Kronika

Kroniki XXXIX: Alchemik

Radagast i Nandin ruszają zabić alchemika, ale misja wymyka się spod kontroli w lodowatej rzece, ogniu i nekromantycznym pokazie siły. Z ruin młyna drużyna wynosi księgę zamówień oraz ślad Reizermarana, który łączy sprawę z amuletami Verkordu Ahi.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Od wczesnego ranka zaczęliśmy z Nandinem przygotowywać się do zamachu. Byłem mocno podekscytowany i sam sobie dziwiłem się uczuciu euforii, jakie wówczas mi towarzyszyło. Wydaje mi się, że głównie spowodowane to było swobodą, na którą w końcu mogłem sobie pozwolić, bez Gotha i jego durnych zakazów i nakazów, które ostatnio skutecznie narzucał, a sztukę naszą nazywał często kuglarstwem! Teraz miałem okazję wyzwolić moc, która we mnie drzemała i udoskonalić zaklęcia, które sprawiają mi najwięcej „radości”… Utkałem na siebie „Kamienną Skórę”, a kapłan „Ochronił Nas Przed Zimnem”. Koło dwudziestej byliśmy już gotowi, a nasze siły zregenerowane, więc bez słowa „Teleportowaliśmy” się na granicę lasu, za strażnicą, pół godziny drogi od pracowni alchemika.

Na miejscu rzuciliśmy „Latanie”, spokojnie wznieśliśmy się i udaliśmy się do granicy rzeki, kilkadziesiąt metrów od celu. Ja wylądowałem na brzegu, a Nandin wsparty dodatkowo „Niewidzialnością”, poleciał na zwiad, blisko okien wieży. Cierpliwie czekałem na maga, a w głowie układał mi się plan ataku na dawny młyn. Wokół panowała spokojna ciemność i tylko szum płynącej obok rzeki, grzmiał w okolicy. Kiedy elf wrócił, spokojnie podjęliśmy decyzję i podzieliliśmy się zadaniami. Ja miałem sprawdzić okna i drzwi frontowe na parterze, przekroczyć ich próg i zajść od dołu, a Nandin wkroczyć na piętro przez okno, które wcześniej obserwował. Z uśmiechami na twarzach każdy z nas podjął się wyznaczonej roli.

Spokojnie wylądowałem przy drzwiach, starając się zręcznie i szybko omijać okna. Rozejrzałem się po opustoszałej wiosce. Domostwa były dość blisko pracowni, ale wszystkie miały zamknięte okiennice, a ich mieszkańcy nie wychylali poza nie czubków nosa. Drzwi nie były magiczne, więc spokojnie rzuciłem na zamek „Otwarcie”. Usłyszałem trzask mechanizmu, więc chwyciłem za okrągłą klamkę i przekręciłem… Mocno się zdziwiłem, kiedy nawet nie drgnęły, a dodatkowo z kulistej głowni klamki w moją dłoń wyskoczył wielki kolec! Magiczna skóra, którą ochroniłem się wcześniej, całkowicie zniwelowała ukłucie i najprawdopodobniej skutki trucizny, którą kolec był naszpikowany, ale drzwi dalej były zamknięte… Wściekły i zrezygnowany wzbiłem się w powietrze do okna, którym pewnie wleciał już Nandin…

Gotowy na wszelki atak, wleciałem przez okno. W pomieszczeniu nie było żywej duszy, ani żadnych śladów walki… Nie miałem jednak czasu na zastanawianie się nad tym faktem, ani eksplorację pomieszczenia, bo drzwi, prowadzące na niższe piętro, szybko otwarły się i ktoś rzucił czymś o podłogę. Trzask tłuczonego szkła uświadomił mi pułapkę, więc szybko wyleciałem z pokoju, który nagle wypełniła gęsta chmura pomarańczowych i kwaśnych oparów. Wiedziałem już, że elf nie wywiązał się z umówionego zadania, a roztwór roztrzaskał alchemik. Nie miałem jednak pojęcia, gdzie w takim razie jest Nandin, ale atak z zaskoczenia szlag trafił, i kiedy momentalnie postanowiłem wrócić do drzwi na dole, w powietrzu zderzyłem się z elfem!

