Przez wiele wieków rozdział pozostawał zapieczętowany potężną magią. Dopiero w roku 88 PZ kroniki trafiły w Ambardzie w ręce jednego z tamtejszych magów, któremu po długich próbach udało się złamać dawne pieczęcie i odczytać zapisane poniżej wydarzenia.
Poproszony, Nandin pożyczył mi kilka składników, z których wcześniej mnie okradziono. Szybko przebrałem się i uzupełniłem pas z nowym zestawem ingrediencji. Tymczasem w pokoju wrzało od głośnej i nerwowej rozmowy, na temat naszego dalszego postępowania. Ziriel, jak zwykle, chciała przeprowadzać zwiady i tracić tym samym cenny czas na odzyskanie amuletu. Dobrze, że elf zaznajomiony był z działaniem podziemia i półświatka, bo uświadomił nas, jakie niebezpieczeństwo może nas spotkać i jakie ryzyko podejmujemy. Nie było jednak wyjścia, a ja musiałem jeszcze udać się na cmentarz, zanim wzejdzie księżyc… Czekał tam na mnie cynowy garnek, z cennym, niegotowym składnikiem, na przygotowanie którego nie miałem zbyt wiele czasu… Kiedy powiedziałem im, że spotkają się ze mną przed bramą północną, bo muszę wcześniej udać się w okolice, „gdzie podejrzewam, że mnie napadnięto”, wtedy rozpętała się „burza”… Nie mogłem powiedzieć fanatycznemu kapłanowi, którego nerwy trzymały się na ostatniej nitce, że wszystko wydarzyło się przez składnik, który muszę odzyskać, więc wymyśliłem historię o swoich skradzionych rzeczach, które mogą jeszcze tam się znajdować… Niestety dosłownie zabronił mi wyjść i powiedział, że pójdziemy razem najpierw po Amulet! Nie mogłem czekać, aż ten zakuty w blachę fanatyk ubierze zbroję i w końcu ruszy tyłek z karczmy, więc podszedłem pod drzwi… Nie miałem czasu, czułem, jak moc opracowywanego czaru powoli się ode mnie oddala, a nie mogłem… nie chciałem na to pozwolić! Nagle na rozkaz Gotha do drzwi skoczyła Ziriel i chwytając mnie za ramię, nie pozwoliła wyjść!!! Zawrzało we mnie, a w głowie widziałem tysiące obrazów, przedstawiających to, co zrobiłbym z nią, gdyby nie jej „półboski” przywódca… W końcu, po długiej kłótni, opuściłem pokój. Elfka, służka Gotha, na jego komendę poszła razem ze mną, przypilnować, bym nie ruszył się bez nich…
Czułem jak „duch przyjaźni” powoli opuszcza tą drużynę. Wiedziałem, że nie mogę już więcej liczyć na ich zaufanie. Zawaliłem na całej linii, prawie grzebiąc lata kampanii, w której przelewaliśmy pot i krew, ale na pewno nie pozwolę sobą pomiatać i dyrygować! Nie pozwolę się traktować jak człowieka uważanego tylko za „klęskę” drużyny, bo skradziono mi amulet, a zapomniano, że w równym stopniu, jak pozostali, poświęcał samego siebie przy jego zdobyciu…! Gniew wezbrał we mnie i tak już pozostało…
W końcu, po kilkunastu minutach oczekiwania pod karczmą, w towarzystwie służalczej elfki, zszedł Goth z Nandinem. Szybko dotarliśmy pod północną bramę Pozamiasta. Brama była zamknięta, więc musieliśmy przekupić strażników rodu Olsterów. Przepuścili nas przez niską furtkę przy głównym wejściu. Nandin został jeszcze porozmawiać ze strażnikami, tymczasem reszta poczęła przygotowania do spotkania z mroczną dzielnicą i Dziaduniem… Kiedy wrócił elf, przekazał nam zdobyte informacje. Ponoć owy Dziadunio „trzęsie” całą Dzielnicą Urwiska w tej części Pozamiasta. Jest też byłym zabójcą i bardzo dobrym i zdolnym wojownikiem. Strażnicy ostrzegli elfa, żeby rozmawiać z nim spokojnie i grzecznie, ponieważ łatwo go wyprowadzić z równowagi, a jest na tyle niezrównoważony, że zabija za byle co… Wszystko w tej dzielnicy „należy i przechodzi” przez niego. Tak więc, jeśli okradziono mnie tutaj, na pewno zdobyte „łupy” trafiły wpierw w jego łapska… Nandin dowiedział się jeszcze, że na swoich usługach Dziadunio ma kapłana bóstwa Geheriana, nieznaczącego w panteonie, wyznawanego w Mermandii przez złodziejaszków.
