Kronika

Kroniki XLII: Sztandar, Amulety Mocy i Mordrokk

Instrukcje Rigiaka wskazują składniki sztandaru Nathreków: żelazodrzewo, azuryt, nici Jeerheny, Srebrną Igłę i krew Dahijskiego Monarchy. Zanim drużyna ruszy po nie wszystkie, trafia do obcego świata roślinnych pułapek i spotyka Mordrokka, który ujawnia posiadanie pozostałych amuletów.

1.05.2026 • Bast • Radagast • Kroniki Radagasta

Po krótkiej rozmowie i kolejnym przypomnieniu Gothowi ostatnich wydarzeń, opuściliśmy jaskinię. Kapłan powiedział, że osoba, która pojawiła nam się na ścieżce i poprowadziła nas do jaskini, to był sam Rigiak, Kowal Mrozu, który żył ponad 200 lat temu… Wówczas wykuł on bardzo wiele potężnych artefaktów, broni, które niejednokrotnie obrosły legendą i zasłynęły na kartach historii. Resztę drogi przemilczeliśmy. Ja sam nie byłem skory do rozmów i jeszcze „nie ostygłem” od ostatnich wydarzeń, więc głowę zaśmiecały mi przeróżne myśli…

W karczmie, kiedy tylko wzięliśmy kąpiel i najedliśmy się do syta, w zaciszu pokoju, zaczęliśmy interpretować znaczenie tekstu, który tak mocno wyrył nam się w pamięci:

„...trzeba ci drzewa co żelazem jest…” – Ziriel powiedziała, że istnieje taki „materiał”, roślina, żelazodrzewo… Można je spotkać tylko w Śpiącym Lesie, na północ od Pleśniowych Ziemi i Dirdighen. Jest to przeklęty las elfów, strzeżony przez druidów, ludzi i elfów z Klanu Śpiącego Kamienia i czarne drzewce. Samo żelazodrzewo jest twarde i mocne niczym żelazo, ale jednak to normalne drzewo…

„…z czego Lehgarowie żyją…” – to gildia górnicza specjalizująca się w wydobyciu azurytu, na zachód od Paddar, w mieście Lehgar.

„…Do Jeerheny ci trza…” – znowu zaskoczyła nas elfka tłumacząc, że Jeerhena, to olbrzymi pająk, który żeruje na wschodzie Leredeonu, blisko Troll Gur, krain trolli… Była to niegdyś elfia czarodziejka, która poprzez paranie się nekromancją została przeklęta i zamieniona w pajęczaka. Olbrzymiego pajęczaka… Jeśli faktycznie znajdziemy ją na tamtych ziemiach, to prócz niej możemy spotkać jej potomstwo, pewnikiem bardzo liczne i niemniej niebezpieczne… Ponadto nić, o której tu mowa, można przeciąć tylko ostrzem z adamantytu, mitrylu lub za pomocą potężnej magii…! Jak się okazało, nasz tajemniczy, nowy kompan posiada idealne ostrze z tak rzadkich i potężnych minerałów…

„…co Feliniasa Turkeza żywot zakończyła…” – powiedziałem drużynie, że znane mi było to nazwisko, poety i podróżnika z Paddar.

„…znajdź następnie mistrza nad mistrzami, co ducha wleje w sztandar i na płótno go przeniesie…” – uznaliśmy, interpretując tekst, że mógłby być to malarz jakowyś, możliwe, że sam Emanuel Iskarati, ale to tylko nasze domysły…

„…co Srebrną Igłą włada…” – tu niestety nie zdołaliśmy zidentyfikować tej nazwy, więc póki co pozostaje ona dla nas jedyną tajemnicą tekstu…

„…a żyje w mieście tego co złoty czepiec i złote berło nosi…” – wiedziałem, że chodzi tu o miasto Paddar, stolicę Tragonii, której król uznaje właśnie takie symbole władzy…

„…obręcze z minerału były, co Mały lud z niego słynie…” – wiedzieliśmy wszyscy, że chodzi tu o mitryl, wydobywany przez krasnoludy, daleko na zachodzie w królestwie Rokh.

„…krwi tego, co Dahijskim Monarchą go zwą…” – Ziriel powiedziała, że tak zwie się jedno z plemion Trolli w królestwie Troll Gur, a mowa tu o jego przywódcy, a raczej o tym, by Goth go zamordował…!!

