Radagast zapytał czy mogę mu użyczyć kilku składników. Przejrzałem moje skromne zapasy i dałem mu po kilka sztuk tego o co prosił. W pokoju było czuć nerwową atmosferę. Mag przebierał się w czyste ubrania i pospiesznie przywdziewał pas na składniki. Kiedy był gotowy, właściwie bez słów wyjaśnienia zaczął wychodzić. Goth nakazał Ziriel, aby go zatrzymała, kiedy ten nie zareagował na wołanie Kapłana. Na pytanie Gotha co ma zamiar sam zrobić, Radagast zaczął mętnie tłumaczyć, że musi udać się po konia, że niby może tam być coś ważnego dla niego, Goth krótko uciął dyskusję, że nie ma aktualnie nić ważniejszego od odzyskania amuletu. Radagast starał się przekonać kapłana, lecz ten był nieubłagany. Widać było, że magowi trudno jest podporządkować się Gothowi, lecz chyba fakt, że stracił jeden z amuletów, był wystarczającym argumentem do tego, by jeszcze bardziej nie irytować i tak wychodzącego już z siebie Gotha.
Radagast dowiedział się, że w dzielnicy „Pozamiasta” o nazwie „Urwisko”, większość skradzionych rzeczy trafia do Dziadunia, który jest znaczącym paserem w tej dzielnicy. Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę północnej bramy miasta w dzielnicy rodziny Olsterów. Po drodze zapytałem Gotha jak chce załatwić sprawę z nijakim Dziaduniem. Plan kapłana był prosty jak konstrukcja cepa: wchodzimy, prosimy o oddanie przedmiotów i jeśli nie zechcą nam oddać, wybijamy po kolei wszystkich, aż zdecydują się oddać zgrabione dobra. Cóż, dostrzegłem kilka minusów tego pomysłu. Nikt z nas nie wiedział kim jest ów Dziadunio, mieliśmy tylko szczątkowe wiadomości zdobyte przez Radagasta od jakiegoś kloszarda. Podobno był paserem przesiadującym w gospodzie „Pod wisielcem”. Lecz nikt z nas nie wiedział jakie ma wpływy, a wpływy w takich dzielnicach jak „Pozamiasto”, mogą okazać się bardzo potężne.
Postanowiłem troszkę ostudzić Gotha, abyśmy przez jego mordercze zapędy nie wdepnęli w nieliche gówno. Powołując się na moje doświadczenie w tej dziedzinie, chciałem uzmysłowić im co znaczy zadarcie z kimś w pływowym, na terenie będącym pod jego opieką, szczególnie w takiej zapyziałej, zapomnianej przez prawo dzielnicy. Wizja, którą przed nimi roztoczyłem, nie wpłynęła zbytnio na ich decyzje, jedynie Ziriel przyznała, iż to co im powiedziałem powinno wymusić jakiś nowy plan. Goth do moich ostrzeżeń podszedł obojętnie, natomiast Radagast bagatelizował wszystko, co chwilę wrzucając jakąś denerwującą wstawkę w stylu „no to zabijemy wszystkich”. Nie wytrzymałem i wyzwałem go od debili, a mag oburzył się i zaczęły się kolejne przepychanki słowne. Goth wprowadził pewną zmianę i chciał w rozmowę z paserem wpleść wątek, że tak nieszczęśliwie się składa, iż kilka ze straconych przedmiotów należało do Mordroka. Pomijam już fakt, że nie mieliśmy żadnych na to dowodów, a powiedzieć tak może każdy. Goth oczywiście, wzbijając się na wyżyny dyplomacji, chciał owemu człowiekowi Mordrokiem grozić. Nadal nie posiadając konkretnego planu, dotarliśmy do północnej bramy.