W całkowitych ciemnościach prowadziłem ich w stronę karczmy. Teraz na „trzeźwo” mogłem dokładnie przyjrzeć się tej biednej, brudnej i mrocznej dzielnicy. Co kilka budynków i prowizorycznych szałasów, mieszkańcy i kloszardzi palili ogniska, przy których się ogrzewali, a tym samym oświetlali pobliskie uliczki. Wszędzie walały się śmieci i poniszczone, stare rzeczy. Na dachach budynków przesiadywali ludzie i przy paleniskach grali w karty, albo upajali się tanim alkoholem. Nędza i zaniedbanie towarzyszyły tej dzielnicy na każdym zrobionym przez nas kroku.
Szliśmy spokojnie, ale byliśmy czujni i przygotowani na każdą niespodziewaną sytuację. Kiedy wydawało mi się, że jesteśmy na miejscu, uliczka, do której nas zaprowadziłem, okazała się być ślepą, ale nie opuszczoną… Sześciu drabów i obdartusów gwałciło w niej jakąś kobietę. Na pierwszy rzut oka wyglądała na przestraszoną i zapłakaną, ale jakby się dokładniej przyjrzeć, to chyba jej się to podobało… Głos i wołanie o pomoc cichły z sekundy na sekundę, a krzyki przeradzały się w ciche jęki rozkoszy… Długo nie rozmawialiśmy, żeby nie przeszkadzać poruszonym i zdenerwowanym obwiesiom, a tylko zapytaliśmy o drogę do interesującej nas gospody.
W końcu, kilka ulic dalej, doszliśmy do znajomego mi skrzyżowania. Naprzeciw stała gospoda „Pod Wisielcem”, której podniszczony szyld kołysał się na lekkim wietrze. Przed wejściem stało dwóch dryblasów, którzy zmierzyli nas wzrokiem, ale nie odważyli zatrzymać. W środku było pełno… Stoliki licznie posiane po całej gospodzie, wypełnione były do ostatniego krzesła. Weszliśmy ostrożnie, ale raczej niezauważenie, ponieważ gwar i hałas panujący w środku, skutecznie zagłuszał nasze kroki. Wszyscy klienci karczmy byli uzbrojeni i świetnie nadawali się na przybocznych Dziadunia. Pewnie nimi byli, ale nie mieliśmy zamiaru i nie chcieliśmy tego sprawdzać…
Doszliśmy do baru, gdzie Ziriel zamówiła piwa i zapytała o Dziadunia… Nagle, jakby wszyscy usłyszeli szept elfki, w karczmie zapadła cisza, a wszyscy odwrócili się w naszym kierunku. Ciszę i bezruch przerwał głos dochodzący z jednego ze stolików: „Czego od niego chcecie?!”. Człowiek, który się odezwał, siedział w obstawie kilku koleżków, z którymi grał wcześniej w karty, a wokół ich stolika, były dodatkowe dwa z obstawionymi „klientami”. Był starszym mężczyzną o siwych włosach i niezadbanym zaroście.
„Mamy sprawę, o którą chcemy zapytać i ewentualny interes do ubicia…” – Ziriel kontynuowała temat. Nagle dwóch uzbrojonych towarzyszy Dziadunia wstało i stanęło pomiędzy drużyną, a starszym jegomościem. Innych trzech wyszło zza stolików i opuściło karczmę. Kompani spojrzeli po sobie, a elfka podjęła dalej – „Nasz kompan został okradziony w Twojej dzielnicy. Chcielibyśmy dowiedzieć się ile warte są dla ciebie przedmioty, które chcemy odzyskać?”.
