Kronika

Kroniki III: Alchemik

Nandin i Radagast ruszają zabić alchemika, lecz prosta misja zamienia się w kąpiel w lodowatej rzece, ucieczkę celu, pożar wioski i pokaz nekromancji. Z ruin młyna drużyna wynosi księgę zamówień oraz ślad Reizermarana, który niespodziewanie wiąże sprawę z amuletami Verkordu Ahi i dalszą drogą do Miasta Mgieł.

2.05.2026 • Prosiak • Nandin la Pass • Kroniki Nandina

Cały dzień spędziłem nad odświeżaniem czarów w matrycy. Wieczorem, wraz z Radagastem, teleportowaliśmy się w okolicę wioski, gdzie w starym młynie, zaadoptowanym na pracownię alchemiczną, mieszkał nasz cel. Na miejscu Radagst poprosił, by w trakcie zamachu nie zniszczyć aparatury alchemicznej. Mimo iż do niczego nie była mi potrzebna, zrozumiałem, że magowi strasznie na tym zależy i dlatego zgodziłem się na mniej destruktywny atak. Wszak obiecałem sobie, że wypracowanie dobrych relacji z członkami tej drużyny jest dla mnie priorytetem.

Mój plan był prosty, Radagast wchodzi od frontu, używając magii do tego by otworzyć drzwi, natomiast ja, wisząc niewidzialny na wysokości okna, czekam na jakieś poruszenie sugerujące, że odkryli jego wtargnięcie na teren młyna. W teorii miało wyglądać to tak, że kiedy tylko ich uwaga skupi się na Radagaście wchodzącym od dołu, ja wlatuję prze okno i zabijam niczego niespodziewającego się alchemika. Po krótkich ustaleniach, przystąpiliśmy do realizacji planu.

Kiedy upewniliśmy się, że po wiosce nie chodzą już żadni wieśniacy, mag podleciał pod frontowe drzwi, a ja, korzystając z czaru „Ulepszona niewidzialność”, podleciałem pod samo okno do pracowni. Ochroniarz alchemika, osiłek o wyrazie twarzy głupka, stał oparty o ścianę przy oknie tak, że widziałem tylko jego lewą rękę. W skupieniu czekałem na oznakę tego, że Radagast wdarł się do środka. Sekundy dłużyły się niczym minuty. Wpatrywałem się w okno, czekając na najmniejszy znak. W pewnym momencie głupkowaty ochraniarz ukazał mi się w całej okazałości naprzeciw okna, obrócił się w moją stronę i z niesamowitą, nieludzką wręcz siłą wybił się z miejsca i skoczył przez okno w moim kierunku. Nie wiem co przytępiło moją wrodzoną ostrożność, być może to, że spodziewałem się, iż raczej w momencie kiedy usłyszą Radagasta pognają na dół i też takiej reakcji oczekiwałem. To co zrobił ten osiłek totalnie mnie zaskoczyło. W jednej chwili doskoczył do mnie ściskając mnie w potężnym uścisku, a zaklęcie „Latania” nie było wstanie unieść takiego ciężaru. Gwałtownie niczym kamień polecieliśmy w dół, wprost w lodowatą wodę rzeki płynącej koło pracowni. Na szczęście moje instynkty znów zaczęły działać tak jak u rasowego mordercy. Mimo iż całą siłę woli skierowałem na to, by nie rozproszyć czaru, ręka sama powędrowała po Przebijacz Serc i na oślep rytmicznie wbijała go w ciało przeciwnika. Woda była tak zimna, że zdążyłem tylko pomyśleć „jeśli zaraz nie zdechniesz pierdolony przygłupie” to zwyczajnie poddam się i albo zamarznę albo on ukręci mi łeb. W końcu przebijacz znalazł jakieś witalne miejsce, osiłek wypuścił mnie ze swego żelaznego uścisku, a ja wzbiłem się w powietrze. Mróz był tak dokuczliwy, że z trudem kontrolowałem czar. Drgawki nasilały się z sekundy na sekundę. Podleciałem pod okno pracowni, z którego właśnie wylatywał Radagast i krzyknął coś tylko o trującym gazie wypełniającym pomieszczenie. „Do drzwi!” – krzyknąłem.

