Kronika

Kroniki XXXI: Świątynia Lorsha

Po śmierci Srebrnego Tria Lyrralt wraca do Dermath, lecz tropy prowadzą go dalej ku świątyni Lorsha i nowym zobowiązaniom.

6.06.2026 • Cad • Lyrralt z Tales • Kroniki Lyrralta

Po przybyciu do miasta każdy z nas chciał załatwić jakieś swoje sprawy. Ja udałem się do Elindara, aby upewnić się, że goniec, którego wysłałem, dotarł do niego z wiadomością o śmierci Srebrnego Trio. Elindar podziękował mi za współpracę i powiedział, że być może w najbliższej przyszłości będzie miał dla nas jakieś zadanie. W końcu nie miałem żadnych zobowiązań i można powiedzieć, że ponownie byłem wolny.

Pod wieczór Beryl, karczmarz Rycerza Śmierci, powiedział nam, że był tu u niego jakiś człowiek, który szukał grupy awanturników do pracy. Powiedzieliśmy mu, że jeżeli się zjawi, to niech da nam znać, ponieważ bardzo przydałaby się nam gotówka i być może jego oferta nas zainteresuje. Przy kolacji do karczmy przybył nasz potencjalny pracodawca, więc Nandin udał się do jego stolika, aby się spytać czy jest to dalej aktualne. Torwell, bo tak miał na imię, zaprosił nas do swojego stolika i przedstawił swoją propozycję. Powiedział, że polecił nas Elindar Dafe, dlatego uważa, że otwarcie może mówić o tak delikatnej sprawie. Zadanie miało polegać na zniszczeniu tajnej świątyni Lorsha, która mieściła się w dzielnicy rzemieślników. Gdy dowiedzieliśmy się o co chodzi, Lathaniel od razu powiedział, że się na to nie zgadza, ponieważ to jest najzwyklejszy mord. Torwell, gdy usłyszał taką wypowiedź, wstał i odszedł, ostrzegając nas abyśmy nie mówili takich rzeczy, gdy w pobliżu znajdą się inkwizytorzy. Jak wiadomo kult Lorsha jest zakazany w Imperium i ścigany przez Inkwizycję Richtera z całą stanowczością. Torwell na pewno nie był inkwizytorem, ale podejrzewaliśmy, że pracuje dla Świątyni Richitera.

Jak zwykle przy stoliku wybuchła dyskusja, ponieważ zdania były bardzo podzielone. Niektórzy z nas chcieli jednak spróbować wykonać to zadanie, a niektórzy wyrażali gorący sprzeciw. Ja powiedziałem, że zanim podejmę jakąkolwiek decyzję chciałbym uzyskać więcej szczegółów. Gurney dowiedział się od Beryla, że Torwella najprawdopodobniej możemy spotkać w innej karczmie, w Stromym Dachu. Udaliśmy się tam, aby jeszcze raz przedyskutować tą sprawę.

Karczma była bardzo bogata i widać było, że jej klientami nie są biedacy. Nandin dowiedział się od karczmarza, że Torwella możemy spotkać w osobnej sali, znajdującej się za kotarą. Rzeczywiście siedział tam w towarzystwie jakiegoś niziołka. Gdy nas zauważył, niziołek opuścił stolik, a my podeszliśmy. Dowiedzieliśmy się jeszcze kilku szczegółów i postanowiliśmy sprawdzić jak to naprawdę wygląda. Torwell powiedział nam, że za niedługo ma się spotkać ze swoim pracodawcą i żebyśmy się na to miejsce udali z nim. Spotkanie miało miejsce w ciemnej uliczce, gdzie nie zauważyliśmy nawet twarzy naszego rozmówcy, a powiedział on niewiele, poza tym, żebyśmy nie zabierali ze sobą żadnych przedmiotów, które znajdziemy na miejscu, ponieważ są one przeklęte.

Torwell powiedział nam, że możemy wyruszać, co wprawiło nas w lekkie osłupienie, ponieważ przyzwyczailiśmy się, że przed jakąkolwiek akcją czyniliśmy jakieś przygotowania. Powiedzieliśmy mu, że i tym razem musimy udać się do naszej karczmy, aby się odpowiednio przygotować. Umówiliśmy się na godzinę pierwszą w nocy i rozdzieliliśmy się. Udaliśmy się do karczmy, gdzie Gurney i Nandin przygotowywali się do rzucenia jakichś potężnych czarów. Lathaniel poszedł w niewiadomym dla nas kierunku, ale na spotkanie się nie spóźnił, więc wszystko było w porządku.

Przed bramą do dzielnicy rzemieślników spotkaliśmy też Torwella, który porozmawiał ze strażnikami, abyśmy mogli jeszcze o tej godzinie wejść do dzielnicy. Torwell prowadził nas w kierunku świątyni Lorsha, a my zastanawialiśmy się jaki będzie plan działania. Wszystko okazało się na miejscu. Budynek, w którym rzekomo znajdowała się świątynia, był szczelnie zamknięty, postanowiliśmy więc z Nandinem przyjrzeć się temu bliżej. Zakradliśmy się do okiennic, które okazały się być zamknięte w ten sposób, że nie dało się ich otworzyć z zewnątrz, udaliśmy się więc do drzwi. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem, więc zajrzeliśmy do środka.