Pokrótce streściłem gdzie i kiedy mogli mnie okraść, jak również co zabrali. Delikatnie opisałem amulety, żeby nie zdradzać ich prawdziwej wartości, a tylko wygląd zewnętrzny. Napomknąłem też o pasie ze składnikami, który dla mnie był dość cenny i nie widziałem powodu, dla którego przydałby się więcej Dziaduniowi… Stary bandzior wydawał się być rozbawiony i z udawanym współczuciem, dobrze się bawiąc, zdradził nam nowych właścicieli skradzionych przedmiotów. Troszkę złota to kosztowało, ale wiedziałem, że przyjdzie mi za to wszystko zapłacić…
Amulet Wody otrzymał niejaki Taramon, szarlatan ze Spalonej Dzielnicy, który mieszka pod Czerwonym Mostem. Ten sam, który jest kapłanem Geheriana i pomaga w usługach Dziaduniowi. Mój Amulet odkupił od bandziora Berenez Szary, czarodziej z Dzielnicy Podwójnych Oczu. Niestety rozmowa o składnikach została perfidnie ominięta, więc postanowiłem, że wrócę do Dziadunia, jak tylko będzie ku temu nowa okazja…
Spokojnie opuściliśmy gospodę i zapytaliśmy o drogę pod „Czerwony Most”. Po kilkunastu minutach doszliśmy do zniszczonego, żelaznego ogrodzenia, gdzie przez wyrwane kraty przeszliśmy do Spalonej Dzielnicy. Cierpliwie odliczałem czas, bo wiedziałem, że mam go już coraz mniej, ale nie chciałem teraz sprzeciwiać się drużynie. Wiedziałem, że przyjdzie jeszcze na to odpowiednia chwila…
Dzielnica bez dwóch zdań zasłużyła na swoją nazwę… Wyglądała, jakby przeszedł przez nią olbrzymi pożar, paląc i niszcząc budynki, a ziemię obracając w czarny, lekki pył. Pewnie za dnia widać byłoby nasze ślady butów, pozostawione na czarnej, spopielonej ziemi. Szliśmy w milczeniu, obserwując zgliszcza budynków i opuszczone ulice. W końcu przed nami zobaczyliśmy światło ogniska…
Ludzie grzejący się przy palenisku szybko zwrócili na nas uwagę. Wszyscy wstali i stanęli kilkadziesiąt metrów od nas w szeregu, jakby od razu mieli zablokować nam dalszą drogę. Zapytali nas o cel i godność i znów Ziriel zręcznie wymanewrowała odpowiedziami, prosząc o spotkanie z Taramonem. Nie minęła chwila, kiedy jeden pobiegł za szereg po szarlatana. Zacząłem się poważnie niecierpliwić… Wiedziałem, że nie zostało mi zbyt wiele czasu, a droga na cmentarzysko, nawet lecąc, może sprawić mi kłopoty… W końcu przyszedł szarlatan i stanął za swoimi poplecznikami, dokładnie chroniąc się przed naszym zasięgiem…
Rozmowa trwała chwilę i elfka doszła z nim do porozumienia – wymiana złota za amulet. Kiedy tylko upewniliśmy się, że faktycznie jest to Amulet Wody, Goth bez ogródek postanowił wrócić do karczmy, olewając moje pozostałe przedmioty…! Nie wdając się z nimi w jakiekolwiek dysputy, momentalnie utkałem „Latanie” i czym prędzej poleciałem na cmentarzysko. Dość szybko trafiłem na miejsce i znalazłem pozostawiony dzbanek. Wiedziałem, że mam bardzo mało czasu, zaledwie kilka minut, więc szybko zebrałem uschnięte gałęzie i stare krzewy, rzuciłem „Płomienie Agannazara” i rozpaliłem nimi ognisko. Dzbanek z cenną zawartością wylewitowałem nad ogień i przystąpiłem do rytuału. Akurat w momencie wykonywania pierwszego znaku magii, wzeszedł księżyc. Precyzyjnie tkałem słowa i rysowałem figury, czerpiąc ze Świata Śmierci. W garnku wrzało i skwierczało, co oznaczało, że zawartość powoli przepalała się i niedługo później zmieniła konsystencję i stan skupienia. Po północy rytuał dobiegł końca, a ja z sukcesem osiągnąłem wyjątkowy i rzadki składnik!