Na miejscu, u drzwi wejściowych do wieży, Radagast szybko streścił mi, że w klamce jest prawdopodobnie zatruta igła i mimo iż utkał czar „Otwarcie”, nie potrafi otworzyć drzwi. Byłem zbyt zmarznięty, aby próbować jakichś złodziejskich sposobów. „A od czego kurwa masz błyskawicę?” – wypaliłem zdenerwowany. „Walimy” – krzyknąłem. Niestety zmarznięte i zesztywniałe ręce odmówiły mi posłuszeństwa, mój czar nie wyszedł, natomiast „Błyskawica” Radagasta tylko potężnie wstrząsnęła drzwiami, lecz nadal były na miejscu. „Na co czekasz!” – krzyczałem zdenerwowany własną bezsilnością – „Wal drugi raz”. Tym razem uderzenie przyniosło spodziewane efekty – nadwątlone już drzwi z ogromną siłą zostały wyrwane z zawiasów i poszybowały w głąb pomieszczenia. Wbiegliśmy do środka.

Jak się okazało, za drzwiami stał drugi osiłek, z siekierą w dłoni. Niestety dla niego, siła z jaką „Błyskawica” wyrwała drzwi, wysłała go na tamten świat. Radagst zaczął pospiesznie rozglądać się po pomieszczeniu, a ja, kiedy tylko upewniłem się, że jest w miarę bezpiecznie, zacząłem pozbywać się przemokniętego ubrania. Wbiegliśmy po schodach na pierwsze piętro, w sypialni nikogo nie było. Pobieżnie przeszukałem szafy w celu zdobycia jakiegoś suchego i ciepłego ubrania. Radagast w tym czasie penetrował już drugie piętro, niestety i tam nie było już alchemika. Zbiegliśmy na dół, były tam jeszcze jedne drzwi prowadzące do spiżarki, a pod jedną z przesuniętych już beczek w podłodze widniała klapa. Radagast zasugerował, żeby zostawić na warcie jednego żywotrupa zanimowanego czarem. Zgodziłem się z nim, wszak musieliśmy tu wrócić i przeszukać dokładnie pracownie. Nie widzieliśmy czego możemy spodziewać się po mieszkańcach wioski, tym bardziej, że niejasny dla nas był rytuał, który alchemik odprawił w obecności dwóch wieśniaków. Nie wiemy co pili i jaki efekt wywarło to na nich, mogli być jego oddanymi sługami i chcieć bronić jego posiadłości nawet za cenę życia. Nie wiedzieliśmy tego, ale ja nauczyłem się, że warto założyć najczarniejszą wersję wydarzeń i być na nią przygotowany, ponieważ takie postępowanie sprawia, że żyjemy dłużej.

Radagast stanął nad zwłokami osiłka zabitego drzwiami i po chwili zaczął, niemal w dziwnej ekstazie, wykrzykiwać słowa zaklęcia. Widać było, iż uczucie przepływającej przez niego mocy, sprawia mu niewypowiedzianą przyjemność. Z zafascynowaniem i pewną zazdrością patrzałem na to widowisko. Zazdrość nie wynikała jednak z chęci posiadania tego zaklęcia, choć muszę przyznać, że każde, nawet najprostsze nowe zaklęcie, sprawia mi radość, nie wspominając już o czarach tak potężnych. Zazdrość moja wynikała z tego jaką swobodą ów mag władał i korzystał ze sztuki nekromancji. Momentalnie przypomniałem sobie ile trudu kosztowało mnie zdobycie zaklęcia „Pomniejszego drążenia Larlocha”. W Imperium musiałem za czarem pierwszego Kręgu wędrować kilka miesięcy, aby w końcu znaleźć maga, który nie tylko nie bał się przyznać, iż ma ten czar w ofercie, ale jeszcze za odpowiednią cenę chciał go sprzedać. Z zafascynowaniem patrzałem na to, jak martwe jeszcze przed chwilą ciało, zaczyna ruszać się i wstawać. Radagast ze spokojem wydał trupowi polecenie „Zabij każdego, prócz nas, który będzie chciał wejść do wieży.” Żywotrup posłusznie ustawił się w wejściu do młyna. My natomiast ruszyliśmy w kierunku wejścia w podłodze.