Był ranny i cały mokry, i mogłem tylko domyślać się, co się z nim stało, ale nie było na to czasu. Obaj zdecydowaliśmy wejść frontem, tym razem już bez podchodów i ukrywania się… Dwie moje „Błyskawice” wystarczyły, aby wejściowe, ciężkie drzwi z impetem wpadły do środka, miażdżąc kogoś stojącego za nimi. Niestety nie był to alchemik, a jedynie jego zmutowany i zniekształcony, głupkowaty pomocnik. Dzierżył w rękach siekierę, więc przygotowany był na nasze wejście do środka, ale pewnikiem nie spodziewał się takiego przywitania z naszej strony… Bez zastanowienia wbiłem mu sztylet w gardziel, upewniając się, że nie zajdzie już nas od tyłu. Teraz mogliśmy się rozejrzeć po parterze.

Prócz skrzyni, zwyczajnych, przedpokojowych i siennych mebli, były tu drzwi prowadzące na piętro i jedne, jak się później okazało, do spiżarki. Kolejne moje czary „Otwarcia” zwalniały mechanizmy zamków, ale dalej nie otwierały drzwi… Elf uważnie im się przyjrzał i okazało się, że każda z klamek otwierana jest w przeciwną stronę! Niby nic, a jednak nieprzeciętne i rzadko spotykane utrudnienie dla nieproszonych gości. Spiżarka wyglądała normalnie, odkryłem jednak klapę w podłodze, obok której stała odsunięta, wielka beczka. Drzwi na górę doprowadziły nas do sypialni, a jeszcze wyżej do pracowni, w której alchemik zaatakował mnie trującymi oparami. Niestety w budynku już go nie było i jedynym wyjściem i jego drogą ucieczki, mogła być tylko klapa w spiżarce… Szybko zeszliśmy na parter. Wiedzieliśmy, że nasza zwłoka i nieudany atak tylko dodał mu czasu na ucieczkę, ale wiedzieliśmy też, że kiedy go złapiemy i tak musimy tu wrócić… Stary młyn, jego pracownia, nie mogła umknąć naszemu dokładniejszemu zbadaniu, więc potrzebowaliśmy „strażnika”, który do naszego powrotu, będzie tu wszystkiego pilnował…

Ukląkłem nad zwłokami martwego kaleki. Mimo zdeformowanego ciała, świetnie nadawał się do „Animacji Martwego”, którą po chwili zacząłem tkać. Kątem oka uważnie przyglądałem się elfowi, którego grymas twarzy podpowiadał mi, że moc, którą posiadam, jest zarówno niebezpieczna, jak i potężna… Nie zauważyłem u niego przerażenia i niesmaku, jak u Ziriel, raczej zachwyt nad czarem o takich możliwościach… Żywotrup był potężny, jak „materiał”, z którego powstał. Rozkaz był prosty: „Zabij każdego, prócz nas, który ośmieli się wejść do wieży!” Bestia zawyła i stanęła w cieniu sieni, ślepo wpatrując się w wejście do wieży. My tymczasem odsunęliśmy beczkę i zeszliśmy w dół, do piwnicy.

Pomieszczenie oświetlone było pochodniami i już na pierwszy rzut oka okazało się być pracownią, w której alchemik prowadził swe eksperymenty na mieszkańcach wioski. Przypominało salę tortur, gdzie leżące szczątki ludzkich zwłok walały się po kątach… Ich rozczłonkowane części zwisały jeszcze z kajdan w ścianach, a flaki, fekalia i krew, walały się po całej, kamiennej podłodze… Smród i stęchlizna dokładnie wypełniały każdy kąt przestrzeni tych podziemi. Szybko dotarliśmy do małych drzwiczek na końcu komnaty, które prowadziły do tunelu. Był niski, wykopany w ziemi i podtrzymywany krótkim, filarowym drewnem. Doczołgaliśmy się do końca i drabinką wyszliśmy na powierzchnię. Zaniepokoił mnie fakt, że mimo lekkiego opóźnienia w pościgu, po alchemiku nie było śladu, a jedynymi, jakie znaleźliśmy, były ślady końskich kopyt. Czyżby gotowy był na nasze przybycie, trzymając tutaj, na pustkowiu i mrozie konia?! Dziwne to było, ale bez zastanowienia rzuciliśmy na siebie „Latanie” i ruszyliśmy w pościg, starając się trzymać śladów na śniegu.

