Mimo iż kłótnia ustała, a resztę nocy postanowiliśmy odpocząć, dalej wiedziałem, że konsekwencje zabójstwa, dokonanego przez przywołane zmory, mogą być groźne. Powiedziałem im to i pewnie ta wieść zwiększyła ich niechęć do czaru i strach przed nim, ale taka już natura tego Nieumarłego… Zmora, która zabije, tworzy zmorę… Niekontrolowaną już przez maga, wolną, samodzielną i nadal groźną… Pierwszą i jedyną wartę postawiłem ja, wraz z arogancką Ziriel. Nie odzywaliśmy się do siebie do końca nocy, ale bacznie obserwowałem martwe ciało Ettina, rozerwane przez moje zmory. Tej nocy już żadna nowa nie powstała…
O świcie zbudziliśmy resztę i zaczęliśmy śniadać. Postanowiliśmy nie wracać do wioski Zvir, tylko udać się w dalszą drogę. Z głównego szlaku chcieliśmy zboczyć do opuszczonej świątyni Arianne, w której dawniej przyszło nam już nocować, a nawet otrzymać dar leczenia od bogini. Tam mieliśmy nadzieję na wyleczenie Dina. W pewnym momencie, po śniadaniu, Goth, który wyglądał na zmartwionego, odszedł dalej i usiadł na pieńku, dłońmi chwytając się za głowę… Wyglądał na mocno strapionego i intensywnie myślącego, a taki widok to dla mnie rzadkość…
„Tej nocy miałem sen…” – zaczął kapłan, niepewnie podnosząc głowę w naszym kierunku. „Wizję przesłał mi sam Anumis, awatar Lorsha, który uświadomił mi, że wszyscy zawiedliśmy…” – głos załamał mu się bardziej, a twarz posmutniała. Przez chwilę wpatrzony był w dal, jakby jego myśli szukały celu, ale już po chwili jego wzrok znowu zatrzymał się na naszej drużynie – „… zwłaszcza Gotrek, mój syn…”. Staliśmy wszyscy totalnie zaskoczeni. Nie wiedziałem, czy to już ten moment, w którym człowiek z jego przeżyciami i doświadczeniami, zatraca zdrowy rozsądek i zaczyna się ślinić…? Czy może już czas na „emeryturę” i starość w hospicjum…? Tymi słowami tak nas zaskoczył, że naprawdę zaczęliśmy się martwić o jego stan psychiczny. Jednak po chwili rozwiał nasze obawy, spokojnie już i w pełni świadomie, zaczął dalej tłumaczyć swe dziwne słowa.
Kapłan spokojnie tłumaczył nam wizję i popierał wszystko przeżyciami z przeszłości. Gotrek miał już raz umrzeć, nie licząc morderstwa, jakie zafundował mu Din. Było to w miasteczku Kelte, niedaleko Bezsłonecznej Cytadeli, gdzie po tamtych wydarzeniach Goth za mocą Lorsha uratował mu życie… Wtedy to podobno, zarówno kapłan, jak i jego bóg, pokładali nadzieję w Gotreku, że wybierze ścieżkę boskości, jak ojciec… Tym samym podziękuje i odwdzięczy się za uratowanie mu życia, ale tak się nie stało, bo ten wybrał ścieżkę magii, a nie kapłaństwa… Jak zwykle Goth, opowiadając to, przeżywał „wewnętrzne katusze”, a mnie na jego widok, przychodziła tylko jedna myśl: „żałosny”… Ponoć jego późniejsza śmierć, to owa zapłata za wszystko Lorshowi… „Tobie Dinie też przyjdzie zapłacić za udzieloną teraz pomoc przez Lorsha…”. Spojrzałem na leżącego wojownika, któremu najwyraźniej nie było już do śmiechu… Odniosłem wówczas wrażenie, że oni wierzą w boga i słuchają słów tego zadufanego w sobie kapłana, bo się zwyczajnie boją! Faktycznie myślą, że świat kręci się wokół Lorsha i jego fanatycznego kapłana… Dlatego wierzą… Boją się… Czymże lepsza jest wiara w bogów ze strachu i szantażu, od niewiary…? Nie wierzyć, a wierzyć nieszczerze, to jedno i to samo… Ale kapłanowi widać to nie przeszkadza… Ślepiec nigdy nie odzyska wzroku. Co najwyżej można podsuwać mu pod nos te same, znane zapachy…