W dół prowadziła niewielka drabinka, do ukrytej piwnicy. W środku było ciemno, ale widzieliśmy pokrwawione narzędzia medyczne, maszyny do tortur, urządzenia alchemiczne i kilka ciał w różnym stanie rozkładu. Istna rzeźnia. W ścianie naszym oczom ukazał się wydrążony w ziemi tunel, którego co jakiś czas wspierały drewniane stemple. Ostrożnie ruszyliśmy do przodu, aby po kilkunastu metrach dotrzeć do końca tunelu, gdzie znajdowała się drabina prowadząca na powierzchnię. Na górze był mały leśny zagajnik, nieopodal wiejskich chat. Po alchemiku nie było śladu.

Ubrałem „Maskę widzenia w ciemnościach” i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ślady konia biegnące w głąb rzadkiego lasu. Nasza decyzja była szybka, obydwoje utkaliśmy czar „Latanie” i ruszyliśmy za śladami. Zastanawiałem się jaką przewagę może mieć alchemik i jak szybko może gnać w ciemnościach. Byłem pewny, że go dogonimy – mieliśmy przewagę wysokości, oraz to, że widziałem jak w dzień. Na początku trop był dobrze widoczny na śniegu, lecz w końcu trop wszedł na trakt prowadzący w głąb ziemi Raiwigów i zaczął mieszać się z innymi. Pozostało nam tylko lecieć wzdłuż szlaku i wypatrywać jeźdźca. Niestety po kilku minutach szlak rozwidlał się. Postanowiliśmy się rozdzielić. Gnałem tak szybko jak to było tylko możliwe przy tak paskudnej pogodzie, lecz kiedy dotarłem do kolejnego rozwidlenia dałem sobie spokój. Zarówno zmęczenie, jak i kończący się potencjał magiczny nakazał mi zawrócić z nadzieją, że Radagastowi poszło lepiej. Wróciłem do miejsca, w którym rozstałem się z magiem i czekałem z nadzieją, że mag przyniesie dobre wieści.

Kilkanaście minut później pojawił się i Radagast. Niestety i on nie zabił alchemika. W paskudnym nastroju wracaliśmy do wioski i już po chwili zobaczyliśmy, że nasz atak na młyn nie przeszedł bez echa. Naprzeciwko młyna stała grupa stłoczonych wieśniaków, którzy z trwogą patrzeli na trupa strzegącego wejścia do młyna. Widać na początku nie tylko gapili się na niego, bo u jego stóp leżało trzech martwych wieśniaków. Nim zdążyłem się dobrze rozejrzeć, Radagast recytował już zaklęcie, a chwilę później w centrum stłoczonej grupy wybuchła „Kula ognia”. Siła zaklęcia poprzewracała niczego niespodziewających się wieśniaków, a pobliska chata zajęła się ogniem. Nie czekając, aż tłoczący się pod nami ludzie pozbierają się po tym uderzeniu, uraczyłem ich „Lodową nawałnicą”. Pozostali przy życiu biegali chaotycznie po wiosce, próbując kryć się za domami. Z minuty na minutę chaos powiększał się, jęki konających przeplatały się z hukiem ognia, który za sprawą mroźnych podmuchów wiatru rozprzestrzeniał się, powoli trawiąc kolejne domostwa.

Po chwili wylądowaliśmy przy nieumartym strażniku stojącym u drzwi młyna, a Radagst wydał mu polecenie, aby przyniósł mu wszystkie ciała. Kilkanaście minut jego sługa znosił ciała zabitych naszym atakiem. Kiedy przyniósł już ostanie, mag ponownie zaczął rzucać zaklęcie „Animacji martwego.” Niedługo potem obok nas stała grupka żywotrupów, a Radagast wydał im rozkaz – „Zabijcie wszystkich, prócz nas, a ciała przynieście pod wejście do wieży”. Powiedziałem magowi, że mam już dosyć prób rzucania czarów. Byłem przemoknięty i prawie zamarzałem, co skutecznie wyczerpało mnie z potencjału magicznego. Do tego byłem wyczerpany przez kąpiel w rzece oraz walkę ze zmutowanym osiłkiem, a na dodatek zapomniałem ściągnąć w odpowiednim czasie „Maski widzenia w ciemnościach” czego efekty uboczne były bardzo dla mnie dotkliwe. Radgast powiedział, że już powoli kończy – sterta martwych ciał urosła dosyć znacząco. W sumie nekromanta powołał do nieżycia kilkanaście żywotrupów i nakazał im bronić wejścia.