Szybko przekroczyliśmy rzekę i kilka kilometrów dalej dolecieliśmy do szlaku prowadzącego w głąb terenów Raiwigów. Dalej natrafiliśmy na grupę zbrojnych, którzy na noc rozbili obóz przy trakcie. Nie zauważyliśmy jednak konia, który byłby wyraźniej zmęczony niż pozostałe, albo jakiegokolwiek zamieszania na dole, więc polecieliśmy dalej. Kiedy dotarliśmy do rozstajów, postanowiliśmy się rozdzielić. Poleciałem w kierunku stolicy baronii, Raiwigowa i już po kilku kilometrach dotarłem do kolejnych rozstajów. Wtedy to poddałem pościg… Jakiż sens miał dalszy lot, kiedy kierunek był mi nieznany, a szansa na dobry trop niewielka? Poza tym byłem pewien, że powinniśmy już dawno dogonić zbiega, jednak mimo lepszej widoczności i lotu, tak się nie stało… Zrezygnowany i wściekły wróciłem do miejsca, w którym się rozdzieliliśmy.

Nandin z miną przegranego, który nie przywykł do porażek, czekał już na mnie. Jego trop też się skończył i również zaprzestał pościgu. Byliśmy źli i żądni zemsty! Wściekłość i adrenalina wrzały we mnie, więc postanowiliśmy wrócić do wieży. Wiedziałem, że wioska spłonie, a jej mieszkańcy zapłacą za swego alchemika, za to, że zdołał nam się wymknąć… Ktoś musiał zapłacić!!

Kilkanaście kilometrów dalej byliśmy już nad domostwami, przy starym młynie. Od razu humor mi się poprawił, kiedy zobaczyłem sceny, rozgrywane poniżej… Przy wejściu do wieży leżały trzy trupy, a nad jednym z nich pastwił się mój „twór”. Dalej zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy wioski, zbici w kupę, kilkanaście metrów od żywotrupa, krzyczeli i grozili widłami. Gdy tylko zbliżyliśmy się do wioski, od razu rzuciłem „Kulę Ognia” w zebrany tłum! Zaraz za kulą poleciała „Nawałnica Lodu”, która dobiła rannych. Uśmiechnąłem się, bo Nandin rozumiał mnie bez słowa, a widać przy tym było, że też pała chęcią mordu! Zaczęła się rzeź!

Mieszkańcy w strachu i panice rozpierzchli się po wiosce, której domostwa zdążyły zająć się ogniem. Wylądowaliśmy przy wieży, a wokół panował chaos! Słychać było krzyki rannych i konających, jak również tych, którzy bezskutecznie próbowali gasić wzniecony już na dobre olbrzymi pożar. Wezwałem do siebie mego martwego i nakazałem mu zebrać wszystkie martwe ciała i przynieść do mnie. Widziałem, że elf uśmiecha się podchwytując mój pomysł i ciesząc się z sytuacji, nie wiedziałem tylko, czy później będę mógł zaufać mu, gdy trzeba będzie się z tego wytłumaczyć i przemilczeć większość tych wydarzeń…

Po chwili u mych stóp leżało kilka trupów. Zacząłem wypowiadać formułę „Animacji Martwego” i już po kilkunastu sekundach przede mną stało kilka żywotrupów, niegdyś mieszkańców tej kiedyś spokojnej osady… „Zabijcie wszystkich, prócz nas, a ciała przynieście pod wejście do wieży!” zabrzmiał mój rozkaz. Nieumarli zawyli, po czym ruszyli na śmiertelne i krwawe polowanie. Domy płonęły, a jęki i krzyki mieszkańców powoli zaczęły cichnąć… Głośniejsze zrobiło się trzaskanie palonych dachów i buchanie płomieni. Poczułem, że ta noc doprowadziła mnie do prawie całkowitego osłabienia i wyczerpania potencjału magii, ale olbrzymie płomienie palonych domów przywróciły uśmiech na zmęczonej twarzy…