„…dodać tego, co z ciebie pochodzi, czego na tym świecie już nie zastaniesz, a co kiedyś było ci bardzo drogie…” – prochy Gotreka, które, ku mojemu zaskoczeniu, nasz kapłan nosi w urnie, cały czas przy boku…

W ten sposób przebrnęliśmy przez cały tekst i kiedy zdaliśmy sobie sprawę z zadań, które mamy przed sobą, miny nam zrzedły… Postanowiłem jaśniej z pełną interpretacją napisać od nowa powyższy tekst:

„Aby łaska spłynęła na to czego pragniesz, trzeba ci drzewa co żelazem jest.

Gdy uchwyt już będzie gotowy, mus jest, abyś okuł go własnoręcznie tym, z czego Lehgarowie żyją.

W następnym kroku lnu, ani jedwabiu ci nie trza – albowiem nic takich szkód nie wyrządzi,

jak brak wiary i skąpstwo. Do Jeerheny ci trza, co Feliniasa Turkeza żywot zakończyła.

Jeno tam znajdziesz materiał godny twego rodu. Zaprawdę powiem ci tak: znajdź następnie mistrza

nad mistrzami, co ducha wleje w sztandar i na płótno go przeniesie. Idź z tym dalej do tej,

co Srebrną Igłą włada, a żyje w mieście tego co złoty czepiec i złote berło nosi.

Dzieło to następnie połączyć trza z tym, co żeś wykuł, obręczami specjalnymi.

Nie zapomnij tedy, coby obręcze z minerału były, co Mały lud z niego słynie. A gdy już to uczynisz,

prawie gotowe dzieło twe będzie. Prawie. Bo jeszcze trza ci jednego: krwi tego,

co Dahijskim Monarchą go zwą. Serce jego przebij tak, coby dzieło Srebrnej Igły

i twojej ręki spłynęło krwią owego Monarchy.

A gdy to uczynisz zacznij modły póki krew jest ciepła, inaczej wszystko stracone.

Nie zapomnij tedy do tego wszystkiego dodać tego, co z ciebie pochodzi,

czego na tym świecie już nie zastaniesz, a co kiedyś było ci bardzo drogie.

Jeśliś zrobił wszystko dobrze, co żem ci powiedział to nagrodę otrzymasz i dzieło ukończysz.

Jeśli nie, śmierć jeno dostaniesz albo coś gorszego. Takom rzekł ci ja, Rigiak, Kowal Mrozu.”

Teraz tekst jest bardziej zrozumiały i łatwiej nam będzie z niego w przyszłości korzystać…

W każdym razie ustaliliśmy, że wpierw zajmiemy się identyfikacją Amuletu Wody. Nagle zaskoczył nas Nandin proponując, żeby to on był osobą, która zidentyfikuje amulet! Tłumaczył coś nieskładnie i niezrozumiale, że w ten sposób będziemy mogli sprawdzić jego uczciwość, bo najpierw zidentyfikowałby Amulet Ziemi, którego właściwości już znaliśmy, a on nie… Wówczas udowodniłby swoją „prawdomówność i uczciwość”, przedstawiając znane nam już cechy i jeśli okazałby się nieomylny, moglibyśmy pozwolić mu zidentyfikować Amulet Wody! Zezłościłem się arogancją, bezczelnością i megalomanią możliwości elfa, ale cierpliwie czekałem na reakcję drużyny! Prócz Gotha, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, który od razu polecił mnie do identyfikacji, ani Ziriel, ani Din nie pomyśleli podobnie, chyba cały czas zaślepieni udawaną uprzejmością Nandina… W następnej kolejności mieliśmy załatwić sprawę z Mordrokkiem i od razu ruszyć do Leredeonu, gdzie liczyliśmy na więcej szczegółowych informacji w związku z tekstem…

Poszliśmy do Tanako, bo liczyliśmy, że znajomość z nim, pomoże w zdobyciu perły do „Identyfikacji”, najmniejszym kosztem. Ponownie wyszedł do nas Yoshi, który powiedział, że spotka się z nami wieczorem w naszym pokoju. Po wszystkim rozegrał przed strażnikami przedziwną scenkę: „Precz stąd! Pan Tanako już nigdy was nie przyjmie! Zdrajcy!”. Odwrócił się do nas plecami i poszedł. W tym momencie strażnicy Aragonisów chwycili za rękojeści broni, a my, widząc co się szykuje, czym prędzej opuściliśmy ich włości… Spojrzeliśmy po sobie, a w głowach kłębiły nam się myśli o sytuacji w mieście, której napięcie zaczynało sięgać zenitu…

