Tak, w końcu naszedł ten dzień, kiedy mieliśmy wyruszyć w kierunku Miasta Mgieł. Mimo, iż wrodzona ciekawość zżerała mnie od środka niczym jakiś czerw, musiałem konsekwentnie udawać brak zainteresowania. Z doświadczenia wiem, że kiedy podróżuje się dłużej razem, prędzej czy później ktoś straci kontrolę i powie przy mnie coś czego nie powinien, a ja na pewno to usłyszę. Czasem z kilku przypadkowo usłyszanych zdań można odgadnąć całą tajemnicę. Na szczęście natura obdarzyła mnie dobrym słuchem… Mimo, iż moje zamiary są całkowicie szczere, muszę powchodzić im troszkę w zadki – kiedy jest się lubianym, po prostu jest łatwiej, a często też i bezpieczniej.
Na razie jednak rozważania o celu ich podróży musiałem odstawić na bok, po drodze musieliśmy załatwić niepokojącą Maximusa sprawę. Kilka dni wcześniej, z małej strażnicy, oddalonej od Dirdighen o kilka dni drogi, przybył strudzony żołnierz z meldunkiem, że w wioskach nieopodal tej właśnie strażnicy dzieje się coś dziwnego. Mieszkańcy zaczynają znikać, a ludzie bajają o tym, że z lasu wychodzą gigantyczne stonogi. Goth szybko wytłumaczył mi dlaczego to właśnie on został wysłany do zbadania problemu w jakieś zapyziałej wiosce. Mimo tego, iż z Maximusem współpracowałem już spory kawał czasu, nie interesowałem się wszystkimi sprawami, a już na pewno nie tym, które wiochy należą do świątyni. Otóż okazało się, iż strażnica z której przybył posłaniec, leży na terenie Baronii Świątynnej i podlega bezpośrednio pod Kościół w Dirdighen. Być może wszystko rozeszło by się po kościach, gdyby nie fakt, że w jednej z tych zapomnianych przez bogów dziur, wydobywano glinę i wypalano doskonałe cegły. Wioska ta zwała się Merhen i dzięki cegle tam wyrabianej kasa świątynna nigdy nie świeciła pustkami. Pozostałe dwie wioski to wioski o mniejszym znaczeniu, lecz też niemożna pominąć ich roli. Były to wioski rybackie, Koh i Turaj, które zaopatrywały siebie oraz Merhen w świeże jadło. Jeśli był dobry sezon to eksportowali swoje towary do innych baronii.
Uzbrojeni w szczątkową wiedzę o sytuacji wyruszyliśmy zbadać „tajemnicze stonogi”… Już w drodze Goth wspomniał, że kilka dni przed nami Maximus posłał tam grupę wojowników Lorsha, a my jedziemy, aby sprawę wyjaśnić, zbadać i zamknąć.
Do wioski było kilka dni, więc miałem czas na to, by poobserwować drużynę. Całą drogę poruszaliśmy się niemal w całkowitym milczeniu, nie mam pojęcia czy moja obecność nie pozwalała im rozmawiać o tym o czym zwykle rozmawiają, czy może po prostu są mało rozmowni. Może jednak myliłem się co do nich i nikt nie wypali z niczym co zdradzi ich prawdziwe cele? Przez te kilka dni zauważyłem natomiast, że wszyscy maja wspólne rytuały. Nie było dnia, w którym zaraz o poranku grupa nie zebrała się na wspólną modlitwę. Tak samo kończyli też każdy dzień. Mimo, iż zima powoli oddawała swe panowanie wiośnie, nadal było nieprzyjemnie zimno i wietrznie. Rozmrażający się śnieg i wszechobecna plucha tylko wprawiały mnie w jeszcze większe przygnębienie. Ziriel, Din i ja, pomijając Gotha, który pełną piersią chłonął mroźne powietrze z wyraźnym zadowoleniem, jakoś dawaliśmy sobie radę z temperaturą, natomiast Radagast marniał w oczach z godziny na godzinę. Kaszlał coraz mocniej i częściej. W końcu z wyraźną rezygnacją zwrócił się z prośbą do Gotha, by ten wyprosił u boga ochronę dla jego schorowanego ciała. Goth ociągał się, lecz przystał na to, obiecał wątłemu magowi, iż w nocy spłynie na niego łaska Lorsha i chłód nie będzie już dla niego problemem.
