Zapukaliśmy do drzwi i po chwili otwarła nam około czterdziestoletnia kobieta o przeciętnej urodzie. Ubrana była w zwykły wiejski strój, czarne włosy miała obcięte krótko. Zmierzyła nas wzrokiem po czym, ku naszemu zdziwieniu wykrzyczała niespodziewanie w naszym kierunku.
– Idźcie precz! Powiedziałam, mchu Very wam nie sprzedam szubrawcy. Nie pozwolę, abyście truli siebie i innych! Ręki do tego nie przyłożę! Precz, powiedziałam!
Po tych słowach zatrzasnęła przed nami drzwi. Staliśmy zbici z tropu i patrzyliśmy zdezorientowani po sobie.
Po chwili odezwał się Kejn:
– Pani, chyba nas z kimś mylisz!
Po jego słowach nastała cisza.
– Pani! – zawołałem – my po opowieść o posągach, a nie po mchy jakoweś.
Po chwili drzwi otwarły się, kobieta znów wyjrzała w naszym kierunku.
– Przepraszam panowie, wzięłam was za kogoś innego.
– Pytaliśmy karczmarza, kto może wiedzieć coś o historii tych posągów i wskazał ciebie – powiedziałem – może uraczysz nas opowieścią? Byliśmy zobaczyć źródło.
– Ach, te posągi – powiedziała jakby zamyślona – a czemu was to tak interesuje?
– Bo jesteśmy poszukiwaczami przygód – odparł Igo.
– Ano bo to ciekawe – powiedziałem – kawałek wyrzeźbionej nogi większy niż jakakolwiek cała rzeźba, którą w życiu widziałem. Zwyczajnie to niespotykane i nas to ciekawi.
– Ano dokładnie – wtórował mi elf – Wioska w środku lasu, a tu takie znalezisko, zaciekawiło nas to.
– To tylko bajania takie, ludzie różne rzeczy mówią. To tylko takie opowieści – powoli powiedziała zielarka.
– Ano ale w każdej opowieści jest ziarnko prawdy – odparłem.
Kobieta chwilę pomyślała i rzekła:
– Dawno temu, gdy nie było jeszcze nawet Ambardu, miejscem tym władali potężni olbrzymi. Tak mówiła mi matka, a jej babka mówiła jej, a jeszcze wcześniej babka babki i tak dalej. Ponoć z gwiazd przybyli i wzięli pod protekcję ludzi. Dzikich ludzi, którzy ledwo ogień skrzesać potrafili. Władcy ci zapewnili im ochronę, przed demonami i bestiami dzikimi, które grasowały po świecie w owym czasie. Przez wieki uczyli ich, przekazywali technologie i wiedzę wszelaką. Z czasem jednak ulegli tajemniczej zarazie i pomarli lub odeszli do innych krain. Historie też mówią, że część z nich śpi głęboko pod ziemią, tak głęboko iż człowiek nie jest w stanie się do nich dostać. Ponoć powrócą, gdy czas odpowiedni nadejdzie.
– Ale kogo to byli wysłannicy? – zapytał Kejn.
– Bogowie ich zesłali.
– Jacy bogowie?
– Dawni – powiedziała tajemniczo zielarka. – Rzeźby te to dowód, że ci wielcy władcy i królowie naprawdę istnieli. Jeśli chcecie więcej dowodów, zaprowadzę was w pewne miejsce.
– Tak, tak – powiedział Igo – Robi się interesująco.
– Zaczekajcie zatem tylko się ubiorę, bo ziąb straszny.
Po tych słowach kobieta weszła do chaty i po chwili wyszła ubrana, a w ręce miała kij do podpierania się.
– Chodźcie za mną.
Kobieta prowadziła nas w kierunku, z którego niedawno przybyliśmy, lecz gdy już myśleliśmy, że nas nie zrozumiała i ponownie prowadzi nas do źródła, skręciła jednak w las.
– Gdzie nas prowadzisz, pani? – zapytałem.
– Niedługo zobaczycie. Chodźcie, chodźcie – mówiła wyraźnie podnieconym głosem.
Chyba mało kto interesował się tymi tematami i było widać, iż kobieta przejęła się swoją rolą przewodnika po starej historii.
Prowadziła nas dobrą godzinę. Widać było, że idzie pewnie i zna drogę.