Udaliśmy się do Idżi-Khana. Spokojnie czekałem na zewnątrz, aż drużyna wyszła ze sklepu handlarza. Tesijczyk miał perłę za 19 złotych centarów, bardzo dobrej jakości, ale póki co wstrzymali się od zakupu, do czasu spotkania z Yoshim. Wieczorem, niczym assasyn, zjawił się zamaskowany Yoshi. Zapukał w okiennicę, siedząc na parapecie i trzymając się liny. Był cały w czerni, a druga jego dłoń spoczywała na rękojeści miecza. Ostrożnie wszedł do pokoju. Goth od razu zapytał go o możliwość zdobycia azurytu i mitrylu, a Tesijczyk polecił zbrojmistrza w dzielnicy Raików. Zapytaliśmy też o perłę, którą, jak się okazało, możemy zdobyć w Dzielnicy Dwóch Serc w Pozamieście, ale Yoshi ostrzegł nas przed zdradliwym i zbrodniczym charakterem tej dzielnicy. W końcu powiedział coś, co najbardziej nas interesowało, a mianowicie poinformował nas o spotkaniu z Mordrokkiem, za parę dni, o północy na przystani. Niestety na te spotkanie udamy się sami, bez obstawy Aragonisów, ponieważ ponoć „ktoś” nas obserwuje i niby zrobiliśmy „złe rzeczy”, za które mamy w najbliższym czasie odpowiedzieć…! Znowu Yoshi zaskoczył nas tymi tajemniczymi wiadomościami. Spojrzeliśmy tylko po sobie, a Tesijczyk szybko opuścił nasz pokój. Już mieliśmy rozważać jego słowa, kiedy pukanie do drzwi wyrwało nas z dyskusji… Do pokoju wszedł „służący” z „winem-prezentem” od karczmarza, w podzięce za „długi pobyt i stanie się stałą klientelą” tej oberży… Zdziwiliśmy się, ponieważ nigdy w naszych podróżach nie spotkaliśmy się z taką uprzejmością ze strony gospodarzy. Raczej każdy zacierał przebrudzone dłonie, za każdy kolejny dzień naszego pobytu i dodatkowy zarobek i nie myślał o tym, żeby za owe pieniądze kupować nam jeszcze prezenty…! Ale bez podejrzliwości przyjęliśmy dzban…


„Gocie stój!” – krzyk Ziriel wyrwał nas z umysłowego zaćmienia. Kapłan, jakby wybity z głębokiej medytacji, zatrzymał się przed olbrzymią, czarną latoroślą, która wiła się jeszcze kilka metrów nad poziomem bagien, w których staliśmy…

Nagle znaleźliśmy się na brudnych, czarnych bagnach! Staliśmy „gęsiego” po pas w gęstej, bulgoczącej i śmierdzącej cieczy. Tuż na czele stał Goth, zanurzony prawie po szyję, przed olbrzymią latoroślą wijącą się jeszcze wysoko ponad taflą bagien… Z głębokiej „hipnozy” wyrwał nas właśnie krzyk Ziriel, która „przebudzona” musiała wcześniej zorientować się w naszym położeniu i ostrzec kapłana przed niechybnym utopieniem… Teraz staliśmy w mulistej, czarnej wodzie i rozglądaliśmy się z niedowierzaniem. Niedawno byliśmy w pokoju, w karczmie, a teraz znaleźliśmy się w tym dziwnym miejscu…

Wyszliśmy z bajora na błotnisty brzeg. Okazało się, że krajobraz niczym się nie różni, a bezkres tego miejsca wprowadził mnie osobiście w przerażenie… Smród, jaki dotykał nasze zmysły, wywoływał u nas mdłości, a czarna maź stanowiąca wodę bajor, totalnie pokryła nasze ciała i ubrania. Staliśmy mokrzy i ubrudzeni, z przedmiotami i rzeczami, których w pokoju, przy rozmowie nie mieliśmy… Niebo nad nami było czerwono-czarne i nie było widać nań słońca, księżyca, czy gwiazd… Otaczały nas zewsząd bajora, podobne do tego, w którym się ocknęliśmy. Z każdego z nich, na kilka metrów, wiła się czarna, gruba i lekko poruszająca się latorośl. Roślina nigdy wcześniej przez nas niespotkana…