Mimo iż pora była późna, nikt w pokoju nie spał. Czekali na mój powrót… Bez słowa usiadłem przy kominku i postanowiłem dokończyć formułę czaru, kiedy nagle Goth przerwał moją pracę… – „Za to co zrobiłeś powinienem Cię zabić!” – kapłan spojrzał na mnie, a w jego oczach wrzało uczucie wściekłości i opętańczej nienawiści. Słowa uderzyły we mnie, całkowicie rozpraszając moje skupienie nad czarem. „Ale nie zrobię tego…” – Goth kontynuował – „W zamian wymyślisz sobie pokutę, wartą czynu, którego się dopuściłeś! Masz czas do jutrzejszego poranka…”. Próbowałem przepraszać, po stokroć próbowałem! Nigdy w życiu nikt nie wymuszał we mnie takiej skruchy, bo przecież sam zdawałem sobie sprawę, jak mocno zawaliłem… Jednak to nie przekonywało fanatycznego kapłana! Twierdził, że w jego religii nie ma miejsca na takie „zaniedbania”, a karane są one śmiercią! Tłumaczenie, że jestem świeżym wyznawcą i tylko wyznawcą, a nie jakimś wojownikiem Lorsha z krain Wilków, nic nie dawało! Traktował mnie na równi, jakbym był jego niewolnikiem!!!
Teraz wiedziałem, że nigdy nie było w drużynie przyjaźni… Była tylko udawana i wymuszana „przyjaźń”, wywoływana naciskami, nakazami i zakazami fanatycznego i obłąkanego kapłana, któremu wiecznie wydawało się, że jest „pępkiem świata”, a jego bóg najważniejszym bóstwem panteonu!!! Groźby, zastraszanie i szantaż od początku towarzyszyły naszej znajomości z kapłanem, który uzurpował sobie prawo do wydawania nam rozkazów i traktowania nas z góry!!! Praktycznie skazany byłem na jego „łaski”, którymi obdarowywał nie z „serca”, a z widzimisie… Wierzysz, to będziesz błogosławiony… W innym przypadku jesteś zdany na siebie i fakt, że razem podróżujemy, wzajemnie się wspieramy, ratujemy sobie życie, jest niczym, bo jako niewierzący jesteś na równi z niewolnikiem!!! Takim od początku był ów kapłan i mimo iż chciałem jego łask, chciałem uwierzyć, chciałem zasłużyć na szacunek i równość w drużynie, od początku byłem dyskryminowany i tępiony!!! Za magię, za kruchość mego schorowanego ciała i brak krzepy, za nekromancję i odrazę, jaką wywołuje wśród „ignorantów”…!!!
A teraz przyszło mi sprawić dodatkowy kłopot i zawód, który według kompanów, z którymi przeżyłem niejedną przygodę, może ukarany być tylko śmiercią! Zwyczajnie na bok odstawili wszystkie przeżyte wspólnie dni i przelaną krew, odrzucili w niepamięć, zatopili w niebycie, bo zawaliłem, przyznałem się do tego i po stokroć przeprosiłem…!!! Poza tym wszystko skończyło się dobrze – Amulet Wody, wrócił do nas… Ale im to nie wystarczało… Nie mogłem uwierzyć, że mogliby mnie zabić, albo pozwolić kapłanowi na taki „krok”, ale teraz wiedziałem, że zdany jestem naprawdę tylko na siebie. Skoro otwarcie grożono mi śmiercią i nikt inny z drużyny nie protestował, skuleni jak myszki słuchali opętanego rządzą mojej śmierci kapłana, to tylko oznaczało, jak bardzo się go boją… To tylko oznaczało, że zostałem sam…