Przy bramie kręciło się kilku gwardzistów Straży Rodowej Olsterów, a sama brama była zamknięta. Po krótkiej rozmowie gwardzista, za niewielką opłatą, zgodził się uchylić dla nas bramę. Poprosiłem Gotha, by zaczekali chwilę na mnie i sam podszedłem do przekupionego strażnika. Wiedziałem, że wszędzie są przekupni strażnicy, niezależnie czy będzie to Imperium, Hebor, czy Dominium, a strażnik, pełniący straż przy bramie prowadzącej do takiej dziury, na pewno w nocy widział i zarobił na niejednym lewym interesie. Jeśli go umiejętnie podejść będzie skarbnicą wiedzy.
Niedługo, bogatszy o nowe informacje, podążyłem za resztą drużyny. „Poczekajcie chwilę. Wiem co nieco o dziaduniu” – rozpocząłem swój monolog. „Dziadunio to niejaki Dziadek i nie jest to byle kto. Kiedyś był zabójcą do wynajęcia, a aktualnie rządzi całą tą dzielnicą. Zbiry, które napadły na Radagasta, to tylko zwykły motłoch. On sam otacza się o wiele lepiej wyszkolonymi i wyposażonymi wojami. Co więcej, dowiedziałem się, iż na usługach może mieć kapłana Geheriana. Zatem musimy być przygotowani na najgorsze. Aha, byłbym zapomniał, strażnik twierdzi, że Dziadek jest bardzo porywczy. Podobno kiedyś jeden z jego ludzi „krzywo” na niego spojrzał, a ten bez zastanowienia odrąbał mu rękę. Strażnik twierdzi też, że dziadyga lubi spokojną i kulturalną rozmowę, ponoć wtedy łatwiej się z nim dogadać. Nie wiem co o tym wszystkim myślicie Wy, ale ja na waszym miejscu porzuciłbym pomysły zbrojnego rozwiązania.”
Goth zamyślił się na chwilę i rzekł – „Ziriel, Ty poprowadzisz negocjacje, bo ja, jakby to powiedzieć, mogę nie utrzymać spokoju. A co do tego kapłana, jak go nazwał strażnik, to co wyznaje nie jest bóstwem, to raczej jakiś demon czczony w Mermandii.” Po kilkunastu minutach błądzenia po uliczkach, trafiliśmy w końcu na gospodę „Pod Wisielcem”. Z wnętrza dobiegał głośny gwar, a kiedy weszliśmy do środka, naszym oczom ukazała się sala wypełniona po brzegi mętami wszelakiego typu. Jedno trzeba było przyznać, na pewno nie brakowało im broni. Rozejrzeliśmy się po sali, nigdzie nie było widać kogoś kogo moglibyśmy uznać za Dziadka. Podeszliśmy do kontuaru i Ziriel zamówiła dla wszystkich piwo. Po chwili zagadała do karczmarza, że chcielibyśmy się zobaczyć z Dziadkiem.
W jednej chwili cały gwar ucichł jak ucięty nożem. Cała sala wpatrywała się z napięciem w naszą czwórkę. Chwilę później z bocznej sali usłyszeliśmy głos – „Co was do mnie sprowadza?”. „Chcemy ubić interes” – miłym głosem odpowiedziała Ziriel. „Zatem podejdźcie bliżej” – przemawiał do nas starszy mężczyzna, który jeszcze przed chwilą grał z towarzyszami w karty. Podeszliśmy w jego kierunku, kiedy w pewnym momencie jeden z grających wstał i powiedział – „Już wystarczy” – i gestem dał do zrozumienia, abyśmy nie podchodzili bliżej. „Więc cóż to za interes?” – zapytał Dziadek. Ziriel, spokojnym i wręcz służalczym głosem wyjaśniła, że chcemy odzyskać stracone przez Radagasta dobra. Po opisaniu ich, Dziadek przyznał, iż rzeczy te zostały już sprzedane, za 10 centarów zgodził się natomiast podzielić tym komu je sprzedał. I tak: medalion Wody otrzymał Taramon, kapłan Geheriana, jakiś wisorek Radagasta trafił do czarownika Bereneza Szarego, natomiast pas ze składnikami oddał komuś bliskiemu. Nie miał zamiaru powiedzieć komu oddał pas, stwierdził jedynie ironicznie, że tej osobie bardziej się przyda niż Radagastowi.