– Jakieś zioła sprzedajesz pani? – zagaił Igo.
– Ano coś się znajdzie. Na ból, na zatrucia, na gorączkę.
– A coś dla Lyrralta na potencję by się znalazło? – zażartował mag.
– Ano jest takie zioło. Liście czarnej paproci. Jak to się weźmie, to się dzieje. Mój dawny chłop tak ze mną w łóżku wykitował, to były czasy. – z rozmarzeniem mówiła zielarka – jak mu do piwa dosypałam to szalał całą noc! Wykończyć mnie chciał.
– No to widać nie nudziliście się – skwitowałem.
Szliśmy jeszcze kilka minut, aż doszliśmy do stromej polanki. Kawałek powyżej zobaczyliśmy stojący około dwumetrowy ociosany kamień o wielu bokach.
– Czyżby zagadka menhirów? – powiedziałem podekscytowany.
Podeszliśmy bliżej, a kobieta została na brzegu polany. Kamień był omszały, cały pokryty mchem i ziemią. Lecz mimo to było na nim widać wyryte napisy w jakimś dziwnym alfabecie. Część z liter była jednak uszkodzona przez czas.

– Możesz to odczytać Igo? – zapytałem.
– Spróbuję – mag wyszeptał słowa zaklęcia i wodził palcami po napisach, mówiąc cicho.
– Nieczytelne, nieczytelne, rydwanem ognia przybyli, skąd zimno wieczne zbudzili, gdy ziemia kiełki puściła, nieczytelne. Chwalebny ten, kto idzie wzdłuż linii wiecznego ognia, nieczytelne, przybędzie pan, który nosi koronę z gwiezdnego metalu, nieczytelne, o morza i oceany dawnego Lokkar, które sekrety nasze skrywają po wsze czasy, nieczytelne, światy, aby mieć je u swych stóp i nie stracić. I to tyle.
– Co to jest Lokkar – zapytał Kejn, lecz nikt z nas nie znał tego określenia.
– Ktoś tu składa kwiaty – elf wskazał ręką na wiązkę przed obeliskiem, potem wrócił do zielarki i zapytał – Znasz te teksty?
– Nie rozumiem ich. Legendy mych przodków mówią, że wielcy władcy rządzący tą krainą wznieśli ten monolit, aby upamiętnić swe istnienie.
– A nie wiesz, kto składa tu kwiaty?
– Ja chodzę tu co jakiś czas i kwiaty zanoszę, aby oddać hołd tym, którzy bronili mych przodków przed demonami.
– Mam do ciebie, pani, takie pytanie – zaczął Igo – ten posąg, który widzieliśmy jest ogromny, czy są gdzieś pozostałe części prócz nóg i sandałów?
– Nie wiem. Gdy wielcy królowie odchodzili z tego miejsca, zniszczyli posąg mocą swych błyskawic, a jego pozostałości zniknęły w rzece Svan po wsze czasy.
– A czy są tu jeszcze takie kamienie? – wskazałem ręką na obelisk na polanie.
– Nic mi o takim czymś nie wiadomo – odparła zielarka.
– Panie – kobieta zwróciła się do Igo – widzę, iż jesteś uczony, czy zechciałbyś powiedzieć mi co tam odczytałeś?
Igo powtórzył zielarce tekst.
– Dziękuję o panie. Korona z gwiezdnego metalu – odpowiedziała urzeczona – rzeczywiście król musiał ją posiadać.
– Mówi ci coś nazwa Lokkar? – zapytałem zielarki.
– Niestety nic. Czy wy zatem jesteście może wysłannikami z Wysokiego Słowa? Gdyż swego czasu był tu taki jeden badacz i powiedział, że teksty te skrywa pradawna magia i tylko potężny czarodziej je odczyta.
– Nie, nie jesteśmy z Wysokiego Słowa – powiedziałem – Igo, czy ten alfabet z tego kamienia jest taki sam jak ten z jaskini?
– Zdecydowanie nie. Tamten to jakieś starozanzibarskie magiczne runy. A ten nie wiem, ale nigdy nie widziałem takiego pisma.
– Panie, czy jak wrócimy do wsi, zapiszesz mi te słowa?
– Dobrze – odparł Igo.
– Po tylu latach nasz kult wróci do łask!
– Jaki kult? – spytałem.