Do późnej nocy, prawie do rana pracowałem nad czarem. Moje myśli krążyły jednak wokół słów kapłana. Dość udawania, że jego wiara jest moją…! Rankiem, po śniadaniu, spotkaliśmy się w pokoju. Wszyscy czekali na moje oświadczenie w sprawie „pokuty”. „Z uwagi na fakt, iż pierwszy raz w życiu spotkałem się z taką sytuacją i stanąłem z nią „oko w oko”, postanowiłem wyrzec się wszelkich łask od Lorsha, z których wcześniej tak obficie korzystałem…” – Starałem ukryć w słowach i tonacji obrzydzenie, jakim pałałem do kapłana i jego prywatnej inkwizycji wobec mnie. Uczucie nienawiści mocno tłumiłem w sobie, ale zauważyłem, że od jakiegoś czasu każdy w tej drużynie jest wobec siebie „wilkiem”… „Zrobię wszystko co w mej mocy, żeby dokończyć tę ważną dla nas kampanię, pomóc Ci stworzyć sztandar i przynieść chwałę! Dlatego do momentu, do którego nie zdecyduje „Lorsh”, ty Gocie, nie będę prosił o łaski, ani z nich korzystał. Patrząc na moje kruche ciało i zdrowie, dzięki temu, bez wyrzutów „sumienia” możecie szybko się mnie pozbyć…”. Wszyscy milczeli i nikt nie skomentował mojej ostrej docinki, jednak dalej było im za mało…
„Niestety, kara, którą zaproponowałeś, jest to zbyt niska…” – Goth uparcie dążył do całkowitego pogrążenia mnie w cierpieniach… Jego oczy iskrzyły, lekko przymrużone, a głos syczał z każdym wypowiedzianym słowem. „Dinie, Ziriel, co wy myślicie?” – Kapłan zapytał kompanów. Zdziwiłem się, że prócz grożenia mi śmiercią i mordem, dodatkowo zaproponował powierzenie mego „marnego żywota”, w jego mniemaniu, naszym „przyjaciołom”…! Din rzucał tylko żartobliwe i bzdurne propozycje, a Ziriel na nic ciekawego nie mogła wpaść, prócz skrytykowania mnie, mojego postępowania i jakże „wrednego i szkodliwego” dla wszystkich charakteru… „W takim razie…” – kontynuował Goth – „…skoro nie wymyśliłeś niczego poważnego, za czyn, którego się dopuściłeś…” Znowu zdębiałem, słysząc jak „okradzenie mnie z Amuletu i innych przedmiotów, napaść na mnie”, porównywana jest już chyba tylko, w jego mniemaniu, do ludobójstwa i kataklizmów!!! Słuchałem jednak „mądrej i sprawiedliwej” kary, którą kapłan dla mnie wymyślił. „Proponuję, iż od tego dnia, od tej chwili, będziesz wykonywał polecenia… Hmm…” – Goth zamyślił się na chwilę, sondując mnie nienawistnym wzrokiem – „Ziriel…!”.
Zawrzało we mnie! Kapłan postanowił zrobić ze mnie niewolnika, posłusznie wykonującego polecenia jego własnego podnóżka i potulnego wyznawcę, jakim jest elfka! Wściekłość i nienawiść do nich osiągnęła apogeum!!! W jednej chwili wyskoczyłem z krzykiem, iż nie dam się zniżyć do bycia „chłopcem na posyłki”, tudzież ich własnym „drużynowym niewolnikiem”…!!! Furia, jaka mnie ogarnęła, podsunęła milion pomysłów na śmierć Gotha i jego zaślepionych i strachliwych wyznawców, ale wiedziałem, że jakiekolwiek agresywne zachowanie, będzie tylko pretekstem dla nich, na który czekają… Zacząłem się pakować, bo pomyślałem, że nie ma już miejsca dla mnie w tej pseudo-drużynie, kiedy znowu odezwał się Goth.