Z takim zasobem wiadomości ruszyliśmy do „Spalonej Dzielnicy” odzyskać Amulet Wody. Dowiedzieliśmy się, że Taramon mieszka w miejscu zwanym Czerwonym Mostem. To ruiny mostu nad Rzeką Sokołów w Spalonej Dzielnicy. Spalona Dzielnica to mały wycinek Pozamiasta, zniszczony przez pożary i tłuszczę podczas Bitwy o Most – był to konflikt między przestępczymi grupami Pozamiasta. Czerwony Most jest centralnym punktem owej dzielnicy – od zachodniej strony otaczają go ruiny spalonych i zdewastowanych domostw, w których to właśnie kryją się tamtejsze męty i najgorszy element przestępczy. Od wschodniej strony, po drugiej stronie Rzeki Sokołów, leży dzielnica zwana „Dwoma Sercami”.
Na szczęście „kapłan”, który dostał Amulet w swoje ręce, nie dostrzegł jego prawdziwej wartości i odsprzedał nam go za 10 centarów. Z wyraźną ulgą postanowiliśmy wrócić do naszej gospody. Radagast oznajmił, że idzie szukać konia i odleciał w bliżej nieokreślonym celu. Po powrocie do karczmy, aby uczcić szczęśliwe odzyskanie amuletu, Ziriel zakupiła dwa dzbany Pontimusa Białego, a ja zafundowałem dziczyznę. Jedynie Gothowi mniej udzielała się nasza radość, wspomniał coś o ukaraniu Radagasta. Jedząc i pijąc czekaliśmy na jego powrót.
Po powrocie Radagasta do gospody, Goth od razu przystąpił do „ataku” – „Radagaście. Jaką pokutę wyznaczasz sobie za narażenie naszej świętej misji na szwank?” Widać było, że mag totalnie zaskoczony jest słowami kapłana. Po chwili zaskoczenia zaczął mówić coś o tym, że nie rozumie, że nawet w dzieciństwie nikt nie kazał mu wymyślać sobie kar, że nie wie o co Gothowi chodzi. Kapłan natomiast nieustannie zasypywał maga pytaniami o pokutę. Kiedy w pewnej chwili zdenerwowany Radagast zapytał, co się stanie jeśli sobie nie wymyśli pokuty, Goth z zupełnym spokojem odpowiedział, że go zabije. Te słowa chyba wywarły średnio pozytywne wrażenie na pozostałych członkach drużyny. Na chwilę zapanowało milczenie, które przerwał Goth. „Masz noc na przemyślenie tego. Rano oczekuję odpowiedzi.” W takich ponurych nastrojach poszliśmy spać.
Nad ranem, Radagast zapytany o pokutę, odpowiedział, że zrzeka się wszelakich łask od Lorsha, nie będzie prosił o uleczenie, ani o ochronę przed zimnem. Goth przystał na to i zapowiedział, że do czasu kiedy nie dotrzemy na Ogon Diabła, nie uleczy go, kiedy będzie ranny, nie odtruje, kiedy będzie zatruty, nie ochroni przed zimnem, kiedy będzie zamarzał – da mu po prostu umrzeć. Wszyscy myśleliśmy chyba, że to koniec, lecz Gothowi było mało za pokutę ze swojej strony. Na czas nieokreślony rozkazał Radagastowi, by ten wykonywał wszystkie rozkazy, które wyda mu Ziriel bez zbędnych protestów. Tą pokutę mag przyjmował o wiele niechętniej, był to dla niego okropny policzek, lecz w końcu i tą gorzką pigułkę przełknął.
Po wszystkich nieprzyjemnych chwilach, naszedł czas na podjęcie decyzji co dalej. Goth oznajmił nam, że w momencie, kiedy tylko Din poczuje się lepiej, wyruszamy na Górę Gromu. Dni mijały leniwie, atmosfera w drużynie powoli wracała do normy, aż w końcu naszedł dzień, w którym wyruszyliśmy w stronę Góry Gromu.