Mierziło mnie już te smęcenie o wierze i odwdzięczaniu się bogu i kapłanowi za leczenie, więc zapytałem o czym on bełkocze? Goth nie był, jak zwykle zresztą, zadowolony z mego niecierpliwego tonu, ale przynajmniej pod jego wpływem zaczął normalnie opowiadać. „Widzisz Radagaście, miałem kiedyś marzenie o stworzeniu sztandaru…” – zaczął poważnie kapłan. „Sztandaru rodu Nathreków!” – kapłan zauważył mój uśmiech, mimo iż kaptur w większości zakrywał mą twarz. „Pierścienie z Lodowej Świątyni, to wstęp… Pierwsze elementy sztandaru…”. Goth patrzał w niebo, a jego słowa brzmiały tak wyniośle, jakby recytował kazanie w świątyni…
Cierpliwie czekaliśmy na całą wizję, którą w końcu nam opowie. Ponoć Anumis powiedział mu, iż koniecznym jest stworzenie Sztandaru, przed naszym wejściem do Ogona Diabła… W Mieście Mgieł mamy szukać jakiegoś Szmaragdowego Czarodzieja, który ma nam przekazać „iskarati”… Słuchaliśmy zdziwieni, bo wizja, sen kapłana, wcale nie był dla nas jasny i pomocny… Słyszałem kiedyś o Emanuelu Iskarati, malarzu z Paddar, a Din skojarzył, że tesijska cesarzowa nazywana jest Szmaragdową Cesarzową… Ale czy to byłyby nasze tropy…?
Po krótkiej i bezowocnej rozmowie postanowiliśmy opuścić miejsce walki z Ettinami i ruszyć w dalszą drogę. Musiałem cały czas czarować „Dyski Tensera” i „Lewitację” dla Dina, inaczej podróż z tak ciężko rannym kompanem znaczniej by się wydłużyła. Pod wieczór bezpiecznie dotarliśmy do starej świątyni Arianne. Spędziliśmy tam półtorej dnia, podczas których wojownikowi w ogóle się nie polepszyło. Postanowiliśmy ruszyć dalej. Tym razem Dina wieźliśmy na noszach, ponieważ stosowanie czarów mocno opróżniło me sakwy ze składnikami, a i potencjał zmalał… Noc przespaliśmy w pobliskiej wiosce, niedaleko bagien, którą kiedyś odwiedziliśmy, a rankiem byliśmy już na szlaku do Miasta Mgieł.
Pod wieczór, piątego dnia podróży, dotarliśmy przed mroczne oblicze Pozamiasta. Din zaskakująco szybko dochodził do siebie, a jego stan pozwalał mu już podróżować w siodle. Przez te kilka dni poświęciłem się opracowaniu nowego zaklęcia, ale też zgłębiałem wiedzę zawartą na pergaminach skradzionych alchemikowi. Były tam dwie księgi: „Rody szlacheckie Tragonii. Drzewa genealogiczne” i „Metabolizm ludzki” oraz pergaminy, których treść postanowiłem, dla utrwalenia, umieścić w swoich prywatnych zapiskach.
Pergamin z Księgi Zamówień zapisany był nazwiskami klientów alchemika i specyfikami, które dla nich tworzył:
„1. 30x cierniowy dekokt, 30x wywar alfa, każda ilość tojadu i ciemiernika, raport z Testu B_12. Odbiór 1 kwiecień. Aldonis.
2x eliksir łez. Odbiór 1 maj. Aldona.
13x Rzeka doznań. Odbiór 1 maj. Hardik.
20x Chuć – wzmocnić!. Odbiór 1 maj. Mir.
10x Szczurnik – generacja 5. Odbiór 12 czerwiec. Mir.
10x Czerniak. Odbiór 30 czerwiec. Hardik.
Raport z Testu B_13 – ważne! Aldonis.”
