Kronika

Kroniki XXI: Szuler

Powrót do Arnhorn przynosi spotkanie z dawnym organizatorem turnieju, nowe układy i sprawę szulera, która szybko wymaga interwencji.

6.06.2026 • Cad • Lyrralt z Tales • Kroniki Lyrralta

Po drodze, w Arnhorn, postanowiliśmy odwiedzić hrabiego Junriga Damoklefenh’a – organizatora Wielkiego Turnieju i osobę, która dobrze mnie pamiętała z występów w turnieju rok wcześniej. Mimo że nie odzyskaliśmy dla niego magicznego sztyletu, to i tak ugościł nas z przepychem. Zaproponował nam też wykonanie pewnego zlecenia. Zadanie, które mieliśmy wykonać jednak tylko z pozoru było proste. Polegało ono na odzyskaniu porcelanowej figurki, od przebywającego w tym mieście szulera, Wielkiego Dana. Mieliśmy to wygrać z nim podczas gry w karty zwanej „Cztery Imperia”. Oprócz pokaźnej sumki, którą pożyczył nam hrabia, na obstawianie podczas gry, otrzymaliśmy magiczny przedmiot, który poprzez drobne oszustwo pomagał nam w grze.

Chcąc załatwić tą sprawę jak najszybciej, udaliśmy się do karczmy, w której przebywał szuler i umówiliśmy się z nim na grę. Wszystko szło jak najbardziej po naszej myśli, ale niestety podczas gry opuściło nas szczęście i nie dość, że nie odzyskaliśmy figurki, to jeszcze przegraliśmy wszystkie swoje cenne przedmioty. Ja przegrałem „Strzałę Śmierci”, którą dostałem od samego cesarza, a Morgass swoją księgę z czarami. Przegraliśmy też wszystkie nasze konie i pieniądze. Mało tego, zapożyczyliśmy się u hrabiego na 2000 złotych florenów. Niestety nie posiadaliśmy wystarczającej ilości gotówki, więc musieliśmy się zgodzić na pewną umowę, którą zaproponował nam hrabia, a mianowicie rycerstwo lenne. Hrabia był dla nas dosyć łaskawy i poprosił nas jedynie o służbę dla pewnej osoby w Dermath. Był to jego stary przyjaciel, Elindar Dafe, dowódca gwardii książęcej.

Nie był to koniec naszych problemów. Okazało się, że przedmiot, którego użyłem w czasie gry, a który miał nam pomóc w zwycięstwie, był przeklęty. W nocy, kiedy wszyscy udali się na spoczynek, mieliśmy zbiorowy sen, w którym wszyscy ginęli. Podczas naszej dalszej podróży sen ten ponawiał się jeszcze kilkukrotnie, zawsze działo się w nim dokładnie to samo. Każdy z nas miał w nim wolną wolę i wszystko pamiętaliśmy po przebudzeniu. We śnie wszyscy budziliśmy się w dwóch sąsiadujących celach, w lochu. Z pobliskich cel było słychać jęki i zawodzenia innych więźniów. Niedługo później przychodziło dwóch strażników więziennych uzbrojonych w kusze, którzy stawali naprzeciwko naszych cel i strzelali do nas. Podczas pierwszego i drugiegu snu ginęliśmy wszyscy w celi, zamordowani przez strażników. W kolejnych snach udawało nam się otworzyć celę, pokonać strażników i iść korytarzem prowadzącym na powierzchnię. Po drodze oczywiście ginęliśmy wielokrotnie, napotykając kolejne niebezpieczeństwa, ale w każdym śnie byliśmy kilka kroków do przodu. Gdy piszę ten tekst, byliśmy już prawie na powierzchni, widzieliśmy światło księżyca... Tym razem wpadliśmy w pułapkę zatrutych kolców...

Sen powtarzał się co tydzień, co dwa tygodnie lub nawet co miesiąc, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że po każdej śmierci budziliśmy się z bólem w miejscu, gdzie otrzymaliśmy śmiertelną ranę. Na początku było swędzenie, później ostry ból. Potem zauważliśmy małe krwawiące ranki, które za każdym razem były bardziej otwarte. Nie wiem jak długo tak wytrzymamy, obawiam się, że za kilka miesięcy możemy się po prostu nie obudzić...