Podróż przewidywaliśmy na około 4 dni. Zaopatrzeni w prowiant wyruszyliśmy w drogę. Podróż przebiegała spokojnie, pogoda dopisywała, nastawienie chyba wszystkich było dobre. Pod koniec drugiego dnia, stanęliśmy u podnóża góry, od strony Ciemnej Ścieżki. Postanowiliśmy dobrze wypocząć, by następnego dnia w pełni sił ruszyć na szczyt.
Droga na szczyt była kręta i momentami niesamowicie stroma, raz po raz trzeba było zatrzymać się, poczekać aż kompan przed nami wespnie się wyżej. Kiedy minęliśmy połowę dystansu, szlak powoli zaczął pogrążać się we mgle. Szliśmy teraz jeszcze wolniej, staranie stawiając kroki. Nagle mgła rozwiała się, a na przeciwko nas, w odległości około 60 metrów, zobaczyliśmy 6 postaci zakutych w ciężkie zbroje. Każda z postaci w jednej ręce dzierżyła tarczę, a w drugiej młot. Po chwili wszyscy bez okrzyku zaczęli na nas szarżować.
Reszta potoczyła się błyskawicznie. Radagast uniósł się w górę, Ziriel, Din oraz Goth starali się przeciąć drogę szarżującym wojownikom, tak aby osłonić mnie przed ich atakiem. Ja utkałem zaklęcie „Ochrony przed zwykłą bronią” – niestety pośpiech mało kiedy popłaca, a szczególnie nie podczas rzucania czarów. Jeszcze dobrze nie zdążyłem otrząsnąć się po nieudanym zaklęciu, a już Radagst krzyczał, iż u góry, na skalnych półkach, stoi dwóch magów. Chwilę później okolicą wstrząsnęły huki towarzyszące rzucaniu „Błyskawicy”. Zobaczyłem, iż moi kompani przecięli drogę atakującym, więc spokojnie rozejrzałem się za wrogimi magami. Jeden z nich właśnie kończył zaklęcie „Lustrzanych odbić”, więc ja, momentalnie w całą grupę iluzyjnych postaci, skrywających gdzieś wśród siebie prawdziwego maga, cisnąłem „Lodową nawałnicę”. Jak w mgnieniu oka, lustrzane dobicia znikły, lecz ku mojemu zaskoczeniu, mag stał dalej, jak gdyby nigdy nic. Wiedziałem, że teraz zwróciłem jego uwagę na siebie. Zacząłem tkać czar ochronny, lecz mag albo nie dostrzegł z takiej odległości, że to ja czarowałem albo miał inny powód, ale kolejny czar skierował w walczącego Gotha. Niewiele myśląc, po raz kolejny uderzyłem „Nawałnicą” i tym razem czar odniósł zamierzony skutek – wrogiego maga nieomal zmiotło ze skalnej półki. W tym samym momencie usłyszałem okropny jęk bólu, wypływający z ust Gotha i zobaczyłem jak bezwładnie osuwa się na ziemię. Już tylko Ziriel i Din stali na drodze przeciwników. Jeden z nich wykorzystał to i z impetem ruszył w moim kierunku. Nad nami co jakiś czas przetaczał się huk, towarzyszący toczącemu się miedzy magami pojedynkowi. Niemal instynktownie utkałem czar „Ochrony przed bronią” – skończyłem dosłownie ułamki sekund przed uderzeniem, które otrzymałem i moc zaklęcia zaabsorbowała cały impet ciosu. Miałem teraz tylko jeden cel – przelać całą esencję życiową napastnika na Gotha. Raz po raz raziłem przeciwnika „Pomniejszym drążeniem Larlocha”, a całą energię przekazywałem Gothowi. Po chwili do ostatniego z przeciwników doskoczyła Ziriel i było już po walce.