„W pierwszej chwili chciałem Cię zabić, za to, że przez Twoje nieposłuszeństwo prawie straciliśmy szansę na ukończenie tej kampanii…” – Kapłan spokojnie patrzał jak się pakuję, ale wiedziałem, że nie wypuści mnie z pokoju, więc usiadłem i otwarłem księgi, jednym uchem zwracając uwagę na jego puste słowa. „Teraz odbędziesz te kary, do czasu, gdy nie staniemy przed Ogonem Diabła. W przeciwnym wypadku, każde nieposłuszeństwo wobec Ziriel, da pretekst mnie i im…” – Wskazał elfkę i Dina. Siedziałem, a w głowie miałem już tylko jeden cel, do którego powoli i cierpliwie będę podążał… Wiedziałem, że kara, na jaką mnie skazała drużyna, może trwać latami, póki nie zdobędziemy wszystkich Amuletów-Kluczy, nie stworzymy sztandaru, lub też nie zginę, ale postanowiłem sobie, że nie dam im już więcej sposobności na zabicie mnie… Chyba, że ja pierwszy zabiję ich…!!! „…Jak powiedziałem, da nam pretekst do zabicia Cię…” – Kapłan spokojnie dokończył zdanie z kolejną groźbą zamordowania mnie… Zrozumiałem, że to nie jest drużyna na równych prawach… To nie jest żadna drużyna, a tylko zlepek kilku osób, które poprzez zastraszenie i groźby, realizują chore ambicje obłąkanego kapłana i samozwańczego „przywódcę”… „Lidera”, któremu wydaje się, iż na świecie istnieje tylko jego racja i prawo jego boga, a każdy, który posiada inne zdanie lub też jawnie mu się sprzeciwi, zostanie potępiony i zniżony do rangi podnóżka i niewolnika, któremu w każdej chwili można odebrać życie…!!!
Przestałem o tym myśleć i spokojnie dokończyłem opracowanie czaru i jego naukę. Koło południa, bez słowa wyszedłem z karczmy, aby udać się do Pozamiasta. Drużyna chciała mnie zatrzymać i zacząć rozkazywać, ale szybko uciąłem ich zamiary i wytłumaczyłem, że odzyskanie moich przedmiotów też jest dla mnie ważne! Szybko przeszedłem do Dzielnicy Podwójnych Oczu, która diametralnie różniła się od pozostałych. Była obszarem handlu i wszelakiej maści kupców, którzy swe kramiki poustawiane mieli w najdogodniejszych miejscach i uliczkach. Była też rajem, jak każda inna, dla złodziei i rzezimieszków, dlatego ostrożnie wypytywałem o Bereneza Szarego. Blisko gospody „Odważne Serce” znajdował się jego sklepik. Trudno mi było przystąpić do handlu nie mając ani srebrnika, ale szybko zdołałem dogadać się z czarodziejem i zapłacić swoimi cennymi czarami w zamian za Amulet i troszkę składników.
Po dwóch dniach milczenia, a tylko przepisywania formuł czarów dla Bereneza, wróciłem do jego sklepu. Odzyskałem część składników, niestety tych najcenniejszych i najdroższych nie. Na szczęście najważniejszy przedmio, amulet Kiri-Jena, podarowany mi przez Mariusa, był ponownie w moich rękach… W miarę usatysfakcjonowany wróciłem do karczmy, gdzie zacząłem studiować czary i programować Matrycę. Kiedy tylko wydobrzał Din postanowiliśmy udać się na Górę Gromów, gdzie jak przypuszczaliśmy znajdziemy ślad, wskazówki na stworzenie sztandaru…
Podróż była wyczerpująca, choć wcale nie tak długa. Czułem jak opuszczają mnie siły, z każda godziną ciężkiej wspinaczki, ale nie skarżyłem się, tylko twardo brnąłem do przodu. W połowie drogi, na Ciemnej Ścieżce, zatrzymaliśmy się na nocny odpoczynek, aby kolejnego poranka ze świeżym zapasem sił, wznowić wspinaczkę. Po kilku godzinach, na szlaku, który wyglądał jak wąwóz, natrafiliśmy na kilka stojących daleko przed nami postaci… Powoli i ostrożnie zbliżaliśmy się, wypatrując nowych szczegółów… Kiedy doszliśmy bliżej o kilkadziesiąt metrów, naszym oczom ukazało się sześć ciężkozbrojnych postaci, które momentalnie podniosły oręż i ruszyły szarżą w naszym kierunku...