– Kult Króla Gromów – z pokorą odparła kobieta – największego władcy olbrzymów. Moja babka opowiadała, że władał błyskawicami, krzesał je rękoma i pogodę umiał kontrolować. Zaprawdę ogromna była to moc.
Po tych słowach zdecydowaliśmy się, że czas wracać. W drodze powrotnej zapytałem jednak:
– Gdy przyszliśmy do ciebie, pomyliłaś nas z kimś innym. O co chodziło?
– Pewni ludzie nagabywali mnie jakiś czas temu, abym dostarczyła im pewnego zioła, ale wiem po co im to jest i nie chcę mieć nic wspólnego z tymi łotrami! Myślałam, że wrócili, by znów mnie o to męczyć. Przepraszam jeszcze raz za ten wybuch.
Wracaliśmy spokojnie do osady. Igo dopytywał o różne zioła, a zielarka z szacunkiem odpowiadała magowi. Wracaliśmy pogrążeni w rozmowach o niczym, kiedy to zatrzymałem grupę, bo w oddali między drzewami zobaczyłem kilkanaście postaci. Po chwili było już jasne, że nie są przyjaźnie nastawione.
– Zobaczcie na tych obdartusów – wskazałem ręką na las – chyba szykują się do ataku.
– Stańcie blisko mnie i zielarki – wydał komendę Igo.
Kejn już mierzył przed siebie z łuku, Dalinar wzywał Vergena, a ja pozwoliłem, by Ki wypełniło me ciało. Igo inkantował zaklęcie, a postacie przed nami jak na komendę ruszyły z podniesionymi toporami do ataku. Były to istoty wyglądem przypominające ludzi, lecz odrobinę wyższe, a ich skóra miała szary odcień. Nosili poszarpane ubrania, mieli długie czarne włosy. Ich odkryte nogi i ramiona były muskularne.

Kejn zaczął strzelać, a chwilę później, kiedy byliśmy już gotowi na starcie, które wydawało się nieodzowne za kilka chwil, od przeciwnika oddzielił nas okrąg wysokiej na kilka metrów ściany ognia wyczarowanej przez Igo. Kilku z nacierających nie zdążyło wyhamować i z impetem wpadli w płomienie, a potem usłyszeliśmy krzyk i poczuliśmy smród palonych włosów i ciała. Staliśmy tak w kręgu ognia. Po chwili, z ogromną prędkością wprost z ognia, wyleciał obracający się w powietrzu topór, ciśnięty z drugiej strony. Na szczęście chybił. U mych stóp w ziemię wbiła się włócznia, a potem zaczęły spadać całkiem spore kamienie.
– Zgaś to kurwa i nacieramy – krzyknął Dalinar.
– Gotowi? – krzyknął Igo.
– W trójkąt – zarządził kapłan – zielarka i Igo w środku.
– Gotowi – powiedzieliśmy, a Igo zgasił „Ścianę ognia”.
Gdy tylko odzyskaliśmy widoczność, zobaczyliśmy kilka spalonych ciał oraz trzy grupki istot, próbujących wyrwać jakieś kłody, bądź wykopać większe kamienie, aby nadal w nas rzucać. Zaraz jednak zorientowały się w sytuacji i chwyciły za broń i rzuciły się na nas. W kierunku dwóch z nich Igo wypuścił „Kulę ognia”. Zielarka w uniesieniu krzyknęła:
– Tak jest, zniszcz ich, Królu Gromów!
Za kulą ognia mknął widmowy młot przywołany przez Dalinara, a za nim biegł sam kapłan. Kejn, wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, pozwolił sobie na kilka strzałów z łuku, a ja zaatakowałem dwóch najbliższych, aby chronić maga i zielarkę. Jeden z moich przeciwników dzierżył ogromny, dwuręczny topór. Skupiłem się na nim. Wiedziałem, że jeśli nim oberwę, nawet Ki nie będzie w stanie ochronić mnie przed takimi obrażeniami. Na szczęście przeciwnik wziął zbyt szeroki zamach, odsłaniając się na wystarczająco długą chwilę, by zmiażdżyć mu mostek. To było wyjątkowo udane uderzenie. W jego miejsce pojawił się kolejny i we dwóch atakowali z furią. Jak widać powalenie ich kompana nie zrobiło na nich wrażenia. Istoty te dysponowały naprawdę dużą siłą, lecz były znacznie wolniejsze niż ja. Unikanie ich ciosów było stosunkowo łatwe, lecz nauczony doświadczeniem poprzednich walk, nie pozwalałem sobie na lekceważenie wroga. Z tyłu raz po raz słyszałem charakterystyczne odgłosy zaklęcia przywołującego piorun. To Igo raził wrogów z odległości.