„Jest to Demon Niższego Świata, który podobno wiele lat służył niejakiemu Verkordu Ahi, zanzibarskiemu magowi. Sama istota ma 5 metrów wzrostu, a stworzona jest z kryształu Aen, który według mojej wiedzy rośnie tylko w elfim lesie Arael, daleko na południu kontynentu. Stwórcą demona jest Ambimurgral, Wielki Książę Demonów. Reizermarana spotkać można z tarczą z samego lodu i lodową włócznią. Przez ostatnie 400 lat wielokroć go przyzywano, jednakże udanie zaledwie dwa razy. Paddarski mag, niejaki Kornel Długi, spętał bestię i nie przepłacił przyzwania jej swą śmiercią, jak inni w tym okresie. Wiele wskazuje na to, iż demon ten chroni grobowca samego Verkordu Ahi lub jego tajemnego sanktuarium i dlatego nie lubi być przyzywany. Kornel w drugim przyzwaniu dowiedział się, że Reizermaran i jego słudzy strzegą jakiejś czwartej bramy. Jeśli mus jest go przyzwać, to należy złożyć mu w ofierze czarownicę i jej dziecię. Rysować podwójne albo i potrójne runy przyzywania i zabezpieczeń. Demon rozmawia w elfim języku, a gardzi zaś ludzkimi językami. Mówią, że żadne ostrze nie jest w stanie go zranić.”
Jeden z glejtów stanowił rozprawkę o przywołaniu demona, którego imię i historia była mi już znana z wiedzy, jaką posiadałem o historii Zanzibarru. Podzieliłem się wiadomościami z drużyną, a ta zgodnie stwierdziła, że nasza misja i my mamy ze wszystkim coś wspólnego…
Spokojnie przebrnęliśmy przez ciemne uliczki Pozamiasta, które leży za murami Miasta Mgieł. Nic się tu nie zmieniło od naszej ostatniej wizyty, prócz tego, że pomiędzy slumsami i zniszczonymi budynkami tej brudnej i zawszonej dzielnicy, czaiło się więcej męt i wrednych ryjów… Przejechaliśmy bramę główną i od razu udaliśmy się do domu rodu Aragonisów. Przy wejściu stało kilkunastu tesijskich zbrojnych, znacznie więcej od naszego ostatniego pobytu tutaj… Grzecznie, pilnując ich ścisłego kodeksu postępowania i praw rodowych, przedstawiliśmy się, prosząc o wizytę u pana Tanako. Po chwili wyszedł do nas Yoshi, jeden z żołnierzy pana Tanako, który był naszym strażnikiem i opiekunem w Mieście Mgieł 2 lata wcześniej… Powiedział, że wiele się zmieniło w mieście od naszej ostatniej wizyty i dla naszego bezpieczeństwa teraz Tanako nas nie przyjmie, a dopiero o północy. Odmówiono nam również gościny i skierowano do karczmy „Rycerskiej”, w której powinniśmy być bezpieczni… Zamyśleni i lekko zdziwieni opuściliśmy dom Aragonisów.
Miłą odmianą od brudu i uciążliwych traktów, była kąpiel w gorącej bani, pranie i czyste, niezapchlone łoże. Po sytej kolacji i krótkim odpoczynku w pokoju z tlącym się kominkiem, poszliśmy na spotkanie z Tanako. Yoshi powitał nas cieplej i przyjaznymi gestami zachęcił do wejścia. Szliśmy spokojnie podziwiając rezydencję Aragonisów i jej specyficzną, tesijską architekturę. Faktycznie straż w całym kompleksie była wyraźnie wzmożona i znacznie liczniejsza… Czuć było wiszące w powietrzu napięcie. Przed główną salą zabrano nam broń, po czym wraz z Yoshim stanęliśmy przed obliczem seniora rodu Aragonisów.