Zaraz pomyślałem sobie o potężnej iluzji, której mogliśmy się stać ofiarami. Momentalnie utkałem „Wykrycie Magii”, ale nic nie wyczułem, więc tylko instynktownie rzuciłem „Rozproszenie Magii”. Nic… Żadnych zmian, tylko bezkres bagnistej, mrocznej krainy… Rzuciłem „Latanie” i nakazując im stać w tym samym miejscu, postanowiłem wzbić się w powietrze i rozejrzeć. Na horyzoncie, w każdym kierunku, nie znalazłem żadnego punktu odniesienia. Cały teren był identyczny. Wzniosłem się wyżej i tylko silna koncentracja utrzymała mnie w powietrzu… Kilkadziesiąt metrów nad bagnami smród i stęchlizna we wdychanym powietrzu były jeszcze silniejsze i intensywniejsze, bijąc w nozdrza z niewyobrażalną siłą… Tylko na kilka sekund zdołałem wstrzymać tam oddech, ale zaraz później musiałem zlecieć niżej. Zacząłem zataczać coraz to większe kręgi w powietrzu, z nadzieją na odnalezienie jakiegokolwiek śladu bytności, czy innego miejsca… Bezskutecznie… Wróciłem do drużyny.

Okazało się, że w międzyczasie Ziriel odnalazła na podmokłym terenie ślady. Były to nasze własne odciski, prowadzące z nieznanego kierunku, aż do tego bagna, w którym się ocknęliśmy. Zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego wcześniej omijaliśmy bajorka, a w to jedno akurat weszliśmy i to prawie kończąc utopieniem…? W tym momencie Goth czując obecność Lorsha wzniósł modły i po chwili woda z bagniska zamieniła się w pył… Kiedy muł osiadł, okazało się, że latorośl, wprost do której zmierzaliśmy, na dnie miała dwie olbrzymie, kłapiące i uzębione szczęki…! Brak wody spowodował, że zaczęła się chwiać, jakby bez równowagi, po czym wygięła się i uderzyła z impetem o ziemię. Kapłan zamachnął się toporem w leżącą łodygę, a z „rany” trysnęła dziwna maź. Uciął jeden z kolców i schował za pazuchę…

Nagle, ni stąd, ni zowąd, bez czucia, czar „Latania” przestał działać i w duchu dziękowałem, że byłem z drużyną na ziemi! Prawdopodobnie miejsce to inaczej wpływało na magię, a na pewno czary trwały krócej… Postanowiliśmy wrócić się śladami do miejsca, z którego tu przybyliśmy. Szliśmy długo, a krajobraz w ogóle się nie zmieniał. Nagły ryk wyrwał nas z rozmyślań o powrocie do Miasta Mgieł i naszego pokoju w gospodzie…

Coś olbrzymiego wyskoczyło z bagna, obok którego przechodziliśmy. Impet, z jakim uderzyło Dina, odrzucił wojownika na kilka metrów. Istota była humanoidalna i wysoka na cztery metry! Wyglądem przypominała człowieka, ale była mocno zmutowana i zdeformowana. Olbrzymie, tłuste cielsko miało wykrzywioną mordę i nierówny, zniszczony zgryz. W wielkich dłoniach trzymał długą włócznię z błękitnym, świecącym grotem. Z galaretowatego, dużego brzucha wypełzały liczne macki, których długość sięgała ponad metr. One w pierwszej kolejności wyprowadzały ataki, a kiedy nie trafiały, istota nacierała włócznią…

Kiedy Din zbierał się po pierwszym odepchnięciu, ja otrzymałem atak mackami. Poczułem jak całe ciało ogarnia paraliż! Skulony w kłębek upadłem bezwładnie na podmokłą glebę. Liczyłem tylko na to, by istota nie dokończyła swego dzieła i nie dobiła mnie włócznią… Sekundy mijały, a zmysły pozwalały mi na kojarzenie rozgrywanych wydarzeń. Mimo iż nie mogłem się ruszać, ani mówić, słyszałem odgłosy walki i widziałem obraz, który akurat miałem w zasięgu swojej pozycji. Po kilku chwilach czucie wróciło do wszystkich moich członków i byłem gotowy na walkę. Odturlałem się na bezpieczną pozycję, z dala od zasięgu macek i włóczni, i zacząłem tkać czar…

Nagle poczułem uderzenie żarem i palący ból na całym ciele! Znałem ten ból… Jakby małe, ogniste kule trafiały bezpośrednio we mnie…! Zachwiałem się na nogach i ciężko raniony szukałem wzrokiem nowego zagrożenia… Istoty, które wypuszczały kule, wyglądały jak siedzisko o kształcie krzesła, stworzone z wijących się macek! Górna część, oparcie głowy, zakończone było otworem, z którego „to coś” wypuszczało w nas ogniste kule…! Najgorsze było to, że były cztery takie „krzesłoistoty”!