Przez hałas walki co jakiś czas przebijał się podniecony głos zielarki:
– Tak panie piorunów, zgładź te monstra!
Przeciwnicy z mniejszymi toporami byli zwinniejsi od poprzedniego i trudno było powtórzyć tak mocny cios – raziłem ich pięściami, lecz moje uderzenia nie mogły być już tak mocne. Po chwili z mieczem w ręce, doskoczył do mnie Kejn i po krótkiej potyczce nasi przeciwnicy leżeli martwi. Od razu pobiegliśmy do walczącego kapłana, lecz i on kończył już swój pojedynek. Jednego ze stworów przebijał właśnie włócznią na wylot, a drugi przy akompaniamencie ogłuszającego huku został powalony błyskawicą Igo. Było po walce.
– Wszyscy cali?! – zawołałem.
– Chyba tak – odparł zdyszany Dalinar.
– O, panie piorunów – wznosiła w górę dłonie kobieta – dzięki Ci! Król Gromów zesłał was, abyście nas uratowali! Dziękuję wam! Uciekajmy stąd mimo wszystko!
– Co to za istoty? – zapytał Kejn.
– To Grimlocki. Żyją w jaskiniach, lecz praktycznie nigdy nie zapuszczają się tak blisko wioski.
Kejn wyciągał z ciał nadające się jeszcze do użycia strzały.
– Ruszajmy. Muszę powiedzieć mieszkańcom wioski, iż Król Gromów powrócił.
– To była dobra walka – skwitował Dalinar.
Po tych słowach skierowaliśmy swe kroki do osady.
Na miejscu zielarka odezwała się:
– Mości panowie, spotkajmy się później. Teraz muszę powiedzieć sołtysowi, co się wydarzyło.
– Dobrze – powiedział Igo – chyba ruszymy dopiero jutro z rana, jest już późno.
Weszliśmy do karczmy.
– O jesteście, właśnie się zastanawiałem czy dziś wyruszycie – powiedział karczmarz.
– Dopiero jutro z rana – odparł mag – nasze plany co nieco się zmieniły. Musimy odpocząć, gdyż w lesie zaatakowały nas Grimlocki.
– Grimlocki?!
– Ano, zaatakowało nas kilkunastu, ale daliśmy sobie radę – powiedział Kejn.
– Jak to tak? – zapytał zdziwiony gospodarz – toż to poważni przeciwnicy.
– Ale jednak daliśmy sobie radę – powiedział Dalinar.
– Siądźcie, napijecie się, zaraz przygotuję coś do jedzenia. Daleko to było od naszej wsi?
Kejn opowiedział o miejscu ataku.
– Rufus – krzyknął karczmarz do jednego z gości w karczmie – idź powiadomić sołtysa.
– Nie trzeba – rzekłem – zielarka już poszła.
– Jahelada była z wami?
– Tak, była z nami, lecz nic jej nie jest. Ochroniliśmy ją – wyjaśnił Kejn.
– Na Delidię. Dzięki wam panowie.
– Zielarka podziękowała Królowi Gromów – powiedziałem.
– Ech mówiłem wam, że jest dziwna. Oddaje cześć jakimś posągom, kwiaty pod kamień nosi. Nie przejmujcie się nią. Tolerujemy ją, lecz czasem jak sami widzicie, dziwnie się zachowuje.
– To poczciwa i dobra kobieta – powiedział Igo.
– Kiedy swego chłopa straciła, całkiem oszalała. Stary Jaher też był dziwny. Ale co tam, źle o zmarłych nie ma co mówić. No nic, napijcie się, a ja zaraz dam strawę.
– Karczmarzu, przygotuj na jutro jadła na drogę – powiedział Igo – Z rana wyruszamy.
– Dobrze, na rano będzie naszykowane.
– Igo, powiedz mi, o co chodziło z tym mchem? – zapytał Dalinar.
– A to jest składnik używany do wytwarzania narkotyku o nazwie Safona. Jest na tyle drogi, że zapewne nie używają go tutejsi wieśniacy.