Po tym wszystkim byłem przekonany, iż mag dostanie się pod ochronę Lorsha do końca trwania chłodnych nocy, aby wydobrzał i w spokoju mógł zgłębiać swe księgi. Jednak kolejne dni pokazały jak bardzo się myliłem. Radagast, praktycznie co wieczór, prosił Gotha o to samo, a Kapłan, z dnia na dzień, jakby z większą niechęcią, a nawet z drwiną z lichego zdrowia maga, „łaskawie” zsyłał na niego moc swego Boga.
Ostatniego dnia podróży zmierzch zastał nas kilka godzin drogi od strażnicy, która była naszym celem i mimo to postanowiliśmy poczekać do rana z wyruszeniem w dalszą drogę. Rozbiliśmy obozowisko i po swojej warcie poszedłem spać. Nad ranem, w okolicy obozowiska, Dinowi wydawało się, iż coś usłyszał. Rozglądał się czujnie, lecz wszędzie było spokojnie i cicho. Kiedy wszyscy wstali, Din zaczął obchodzić obozowisko, a po kilku minutach przystanął i dłuższą chwilę przyglądał się ziemi. Zainteresowani podeszliśmy do wojownika, a ten stał nad dużą, tak jakby świeżo przysypaną dziurą i delikatnie, stopami odgarniał śnieg. Widać było, że to puch, który spadł dzisiejszej nocy, zatem otwór musiał powstać stosunkowo niedawno. Kiedy delikatnie postawiłem nogi na osuniętej ziemi, czułem, że zapada się pode mną. Ktoś z nas zaraz wspomniał o olbrzymich stonogach, a nasze podejrzenia potwierdzili Ziriel z Dinem, którzy pokazali, że do otworu prowadziły jakieś ślady. Było to bardzo dziwne, ponieważ rozstaw nóg, lub też odnóż, sugerował duże zwierzę, lecz na pewno nie miało aż stu nóg… Według Dina mogło mieć ich sześć. Odnóża były szpiczaste i nie przypominały normalnych śladów.
Kiedy elfka wraz z wojem badali ślady, Radagast uderzył „Płomieniami Aganazzara” w obsypany śniegiem lej, a gdy śnieg stopniał, strumienie wody momentalnie wsiąkły w świeżo poruszoną przez jakieś stworzenie glebę. Postanowiliśmy odkopać zasypany tunel, więc Ziriel i Din pobiegli po łopaty.
Nie miałem najmniejszej ochoty kopać żadnej dziury, ni taplać się w błocie. Wyciągnąłem składniki i zacząłem recytować zaklęcie „Przywołania potwora”, mając nadzieję, że przywołam jakiegoś humanoida. Jak się chwilę później okazało, to czy przywołam humanoida, czy jakąś glizdę przy Gocie jest najmniejszym zmartwieniem… Kiedy zakończyłem zaklęcie, koło mnie pojawiły się trzy orki. W tym samym czasie wracała właśnie z łopatą Ziriel oraz Din. Jednak niezbyt długo miało trwać moje zadowolenie…
„Schowajcie broń i weźcie od niech łopaty” – ruchem ręki wskazałem na towarzyszy, a orki posłusznie schowały miecze. Niestety nie zdążyły podejść po łopaty, ponieważ Goth z pianą na ustach już krzyczał – „Ziriel zabij orki!”. Radagast zdążył tylko powiedzieć „Spokojnie. Nandin wezwał tylko pomocników, by kopali za nas.” Reszta potoczyła się błyskawicznie. Kapłan krzyczał do elfki, by ta zabiła orki, po czym sam zaczął wznosić głośną modlitwę do Lorsha. Ziriel stała z wielkimi oczami i mimo iż chyba widziałem w jej oczach zdziwienie, odrzuciła łopatę i powoli zaczęła sięgać po sztylety. Din stanął w pół kroku z wyciągniętymi do przodu rękami, w których dzierżył łopatę i czekał, aż któryś ork ją weźmie. Chwilę po potem ogromny „Słup ognia” spłynął prosto z niebios w zdezorientowane orki. Ziriel dopiero przymierzała się do ciosów, Din miał coraz bardziej roześmiany wyraz twarzy, a Goth dokończył dzieła zniszczenia swym ogromnym toporem.