Rzuciłem „Widmową Dłoń”, a zaraz później „Wampiryczne Dotknięcie”, które nań nałożyłem. Na szczęście każdy mój atak czarem wysysał z nich życie, dzięki czemu regenerowałem swoje. Nie wiem, ile przetrwałbym, gdyby te istoty okazałyby się nieżywe…? Walka przeciągała się w nieskończoność… Ziriel, Din i kapłan męczyli się z olbrzymim utopcem, a ja wraz z Nandinem ciskaliśmy czarami w „krzesłoistoty”, które co chwila kontratakowały ognistymi kulami… W końcu głośny plusk uświadomił mi, że obleśny stwór z mackami i włócznią, padł pod naporem ataków moich kompanów. Chwilę później mogliśmy się zająć swobodnie „krzesłami”… Zanim walka dobiegła końca, zdołałem wyleczyć się ze wszystkich odniesionych wcześniej obrażeń. Czułem, jak siły życiowe tych istot, całkowicie zregenerowały moje ciało… Nagle wszystko ucichło.

Podszedłem do leżącego cielska i rzuciłem „Lewitację” na nie. Dzięki temu Nandin mógł wydobyć z niego swoje cenne strzały, a Goth zabrać włócznię z błękitno-świecącym grotem. Nagle elf z przerażoną miną zwrócił się do nas – „Usłyszałem głos, który mówił: …Chodźcie, przybądźcie moi sojusznicy i zniszczcie moich wrogów!...”. Spojrzeliśmy po sobie. Wiedzieliśmy, że ktokolwiek nas tu umieścił, zrobi wszystko, żebyśmy tu zgnili… Dobrym przykładem byli dość wyszukani i specyficzni przeciwnicy, którzy stanęli nam na drodze. Czym prędzej podjęliśmy trop za swoimi śladami.

W końcu doszliśmy do drzwi… Stały o nic nie oparte, jakby wbudowane w powietrze, a za nimi dalej rozciągały się bajora. Ze środka przejścia w drzwiach, widać było zarysy naszego karczemnego pokoju. Kiedy tylko zbliżyliśmy się, z ziemi momentalnie wyrosły kraty z kości, blokując przejście! Byłoby rzeczą nienormalną, gdyby nasi wielcy wojacy nie spróbowali w takiej sytuacji rozwiązań siłowych… Goth z Dinem naparli na kraty. Te ani drgnęły, a zewsząd usłyszeliśmy głośny, nieludzki śmiech… Tylko przypadek sprawił, że kraty schowały się w ziemię, w momencie, gdy kapłan odłożył włócznię, żeby dwoma rękoma ponownie naprzeć na kraty… Kiedy ją podniósł, kraty ponownie zatorowały nam przejście. „Pan tych włości” za wszelką cenę chciał zatrzymać przy sobie włócznię…

Rzuciłem „Rozproszenie Magii” na kościaną blokadę, a w głowie usłyszałem demoniczny głos: „Odpuść! Nie masz ze mną żadnych szans!”. Poczułem silny opór. Dałem spokój… Zaczęliśmy kombinować z przejściem z włócznią… Rzuciłem na dużą broń „Lewitację” i uniosłem ją w powietrze licząc, że jeśli nikt jej nie dotknie, to kraty ustąpią. Nic z tego. Opuściłem ją na ziemię, dalej utrzymując czar „Lewitacji” i wtedy to, po raz kolejny Goth zachował się jak bezmyślny idiota! Kopnął we włócznię, przeciskając ją przez kraty, aż wylądowała w pokoju po drugiej stronie! Kraty dalej były podniesione, a my staliśmy jak wryci, patrząc na siebie z rozdziawionymi ze zdziwienia gębami! Skoncentrowałem się z całych sił próbując nawiązać kontakt z zaczarowaną bronią… Nie wiem, jaka odległość nas dzieliła, ani czy nie byliśmy w innym świecie, czy wymiarze, ale tylko szczęście sprawiło, że nie straciłem władzy nad włócznią! Z potem na czole, siłą woli, uniosłem ją w powietrze i ostrożnie wróciłem do krat i przepchałem w naszym kierunku. Opuściłem na bagno, a kraty opadły. Wszyscy przeszliśmy przez drzwi i wtedy postanowiłem wykorzystać w podobny sposób jeszcze trwający czar „Lewitacji”. Udało się i włócznia znalazła się za nami w pokoju… Przejście zamknęło się szybko i widok bagnistej krainy rozpuścił się w pokoju.