Tanako powitał nas udawaną serdecznością, a po jego minie i wzroku zauważyłem, że jesteśmy teraz najmniej oczekiwanymi gośćmi w mieście… Okazało się bowiem, że rodziny zaczęły ze sobą walczyć bardziej zacięcie, przez co ulice stały się równie niebezpieczne. Syn Tanako, Yamamoto, zginął w zamachu… Ponoć wszystkie rodziny straciły kogoś bliskiego w „Wojnie Sztyletów”, która tak zaciekle i krwawo jest przez nich prowadzona. Zapytany o Mordrokka i zorganizowanie dla nas spotkania z nim, powiedział, że nie widziano go w mieście od ponad pół roku, ale jak tylko coś będzie wiedział, to nas zawiadomi. Tanako stwierdził, że nie chce nas narażać, więc dla naszego bezpieczeństwa i dobra, mamy trzymać się od jego rodziny z dala… Drugim powodem jego niegościnności, był podobno brak miejsca na jego włościach, ponieważ przyjął już pod swój dach jakiegoś hrabiego von Birnakka i jego świtę… Spojrzałem na miny moich kompanów i widziałem, że tak jak ja, są równie zaskoczeni i zniesmaczeni postawą starszego tesijczyka… Przez te dwa ostatnie lata musiało się tu wydarzyć wiele ciekawych rzeczy…
„Panie, czy…?” – uprzejmy głos przerwał nam rozmowę. Wszyscy spojrzeliśmy w kierunku człowieka, który odziany w szlacheckie szaty, kiedy tylko wszedł rzucił w nas znienawidzonym spojrzeniem… Zaraz po tym spojrzeliśmy na zaskoczonego i zakłopotanego Tanakę, który zmrużył oczy i odwrócił się od mężczyzny, który bezczelnie przerwał jego zdanie. „Bardzo dziękuję, że przyszliście, ale na tym musimy skończyć!” – Tanako rzucił do nas krótko, po czym w tradycyjny sposób skłonił się nisko.
Spod kaptura widziałem, jak człowiek w bufiastych rękawach i groszkowej koszuli, nienawistnym wzrokiem odprowadza nas do drzwi. Wydawało się, że bardzo dobrze nas zna, a przynajmniej uważnie nam się przygląda. Dziwne i niepokojące… Kiedy tylko zasunięto za nami płócienne, lekkie drzwi, Yoshi w tajemniczy dla siebie sposób powiedział, że mamy na wszystkich uważać. Każda rodzina w mieście płaci krocie za skrytobójców i wszyscy w domach mogą ostatecznie okazać się zdrajcami! Zapytany o podejrzanego mężczyznę, Yoshi powiedział, że jest nim hrabia Dekon von Birnakk, obecnie gość „honorowy” Tanako…
W karczmie skorzystałem z zasobów księgi „Rody Szlacheckie Tragonii. Drzewa Genealogiczne” i znalazłem ród Birnakków. Ich drzewo kończy się na trzech synach, pośród których jest właśnie Dekon. Ród stary, pięciuset letni, wywodzący się z Paddar. Nic poza tymi wiadomościami…
Rankiem poszliśmy do Idżi Khana, mocno nielubianego przeze mnie sprzedawczyka, który zamiast handlować, woli zadawać klientom zagadki! Goth zapytał o „iskarati” i ku naszemu zdumieniu tesijski handlarz oświadczył, że ma coś dla nas, ale w zamian odgadniemy trzy zagadki! Ręce opadają… Pierwszą okazało się bardziej drużynowe zadanie, oparte na dobrej koordynacji ruchów i wzajemnej współpracy. Zwariowany handlarz wyjął zza zaplecza kij, a naszym zadaniem miało być opuszczenie go na ziemię, trzymając tylko wyprostowanymi palcami wskazującymi…! Ubawiłem się przy tym na równi ze zdenerwowaniem, ale w końcu udało nam się. Druga zagadka brzmiała: „Jakie siedmioliterowe słowo, nawet największy mędrzec wypowie błędnie?”. Po krótkim namyśle podaliśmy odpowiedź: „błędnie”. Trzecia i ostatnia zagadka: „Do jakich garnków nie można nalać wody?”, poszła nam szybciej i zaraz po niej podaliśmy odpowiedź: „do pełnych”.
Kiedy tylko podaliśmy ostatnią, dobrą odpowiedź, Idżi Khan poszedł na zaplecze. Przyniósł nam obraz, prosty, z malowidłem góry, do której pośród skał, wiedzie kręta ścieżka. Na początku owej ścieżki stoi pięć osób, zwróconych plecami do oglądających obraz. Najdziwniejsze wrażenie wywarło na nas malowidło owych osób, bo podobni byli do nas samych…! Elfka ze sztyletem, człowiek w czerni z kijem, rosły mąż w zbroi, elf z plecakiem i wojownik z tarczą i mieczem. Każdy z nas patrzał na obraz z niedowierzaniem, a tesijski sprzedawca, jakby nigdy nic zwyczajnie nam go wręczył. Ponoć sam Emanuel Iskarati sprzedał mu malowidło za pół ceny, bo jak sam powiedział, dzieło mu nie wyszło… Pod koniec naszej wizyty próbowałem jeszcze pohandlować z Khanem, ale ten wypomniał mi zachowanie sprzed dwóch lat i po raz kolejny się obraził! Wyrwałbym mu serce…!
