i znajomość ludzkiego ciała, usiadłem przy majaczącym żołnierzu i zacząłem dokładniej przyglądać się jego ranom. Faktycznie na plecach i barku były rany kłute i cięte, które wskazywały na olbrzymiego pająka, dodatkowo ranny miał mocno poparzoną skórę, jakby od żrącej cieczy, albo wrzątku… Jego zbroja przeżarta była przez pewien kwas, co pasowało do ran na skórze, ale nie mieliśmy pojęcia, jakie zwierzę mogłoby to zrobić…

Postanowiliśmy ruszyć w końcu na miejsce ataku. Wraz z nami poszło dwóch siepaczy, którzy wtenczas zostali napadnięci przez owe pająki. Widać było po nich, że nie bardzo skorzy są do powrotu w tamto miejsce, tym bardziej, że zaczęło się ściemniać, ale wystarczył rozkaz Gotha, żeby wymusić na nich dyscyplinę… Po kilku kilometrach wolnego i ostrożnego spaceru doszliśmy na miejsce ataku.

Bagna były dość ponurym i ciemnym miejscem. Drzewa pokryte były zmurszałą korą i wilgotnym, brudnym mchem. Nie były gęsto rozsiane, ale i tak zakrywały i ścieśniały otoczenie. Wokół naszych stóp ziemia i trawa, zatapiały się w wodnistym terenie, a gdzieniegdzie widać było duże, ciemne kałuże błotnistej wody. Din i Ziriel zaczęli przeszukiwać teren. Ja, na wszelki wypadek i też dla wygody dalszego brnięcia przez bagna, rzuciłem na siebie „Latanie”. Po kilkunastu minutach elfka wpadła na trop wiodący w głąb ciemnego lasu. Idąc tym tropem natrafiliśmy na racicę sarny, która mocno tkwiła w błotnistej ziemi. Spojrzeliśmy po sobie, bo wiedzieliśmy, że owe „stwory” muszą mieć silne szczęki lub odnóża, żeby odciąć nogę tak dużemu zwierzęciu. Dodatkowo musiały od tego miejsca ciągnąć ze sobą martwe zwierzę, bo na to wskazywały dalsze ślady. Kilkadziesiąt metrów dalej dotarliśmy do wysepki położonej na środku malutkiego, bagiennego rozlewiska. Tu śladów nasi tropiciele znaleźli więcej, co oznaczało, że osobników było kilku…

Powoli zaczęło się ściemniać, więc utkałem dla nas „Światło”, a Goth obdarzył elfkę „Chodzeniem w powietrzu”. Ta założyła Maskę Widzenia w Ciemnościach i ruszyła przodem za śladami. Po kilku godzinach wyszliśmy z lasu, gdzieś na południu od wioski Merhen. Jej nocne światła majaczyły z dala. Wiedzieliśmy, że w pewnym sensie zakręciliśmy koło, ale twardo postanowiliśmy iść śladami tajemniczych stworzeń. Koło 21, kiedy mróz dawał mi się we znaki, poprosiłem kapłana o wsparcie. Wtedy to Goth zdecydował, że wrócimy w to miejsce następnego dnia, kiedy sowicie wypoczniemy. Nie będziemy już kluczyć, tylko z wioski ruszymy na południe, do miejsca, w którym dzisiaj skończyliśmy tropić.

Rankiem, przed wyruszeniem na dalsze tropienie, poszliśmy do wielkiego pieca, przy którym stali sierżant i sołtys Merhen. Ergon zapytany o ślady i napaść stwierdził, że sprawcami są olbrzymie pająki, których ataków nie przeżywa nikt… Wspomniał też o niejakich Riskach, stworzeniach z mackami, ale zamieszkujących tylko bagna i Garrelach, duchach, które szukają zemsty i mordują nieostrożnych… No cóż…

Na prośbę kapłana wsparłem towarzyszącemu nam siepacza „Wierzchowcem” i ruszyliśmy na południe, przygotowani i zaopatrzeni na cztery najbliższe dni. Trop podjęliśmy bez problemu. Prowadził wzdłuż wzgórz, w kierunku rzeki, która w końcowym spływie wpadała do Jeziora Słodkiego, przy wioskach Turaj i Koh. W końcu zeszliśmy głębiej na wzgórza, a szlak wraz z tropem olbrzymich stworzeń wiódł nas urwiskiem. Po kilkuset metrach doszliśmy do wielkiej kałuży krwi, z której wynikało, że dopiero tutaj istoty musiały zatrzymać się na posiłek z sarny, którą ciągnęły całą drogę… Grubo po szesnastej doszliśmy do starego, szerszego rozlewiska, gdzie rwąca rzeka płynęła wolniej. Woda tutaj była brudna, a na brzegach basenu osadzała się tajemnicza, żółta piana.