Ktoś zapukał do drzwi… Karczmarz z przerażeniem wyjaśnił nam, że nie było nas ponad tydzień, a nie umiał dostać się do pokoju…! Był 9 maj, a następnej nocy mieliśmy spotkanie z Mordrokkiem! Tymczasem Amulet jeszcze nie zidentyfikowany, a czasu zaczęło brakować! Szybko wzięliśmy się do realizacji opóźnionych zajęć. Kątem oka spojrzałem jeszcze na błękitny grot zdobycznej włóczni, jakby kierowany instynktem… „Wykrycie Magii” potwierdziło moje przypuszczenia…! Grot był stworzony z Upiorytu! Materiału wielce rzadkiego i niebezpiecznego dla śmiertelników, ale w równym stopniu pożądanego i cennego dla nekromantów!!! Poczułem podniecenie… Znowu los przyniósł mi szczęście… Muszę tylko uświadomić moim kompanom-ignorantom, że nie jest to potężny kruszec, na który rzuci się każdy jubiler, czy czarodziej, a raczej materiał specyficzny i niebezpieczny, który sprzedać można by było jedynie mrocznym elfom, lub potężnym magom, których w tych krainach jest na wyliczenie palców jednej ręki…! Okazało się też, że „Wykrycie Magii”, prócz sfery nekromanckiej z grotu, ukazało mi magię przywołań, którą wyczułem z dzbana, wina-prezentu od karczmarza…! Szybko podzieliłem się tymi spostrzeżeniami z drużyną… Nie byli „zachwyceni”…

Gospodarz szybko potwierdził moje przypuszczenia, że jednak „podarunek” nie był od niego. Więc ktoś inny, wstąpił przeciw nam na „wojenną ścieżkę”… Ja zabrałem się do odpoczynku i kilkugodzinnej drzemki, a pod wieczór, w osobnym pokoju, przystąpiłem do przygotowań do „Identyfikacji”. Nie ukrywam, że miałem tremę, przed odkrywaniem tajemnic magii cieni i tak potężnego przedmiotu, ale mag dążący do potęgi i ideału, musi podejmować się tak trudnych i „niemożliwych” dlań wyzwań. Po kilku godzinach dokładnego czyszczenia przedmiotu utkałem czar…

Ocknąłem się kolejnego dnia, totalnie wyczerpany. Zgodnie z umową przyszli po mnie do pokoju, żeby zaprowadzić do wspólnej komnaty, gdzie odpocząłbym przed spotkaniem i podzielił się z nimi udanym efektem czaru.


Krótka Rozprawka Radagasta o Magicznych Amuletach Cienia

Amulet Wody jakem zidentyfikował, kształtem podobny jest do Amuletu Ziemi, którego zbadanie kompani moi powierzyli magowi Azranowi, spoza drużyny. Wykonany jest z jasnego gwiezdnego metalu, o ciemno-niebieskim zabarwieniu, któren w półmroku wydaje się być czarny. Amulet Ziemi zaś z tegoż samego, cennego i rzadkiego kruszcu, barwi się brązowo-czarnym kolorem. Na oburz artefaktach, bo nie waham się użyć takowej nazwy, Nandin, najemnik w drużynie, zauważył ryt, podpis jakowyś, któren jednoznacznie odkrył twórcę tych amuletów. Był to Verkordu Ahi, potężny mag, niegdyś uczeń samegoż Shadizzara, jednego z najbardziej tajemniczych czarodziejów Zanzibarru, którego imiona na kartach historii pojawiają się od ponad millenium… Sam artefakt, Amulet Wody, prócz owego podpisu, na każdej ze stron rysunek posiada. Jeden, Ogon Diabła przedstawia, a na awersie Wzburzone Fale są wyryte. Drugą cechą, odkrytą przypadkowo jak mniemam, przez elfa, jest moc zakłócania działania ochronnej magii, kiedy tylko amulety razem zetkniemy. Potwierdziłem tą zdolność po zidentyfikowaniu Amuletu Wody. Okazało się bowiem, iż zetknięte ze sobą, całkowicie niwelują działanie czarów ochronnych. Dwie kolejne, potężne cechy, odkryłem podczas procesu identyfikacji. Jedno zdanie aktywacyjne: „Wzywam was moce głębin” sprawia, iźli osoba go dzierżąca, mocą swobodnego ruchu pod wodą obdarzana jest. Jakoby ptakiem w powietrzu była, albo prawdziwą rybą, swobodnie pływającą pod taflą wody. Oddychać w głębinach ów śmiałek też potrafi, a i pancerzem mocarnym na rany wszelakie obdarzony zostaje. Działanie tych mocy nie może przerwane zostać, a tylko tajemniczy czas pokaże, ile ów śmiałek pod wodą wytrzyma. Jednak mroczną stronę ta moc posiada... Albowiem karmi się Amulet życiem i zdrowiem śmiałka, który zeń mocy korzysta i nie wiem jakiegoż to stopnia wyczerpujące i groźne jest. Druga inskrypcja magiczną moc wywołująca: „Niech pochłonie was tysiąc fal i piorunów”, daje władzę nad sztormem na olbrzymim obszarze. Ten, któren odważy się zeń skorzystać, potęgę ową sam będzie mógł wywołać, a i żywiołem ogromnym kierować w sobie tylko znanym kierunku. Jednak podobnież, jak wcześniej, Amulet Cieni zdradliwym jest i ciężko ranić może użytkownika za posługę swoją… Oczywistym jest fakt, iźli inskrypcje owe z obu amuletów, wypowiadać należy w zanzibarskim języku, a i Amulet na piersi winno się trzymać i jedną z dłoni przy aktywacji dotykać. Takież trzy moce zidentyfikować zdołałem na Wody Amulecie. Co do Amuletu Ziemi, to ryciny na odwrotach insze posiada. Przy obrazie Ogona Diabła napis „Tajemnica” widnieje, a na awersie Golem jakowyś wyryty jest i trzy pod nim słowa: „Władza, Moc, Kontrola”. Jedyna moc, jaką kompanija moja i sam wówczas Gotrek zdołali odkryć w artefakcie, zdaniem aktywacyjnym: „Wzywam siłę Durr-Garana”, śmiałka ochroną przed obrażeniami wszelakimi, niemagicznymi obdarza. Bezwzględnym Amulet się staje, kiedy działanie mocy ustaje, dla tegoż, kto odwagę miał użyć mocy jego. Znowuż, jak przy Wody artefakcie, zdrowie w podzięce śmiałkowi zabiera, nawet z ryzykiem jego całkowitej utraty. Tak straszne potęgi, jakimi są możliwości tych Amuletów z mocy Cieni stworzonych, wymagają takoż wielkich poświęceń dla wszystkich, którzy zachłannie czerpać z nich będą. Same zaś, z wiedzy, jaką posiedliśmy, swego rodzaju kluczami są. Przejście przez bariery umożliwiają, które przed grobowcem Verkordu przeszkodą dla awanturników wszelakich są.