Wróciliśmy z obrazem do gospody. Po krótkiej rozmowie poprosiłem Ziriel na osobności. Skoro Idżi Khan nie chciał ze mną handlować, to może zechce z elfką, tym bardziej, że jej umiejętności targowania się już wcześniej rzuciły mi się w oczy… We dwójkę poszliśmy do tesijskiego sklepikarza. Po drodze wytłumaczyłem Ziriel, co mnie interesuje i o co ma się zapytać. Cierpliwie czekałem na zewnątrz sklepu. Kiedy wyszła, wręczyła mi rtęć, składnik do jednego z zaklęć i powiedziała, że Khan ma Kryształy Amuru, ale okazały się zbyt drogie, jak na moją sakiewkę. Po wytłumaczeniu jej sposobu ich działania, elfka zachęcona wróciła po kilka z nich! Kupiła je za pół darmo, a to ja chciałem zakupić je dla siebie… Ironia… Ludzie na codzień gardzący magami i szydzący z ich umiejętności, karcący za czary, które niejednokrotnie ratowały im życie i pomagały w różnych sytuacjach, tak chętnie teraz nakładają na siebie ich wynalazki i cieszą z mocy, uważanych za kuglarstwo…!! Muszę naprawdę zastanowić się nad obdarzaniem ich mymi mocami, skoro tak perfidnie i arogancko obnoszą się ze swą ignorancją i hipokryzją…!!!
W karczmie postanowiliśmy zapytać oberżystę gospody „Rycerskiej”, Oberona, o Górę Gromu, która znajduje się w pobliżu miasta i ponoć jest natchnieniem wielu artystów i malarzy. To właśnie ta góra jest pejzażem z naszego obrazu… Karczmarz opowiedział legendę, której wydarzenia sięgają do czasów sprzed 900 lat i najazdów magów na obecne ziemie. W tamtych mrocznych czasach, ludzie musieli ukrywać się przed najeźdźcami, więc skryli się w owej górze i jej naturalnych jaskiniach. Prowadzą do niej dwie drogi, ścieżki… „Jasna”, używana obecnie przez wszystkich – pielgrzymów, turystów i mieszkańców tych krain, którzy chcą oddać cześć Władcy Mgieł. Są na tej ścieżce kapliczki, a w grocie, główna, przy której odbywają się dziękczynne modły. Jest też druga droga na górę, „Ciemna” ścieżka, którą nikt nie odważy się przejść… Ponoć szlaku tego strzegą duchy żołnierzy imperium Zanzibarru, którzy polegli podczas wojny z Władcą Mgieł, a przejście nim jest najniebezpieczniejszą rzeczą dla śmiertelnika…
Nagle Oberon wstał i odszedł od stolika. Chwilę dyskutowaliśmy o tym, żeby udać się tam, jak tylko wydobrzeje Din, kiedy karczmarz wrócił do nas. Wydawał się inny, nie pamiętał rozmowy o Górze, a tylko powtarzał, że trzeba czcić Władcę Mgieł. Był jakby zahipnotyzowany…! Zdziwieni wróciliśmy do pokoju. Mimo mojej namowy, żeby udać się „Jasną” ścieżką na Górę i obejrzeć wszystko, cała kompanija postanowiła gnić tutaj, aż Dinowi się nie polepszy. Postanowiłem więc poszukać cennego i równie rzadkiego składnika do mojego nowego zaklęcia, którego nauka dobiegła prawie końca…
Udałem się na plac targowy, gdzie dowiedziałem się o najbliższej egzekucji, podczas której mają zawisnąć dwaj szubrawcy. Jeden to morderca, a drugi gwałciciel… Zaciekawiony i podniecony, postanowiłem przyjść na egzekucję. Dwa dni później tłum ludzi wiwatował na placu, żądny krwi złoczyńców. Herold czytał ich winy i wtedy usłyszałem: „dusiciel”!!! Głupkowato wyglądający osiłek, drugi ze skazanych, udusił dwie kobiety i za to zawiśnie! Zawrzało we mnie… Szansa jedna na tysiąc i akurat trafiłem! Szybko popytałem tutejszych i dowiedziałem się, że gdy tylko zwłoki zaczynają gnić, czyli w przeciągu dwóch najbliższych dni, zabiera je grabarz Johan z Pozamiasta… Tam, na starym, nieodwiedzanym cmentarzysku, trupy złoczyńców lądują wewnątrz zbiorowej mogiły.