W przedpokoju było bardzo ciemno. Jako pierwszy wszedł Nandin, ponieważ on pod ochroną niewidzialności mógł lepiej sprawdzić teren. Po chwili Nandin gwałtownie się cofnął i stanął obok mnie sygnalizując, że ktoś będzie próbował wyjść przez drzwi. Dla mnie te kilka następnych chwil działo się odruchowo. Gość, gdy tylko stanął w progu, został przeze mnie zdzielony na wysokości nóg mieczem, a gdy upadł przed dom, uderzyłem go jeszcze głownią w tył głowy, aby zemdlał. Po wszystkim podbiegli do mnie kompani, którzy nie wiedzieli co się dzieje. Powiedziałem tylko, żeby wciągnęli ciało do środka. Lathaniel pytał się mnie, co ja zrobiłem, dlaczego zaatakowałem tego człowieka, a ja sam nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu był to odruch i nie mogłem sobie wytłumaczyć jak mogłem sobie na coś takiego pozwolić. Przecież istniała możliwość, że jednak nie ma tu świątyni, a ja zabiłem lub okaleczyłem niewinną osobę. Ogólnie rzecz biorąc byłem w szoku, ale to nie był koniec naszych działań. Teraz trzeba było jednak sprawdzić wszystko dokładnie. W środku znajdowała się tylko jedna osoba, ale on już nie był bezbronny, a nawet rzucił się w moim kierunku zanim niewidzialny Nandin nie zakończył jego żywota ciosem w plecy.

Nadal nie byłem pewien czy moje działania nie sprowadzą na mnie potępienia, bo pomimo tego drugiego człowieka, który nas zaatakował, nie byłem pewien czy dobrze trafiliśmy. Pod biurkiem znaleźliśmy klapę, za którą znajdowały się schody prowadzące na dół. Zanim zeszliśmy schodami, postanowiliśmy się zabezpieczyć na wypadek jakiejś zdrady, dlatego wyłamaliśmy zamek w klapie i wyciągnęliśmy jej jedną część.

Na dole moje rozterki w końcu minęły, ponieważ zostaliśmy zaatakowani przez wojowników Lorsha – każdy z nich ubrany był w solidne pancerze i opatulony w wilcze skóry. Jako że napastników było znacznie więcej, Nandin wyczarował nam do pomocy Hobgobliny. Walka była w tym momencie chwilą zapomnienia i oddałem się jej całym ciałem, więc trupy padały przede mną gęsto, nawet dobrze nie zauważyłem, gdy nie było już z kim walczyć. Wiedzieliśmy, że to nie jest koniec, bo przecież nie spotkaliśmy do tej pory kapłana, który prowadził tutaj swoje obrządki. Udaliśmy się na dalszą eksplorację piwnic. Mieliśmy rację, w dalszej jej części znajdowało się pomieszczenie, w którym znajdował się ołtarz poświęcony Lorshowi, a przed nim stało jeszcze kilku wojowników w wilczych skórach, którzy, gdy tylko nas zobaczyli, zaatakowali. Wraz z Bagrielem i Torwellem dzielnie stanęliśmy im naprzeciw. Jak się później okazało, gdy my walczyliśmy pod ołtarzem, jeden z wojowników, uzbrojony w miecz z lodowym ostrzem, zaatakował niczego się nie spodziewającego Gurney’a. Mnie walka szła dobrze i po chwili byłem w stanie pomóc stojącemu koło mnie Torwellowi. Gdybym wiedział, że niedaleko o swoje życie walczy Gurney, pobiegłbym do niego. Na szczęście sytuację, w której znajdował się Gurney zauważył Bagriel i on pobiegł mu na pomoc. Wydawało się, że Gurney wyjdzie z tej walki bez większych obrażeń, ale miał pecha, ponieważ wojownik użył jakiejś magii zaklętej w ostrzu i skierował w jego kierunku promień lodu, który objął jego całe ciało. W tym czasie ja i Torwell skończyliśmy z naszymi przeciwnikami i zobaczyłem co się dzieje. Nie zdążyłem nawet podbiec, ponieważ wojownik ten padł pod zmasowanym atakiem naszej drużyny.

Podszedłem do Gurneya zobaczyć jak się czuje. Niestety nie wyglądał najlepiej. Cały był pokryty lodem, więc razem z Torwellem zaczęliśmy kruszyć lód i rozcierać miejsca szczególnie zmarznięte. Nawet nie zauważyłem, gdy na miejsce przybył kapłan Richitera, który powiedział że nasza zapłata czeka na nas przy wyjściu. Nie zapytał się on o stan naszego przyjaciela, więc najwidoczniej go to nie interesowało. Uświadczyło mnie to w przekonaniu, że religie wyznawane przez ludzi w Imperium nie są warte złamanego srebrnika.

Zanieśliśmy Gurney’a do medyka, który dał nam medykamenty potrzebne w dalszej rekonwalescencji. Później wróciliśmy do naszej karczmy, a ja oddałem Nandinowi nowego florena, którego byłem mu dłużny i udałem się jeszcze na zakupy. Przez kilka następnych dni odpoczywaliśmy w karczmie, gdzie nie zdarzyło się nic ciekawego... no może poza dwoma wydarzeniami.

Pierwsze z nich dotyczyło Gurney’a, którego dopadły długi przeszłości. Do karczmy przyszedł jakiś człowiek, który twierdził, że Gurney jest mu winny pieniądze. Nie wiem w jaki sposób się dogadali, ale po niedługiej rozmowie w pokoju, człowiek ten opuścił naszą karczmę. Drugim zdarzeniem była wizyta Dago. Pytał się nas, czy mamy zamiar wybrać się do wieży Cyriusa, aby wykonać powierzone nam zadanie. Nie uzyskał zbyt wielu pozytywnych odpowiedzi i ogólnie cała rozmowa się raczej nie kleiła, więc oświadczył nam, że jeżeli chcemy czegoś od niego, to ma pokój w karczmie Stromy Dach.

Ja nic od niego nie chciałem, więc nie zamierzałem się tam udawać.