Powoli zbliżyłem się do pierwszych płomieni, najbliższego domostwa. Całą siłę swej woli skierowałem na ogień, aż poczułem siłę magii w nim zawartą. Jej potencjał przelewał się do mego ciała, grzejąc je i wzmacniając, jak ciepła woda wypełniająca pusty kubek… „Zabierany” przeze mnie ogień jakby zmalał, by po chwili buchnąć wyższymi i groźniejszymi płomieniami. Czułem, że magia w mym ciele zregenerowała się, a tym samym „zabawa” we wiosce daleka była od zakończenia…

Kiedy zbliżyłem się pod wieżę, przy której stał skupiony i przyglądający mi się elf, leżało tam już większość mieszkańców wioski. Te żywotrupy, które ich zebrały, czekały na kolejne rozkazy, jednak ja postanowiłem wpierw doprowadzić wszystkie ciała do nie-życia i zamienić ich w nieumarłych… Po chwili przed nami stało już kilkadziesiąt żywotrupów, gotowych, by zrównać z ziemią każdą wioskę, którą chciałbym wybrać na cel, ale takie akcje musiały poczekać… Wiedziałem, że Nandin potrzebuje odpoczynku, a wieża wymaga jeszcze sprawdzenia, więc rozkazałem im bronić jej i zabić każdego, który się do niej zbliży. Tymczasem my weszliśmy do środka…

Eksploracja pomieszczeń nie zajęła nam dużo czasu, a prócz kilku formuł, pergaminów i listy handlowej, nic nie znaleźliśmy. Owszem było tam kilkanaście, jak nie więcej, mikstur i kolorowych flakonów, aparatura alchemiczna, ale nie zgłębiłem jeszcze alchemii i identyfikacja ich i sprawdzenie sprzętu, zajęłyby mi „całe wieki”… Poszliśmy spać, aby elf zregenerował swoje siły magiczne. Po kilku godzinach, dużo przed świtem, obudził nas hałas na zewnątrz… Okazało się, że zjawił się tu, zwabiony dymem i pożarem, mały oddział zbrojnych, zbyt mały dla moich żywotrupów… Po chwili znowu poszliśmy spać.

Po kilku godzinach znowu usłyszeliśmy, tym razem zza drugiego brzegu rzeki, odgłosy walki. Ostrożnie zbliżyliśmy się do okna. Wielki, choć już lekko osłabiony, oddział żołnierzy wsparty magiem, zdziesiątkował moje „dzieci”… Teraz nie było już czasu na walkę i animowanie, musieliśmy jak najszybciej „Teleportować” się do strażnicy świątynnej. Kątem oka widziałem jeszcze, jak zbrojni po wybiciu ostatniego z żywotrupów, zaczęli ładować kusze i ostrożnie okrążać wieżę. Nandin, lekko spanikowany, zaczął tkać zaklęcie. Wiedziałem, że elf przez te kilka godzin nie zregenerował swego potencjału, ale nie miał wyjścia, musiał zaczerpnąć sił ze swego ciała, co zwykle było bardzo ryzykowne. Kiedy zniknął, „ruszyłem” za nim, a chwilę później pojawiłem się na dziedzińcu strażnicy…

Staliśmy obok siebie, z szerokimi uśmiechami, rozumiejąc się jakby bez słów. Wokół zebrało się kilku wojowników Lorsha, zdziwionych naszym nagłym pojawieniem się. Teraz czekała nas najcięższa próba… Przed nami było spotkanie z resztą drużyny i kapłanem, któremu ciężko będzie zrozumieć nasze niepowodzenie… Miałem tylko nadzieję, że elf okaże się wobec mnie lojalny i nie powie wszystkiego, a jeśli będzie trzeba, skłamie. Na szczęście Nandin okazał się na tyle rozsądny, rozważny i na tyle poznał już Gotha, który pewnie zdążył „zaleźć mu za skórę”, że potwierdził wydarzenia, które przedstawiłem drużynie…