Szybko rzuciłem „Latanie” i wzniosłem się ponad zgiełk walki i zamieszanie na dole. Niestety wcale nie byłem bezpieczniejszy od pozostałych, ponieważ po bokach ścian wąwozu stało dwóch magów, którzy gdy tylko mnie zobaczyli, skierowali swą magię w moim kierunku... Szybko zacząłem wymawiać słowa nowego zaklęcia. Niestety jego formuła zajęła mi więcej czasu i nawet się nie zorientowałem, kiedy pierwsza „Błyskawica” zadała mi poważne rany! Obrażenia i ból sprawiły, że straciłem koncentrację nad czarem i kolejny raz musiałem próbować od początku. Drugi z magów, na szczęście dla mnie, postawił na obronę i rzucił dla siebie „Lustrzane Odbicia”. Cały czas starałem się manewrować w powietrzu, co dodatkowo wpływało negatywnie na moje skupienie, ale tym samym obniżało szansę przeciwników na trafienie mnie. Nagle jeden z czarodziejów padł, najprawdopodobniej uśmiercony czarem Nandina, a w drugiego wystrzeliłem „Błyskawicę”, raniąc go i dekoncentrując, co dało mi niewielką przewagę przy tkaniu kolejnego zaklęcia. Czułem adrenalinę i podniecenie, kiedy „Zaklęcie Śmierci” trafiło w moją ofiarę. Siła czarnego, gęstego obłoku, wyssała życie z maga, powalając jego truchło na skalną półkę…
Podleciałem tam i wylądowałem przy ciele. Miałem kilka sekund na rozeznanie się w sytuacji i jak się okazało, moi „kompani” nadal męczyli się walką ze zbrojnymi. Szybko wyczarowałem „Widmową Dłoń”, a następnie na nią nałożyłem „Wampiryczne Dotknięcie”. Miałem zamiar zregenerować swoje rany, na jeszcze żyjących przeciwnikach… Widziałem, leżącego u stóp walczących Gotha i nadzieja we mnie ożyła…! Ostatni ze zbrojnych padł od mojego ataku, a jego siły witalne zregenerowały część moich ran, przynajmniej tych najcięższych ran… Kiedy walka się skończyła, w jednej chwili wezbrała się mgła… Nie wiedzieliśmy skąd zjawisko się wzięło, ale zgęstniała do całkowitej niewidoczności… Wtedy miałem niepowtarzalną okazję na „pozbycie się” fanatycznego kapłana…!!! Ale chwila zastanowienia się nad sytuacją, ostatecznie zahamowała mój zapęd… Jeszcze nadarzy się niejedna, bardziej korzystna chwila…
Kiedy mgła zniknęła, przy nas nie było ciał przeciwników. Wraz z dziwną mgłą, ślad po nich zaginął… Wylądowałem przy drużynie. Wtedy to stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał, a co dało mi jeszcze więcej do myślenia… Nandin, niczym zahipnotyzowany, zaczął rzucać zaklęcie pierwszego kręgu „Pomniejsze Drążenie Larlocha”, starając się tym samym, za wszelką cenę i ze wszystkich sił i mocy, wyleczyć śmiertelnie groźne rany Gotha!! Mało tego, sam siebie przy tym mocno ranił! Takiego „poświęcenia” nigdy nie spodziewałbym się po osobie, która tak mało zna kapłana, a przy tym wielokroć już zdążyła się z nim pokłócić… Goth nawet kilkukrotnie niegdyś groził elfowi wydaleniem z „jego drużyny”, bo „…kuglarzy nie potrzebuje!”. Widać elf albo zdążył wpaść już w sidła zastraszenia i całkowitego poddania, jak Ziriel i Din, albo jest totalnym idiotą!!! Patrzyłem z niedowierzaniem jak czaruje resztkami mocy i otrzymuje dotkliwe rany… Chciało mi się śmiać, ale powaga sytuacji wymuszała na mnie spokój… Wcześniejsze uczucie rosnącej powoli sympatii do elfa, teraz przerodziło się w pogardę i niechęć…
Kiedy moje nadzieje miały się spełnić, a kapłan paść trupem, stało się jeszcze coś bardziej nieoczekiwanego… Czar, który nawet na poziomie mistrzowskim, jaki osiągnąłem, z pierwszego, najniższego kręgu miał nie zadziałać, przyniósł efekt! Goth, tak poważnie i praktycznie śmiertelnie ranny, miał już nie wstać, dał znak życia…!!! Ocknął się na chwilę, po czym stracił przytomność, ale jego stan znacznie się polepszył! Nie wiedziałem, czy los jest tak wredny, faktycznie sprzyja mu jakiś bóg, czy zwyczajnie Nandin, w co wątpię, jest lepszym nekromantą, niźli sam twórca czaru?! W każdym razie znowu musiałem przełknąć ziarnko goryczy…
Kilkanaście minut trwało „ratowanie życia” kapłanowi, przez oddanego mu elfa, kiedy znowu wezbrała mgła. Gdy się pojawiła, przed nami stała postać, która zwróciła się do leżącego, nieprzytomnego Gotha: „Powstań Gocie i chodź!”. Jego głos jakby zagrzmiał mi w głowie, a po tych słowach kapłan wstał i poszedł za postacią w górę ścieżki! Wyglądał jakby był pod wpływem mocnej i głębokiej hipnozy, a kroki i ruchy, które wykonywał, były sztuczne, jakby mechaniczne… Szliśmy otępiali za kapłanem, który niczym niestrudzony dotarł przed wejście do Góry Gromu.