Zaczęło już zmierzchać, więc Goth postanowił rozejrzeć się za miejscem na spoczynek. Zabrał Maskę i ruszył w stronę górnej części rozlewiska. Nie minęło kilka chwil, kiedy kapłan wrócił, kuśtykając i trzymając jeden but w dłoni, uśmiechając się głupkowato. Powiedział, że zobaczył dziwne, wężowe stworzenie w rzece, po czym jego nogi zaatakował mały rak…!! Nie będę oszukiwał, jeśli powiem, że totalnie nas tym rozbawił, ale Goth nie miał miny i humoru do żartów. Rozdeptał raka, ale jego pęknięte wnętrze trysło na but. Okazało się, że zamiast zwyczajnej krwi i flaczków, rak miał zielonkawą, gęstą ciecz, która momentalnie zaczęła przeżerać but kapłana, szybko trawiąc jego materiał. Kapłan zwyczajnie nie stracił głowy i zdjął buta, żeby ciecz nie dostała się do skóry i wrócił do nas…

Niestety nie była to dla nas radosna nowina. Domyślaliśmy się, że woda z rzeki mutuje stworzenia do tego stopnia, że zamiast wnętrzności mają żrący i niebezpieczny kwas, który wyrządza szkodę na zewnątrz ich ciał. Dodatkowo woda wpływa na ich rozwój i wielkość, skoro już tyle zwierząt, głównie insektów, widzieliśmy w większych rozmiarach… To znacznie utrudni walkę, kiedy zrani się ich skórę, albo pancerz. Wyciek kwasu może okazać się „gwoździem do trumny” dla atakującego…

Kiedy dzieliliśmy się tymi uwagami i spostrzeżeniami, sierżant ostrzegł nas przed zbliżającą się istotą… Olbrzymia mrówka i kilku jej pobratymców, szybko skracały do nas dystans, a nie wyglądały na nastawione pokojowo! Szybko utkałem „Latanie” i wzniosłem się kilka metrów, bezpiecznie nad siodło. Z góry, szybko rozeznałem się w naszej sytuacji i z dala zobaczyłem nacierające owady. Wiedziałem, że wojownikom w takich ciemnościach źle się będzie walczyć, więc drugim zaklęciem, które rzuciłem było „Światło”. Tymczasem Nandin utkał w pierwszą mrówę „Lodową Nawałnicę”, czar, którego siła powaliła nacierającego robala. Zaraz potem elf poszedł w moje ślady i wzniósł się w powietrze… Walka rozgorzała na dobre, ale z oświetlonym obszarem szło wojakom znacznie lepiej. Goth ciskał boskimi mocami w mrówki, raniąc je skutecznie, albo nawet zabijając. Din i Ziriel ostro odpierali liczne ataki robali, które nie wiedzieć czemu, upodobali sobie ich jako przeciwników. Sierżant z siepaczem rozprawiali się z dwoma mrówkami, a ja wraz z Nandinem, rozumiejąc się bez słów i znając sytuację, ciskaliśmy kolejno „Kulę Ognia” i „Błyskawicę”, osłabiając tym samym przeciwników naszych kompanów. Widać było, że z minuty na minutę szala przechylała się znacznie na naszą korzyść, ale jednak ranione robale, były dalej niebezpieczne, rozsiewając wokół żrący kwas…

Kilkanaście minut później było już po wszystkim. Osiem Gigantycznych Mrówek leżało pod moimi stopami. Szybko wziąłem „Światło” i poleciałem w poszukiwaniu naszych wystraszonych koni. Kiedy wróciłem, ustaliliśmy, że polecę na zwiad, aby odnaleźć strażnicę na granicy z baronią Raiwigów, ewentualnie inne, bezpieczniejsze miejsce na spoczynek. Zostawiłem im „Światło”, a sam zabrałem Maskę. Strażnica graniczna baronii Raiwigów, jak się okazało, była obstawiona żołnierzami, dlatego zdecydowaliśmy rozbić obóz z dala od miejsca walki i strażnicy.