Praktycznie nie musieliśmy kłamać, bo atak na wieżę i pogoń za alchemikiem była całą prawdą. Jedynie przy streszczaniu chaosu, jaki rozpętaliśmy we wiosce, powiedziałem, że broniliśmy się przed atakiem wieśniaków… Ot cała, szczera i prosta historia… Niestety wybuch złości i rozczarowania, jaki nastąpił później u kapłana, po raz kolejny doprowadził do ostrej wymiany słów. Goth zwyzwał nas i mimo szczerych tłumaczeń odnośnie desantu na wieżę i pewnych nieoczekiwanych i nieprzewidzianych „niespodzianek”, nie dawał spokoju. Klął i rzucał wokół nerwami – tupał nóżkami, jak dziewczynka… Przyzwyczajony byłem do takich reakcji, więc spłynęło to po mnie niczym woda. Przestałem w końcu się odzywać i pozwoliłem kapłanowi się wykrzyczeć… Szybko podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Miasta Mgieł i zaprzestaliśmy już „rozmów” o naszej porażce z alchemikiem, a tym bardziej o „zabawach” we wiosce…

Rankiem byliśmy już na szlaku. Po kilku godzinach dotarliśmy do wioski Zvir, w której kiedyś się już zatrzymaliśmy i gdzie odkryliśmy Podziemia Hamnossa… Weszliśmy do znanej gospody, w której piwnicy jest przejście do podziemi i gdzie wówczas, po wyjściu z nich, zrobiliśmy nie lada zamieszanie. Na szczęście gospodarz nie rozpoznał nas, a powinien, bo wtenczas groziliśmy mu nożem i szantażowaliśmy… To były czasy…

Kiedy czekaliśmy na strawę i ciepłego grzańca, zagadnął nas chłop, który wylewnie opowiedział o tajemniczym, acz hojnym podarunku od pewnego maga dla wioski… Był to kamienny, duży posąg smoka, boga Aziela, który stoi na polanie niedaleko Zvir. Zastanawiałem się, po cóż taki podarek takiej zapchlonej budzie, ale czy ktoś kiedyś rozumiał magów…

Rankiem, zanim wróciliśmy na szlak, poszedłem wraz z Nandinem zobaczyć dziwny podarunek. Smok był większy niż człowiek, usadowiony na kamiennym piedestale, do którego prowadziły schodki. Kiedy weszliśmy, od razu rzucił nam się w oczy zapis wyryty w kamieniu: „Ukaż mi swą moc, a ja pokażę Ci swoją.” Ostrożnie rzuciłem „Wykrycie Magii” i wyczułem, że smok otoczony jest idealną „Sferą Otulike’a”. Chwilkę zastanawialiśmy się nad sensem inskrypcji i magią bijącej od posągu, aż w końcu postanowiłem spróbować ją rozproszyć… Sfera zniknęła, po czym oczy posągu zabłysły, a z jego paszczy wydobyła się chmura błękitnego dymu. Nie czekaliśmy długo na dalsze efekty „Rozproszenia Magii”, kiedy owa chmurka, z całym impetem we mnie uderzyła! Siła była tak duża, że spadłem ze schodków i wylądowałem poniżej, na zaśnieżonej ziemi! Przez kilka sekund dochodziłem do siebie i w myślach wyobrażałem sobie, jak ciężko ze mną…, kiedy poczułem olbrzymi przypływ energii magicznej! Chmura z posągu musiała sprawić, że potencjał mocy w mym ciele, znacznie się zwiększył i mimo iż normalnie byłoby to dla mnie zabójcze, ja czułem się świetnie, pełen mocy! Uśmiechnięty wróciłem do zaskoczonych kompanów, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę… Będę musiał częściej odwiedzać to miejsce…

Podróż mijała dość spokojnie, a my szybko zbliżaliśmy się do granicy mgieł, które otaczają miasto i Krainę Mgieł. Pewnej nocy zbudziły mnie krzyki… Jak szybko mogłem, pozbierałem się w namiocie i wybiegłem przed obozowisko, żeby zobaczyć, co się dzieje. Goth i Din, którzy tej nocy mieli wartę, byli już w trakcie walki i to oni krzykami budzili nas ze snu. Nandin podobnie jak ja, zerwał się z lekkim opóźnieniem, a Ziriel zabierała się już za pierwszego przeciwnika. Okazało się, że z pobliskich, zalesionych wzgórz, zbiegły i zaatakowały nas Ettiny, dwugłowe, prymitywne olbrzymy! Byli wielcy i silni, w łapskach dzierżyli olbrzymie konary, dla nich maczugi, którymi miotali z przerażającą lekkością i łatwością. Kiedy z elfem włączyliśmy się do walki, było ich już sześciu, a kilku leżało martwych u stóp naszych kompanów. Jednak widać było, iż zarówno Din, jak i Goth otrzymywali bolesne rany, od których Din poważnie już słabł. Postanowiłem wypróbować nowy czar i „Przywołać Zmory”, potężnych nieumarłych, którzy jako agresywni drapieżcy, byli odpowiednimi zabójcami na tych dzikich olbrzymów. Tym bardziej byliby mocnymi sojusznikami, ponieważ ich moc uodparnia na zwykłe bronie, jakimi akurat dysponowały Ettiny…

