Tsume, dawniej Gniewomir, jako dziecko utracił pierwszą rodzinę w pożarze rodzinnej chaty. Z ruin tamtego życia trafił pod opiekę Julii i Roberta de Vries, którzy dali mu nowy dom, edukację i nazwisko. W Zielonym Kasztelu wychowywał się wraz z Igo, Dalinarem i Kejnem, tworząc z nimi więź silniejszą niż wiele prawdziwych rodów.
Spośród braci to właśnie Tsume najmocniej nosi w sobie pamięć utraty, ale też wyjątkową zdolność obserwacji i introspekcji. W jego opowieści wydarzenia dzieciństwa nie układają się tylko w ciąg przygód, lecz stają się materiałem do późniejszego rozrachunku z własnym wnętrzem. To dlatego jego kroniki mają charakter bardziej osobisty i medytacyjny niż u pozostałych bohaterów.
Po śmierci przybranych rodziców i upadku dawnego świata Tsume przeszedł przez Bezimienny Klasztor Sierot, Białą Osadę i kolejne doświadczenia, które odcisnęły na nim trwałe piętno. Ostatecznie jego droga splotła się z naukami Ki-Shak i z poszukiwaniem ładu we własnej pamięci. To sprawia, że historia Tsume jest zarazem opowieścią przygodową i duchowym dziennikiem człowieka próbującego uporządkować chaos przeszłości.
W relacjach z braćmi pozostaje kimś, kto mimo łagodniejszego usposobienia nosi w sobie wielką lojalność. Wspomnienia o Dalinarze, Kejnie, Igo, Robercie, Julii i Jaromirze stale wracają w jego narracji. To właśnie dzięki nim jego historia ma tyle ciepła pośród ruin, śmierci i przemocy.
Tsume jest więc nie tylko bohaterem świata po Zaćmieniu, ale też jego cichym kronikarzem. W jego spojrzeniu widać, jak wielkie wydarzenia odbijają się w pojedynczym życiu: w strachu dziecka, w pamięci utraconego domu i w wysiłku człowieka, który chce zrozumieć, co z tym wszystkim zrobić.
Wspomnienie z dzieciństwa
Z rodzeństwa byłem najmłodszy. Nazywali mnie czasem nawet Młodym.
Kiedy miałem cztery, może pięć lat, odnalazłem stary, zaśniedziały, srebrny medalion w zbiorach ojca. Ech, ileż on miał wszelakich rupieci w swoim gabinecie. Z dzisiejszego miejsca wydaje się, jakby ich sterta leżała aż do sufitu, przecież i tak wysokiego gabinetu.
Medalion przedstawiał jakby wieżę, wokół której owinięty był wielki wąż. Pamiętam tylko, że przybrani rodzice, Julia i Robert de Vries, bardzo się zdziwili, kiedy go odnalazłem, ale pozwolili mi go nosić. Tak to przynajmniej wspominam.
Od tego czasu Julia jakby częściej mi się przyglądała. Z czasem ja, chuderlawy z natury, przestałem się z nim rozstawać. Kiedy się denerwowałem, on jakby dawał ciepło. W zasadzie nosiłem go już ciągle.
Z tych wspaniałych czasów miga mi wspomnienie, że może po roku, a może i szybciej, bo dla dziecka czas płynie całkiem inaczej, matka wezwała mnie przed swoje i ojca oblicze. Była wtedy jakaś taka inna. Nigdy taka nie była. Już wtedy mówiłem do niej „mamo”. W dodatku patrzyła jakoś inaczej.
Zadała mi wtedy dziwne pytanie: „Czy jego chłód cię nie boli?”. Odpowiedziałem: „Nie, mamo. On mi daje ciepło. To przyjemne”.
Rodzice byli bardzo zaskoczeni i powiedzieli, że mogę wracać do zabawy. Kiedy wychodziłem, usłyszałem jeszcze: „Robercie, twój brat musi go zobaczyć”. „Wiesz przecież, że on odszedł i...” - więcej nie usłyszałem, bo drzwi się zamknęły. Nigdy więcej o tym nie wspomnieli.
Później też było pięknie. Niestety potem umarli.