Kilka dni przed ceremonią Goth, po krótkiej rozmowie z Draggakiem, oznajmił nam, że „nie spodobaliśmy się” kilku wojownikom i możemy być ofiarami prowokacji w najbliższym czasie. Zignorowaliśmy tę wiadomość, bo wiedzieliśmy, że z każdą prowokacją ze strony tej bandy dzikusów, spokojnie damy sobie radę… Kolejnego dnia miał jeszcze miejsce inny, też drobny incydent, ale dość intrygujący… Podczas obiadu usłyszeliśmy okrzyki dobiegające z zewnątrz. „Złapali szpiegów! Złapali szpiegów!”, młody chłopak wrzeszczał co sił w gardle i biegał wokół namiotów. Nie zwróciliśmy zbytnio uwagi na to zamieszanie, ale kiedy kilku ciekawskich wróciło z dworu z powrotem na posiłek, powiedzieli, że przed „gospodą” powieszono kilku „szpiegów”, którzy kręcili się przy Świątyni Wilków… Dziwne…
Doczekaliśmy się w końcu dnia 1 grudnia, dnia ceremonii pogrzebowej. Pierwsza jej część zaczęła się o czwartej nad ranem, nim jakiekolwiek światło pojawiło się na horyzoncie. Uczestniczyli w niej tylko kapłani, więc Goth również musiał zgramolić się z wyra, oraz w sumie około trzydziestu wybrańców, wraz z wodzami, z każdego klanu. Po kilku godzinach takich modłów, wraz z ciałem zmarłego, wszyscy wyszli ze świątyni. W międzyczasie zebrał się już spory tłum gapiów i modlących na placu, którzy cierpliwie czekali na kondukt. Koło siódmej rano, pomiędzy nas, na plac pomiędzy zabudowaniami osady, a półokrągłym obozowiskiem klanów, wprowadzono wóz z kilkudziesięcioma niewolnikami… Ku naszemu zaskoczeniu obcięto im głowy, a z ich krwi narysowano granicę na śniegu, której nie wolno było nam przekroczyć podczas zbliżającej się, drugiej części ceremonii! Coraz bardziej zaczynało podobać mi się takie żegnanie zmarłego… Na środku wyrysowanego okręgu, na wielkim i zatłoczonym placu, zaczęto budować stos ofiarny, naokoło którego ułożono na śniegu obcięte głowy niewolników…! Ciała zabitych wywieziono na wozie poza miejsce ceremonii.
Koło ósmej rano, modlący ze świątyni wraz z ciałem zmarłego kapłana, powoli ruszyli w kierunku placu i stosu. Tymczasem na plac znowu wjechał wóz z dwunastoma niewolnikami, którzy tym razem byli ubrani w ceremonialne szaty… Okazało się, że to najbliżsi niewolnicy zmarłego Namiru, którzy spłoną wraz z ciałem kapłana!!! Wspaniały pogrzeb...! Staliśmy w pierwszym rzędzie obok naszego sztandaru i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy na zbliżający się kondukt żałobny. W końcu, po kilkudziesięciu minutach, modlący przeszli obok nas, przekraczając krwistą linię i rozstawili się przy stosie. Niewolników skuto ze sobą naokoło ułożonego drwa. Usłyszeliśmy granie na rogu dobiegające ze świątyni. Ciało zmarłego niesione w lektyce ułożono na stosie. Róg ucichł, a przed wszystkich wystąpił Armagarr Ged, którego zmarły Namiru był wujem, i zaczął pierwsze z kilku przemówień. Po nim przemówił Lord Magnar Vargan, a potem kolejnych dwóch najwyższych rangą kapłanów. Kulminacją, ku mojej uciesze, bo znudzony już byłem tą całą ceremonią, było podpalenie stosu z ciałem Namiru i jego tuzinem oddanych mu niewolników! Po kilkudziesięciu minutach wpatrywania się w wysokie płomienie ceremonia zakończyła się i wszyscy się rozeszli.
Zaczęto przygotowania do stypy… Tego wieczora każdy klan biesiadował w swoim gronie, jutro wszyscy wspólnie, a trzeciego dnia powinny zacząć się pierwsze narady do wyboru najwyższego kapłana. Po południu zaczęliśmy zabawę… Stypa nie wyróżniała się niczym od zwykłej popijawy, gdzie wśród zgiełku, dzikich okrzyków, unoszącego się zapachu pieczonej dziczyzny, były też drobne kłótnie i typowe ochlajmordstwo… Mimo wszystko bawiliśmy się przednio, a kulminacją biesiady stało się „Koło Życia”, które zamontowano pod wieczór. Pierwszą grę otwarli Draggak, Goth, Vern i jeszcze jeden ochotnik. Wygrał wódz, a całkowitym przegranym okazał się kapłan, którego kiepski kunszt rzucania orężem, cofnął go na ostatnią, czwartą pozycję! W drugiej grze, prócz trzech wojowników z klanu, wziął udział mocno już podchmielony Nandin. Zawodnicy nakazali przywiązanemu i okręcanemu na kole niewolnikowi śpiewać, kiedy ci rzucali weń bronią…! Śmiechu było co niemiara, a płakać mi się chciało, kiedy pewny siebie Nandin zaraz na początku gry zabił niewolnika…! Buchnęliśmy gromkim śmiechem, bo w ten oto sposób elf zaczął i tym samym zakończył grę, lądując, podobnie jak Goth, na ostatnim miejscu…! Biesiada trwała do białego rana, a my zmęczeni udaliśmy się na spoczynek.