Stojąc kilka metrów za walczącymi kompanami, krzykami ostrzegłem ich przed przywołanymi nieumarłymi. Wiedziałem, jak bardzo boją się wzywanych przez magów „potworów”, a tym bardziej, kiedy wyglądają, jak zmory… Jednak takiego obrotu sprawy nie przewidziałem…

Zmory pojawiły się w zasięgu, niestety obok Ziriel, po której nie spodziewałbym się nigdy tak idiotycznej i bojaźliwej reakcji!! Elfka, gdy tylko kątem oka dostrzegła przerażających sojuszników, którzy na mój rozkaz momentalnie ruszyli do ataku na Ettina, zaatakowała je!!! Mimo moich krzyków, ostrzeżeń, Ziriel z przerażeniem na swej idiotycznej twarzy, zaczęła wycinać przywołane zmory, jakby dwugłowy olbrzym, z którym dotychczas walczyła, był już mniej groźny od wezwanych pomocników… Głos mi się załamał widząc, co durna elfka wyprawia! W końcu Zmory zaprzestały ataku na Ettina i poczuły zagrożenie od strony Ziriel, więc czułem w głowie, jak ma wola próbuje być przełamana przez nie. Chciały zwyczajnie się bronić i zaatakować elfkę, ale mimo wszystko utrzymałem je w ryzach i nakazałem atak na olbrzyma. Elfka w końcu zrozumiała sytuację i usłyszała me okrzyki, zostawiła więc w spokoju pozostałe zmory, aby te mogły wykonać mój rozkaz. Chwilę później usłyszeliśmy jęk i trzask gniecionej zbroi…

Siła uderzenia była potężna. Din odleciał kilka metrów, wbijając się w jeden z namiotów. Szybko rzuciłem „Błyskawicę”, zabijając jego oprawcę, po czym powoli ruszyłem w kierunku leżącego kompana. Nim doszedłem, odgłosy walki zdążyły ucichnąć, a reszta drużyny była już obok mnie. Din był naprawdę ciężko ranny, a jego obrażenia były wewnętrzne i według mojej oceny i krótkich oględzin, bardzo poważne. Jego stan zaliczyłem do głębokiej agonii, a po chwili, myśląc o naszej medycynie, do ostatecznej śmierci… Goth klęknął przy wojowniku, który ledwo dyszał i zaczął się modlić. Szanse na uratowanie Dina były nikłe, ale nie wiem skąd nasz kapłan ma duże względy u Lorsha… Wojownik ocknął się, spojrzał na nas, po czym stracił przytomność. Wiedzieliśmy już, że modlitwa Gotha przyniosła pozytywne efekty, ale dalsze leczenie zależało już tylko od siły i krzepy organizmu Dina…

Po tym kapłan wstał i zaczęło się na dobre… Kłótnia wybuchła nagle, była długa i burzliwa. Wszyscy, Ziriel, Goth i nawet Nandin, zbesztali mnie za czar przywołania! Tłumaczyłem się równie głośno jak oni, jednak samemu nie sposób było przekrzyczeć, a tym bardziej przegadać „wszechwiedzących arcymagów”, za jakich wówczas się uważali…! W końcu wyzwałem ich od ignorantów, a Ziriel nazwałem tchórzliwą idiotką i chyba nie minąłem się z prawdą… „Myślę Gocie, że skoro Radagast ma takie podejście i nie chce się dostosować, powinniśmy przestać go chronić…” – te słowa wypowiedziane przez elfkę, uderzyły we mnie niczym grom z nieba! Ta niewdzięczna lizuska śmiała powiedzieć takie zdanie!!! Niby to ja, teraz potrzebuję jej ochrony?!

Ale jeszcze przyjdzie nam wszystkim wrócić do tego zdania… Jeszcze przypomną sobie ten tekst…