Wyczerpany przyłączyłem się do przeszukiwania sypialni i pracowni alchemika. W sypialni nie znaleźliśmy nic godnego uwagi, w pracowni, prócz samej aparatury, niezliczonych destylatów, których przeznaczenia niestety nie umieliśmy ustalić znaleźliśmy kilka ciekawych rzeczy. Księgę zamówień, w której widniały nazwiska oraz to co owe osoby zamówiły u alchemika, przepis na „Szczurnik” oraz na „Atrament i Zmazywacz Storna”. Był też ciekawy glejt o tytule „Reizermaran – przywołanie”. Zebraliśmy wszystkie rzeczy zdobyte w wieży i udaliśmy się na spoczynek do sypialni alchemika. Zasnąłem momentalnie i jak kamień.

Ze snu jeszcze przed świtem wyrwały nas odgłosy walki. Prawdopodobnie w strażnicy dostrzeżono łunę pożaru nad wioską i wysłano mały oddział, aby to sprawdził. Niestety dla nich, natrafili na grupę żywotrupów, którzy z brutalną siłą, powoli acz skutecznie, pozbawili większość z nich życia. Ci, którzy przeżyli uciekli. Ponownie udaliśmy się na spoczynek. Nie wiem ile spaliśmy, lecz znów odgłosy walki wyrwały nas ze snu. Ostrożnie wychyliłem się prze okno, a widok, który ujrzałem, nie był już taki pokrzepiający. Po drugiej stronie rzeki, mały oddział dobrze wyposażonych zbrojnych, wspierany magiem, który raz po raz raził żywotrupy dziwnymi błyskawicami, z minuty na minutę zdobywał przewagę, eksterminując twory Radagasta. Zakląłem pod nosem. Nadal czułem się zmęczony i wyssany z wszelakiego potencjału magicznego. Wiedziałem, że energii starczy mi na jeden czar.

„Radagaście, zbieramy się” – mag tylko skinął głową. Pozbieraliśmy zdobyte rzeczy i zaczęliśmy wymawiać zaklęcie „Teleportacji”. Czar nie wyszedł. Po raz kolejny na tej misji magia zawiodła mnie. Wiedziałem, że następna próba będzie moją ostatnią, każda pomyłka i ponowna próba rzucenia „Teleportacji” bez potencjału na 90% zakończy się moją śmiercią. Starałem się wyciszyć i opanować panikę, w myślach wezwałem wszystkich znanych mi bogów, aby Ci pomogli mi w tej trudnej chwili. Chwilę później, wraz z Radagastem staliśmy na placu przed strażnicą Lorsha, w której oczekiwała na nas reszta drużyny. „Uff” – wyrwało mi się z piersi po tym kiedy zrozumiałem, że jestem już bezpieczny.

Poszliśmy do karczmy, gdzie siedzieli Goth, Ziriel i Din. Chwilę później stało się to czego oczekiwałem. Po zdaniu naszych relacji, Goth po raz kolejny zagotował się i wylewając na nas wiadra pomyj wypominał nam jakimi to jesteśmy nieudacznikami. Mimo iż obiecałem sobie, że nie będę wdawał się z nim w polemikę, nie wytrzymałem, kiedy zaczął bredzić coś o tym, że wojownicy Lorsha wypełniają swoją misję do końca lub giną podczas próby jej wykonania. Po kilkunastu minutach przepychanek słownych, Goth dał mi jasno do zrozumienia, że limit moich pomyłek w wykonywaniu misji dla tej drużyny się skończył i jeszcze jeden taki numer i wylatuję na zbity pysk. Najbardziej było mi żal popsutych przez to wydarzenie relacji z Ziriel i Dinem, którzy też nie umieli pojąć jak mogliśmy spaprać tak łatwe zadanie.