Stałem jak wryty, Radagast tylko z niedowierzaniem kręcił głową, a Din nawet już nie próbował ukrywać rozbawienia. I wtedy zaczęło się na dobre… Goth ruszył w mym kierunku z pianą na ustach i miałem wrażenie, że zaraz cała jego postura wycieknie przez szczeliny w jego zbroi, bo tak się nadymał. Mimo to nie było mi do śmiechu – ociekający jeszcze juchą topór w jego dłoni zdecydowanie zabawny nie był. Goth krzyczał o zasadach, o tym, że powinienem ostrzegać ich przed takimi potworami. „Orki!” – krzyczał – „Czy to normalne, że człowiek przywołuje orki?!” Zastanowiłem się nad jego płycizną intelektualną i chciałem zripostować, myślę, iż wszystkie argumenty oraz moje nerwy poszły i tak na marne, równie dobrze mógłbym próbować taranować bramy Dermath glinianym kuflem… Po całej tej kłótni obiecałem sobie, że nie będę już denerwował się jego głupimi wymysłami. Wszak jestem tu z powodu Maximusa, a nie jego.
Nie minęło wiele czasu, kiedy w końcu dotarliśmy do strażnicy świątynnej. Z ogromnym szacunkiem dla Gotha, przywitał nas stacjonujący tam kapłan Alan. Alan jak i również żołnierze stacjonujący w strażnicy, niemal pełzali przed Gothem w błocie mieszającym się ze śniegiem. Goth był w swoim żywiole, kiedy już ponapawał się swym statusem. Niczym dobry ojciec zezwalał, aby jakiś prosty żołnierz w mniej służalczy sposób mógł zdać raport. Zaprowadzono nas do obskurnej i zawszonej gospody przy strażnicy, która na czas badania spraw miała się stać naszym lokum. Goth udał się gdzieś z kapłanem, a do nas przyszedł średnio rozgarnięty wojak, który opowiedział nam plotki, które i tak już słyszeliśmy w Dirdighen. Nie dowiedzieliśmy się niczego nowego, czekaliśmy więc na Gotha i wiadomości, które mieliśmy nadzieję przyniesie. Goth dowiedział się nieco więcej. Prócz stonóg, które rzekomo porywały ludzi w wioskach, zwiększyła się ilość poronień w osadach na terenie baronii, a rybacy wyławiali dziwne ryby.
„Co mają stonogi do martwych ryb i poronień” – myślałem, a moje rozmyślania przerwał Goth. „Nandinie” – zaczął spokojnie – „Wracając do tego co wydarzyło się rano, chciałem wytłumaczyć mój gniew. Widzisz, kiedyś sami zostaliśmy przywołani tym zaklęciem i zostaliśmy zmuszeni walczyć na polecenie jakiegoś maga”. Ta wypowiedź mocno mnie zaskoczyła i nie chodziło mi o to, że nagle zrozumiałem gniew Gotha, lecz o to, że tylko bardzo potężny czarodziej potrafiłby wezwać taką drużynę, a i to, z tego co wiem, zdarza się niezmiernie rzadko. Kapłan kontynuował swą wypowiedz – „Otarłem się wtedy o śmierć i tylko dzięki Lorshowi przeżyłem tamto zaklęcie.” Po tych słowach Radagast gwałtownie wstał i nerwowym krokiem wyszedł z „gospody”. Ziriel i Din popatrzeli za nim z dziwnym błyskiem w oczach. Mimo, iż rano obiecywałem sobie, że będę spokojny i nie dam się zdenerwować, odpowiedziałem, że nie interesuje mnie kto i kiedy go przyzwał. W Gocie znów się zagotowało, a Din już jawnie śmiał się z tego co mówi Goth. Kapłan znów się zapowietrzył i zaczął wykrzykiwać jakieś frazesy, że potrzebuje solidnego członka drużyny, a nie kuglarza. Nasza kłótnia trwała jeszcze chwilę, Goth zaczął domagać się ode mnie szacunku, ja odpowiedziałem że oczekuję tego samego i rozmowa stanęła w martwym punkcie. Nastała cisza i jakoś nikt za bardzo nie kwapił się do rozmowy. Postanowiliśmy zatem udać się na spoczynek…
Noc, cisza i ciemność. Możliwość spokojnego myślenia, bez kłapania Gotha za uchem. Chciałem porozmyślać o stonogach, martwych dzieciach, lecz znów naszła mnie wizja mojej nowej drużyny…