Rankiem znowu podjęliśmy trop mrówek, od miejsca walki przy szerszym rozlewisku. Doszliśmy do pieczary, choć może bardziej jamy w ziemi, która okazała się być wejściem do olbrzymiego mrowiska… Z dziury wyszło pięć olbrzymich mrówek, które pieczołowicie zaczęły znosić z lasu wielkie konary i belki, prawdopodobnie budulec lub podpory mrowiska. Zdawaliśmy sobie sprawę, że takich rozmiarów mrówki, mają olbrzymie korytarze, a ich ciężar musi być odpowiednio wzmocniony. Z trudem wyobrażałem sobie całą kolonię, tysiące olbrzymich mrówek, na setkach kilometrów podziemnych korytarzy i tuneli, które drążyły pod tą krainą. A jednak było to całkiem prawdopodobne, i całkiem możliwe, że te stwory stanowiły teraz największe zagrożenie na tych terenach… Nie wojny, magowie, czy polityczne przepychanki… Tylko robale, mrówki… Cóż za ironia…

Kiedy czailiśmy się w oddaleniu od głównej jamy, oblazły nas inne mrówki, mniejsze, ale już pod wpływem procesu powiększania. Było ich tysiące i stawały się mocno uciążliwe i kłopotliwe, więc Nandin za pomocą sztuczki „Ochrona przed Insektami” niejako wyzwolił nas z tego „kłopotu”. Szybko wycofaliśmy się z tego terenu, po czym wraz z elfem, polecieliśmy zbadać okolice, aby przekonać się o skali tego zagrożenia.

Obrazy, które podczas lotu widziałem, wywarły na mnie nie lada wrażenie. Nie z obawy, czy dlatego, że takie coś miało miejsce, czy się działo, a dlatego, że zwyczajnie widziałem owe zjawiska pierwszy raz w życiu. Olbrzymie mrówki, które bez problemów zabiły kilkusetkilogramowego niedźwiedzia brunatnego… Wielkie larwy owadów, które targały swe zdobycze pod ziemię przez wielkie leje… Olbrzymie jaszczurki buszujące pośród drzew, które przy nich wyglądały, jak szkółka leśna… Dziesiątki owadów, plądrujących lasy i roślinność, w celu zaspokojenia swego gigantycznego apetytu… Jednym słowem istna „szarańcza i plaga”, przez którą nie wróżyłem tej krainie przyszłości i dobrobytu.

Postanowiliśmy iść w górę rzeki, do źródła tego skażenia. Idąc brzegiem widzieliśmy płynącą plamę czerwonej cieczy, a za nią pustą, białą menzurkę… To potwierdziło nasze przypuszczenia, że ktoś świadomie lub nie, ale zatruwa różnymi substancjami rzekę, a wraz z nią Jezioro Słodkie i tutejszą glebę. W konsekwencji miało to wpływ na tutejsze wydarzenia, wielkość stworzeń i ich mutacje…

Kilka godzin przed strażnicą baronii Raiwigów Goth, sierżant i jego siepacz zostali, a reszta postanowiła przejść obok niej i udać się dalej wzdłuż rzeki. Kapłan nie chciał ryzykować spotkania na ziemiach baronii, żeby nie powiększać już istniejącego konfliktu pomiędzy nimi, a kościołem Lorsha. Znowu wpadli na idiotyczny plan, żebyśmy podali się za najemników, którzy poszukują zaginionego syna tutejszego zielarza…!! Goth w ten sposób chciał „uchronić” nas od kłopotów, które mogłyby wyniknąć przy przechodzeniu obok strażnicy. Ponieważ baronia Raiwigów jest dość „specyficznym” terenem i kieruje się swoimi jurysdykcjami. No cóż, skinęliśmy głowami i spokojnie ruszyli szlakiem do strażnicy.

Idąc wolno, zastanawialiśmy się nad ewentualnościami planu, jakoby podać się za „poszukiwaczy” zielarza lub samych zielarzy… W końcu zdołałem przekonać kompanów, że najlepiej będzie jak powiemy prawdę o tym, iż jesteśmy najemnikami na usługach pobliskich wiosek i miasta Dirdighen, w celu wyjaśnienia wydarzeń z olbrzymimi mrówkami. Nie do końca to prawdziwe, ale bardziej wiarygodne i prawdopodobne… Tak jak się tego spodziewaliśmy, strażnicy zaczepili nas przy przejściu. Okazali się bardziej przyjaźni i gadatliwi niźli przypuszczaliśmy. Zamiast wypytywać nas, praktycznie my wyciągaliśmy informacje od nich…