Gdy skończyliśmy dyskusję, pokazaliśmy im wszystko co wynieśliśmy od alchemika. Gotha najbardziej zainteresowała księga zamówień, ale niestety żadne nazwisko nic nikomu nie mówiło. Ja, wiedziony dziwnym przeczuciem, co do znalezionych formuł „Atramentu i Zmazywacza Storna” przyjrzałem się księdze pod innym kątem. I tak jak myślałem, księga ta, a właściwie jej tylko jedna strona, była wielokrotnie zapisywana, po czym atrament został usuwany. Goth postanowił, że księga zamówień powinna trafić do Maximusa, może jemu te nazwiska powiedzą coś więcej.

Następnego dnia wyruszyliśmy do Miasta Mgieł. Po drodze natrafiliśmy na wioskę Zvir i w tamtejszej karczmie zagadałem Radagasta o pergamin zatytułowany „Reizermaran – przyzwanie”. Mag jakoś niechętnie rozmawiał na ten temat, kręcąc coś, że musi to studiować. Popatrzyłem na niego jak na idiotę i powiedziałem, żeby mi go po prostu dał – przeczytanie strony tekstu zajmie mi pięć minut, nie ma co tam studiować. Radagast niechętnie oddał mi glejt. Był to ciekawy opis demona zamieszkującego Niższy Świat. Demon ten ponoć wiele tal służył zanzibarskiemu magowi Verkordu Ahi. Prawdopodobnie demon ten stoi na straży grobowca Verkordu i z tego powodu nie lubi być przyzywany. Według opisu, tylko dwukrotnie udało się przywołać po śmierci Verkordu Ahi tegoż demona i dwukrotnie dokonał tego niejaki Kornel Długi. Według tegoż maga, demon strzeże jakiejś czwartej bramy. Sam glejt opisywał też wygląd Reizermarana, który został stworzony przez Księcia Demonów, Ambimurgrala, z kryształu Aen, który to występuje tylko w elfim królestwie Arael. Ponoć demon ten w jednej dłoni dzierży lodową tarczę, a w drugiej lodową włócznię. Wszystkie te wiadomości wydały mi się ciekawe, ale absolutnie nieważne w kontekście naszej misji. Chwilę później moje rozmyślania zostały szybko skorygowane, a to za sprawą rozmowy na temat amuletów, jakie zdobyła moja drużyna.

W pewnym momencie Din ze swoją prostotą zapytał – „A co kurwa właściwie robi ten amulet wody, który zdobyliśmy w Zaiharze rok temu?”. Widać było, iż cała drużyna na chwilę zamarła i nie wiedzieli jak się zachować przy mnie. Jednak po chwili Goth powoli zaczął odpowiadać. Jak wywnioskowałem z rozmowy, dosyć dawno temu zdobyli jakiś medalion, zwany Amuletem Wody, nasączony magią Cieni, lecz przez wszystkie perypetie i przygody nie zdołali go zidentyfikować, ani ustalić do czego służy. Po raz kolejny moja ciekawość musiała wygrać z taktem i tylko przysłuchiwałem się biernie rozmowie. W pewnym momencie Radagast poprosił, aby Ziriel pokazała owy amulet, a jako że siedziałem blisko niego w końcu mogłem mu się dokładnie przyjrzeć. Bezczelnie zapuściłem żurawia przez ramię i nagle uderzyło mnie to co tam zobaczyłem. Niestety nie byłem pewien, ale przez chwilę wydawało mi się, iż w obrazek bardzo sprytnie został wkomponowany, symbol, którym swe dzieła podpisywał Verkordu Ahi. Dopiero wtedy zrozumiałem, że glejt o demonie jak najbardziej będzie jeszcze ważny dla naszej misji. Po przeczytaniu tego pergaminu i po zauważeniu podpisu zanzibarskiego maga, nie mogłem już milczeć. Tym bardziej, że wiadomość którą chciałem im przekazać mogła okazać się dla nich cenna. W dodatku Goth nosił na szyi medalion zwany Amuletem Ziemi, który był bardzo podobny do Amuletu Wody – a już na pewno był wykonany z tego samego dziwnego minerału. Zaryzykowałem więc i zapytałem Gotha czy te amulety mają coś wspólnego z naszą misją.