„Din – prostolinijny wojak, którego celem jest walka oraz bogacenie się. Mimo, iż nie wiedziałem go w akcji, Din musi być wyśmienitym wojem, skoro Goth trzyma go przy sobie, mimo że Din nie posiada za grosz szacunku do Kapłana. Co więcej, potrafi otwarcie zaśmiać się mu w twarz i to nawet przy obcej osobie. *
Radagast – po kilku dyskusjach z Gothem oraz jego podejściu do nas jak do kuglarzy, rozumiem dlaczego był w stanie otwarcie przyznać mi rację. Zrobił to wprawdzie z o wiele większym taktem niż Din. Widać też, że ma żal do Gotha i po dzisiejszym dniu przekonany jestem, że nie chodzi tylko o to, iż wiecznie i o wszystko musi Gotha prosić. *
Ziriel – dzisiejszego ranka zrozumiałem, iż mimo tego, że wydaje się być rozsądna, praktycznie zapatrzona jest w Gotha. Nie zdziwiłbym się, gdyby wykonała najgłupszy z rozkazów lub zabiła dla Gotha przypadkowo wskazaną przez kapłana osobę. Nie wiem jeszcze skąd bierze się to uwielbienie, czy z miłości do Lorsha, czy być może elfia przepowiednia, której niejako stała się powierniczką, wpływa na jej osądy. *
Goth – cóż, zapatrzony w stare czasy, nie potrafiący iść z duchem czasu stary grzyb, zapatrzony w siebie i swoje ja. Tylko on jest mądry, tylko on ma rację i tylko on tak sądzi… Dzięki niemu zrozumiałem chyba dlaczego nie wyznaję żadnego konkretnego bóstwa. Chyba dlatego, że ja lubię rozumieć, a patrząc na Gotha jedynie umacniam się w przekonaniu, że Bogów zrozumieć się nie da. Jego wylew szczerości na temat czaru, którym został ściągnięty przez czarownika, rzuca mi odrobinę światła skąd u niego taka niechęć do magów. Myślę, iż nie potrafi pogodzić się z myślą, iż jakiś „kuglarz” wezwał go wbrew jego woli, a następnie kazał mu za siebie walczyć, a co gorsza walkę tę przypłacił prawie życiem…” *
Tak, to tyle rozważań na temat mych nowych kompanów. Czas zastanowić się nad tym co dzieje się w okolicznych wioskach. Zmutowane ryby, martwe płody, gigantyczne stonogi. Prawdopodobnie wszystko zaczęło się dziać w tym samym czasie. Wiedziałem, że zmęczony i zdenerwowany nic już nie wymyślę. Wkrótce zasnąłem.
Rano mieliśmy się udać do wioski Turaj, aby tam zaciągnąć języka. Jeśli mam być szczery, obawiałem się wizyty w tej wiosce. Nie z powodu tego, że natkniemy się na wielkie stonogi, tylko z tego, że przyjdzie nam rozmawiać z półgłówkami, którzy, kto wie, może na widok Gotha narobią pod siebie. Na miejscu oczywiście nie zawiodłem się.
Kiedyś myślałem, że wioska zawsze ma swojego głupka, ale ta wioska wyglądała tak jakby z wszystkich okolicznych wiosek przesiedlili owych głupków właśnie tam. Rozmowa z sołtysem oraz babą zielarą, mimo wszystko wprawiła mnie w wesoły nastrój. Czasem dobrze się z kogoś pośmiać, nawet jeśli jest to wioskowy głupek. Moje zainteresowanie wzbudziła dopiero opowieść o ugryzionym przez wielkiego węgorza rybaku. Sołtys zawołał go, a ten rozwinął brudną szmatę na dłoni i pokazał nam ranę. Mimo iż średnio znam się na leczeniu, nos podpowiedział mi, że ręka jest już prawie zgnita. Rybak ten pokazał nam jeszcze kilka ryb, z których niektóre miały dwie głowy lub były zrośnięte płetwami. Wtedy w mojej głowie ułożyłem teorię, że to woda w Słodkim Jeziorze musi być zatruta. Dopytałem się sołtysa czy woda ostatnio nie zmieniła zapachu bądź smaku, a sołtys przyznał, że woda rzeczywiście smakuje jakby inaczej. Podzieliłem się z resztą moimi spostrzeżeniami i wszyscy zgodnie przyznali, że trzeba to zbadać.