Kolejnego popołudnia zaczęliśmy drugi dzień stypy. Tym razem wespół z najważniejszymi przedstawicielami klanów i kapłanami wysokiej rangi, biesiadowaliśmy w gospodzie, a setki pozostałych ludzi balowało na zewnątrz, na olbrzymim placu. To dopiero była zabawa… Słowa nic tu nie oddadzą, trzeba to przeżyć… Siedzieliśmy wszyscy razem i dobrze się bawiliśmy, dopóki nie podszedł do naszej ławy pewien kapłan czwartej rangi. Roben, bo tak ów kapłan miał na imię, należał do klanu Arenisów i we wcześniejszym okresie był głównym konkurentem Gotha o wpływy w świątyni… Czuć było napięcie w ich kontaktach i rozmowach… Na powitanie kapłan arogancko zarzucił Gothowi, że ten „podróżuje z czarnoksiężnikami…!”, na co nasz kompan szybko zripostował i dość biegle używając ironii, obronił naszych imion i honorów, co wprawiło mnie w osłupienie i nie ukrywam, zadowolenie… Roben zapytał Gotha, czy bierze udział w Turnieju Erdana, igrzyskach, w których za pomocą siły pięści i umiejętności zapaśniczych, likwiduje się innych uczestników, aż do zwycięstwa! Zaczęli się „kąsać” półzdaniami i słownymi docinkami, aż w końcu obaj umówili się, że spotkają się na arenie…! My tylko siedzieliśmy zszokowani i zaskoczeni, a gdy Roben odszedł, Goth poszedł do Draggaka na krótką rozmowę.
Okazało się, że ten dureń uzgodnił z wodzem Nathreków, że wystawią naszą czwórkę do udziału w turnieju!!! Obaj nie umieli zrozumieć, że wraz z Nandinem nie jesteśmy wielgachnymi wojami, tylko magami, a w tych zawodach nie wolno używać ani magii, ani modlitw i innych pomocy, tylko własna siła i umiejętności walki wręcz! Skończyło się na tym, że wraz z elfem będziemy siedzieć, jako rezerwa, a do walki bezpośredniej wystartują Goth, Ziriel i dwóch innych wojów z klanu Nathreków. Nie było to dla mnie żadne pocieszenie i uspokojenie, wręcz przeciwnie… Skoro zawody są tak brutalne, jak opowiadał Goth, to istniało duże prawdopodobieństwo eliminacji któregoś z naszej drużyny, a wówczas musielibyśmy delikwenta zastąpić…! Oczywiście kapłan „obiecał” mi, że nie wejdę na arenę, bo ponoć jestem mu potrzebny cały i zdrowy, a nie połamany, ale przyszłość malowała się bardziej pesymistycznie…
Z posępną miną i lekkim niesmakiem, mimo wyśmienitej stypy, wróciłem z towarzyszami do namiotu. Ziriel i Nandin zaczęli ćwiczenia przed turniejem, a ja próbowałem odpocząć, ale myśli zaprzątane miałem zbliżającymi się igrzyskami…
Nadszedł czas Turnieju Erdana! Na starcie zebrało się i zgłosiło 63 drużyny. Okazało się jednak, że nasza wystartuje dopiero w trzeciej rundzie, w ćwierćfinale i wówczas zostanie już tylko osiem drużyn. Walki były różne i czasowo odmienne, ale wszystkie, które się odbyły miały jedną wspólną cechę, były bardzo brutalne i krwawe…! Obserwowałem je i po kilku pierwszych miałem nadzieję, że nie wejdę nigdy do dołu zwanego areną…! W końcu po kilku godzinach oczekiwania, nasza drużyna weszła na arenę. Walka była zażarta i długa, ale wygrana po naszej stronie!!! Niestety przepłaciliśmy to zdrowiem jednego z walczących w naszym składzie wojów… Biedak skończył ze złamaną ręką, bez możliwości dalszego uczestnictwa w turnieju! Za niego wszedł Nandin, a ja poczułem gęsią skórę na grzbiecie… Następnym, który zmieni kolejnego niedysponowanego będę przecież ja…!!! Opanowałem strach i zdenerwowanie i spokojnie poczekałem na kolejną walkę „naszych”. Mieli spotkać się w ringu z Arenisami, tymi od Robena, ale jak się okazało, sam Roben, jak wcześniej zapowiadał, osobiście w walkach nie uczestniczył… Znowu Goth dał się sprowokować i wpędzić w maliny…