O Ogonie Diabła niegdyś i obecnie

Sama krypta maga leży ponoć w Ogonie Diabła właśnie, w szczycie, który wznosi się w Górach Czerwonych. Często okoliczni mieszkańcy Górą Diabła ją też nazywają, ale nie wpływa to na zgromadzoną przeze mnie wiedzę. Miejsce to wszakże niesławą owiane jest, a historyja jego wieków wstecz sięga. Wówczas to Shadizzar, członek Rady Oka i potężny czarodziej, boga trolli Oze Dakhe za pomocą Włóczni Przeznaczenia zwyciężył. Prawie millenium minęło od zdarzeń tamtych, ale krew pokonanego półboga, po dziś dzień przeklęła to miejsce. Skarbu, który Verkordu na polecenie pana swego ukrył w Krypcie, nawet sam Andian Nabadan pochwycić nie zdołał. Teraz miejsce to sławą się nie cieszy, a ludziska tam się zapuszczający bez wieści i śladów giną. Mieszkańcy Hugg, drwale okoliczni, nieopodal miasteczka Kelte mieszkający, jeno z przymusu lub złotem zachęceni, śmiałków do Góry przez Szepczące Bagna i Gadurski Las przeprowadzają. Sam Las ponoć trolle i insze bestyje zamieszkują, o Przeklętych Rycerzach też dużom słyszał. Legenda prawi, że Rytuał Krwi odprawili imię Abdara wzywając i wstali z martwych, żeby latami bronić okolic przed Zanzibarrem-Najeźdźcą. Bagna natomiast demon niegdyś zamieszkiwał i dzieciary pętał. Mamili oni ówczas ojców i matki, żeby do gniazda bestyji ich zaprowadzić. Ta zaś uczty z nich sobie uprawiała, aż nikogo do pożarcia już nie zostało. Wtedy to właśnie rycerz we zbroi lśniącej kres złu postanowił przynieść i do siedziska zła się udał, samego demona ubić. Niestety śmiałek porażkę swą zobaczył, ale konając ofiarnie, boga o pomoc poprosił. Ten wielką burzę i zawieruchę sprowadził, łamiąc drzewa, niszcząc osady i pod wodę sprowadzając. Długo potem deszcze jeszcze padały, aż niewolnicy demona utopcami się stali i na dnie wód w zamule osiedli. Całe to miejsce bagniska spowiły, a przy blasku księżyca śmichy dziecioków można usłyszeć. Ponoć śmiałkowie beztroscy w sidła tych dusz wpadają i przed oblicze demona Numbiena są zaś prowadzeni. A mówi się i słyszy, że bestyja kataklizmy sprzed wieków przetrwała…