Podbiegłem do Gotha. Żył jeszcze, lecz nie widziałem, aby moje czary przyniosły jakiś duży efekt. Wiedziałem, że zwykła moc tego czaru mu nie pomoże. Musiałem zaryzykować i mieć odrobinę szczęścia. Sięgnąłem po mój topaz napełniony potencjałem magicznym. Topaz ma to do siebie, że ze względu na swoje właściwości potrafi spotęgować działanie czaru – zdarza się to bardzo rzadko, ale była to jedyna nadzieja dla Ghota. Raz po raz oddawałem mu cząstkę samego siebie – niestety tym razem topaz nie chciał objawić swoich właściwości. Udało się za ostatnim razem. Poczułem jak czar wyrywa mi nienaturalnie dużo sił witalnych, pozbawiając mnie prawie przytomności. Lecz pierwszy raz zobaczyłem zmiany na ciele Gotha. Rany jakby lekko się zabliźniły, a krwotoki ustały.
Jak się okazało chwilę po tym, kiedy padł ostatni z przeciwników, mgła zgęstniała, a po chwili rozwiała się i ciał poległych już nie było. Zajęty Gothem, nie zauważyłem tego. Jeszcze nawet nie zdążyłem odsapnąć po wyczerpujących czarach, kiedy w oddali przed nami pojawiła się łysa postać i powiedziała – „Gocie wstań i chodź”. I Goth jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z trudem wstał i sztywnym krokiem podążył za postacią. My podążyliśmy za nim. Goth jeszcze chwilę parł do góry, aż wprowadził nas do rozległej jaskini, na której środku paliło się ognisko, a wokół przygotowane było pięć siedzisk. Goth siadł pierwszy, a my poszliśmy w jego ślady.
Po chwili, moim oczom, a jak później dowiedziałem się i oczom innych, pojawiły się dziwne wizje i usłyszeliśmy głos.
„Aby łaska spłynęła na to czego pragniesz, trzeba ci drzewa co żelazem jest.
Gdy uchwyt już będzie gotowy, mus jest, abyś okuł go własnoręcznie tym, z czego Lehgarowie żyją.
W następnym kroku lnu, ani jedwabiu ci nie trza – albowiem nic takich szkód nie wyrządzi,
jak brak wiary i skąpstwo. Do Jeerheny ci trza, co Feliniasa Turkeza żywot zakończyła.
Jeno tam znajdziesz materiał godny twego rodu. Zaprawdę powiem ci tak: znajdź następnie mistrza
nad mistrzami, co ducha wleje w sztandar i na płótno go przeniesie. Idź z tym dalej do tej
co Srebrną Igłą włada, a żyje w mieście tego co złoty czepiec i złote berło nosi.
Dzieło to następnie połączyć trza z tym, co żeś wykuł, obręczami specjalnymi.
Nie zapomnij tedy, coby obręcze z minerału były co Mały lud z niego słynie. A gdy już to uczynisz,
prawie gotowe dzieło twe będzie. Prawie. Bo jeszcze trza ci jednego: krwi tego,
co Dahijskim Monarchą go zwą. Serce jego przebij tak, coby dzieło Srebrnej Igły
i twojej ręki spłynęło krwią owego Monarchy.
A gdy to uczynisz zacznij modły póki krew jest ciepła, inaczej wszystko stracone.
Nie zapomnij tedy do tego wszystkiego dodać tego co z ciebie pochodzi,
czego na tym świecie już nie zastaniesz, a co kiedyś było ci bardzo drogie.
Jeśliś zrobił wszystko dobrze co żem ci powiedział to nagrodę otrzymasz i dzieło ukończysz.
Jeśli nie, śmierć jeno dostaniesz albo coś gorszego. Takom rzekł ci ja, Rigiak, Kowal Mrozu.” *
Obudziliśmy się prawdopodobnie kolejnego dnia. Goth dopytywał się o to co stało się dalej, kiedy padł. Opowiedzieliśmy mu wszystko, a Din podkreślił ile razy rzucałem na niego czary, żeby go uleczyć. W sumie chyba nie jestem zdziwiony, że ten zadufany w sobie pacan nawet nie powiedział mi dziękuję – z obłędem w oczach patrzał na zwój pergaminu, na którym spisane miał słowa tajemniczego głosu i mamrotał pod nosem „Przepis na sztandar, o tak, przepis na sztandar…”