Ponoć baron Jan von Raiwig, głowa rodziny Raiwigów, szykuje zbrojną wyprawę na inną szlachecką rodzinę, von Klaningenów. Tym samym zbiera armię najmując do niej kogo popadnie. Porucznik strażnicy powiedział, że nawet my możemy się zaciągnąć w mieście Raiwigowo, stolicy baronii. Natomiast w pobliskiej wiosce, Młynarówce, mieszka w starej wieży jakiś alchemik, zwący się Xaver Storn, któremu baron von Raiwig nadał tytuł szlachecki i włości pod panowanie… Po tych słowach strażnika, byliśmy już prawie pewni, kto stoi za zanieczyszczaniem rzeki. Dodatkowo wojak powiedział, że jego wieża stoi dokładnie nad rzeką, a sam „naukowiec” przeprowadza jakoweś dziwne eksperymenta… Spojrzeliśmy po sobie, wiedząc gdzie mamy teraz się udać. Podziękowaliśmy strażnikom za wieści i spokojnie skierowaliśmy kroki dalej szlakiem w stronę Młynarówki.

Kiedy odeszliśmy kilka kilometrów od strażnicy, za zasięg wzroku, teleportowałem się do Gotha, aby przekazać mu wysłyszane informacje. Kilka godzin później byliśmy już w komplecie, przy prowizorycznym obozie, na skraju lasu małego lasu. Zaczęliśmy się zastanawiać nad dalszym działaniem, kiedy przypomniałem sobie gdzie słyszałem już wcześniej imię alchemika. Xaver Storn, alchemik-naukowiec, kiedyś został wyrzucony ze sławnej Akademii w Paddar, za nielegalne eksperymenty na ludziach… Powiedziałem drużynie, że owy alchemik z Młynarówki, to może być właśnie „ten” Storn…

W końcu Ziriel i Nandin udali się na zwiad w stronę pobliskiej wioski i wieży. Wrócili po północy, zdając nam dość szczegółowe informacje. Owy alchemik w dawnym młynie ma pracownię. Na jego usługach jest jakiś osiłek, którego przyłapali na wylewaniu całych wiader, dziwnych i kolorowych substancji. Wszystko szło prosto do rwącej rzeki, płynącej obok. Nasi zwiadowcy widzieli też, jak dwóch wieśniaków odwiedziło naukowca, po czym klękli przed nim, a ten na tacy podał im dwa puchary dymiącej substancji do wypicia… Teraz miałem już pewność co do tożsamości alchemika Xavera.

Mimo namowy, głównie mojej, Goth nie zgodził się na zabicie eksperymentatora. Wpierw chciał iść z tym do barona von Raiwiga, ale jeśli alchemik jest jego wasalem, a sam baron wie o eksperymentach i zanieczyszczaniu rzeki, to wpadniemy w pułapkę na ziemiach „wroga”. Niestety te tłumaczenia znowu nie wystarczały kapłanowi, bo jego buta i arogancja na to nie pozwoliły. Wydawało mu się, że baron, który mógłby mieć takie przestępstwa na sumieniu, jednak nie odważy się skrzywdzić kapłana Lorsha i to na własnych ziemiach! W końcu „stępiliśmy” jego płytkie i aroganckie myślenie i wyperswadowaliśmy mu, że takie działanie nie ma sensu i jest dla nas niebezpieczne. Dlatego postanowił wstrzymać się z działaniem, dopóki nie otrzyma instrukcji od kapłana Maximusa z Dirdighen. Z uwagi na kilkuletnią współpracę z głową Świątyni Kłów, do poinformowania go Goth wyznaczył Nandina. Ten z odpowiednimi wieściami, za pomocą „Teleportacji” udał się do Dirdighen.

Minął dzień i późnym wieczorem pojawił się elf. Był naćpany Safoną i totalnie zmęczony, ale narkotyk nie pozwalał mu zasnąć, tylko go pobudzał. Wręczył Gothowi list, w którym Maximus nakazał nam opuścić baronię, ale cichaczem, a po kilku dniach od naszego wyjazdu zabić alchemika… Wiadomym było, że taką robotę mogłem wykonać tylko ja, wraz z Nandinem, bo tylko myśmy mogli szybko pojawić się niezauważenie w odpowiednim miejscu. Jeśli chodziło o mrówki i problemy ze zmutowaną zwierzyną, Maximus nakazał nam zostawić to oddziałom Wilka, które niedługo pośle na te ziemie. Bez zastanowienia, rankiem spakowaliśmy się i opuściliśmy baronię von Raiwigów, mijając strażnicę w dwóch osobnych grupach, tak jak przybyliśmy. Po północy byliśmy w strażnicy świątynnej. Teraz pozostało nam tylko poczekać „chwilę” i udać się na skrytobójczą misję… Nie ukrywam, że po głowie krążyły mi przeróżne, „cudowne” pomysły… Tej nocy spałem spokojnie, z lekkim uśmiechem na zmęczonej twarzy…