Z tymi wiadomościami postanowiliśmy wrócić do strażnicy. Do karczmy dotarliśmy już po zmroku, ale niestety zaraz po przyjeździe dowiedzieliśmy się, że oddział, który wcześniej wysłał z Dirdighen Maximus, nie wrócił z rekonesansu. Dowódca oddziału, sierżant Vark wydelegował 8 ludzi na zwiad do Merhen i na wieczór od ceglarzy powrócił tylko goniec z niepokojącymi wieściami. Na wioskę, pod osłoną nocy, napadły olbrzymie pająki, więc reszta wojów pozostała by bronić ceglarzy. Goth podjął szybką decyzję, że rano wyruszymy do Merhen.
Jeszcze tego samego wieczora poprosiliśmy Alana o mapę tutejszych okolic. Rzeka, która wpływa do Słodkiego Jeziora, swój początek bierze na terenie Baronii Raiwigów, sąsiadującej z Baronią Świątynną. Jedno tylko nie pasowało do teorii o zatrutej wodzie. Mianowicie, ani według mapy, ani według Kapłana ze strażnicy, Słodkie Jezioro nie łączy się z bagnami, z których wydobywa się glinę w Merhen. Rzeka znajduje się dzień drogi od bagien. Lecz moje wątpliwości rozwiały się, kiedy zadałem mu pytanie skąd ceglarze biorą wodę pitną. Dostają ją w beczkach z pozostałych dwóch osad, z Turaj i Koh. Moja teoria znów miała ręce i nogi.
Rano, w towarzystwie kilku wojowników Lorsha, wyruszyliśmy do wioski ceglarzy. Razem z nami wyruszył sierżant Vark i 4 jego ludzi, którzy w nocy wrócili z patrolu z wioski Koh. Droga minęła nam spokojnie, bez zbędnych dyskusji i kłótni o nic. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że w obronie ceglarzy zginęło 2 wojowników Wilka i kilku ceglarzy. Okazało się też, że ciała zarówno ceglarzy, jak i wojowników zaatakowanych przez olbrzymie pająki zniknęły. Mimo późnej pory Goth wezwał wojów, którym udało się ujść z życiem i wydał polecenie wymarszu na bagna.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Radagast wyczarował dla Ziriel „Światło” i Elfka przystąpiła do poszukiwania śladów. W końcu udało jej się trafić na trop. Używając maski, dzięki której można widzieć w nocy jak za dnia, tropiła dziwne ślady, często błądząc i klucząc w rozlewiskach brudnej wody. Po pewnym czasie znalazła kawałek twardego gruntu, na którym spoczywały szczątki sarny. Ku mojemu zdziwieniu Din stwierdził, po szybkich oględzinach śladu, że sarna wcale nie została pożarta na miejscu, a wyniesiona gdzieś dalej. Pomyślałem jak duży może być ten pająk, skoro jest wstanie unieść cała sarnę? Ziriel tymczasem cierpliwie tropiła naszego pająka, aż w pewnym momencie wyszliśmy z bagien, a ślady wyraźnie ukazały się naszym oczom.
Z tego co zdążyliśmy się zorientować, pająk ciągnął swą ofiarę niejako po łuku, zawracając na południe w kierunku ziem Baronii Raiwigów. Do późna podążaliśmy za śladami, kiedy Goth zarządził powrót do wioski. Następnego dnia, omijając bagna, szybkim tempem udaliśmy się w miejsce, gdzie zakończyliśmy poszukiwania. Trop prowadził dalej na południe, aż doprowadził nas do rzeki, wpływającej do Jeziora Słodkiego i biegł cały czas wzdłuż jej koryta. Droga zaczynała powoli piąć się w górę.