Tunel ciągnął się, a zmęczenie zaczęło doskwierać. W końcu doszliśmy do pieczary. Na jej środku paliło się ognisko, którego płomienie tliły się krwistoczerwonymi i błękitnymi jęzorami. Wokół paleniska leżało pięć siedzisk, słomianych posłań, na których wszyscy usiedliśmy. Kiedy tylko mój zmęczony wzrok padł na płomienie, w głowie usłyszałem znajomy, huczny głos: „Gocie chwyć pergamin i zapisz co mam Ci do przekazania!”. Potem pamiętam całe mnóstwo instrukcji ze skomplikowanymi i bardzo rzadkimi składnikami, które miały służyć do stworzenia Sztandaru…
„Aby łaska spłynęła na to czego pragniesz, trzeba ci drzewa co żelazem jest.
Gdy uchwyt już będzie gotowy, mus jest, abyś okuł go własnoręcznie tym, z czego Lehgarowie żyją.
W następnym kroku lnu, ani jedwabiu ci nie trza – albowiem nic takich szkód nie wyrządzi,
jak brak wiary i skąpstwo. Do Jeerheny ci trza, co Feliniasa Turkeza żywot zakończyła.
Jeno tam znajdziesz materiał godny twego rodu. Zaprawdę powiem ci tak: znajdź następnie mistrza
nad mistrzami, co ducha wleje w sztandar i na płótno go przeniesie. Idź z tym dalej do tej,
co Srebrną Igłą włada, a żyje w mieście tego co złoty czepiec i złote berło nosi.
Dzieło to następnie połączyć trza z tym, co żeś wykuł, obręczami specjalnymi.
Nie zapomnij tedy, coby obręcze z minerału były, co Mały lud z niego słynie. A gdy już to uczynisz,
prawie gotowe dzieło twe będzie. Prawie. Bo jeszcze trza ci jednego: krwi tego,
co Dahijskim Monarchą go zwą. Serce jego przebij tak, coby dzieło Srebrnej Igły
i twojej ręki spłynęło krwią owego Monarchy.
A gdy to uczynisz zacznij modły póki krew jest ciepła, inaczej wszystko stracone.
Nie zapomnij tedy do tego wszystkiego dodać tego, co z ciebie pochodzi,
czego na tym świecie już nie zastaniesz, a co kiedyś było ci bardzo drogie.
Jeśliś zrobił wszystko dobrze, co żem ci powiedział to nagrodę otrzymasz i dzieło ukończysz.
Jeśli nie, śmierć jeno dostaniesz albo coś gorszego. Takom rzekł ci ja, Rigiak, Kowal Mrozu.”
Obudziliśmy się później. Sam nie wiem, ile spaliśmy, ale tekst zasłyszany w głowie, dalej dudnił wyraźnie, ryjąc się mocno w mej pamięci. Ognisko w jaskini paliło się zwyczajnym, pomarańczowym płomieniem. Goth siedział wpatrzony weń, z pergaminem w dłoni. Obok, na kamiennej, zabrudzonej podłodze, leżał flakon i rozlany atrament. Chwilę rozmawialiśmy o tym, czego niedawnej nocy doświadczyliśmy i wspólnie postanowiliśmy wrócić do Miasta Mgieł. Kapłan wyglądał na zdrowszego i pewnikiem niedługo wykorzysta pomoc swego boga, o całkowite wyzdrowienie… Los naprawdę bywa wredny i niesprawiedliwy…