Goth, na początku niechętnie, przystąpił do opowieści, lecz chyba to, że miałem być obecny przy rozmowach z Mordrokiem w Mieście Mgieł, przekonało go, iż o niektórych rzeczach i tak się dowiem. Dowiedziałem się, że te amulety to swoiste klucze, że dwa posiadamy my, a jeden Mordrokk z Miasta Mgieł. W tym momencie byłem już przekonany, że demon opisany na pergaminie ma coś wspólnego z ostatnim amuletem. Poprosiłem Gotha o pokazanie mi dwóch amuletów i widziałem jak nagle wszyscy w drużynie sztywnieją i wpatrują się jaką decyzje podejmie Goth. Kapłan powoli z oporem ściągnął swój medalion i podał mi go, nakazał też Radagastowi by podał mi drugi. Czułem na sobie wzrok wszystkich i zdecydowanie nie były to przyjazne spojrzenia. Powoli, by nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń, sięgnąłem do sakiewki po moją lupkę do wyceny kamieni i założyłem ją na oko. W tym momencie nie miałem już wątpliwości – na obydwu talizmanach sprytnie wkomponowane w ogólną rycinę były podpisy Verkordu Ahi. Następną ciekawą rzeczą, którą wtedy zauważyłem to, to że w momencie, kiedy Radagast podał mi drugi amulet, magia zawarta w moim płaszczu zamarła. Czułem to. Po chwili oddałem im amulety. Wszyscy się rozluźnili, a ja wskazałem im podpisy na obydwu amuletach i zaraz też wspomniałem o wszystkim tym, co było opisane w glejcie o demonie. Myślę, iż choć częściowo zdobytymi wiadomościami, mimo iż naprawdę niewiele te informacje na chwilę obecną przydały się, zrehabilitowałem się za wpadkę z Alchemikiem. Bogatsi o nowe informacje wyruszyliśmy szlakiem w kierunku Miasta Mgieł.

Podczas jednego z noclegów ze snu wyrwał nas okrzyk Gotha – „Atakują!”. Rozespany gramoliłem się spod koców i próbowałem zorientować się w sytuacji. Na skraju obozowiska w równym szyku walczyli Goth, Ziriel i Din. Naprzeciwko nich stały dwugłowe olbrzymie postacie, wymachujące pniami małych drzewek niczym maczugami. Zacząłem wspomagać moich towarzyszy magią, Radagast koło mnie coś przywoływał, w momencie uwolnienia zaklęcia, koło elfki pojawiły się trzy zmory. W tym samym momencie mag krzyczał w kierunku walczących, że zmory to sojusznicy i nam pomogą. Nie wiem czy Ziriel nie usłyszała w ferworze walki tego co wykrzykiwał mag, czy zwyczajnie spanikowała, lecz chwilę później walczyła już ze zmorami. Radagast raz po raz wykrzykiwał do niej, aby przestała – w końcu chyba dotarło to do Ziriel, bo zajęła się prawdziwymi wrogami. Wydawało się, że walka dobiega już do końca, kiedy jeden z Ettinów potężnie ugodził w Dina. Siła uderzenia była potężna, Din został odrzucony do tyłu niczym szmaciana lalka, a nie potężny wojownik w ciężkiej zbroi. W chwilę później walka zakończyła się, a Goth przyklęknął przy Dinie wznosząc modły do Lorsha. Ziriel towarzyszyła kapłanowi i wspierała go też swoją modlitwą. Din na chwilę odzyskał przytomność, po czym znów ją stracił. Radagast stwierdził, iż jego stan jest stabilny.

Po raz kolejny rozgorzała dyskusja o przywoływaniu czegokolwiek przez magów. Tym razem nawet ja stanąłem po stronie Ziriel i Gotha, lecz nie dlatego, iż uważam, że przywoływanie zmor jest mało pomocne, czy zaskakujące dla walczących, o co najbardziej burzyli się Ziriel i Goth. Mnie uderzyła beztroska Radagasta, który dopiero po czasie oświadczył, że ofiary zmory same mogą się w zmorę przemienić i to w zmorę, nad którą on nie ma kontroli. Dopiero po czasie zapytał Gotha, czy pobłogosławi ciała pokonanych wrogów, aby temu zapobiec. Zdenerwowało mnie to, że mag nie widzi nic złego w tym, że o takich szczegółach informuje dopiero po fakcie. Goth postanowił nie błogosławić olbrzymów zabitych przez zmory, a my postanowiliśmy, że z samego rana wyruszamy dalej.