Podróżowaliśmy tak aż do zmierzchu, a Goth w pewnym momencie postanowił przyjrzeć się rzece. Zniknął nam za małą górką, aby po chwili przyjść z niezadowoloną miną –jedna jego stopa pozbawiona była buta. Jak się okazało, kiedy Goth obserwował rzekę, jego uwagę przykuło jakieś ogromne, wężowate cielsko pływające pod wodą oraz dziwne plamy unoszące się na wodzie. W tym samym czasie na brzeg wyszedł rak, którego Goth z sobie tylko wiadomych powodów rozdeptał. Rak oczywiście został zmiażdżony potężną nogą kapłana, lecz zamiast krwi z jego wnętrzności wylała się dziwna maź, która momentalnie zaczęła roztapiać podeszwę. To tylko świadczyło o tym, że nasza teoria jest słuszna – dziwne plamy na wodzie i nienaturalne raki w rzece jasno świadczyły o jej skażeniu. Widać, iż utrata buta wyprowadziła go z równowagi, więc aby załagodzić troszkę nasze relacje zaproponowałem naprawienie buta. Utkałem zaklęcie „Łączące” i wypalona dziura zniknęła, jakby jej nigdy nie było. Goth tylko odburknął coś, co miało zapewne być podziękowaniem i ubrał buta. Nie zdążyliśmy nawet dokładnie przedyskutować tego ci się stało, kiedy ktoś krzyknął o nadchodzącym zagrożeniu. Mrok zagościł już prawie na dobre nad światem, dlatego też dopiero w ostatniej chwili zorientowaliśmy się co nas atakuje. Nie były to ani pająki, ani stonogi – w naszym kierunku szybkim tempem zbliżała się ogromna, gigantyczna wręcz mrówka. A tylko tupot słyszany gdzieś z oddali sugerował, że może być ich więcej.
W tym momencie nie były potrzebne żadne komendy, ni rozkazy. Działaliśmy jak dobrze naoliwiona maszyneria – wojownicy wyszarpnęli broń i stali w szyku, w ciągu mgnienia oka Radagast wzniósł się w powietrze, a ja, mając nadzieję, że dobrze wyceluję w ciemności, wymawiałem słowa inicjujące „Lodową Nawałnicę”. Niestety w ciemnościach zdołałem obszarem czaru pokryć tylko jedną gigantyczną mrówkę. Jedyna pociecha była taka, że robal padł na miejscu. Chwilę później Radagast oświetlił pole bitwy, a ja wzniosłem się w górę ku niemu. Goth na przemian walił na odlew swym potężnym toporem oraz wznosił modły do boga, a po skończonej modlitwie setki, a może tysiące zmrożonych sopli przebijały i uśmiercały kolejnego przeciwnika. Din i Ziriel walczyli ramię w ramię, a my z Radagastem wybraliśmy sobie grupę nadciągającą z tyłu. Kilka dobrze wymierzonych kul ognia skutecznie osłabiło wielkie mrówki, a reszty dokonali walczący na ziemi woje oraz nasze „Błyskawice”. Walka była zaciekła, lecz skończyła się szybko.
Na nasze szczęście, podczas tej potyczki nikt poważnie nie ucierpiał. Oddaliliśmy się od miejsca, gdzie leżały ciała wielkich insektów i rozbiliśmy obozowisko, wystawiając podwójne warty. Rano udaliśmy się dalej tropem mrówek, ale to do czego nas doprowadziły ślady przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Prawdopodobnie gigantyczne mrówki zaadoptowały na swój nowy dom starą kopalnię, wnosząc do niej wielkie kłody drewna, zapewne w celu wzmocnienia swych tuneli. Obserwowaliśmy to wszystko z wysokiego wzgórza i byliśmy tym zszokowani. Krótki rekonesans nad terenem, przy pomocy czaru „Latanie”, dał nam obraz ogromu skażenia tej okolicy. Nie tylko wielkie mrówki, ale także ogromne larwy oraz inne zmutowane zwierzęta swobodnie chodziły po lesie. Wiedzieliśmy, że sami nie damy radę całemu mrowisku, nawet Goth mimo swych zapałów do tego, by ginąć w glorii i chwale, nie kwapił się do frontalnego ataku.