Jeszcze tego samego dnia, zaraz po egzekucji, poszedłem na owy cmentarz, który znajdował się w Pozamieście. Był olbrzymi, zniszczony, stary i mroczny. Niekompletna brama skrzypiała, kołysząc się na wietrze. Na środku nekropolii stało olbrzymie, stare drzewo, którego korona rozpościerała się szeroko, zasłaniając gałęziami i rzucając cień na duży obszar grobów i podniszczonych nagrobków. Przy drzewie spotkałem trzech pijanych obdartusów. Szybko, za pomocą srebra, poznałem Johana i kłamstwem nakłoniłem na oddanie mi zwłok dusiciela. Musiałem wymyślić historię zwyrodniałego kuzyna, którego matka chce pochować na rodzinnych włościach, ale myślę, że stan upojenia Johana pozwoliłby mi na każde inne kłamstwo…
Dwa dni później, nocą udałem się konno na cmentarz. Nekropolia była znacznie mroczniejsza niźli za dnia, a nad ziemią unosiła się kilkudziesięciocentymetrowa, gęsta mgła. Wiedziałem, że muszę uważać i zniknąć ze zwłokami szybko, udać się w bardzo ustronne miejsce, toteż przygotowałem sobie składniki, a na siebie rzuciłem „Eteralny Pancerz”. Pod drzewem czekał na mnie Johan… Było podejrzanie cicho…
„Masz srebro?” – zapytał obwieś bez ogródek. „Jeśli masz dla mnie ciało, to monet Ci nie zabraknie…” – rzuciłem spokojnie, ostrożnie cofając się do tyłu. „Tam jest…” – grabarz wskazał swoim brudnym paluchem na „coś” przykryte poplamionym i obszarpanym płótnem. „Przynieś ciało do mnie, a dostaniesz pieniądze…” – niecierpliwie ściskałem składnik w dłoni. Czułem, że coś jest nie w porządku, ale przyszedłem po dusiciela i bez niego nie miałem zamiaru odchodzić. „Najpierw dasz mamonę…!”
Zrobił krok w moim kierunku, a zza drzewa, z tyłu, wyszło pozostałych dwóch ochlajmordów, którzy w rękach trzymali solidne, drewniane pały… Skoro zapragnęli mojej sakwy, to dostaną całą misę wypełnioną po brzegi…!! Ale ich własną krwią!!! Szybko utkałem „Lewitację”, której składnik miałem w ręce. Jeden cios pałą zadał mi ból, ale nie przeszkodził w czarowaniu i nie przerwał koncentracji… Uniosłem się nad nimi, zanim pozostali wyprowadzili we mnie uderzenia. Adrenalina i wściekłość wrzały we mnie, chęć mordu była silniejsza, tym bardziej, że poczułem się mocno oszukany i zdradzony! Ci idioci stali pod moimi stopami, bezskutecznie machając pałami, nieświadomi tego, że zaprzepaszczają ostatnie chwile swoich nędznych żywotów. Pierwsza „Błyskawica” ścięła oprychowi głowę. Kolejny nie zdążył nawet oddalić się z widoku, kiedy jego przypalone zwłoki, z głuchym uderzeniem upadły na podmokłą ziemię.
„Nie zabijaj mnie! Proszę, nie zabijaj!” – Johan z przerażeniem upadł na kolana, łącząc dłonie do modlitwy. Klęczał pode mną i jęczał, prosząc o litość. „Przynieś zwłoki wisielca pod moje stopy, a zastanowię się nad twoim nędznym życiem…” – powolutku wyciągnąłem składnik, śledząc wzrokiem poczynania grabarza. Spokojnie utkałem zaklęcie i kiedy grabarz był pode mną, z całą siłą strzeliłem mu w plecy „Błyskawicą”.