Takem zapisał swą wiedzę cenną dla siebie i kompaniji mojej

Roku 1131 Nowej Ery, miesiąc Maj (tj. maj 28 roku przed Zaćmieniem, dopisek po odnalezieniu kronik)

Radagast Aiwdulir Morinhater *


Kiedy skończyliśmy rozprawiać o właściwościach Amuletów, położyłem się, aby odpocząć. Przed północą zebraliśmy się i udaliśmy na spotkanie z Mordrokkiem. Na twarzach moich kompanów widać było skupienie i nerwowość, ja pewnikiem odczuwałbym to samo, ale byłem zbyt zmęczony po „Identyfikacji”. Przystań malowała się mroczno i tajemniczo… Światło gwiazd i wiszącego nad głowami księżyca, odbijało się blaskiem od tafli wody otaczającej Wieżę Władcy Mgieł. Co chwila nad wodą unosiła się gęsta, biała mgła, po to, by za chwilę odfrunąć, albo zniknąć całkowicie. Słaby plusk zdradził nam zbliżającą się z wolna łódź. Na podmokłe i podniszczone molo wysiadło dwunastu zbrojnych, którzy wyszli na brzeg i utworzyli przed nami łuk. Stali w milczeniu, a zza ich pleców ukazała się znajoma sylwetka oczekiwanej postaci… Mordrokk, podobnie jak wcześniej, ubrany był w zieloną zbroję ze smoczej łuski. Przy pasie miał broń, a resztę stroju stanowiła czerń…

„Witaj Gocie” – mężczyzna przemówił spokojnym głosem. Kapłan skinął głową i odpowiedział za nas wszystkich. „Macie to, po co wyruszyliście?” – bez ogródek zapytał Gotha. Później wszystko potoczyło się dość szybko… Kapłan przemawiał w imieniu naszej kompaniji, i ostrożnie, półprawdą zdawał relacje Mordrokkowi odnośnie amuletów, naszej przygody w Cytadeli Burz, śmierci jego najemników i Gotreka… Ten bez przejęcia przyjął wieści o stratach, bo interesowały go tylko amulety… W pewnej chwili poprosił o zdobyty Amulet Wody. Ziriel za zgodą kapłana zdjęła go z szyi i podała wojownikowi. Z uwagą mu się przyglądał, po czym zażądał Amuletu Ziemi! Goth, który miał go na szyi zastrzegł, że da mu go, kiedy ten zwróci Amulet Wody z powrotem Ziriel… Napięcie pomiędzy nami urosło, bo zarówno Mordrokk, jak i Goth nie chcieli odpuścić…

„Proszę ostatni raz Gocie” – Mordrokk wyciągnął dłoń po kolejny Amulet. Jego przyboczni chwycili za rękojeści broni… „Nie nadwyrężaj mojej cierpliwości…!” – w powietrzu czuć było wrogość i ogromną presję. W końcu kapłan odpuścił. Wtedy stało się coś, czego żadne z nas się nie spodziewało… Trzymając w ręku nasze dwa amulety, Mordrokk wyciągnął zza pazuchy kolejne dwa…!!! Okazało się, że mieliśmy komplet, a raczej w tej chwili on miał! Jednak, ku mojemu osobistemu zdumieniu, Mordrokk z uśmiechem na swej wrednej gębie, oddał nam z powrotem nasze dwa Amulety…

Znowu przeszli do spokojniejszej rozmowy. Wojownik powiedział, że przygotowania do misji zajmą mu rok i właśnie za tyle czasu mamy spotkać się z nim przed Ogonem Diabła. Ma zamiar „przeszmuglować” małymi grupkami, stu wojów i specjalistów w różnych naukach, do pomocy w osiągnięciu celu. Na sam koniec Goth wspomniał o Krysztale Kyriana, który jest „naszym” priorytetem i na nim kładziemy wyłączność, niezależnie od ilości i jakości „skarbów”, jakie tam znajdziemy. Mordrokk zgodził się, ale w zamian zażądał podziału łupów w podziale 90% na 10%!!! Rozstaliśmy się na tydzień, po to by spotkać się ponownie i dokończyć kwestie podziału łupów, jak również po to, by Mordrokk miał czas na przemyślenie i przestudiowanie informacji, jakie zdobyliśmy o demonie Reizermaranie, z którym najprawdopodobniej przyjdzie nam się spotkać w Ogonie Diabła…

W spokoju i bez problemów wróciliśmy do pokoju…