Odeszliśmy na bezpieczną odległość od gniazda mrówek i ruszyliśmy w dalszą drogę, posuwając się w górę rzeki. W pewnym momencie naszą uwagę przykuł przesuwający się po rzece refleks światła, to wiosenne słońce odbijało się na płynącej po rzece pustej, dużej menzurce. Zmierzaliśmy w kierunku ziem Raiwigów. W pewnym momencie, niedaleko granicy baronii, Goth zatrzymał nas i powiedział, abyśmy w dalszą drogę ruszyli sami, on jako kapłan nie chciał zdradzać swej obecności na tych ziemiach. Zapytałem go jaki mamy podać cel podróży, jako iż nie znam tych ziem i zwyczajnie nie wiem dokąd ten szlak prowadzi, a zapewne żołnierze Raiwigów będą nas przepytywać. Goth, ku mojemu niedowierzaniu, kazał nam powiedzieć, że wynajął nas tutejszy zielarz, abyśmy odnaleźli jego zagubionego syna. Nie wiedziałem co mam o tym myśleć, miny moich kompanów były takie same jak moje. Ja nie odezwałem się, jako iż obiecałem sobie, że nie będę się z nim wdawał w głupie dyskusje. Usiłowałem sobie jedynie wyobrazić minę strażników, widzących czwórkę zbrojnych, w zbrojach naprawdę wysokiej klasy i z bronią pewno więcej wartą niż ich strażnica, którzy po zapytaniu o cel podróży usłyszeliby taką bzdurę. Z trudem powstrzymywałem śmiech.
Po drodze, ignorując zalecenie Gotha, ustaliliśmy, że powiem prawdę lub jak ja to czasem mówię, niepełną prawdę. Powiedzieliśmy strażnikom, że ogromne mrówki dają się we znaki tutejszym wioskom i że miasto Dirdighen wynajęło nas do posprzątania okolicy. Strażnicy, po krótkiej rozmowie, opowiedzieli nam o tym, że rodzina Raiwigów zbroi się, by wyruszyć na Baronię Klenstennigów oraz mimochodem wspomnieli o alchemiku, mieszkającym w starym młynie nad brzegiem rzeki, kilka godzin drogi od granicy. Mieliśmy oto i swojego truciciela…
Kiedy tylko oddaliliśmy się od strażnicy na bezpieczną odległość, Radagast teleportował się do Gotha, za granicę Baronii Raiwigów, aby zdać mu relację. Około 30 minut drogi od młyna rozbiliśmy prowizoryczne obozowisko i poczekaliśmy na Gotha, który zjawił się pod ochroną nocy. Kiedy byliśmy już w komplecie, ja oraz Ziriel udaliśmy się na obserwację w kierunku młyna i wioski leżącej obok niego. Używając maski Ziriel oraz jej lunety, pod ochroną czaru „Niewidzialność”, zacząłem obserwację. Co jakiś czas w oknie wieży, która kiedyś była młynem, przechadzała się postać prawdopodobnie alchemika, noszącego w dłoniach jakieś menzurki. W pokoju był też duży osiłek, którego wyraz twarzy wskazywał na jakiś niedorozwój zarówno fizyczny, jak i umysłowy. Przynajmniej takie były moje odczucia. Osiłek ten co jakiś cza wylewał wiadro z jakąś cieczą prosto do rzeki. To był wystarczający dowód szkodliwej dla Maximusa działalności alchemika. Po powrocie do obozu, podzieliliśmy się informacjami z Kapłanem. Radagast zaproponował wyeliminowanie alchemika, a ja czując, że i tak nie mam prawa głosu, poparłem go, ale ostrożnie i raczej cicho…
Goth tym razem znów pobił samego siebie – wymyślił, że musimy o tym porozmawiać z tutejszym baronem von Raiwigiem. Długo musieliśmy go przekonywać, aby zaniechał takiego pomysłu. W końcu przystał na to, że dzięki teleportacji poinformuję Maximusa o sytuacji i przyniosę dalsze instrukcje. Goth przystał na ten pomysł, a ja, mimo zmęczenia, nauczyłem się „Teleportacji” i ruszyłem w trasę. Okropnie wyczerpany, dotarłem do Dirdighen w dwóch skokach, a tam praktycznie tylko przekazałem informacje i odebrałem list z instrukcjami od Maximusa. Chwilę wolnego czasu poświęciłem na zakup Safony – wiedziałem, że tylko to gówno może postawić mnie na nogi. Dawno nie wciągałem i obawiam się, że odrobinę przedawkowałem – drogi powrotnej do obozu nie pamiętam. Pamiętam dopiero rozmowę, w której Goth mówi, że mam wrócić później do alchemika i go zabić. Radgast powiedział, że pójdzie ze mną. Kapłan nie zaprotestował, a ja nie chciałem wydać się jakiś tajemniczy i tylko skinąłem głową. Nie pasowało mi to bardzo, od czasów Złotego Losu zawsze pracowałem sam… Sprawę ogromnych insektów zostawiliśmy za sobą, świątynia już zbierała wojska.