Nagle drzewo na cmentarzu jakby ożyło… Jego gruby konar, rozszerzył się, a korzenie zaczęły ruszać. Wydawało mi się, że zabierają jedno z ciał zamachowców i ciągną w kierunku „czeluści” w konarze! Wzbiłem się wyżej, z nadzieją, że korona drzewa nie zaskoczy mnie swym „życiem”… Po chwili wszystko ustało, a ja spokojnie wylądowałem na zamglonej, mokrej ziemi. Niepewnie zrzuciłem płótno. Zwłoki okazały się być tymi, których serce było mi potrzebne! Uważnie rozejrzałem się po okolicy i ciemnych nagrobkach. Spokój uświadomił mi, że teraz jest wyśmienita okazja, żeby „iść za ciosem”…
Wzniosłem sztylet ku niebu przenicowanemu świecącymi gwiazdami i z całej siły wbiłem jego ostrze w klatkę piersiową truposza… Uczucie podniecenia i euforii wprawiło mnie w prawdziwą ekstazę, trans, w którym przekroczyłem świadomość i znalazłem się na tak dobrze znanym mi Świecie Śmierci! Nie wiem nawet, kiedy jego mroczne, ciepłe i ociekające krwią serce znalazło mi się w dłoniach, ale instynktownie wrzuciłem je do cynowego garnka i ukryłem pośród grobów. Smak jego zbrodniczej krwi czułem na wargach, a jej zapach unosił się w powietrzu i delikatnie wypełniał moje nozdrza. Do teraz nie wiem, dlaczego w transie podjąłem tą decyzję, ale sam na siebie jestem zły, że nie potrafiłem nad sobą zapanować…!
Nie myśląc o koniu, konsekwencjach i niebezpieczeństwie, w podnieceniu utkałem „Teleportację”… To był największy błąd, jaki kiedykolwiek popełniłem! Widziałem tylko umykający spod mych stóp świat, słyszałem chaos szalonych dźwięków i dojrzałem pulsującą w oddali budowlę, przypominającą Wieżę… Kiedy się ocknąłem, leżałem na środku uliczki, w jednym z zaułków Pozamiasta… Prócz Morgula nie miałem nic, nawet butów, skradziono mi wszystko, Amulet Wody także…!!! Jedyną pociechą był fakt, że żyłem… Wiedziałem, że był to wynik teleportu, którego nie wolno mi było tutaj, w tym mieście stosować, a jednak nieświadomie to zrobiłem! Szybko znalazłem Mariusa, tutejszego obwiesia, który zaprowadził mnie do jednego z tych, którzy mieli odwagę mnie okraść. Nie zabiłem go, ale ból jaki mu zadałem, utwierdził mnie w przekonaniu, że prócz butów, niczego innego mi nie zabrał. Poza tym nie chciałem za dnia robić tutaj rozpierduchy, choć miałem wielką ochotę…!!! Dowiedziałem się jeszcze, że wszystkie „skonfiskowane dobra” na ulicach trafiają tu do niejakiego Dziadunia, który trzęsie Urwiskiem, które jest dzielnicą Pozamiasta… Zobaczymy, jak długo będzie jej szefem…
Szybko wróciłem do gospody, omijając podejrzliwe spojrzenia Oberona. Po drodze przeszedłem obok cmentarza, ale mego konia też nie było… Byłem wściekły na siebie i na swą głupotę, ale wiedziałem, że po części spowodowane to było stanem, w którym się wówczas znalazłem! Wrzało we mnie, ale jakoś musiałem wyjaśnić to swoim kompanom, tak żeby nieobliczalny kapłan w swym gniewie zwyczajnie mnie nie zabił… Ich reakcja była dość spokojna, jak na sytuację, w której teraz już wszyscy się znaleźliśmy… Skłamałem, że zostałem napadnięty i podczas walki musiałem się wycofać, ale zapomniałem o niebezpieczeństwie związanym z „Teleportacją”. Szybko przebrałem się i opowiedziałem, czego dowiedziałem się o skradzionych mi przedmiotach i ewentualnym miejscu, gdzie mogą się znajdować…
Najgorsze jest to, że zbliża się zmierzch… Mam niewiele czasu, na to, by zyskać składnik, przez który wszystko to się wydarzyło… Szkoda byłoby to zaprzepaścić…