– Safony często używają karhańscy najemnicy przed walką – powiedział Kejn – Poprawia wytrzymałość, szybkość oraz sprawia, że najemnicy są na tyle nakręceni, że zazwyczaj nie cofają się z pola walki. Minusem jest to, że szybko uzależnia, a swoje kosztuje. Dodatkowo, kiedy przestanie działać, człowiek jest wykończony.
– Ja skoczę do zielarki i zobaczę, czy może ma jakieś interesujące zioła – powiedział Igo.
– Taaaa po zioła, pewnie będziesz chciał, aby potrzymała króla piorunów za berło – zażartowałem, na co bracia wybuchnęli śmiechem.
– Jakby były jakieś ciekawe zioła, to kup – powiedział Kejn – potem się jakoś rozliczymy.
– Dobrze – powiedział mag i wyszedł z karczmy.
Siedzieliśmy i z zadowoleniem popijaliśmy, postawioną przez karczmarza gorzałkę. Po pewnym czasie przyniósł w końcu jadło i kolejną butelkę. Takie zachowanie się chwali.
– Panowie, rozmawiałem z sołtysem. Uszykuję wam rano paszę dla koni, prowiant na drogę i w podzięce za to, iż ubiliście te potwory, nic nie płacicie. A teraz jedzcie i pijcie na nasz koszt.
– To miło z waszej strony karczmarzu – powiedział Kejn – Zatem i ty przysiądź się i napij z nami.
– A chętnie, chętnie. A gdzie czwarty pan?
– A jego nie licz, to pan piorunów – podchmielonym głosem mówił Kejn.
– A cóż ta diablica wam naopowiadała?
– A nic, ale teraz zapewne zakłada mu koronę i bawi się jego berłem. Coś tam chyba zaiskrzyło.
– Dobrze, że młody jest.
– Da radę.
– A o czarnym gwardziście bzdury też opowiadała?
– Nie – powiedziałem – ale ty nam możesz opowiedzieć.
– A ja to nie wiem. To jakieś jej bajania, legendy nie z tej ziemi. Wiecie, mnie to nie interesuje. Dajcie się lepiej napić.
Gospodarz wypił pełny kubek gorzałki.
– Nie nadążysz za tą babą. Raz opowiada tak, raz siak. Że demony go skusiły, że zdradził. A napijmy się lepiej.
– Ale kim on był? – zapytałem.
– A wiem to? Jakiś olbrzym. Nie ma czego słuchać. To głupoty. Siedział król i gromy rzucał.
Wieczorem, mocno zrobieni, poszliśmy do pokoju spać, a rano obudził nas potężny kac. Okazało się, że na noc nawet nie zamknęliśmy drzwi do pokoju. Z trudnością wyszliśmy do sali i usiedliśmy przy stole.
– Ojojoj – wymamrotał tylko gospodarz na nasz widok, trzymając się za głowę.
– Dajcie no coś karczmarzu do picia – powiedział słabo Kejn.
– Ano przyda się wam, przyda – po tych słowach postawił przed nami zimne piwo. Wypiliśmy je z wdzięcznością.
Do gospody wszedł Igo.
– Gdzieś ty był, Gurney? – zagaił Kejn.
– To tu, to tam – z głupim uśmieszkiem odparł mag.
– Chciałem ci tylko przypomnieć – powiedziałem z wyrzutem – że jak w obozie Viskanich przespałem się z kobietą, która wróżyła z kart, a podkreślam, że była młodsza od zielarki, to dogadywałeś, że biorę się za stare baby.
– A zazdrość przez ciebie przemawia – skwitował Igo – Ale mam zioła. Na odstraszanie wampirów, na wywołanie biegunki, coś do moich medytacji oraz jedno sprawiające, iż czasowo człowiek jest bardziej odporny na rany.
– Twoja Numenora śpi? – zapytałem Igo.
A bracia wybuchnęli śmiechem na to przezwisko.
– Jak wychodziłem to nie spała, a dlaczego pytasz?
– Bo ponoć jeszcze nie opowiedziała nam wszystkiego. Karczmarz wspominał coś o czarnym gwardziście i chciałem dopytać.
– Ja muszę poświęcić chwilę na odnowienie swej więzi z Vergenem, zatem idź Gniewomirze. Tylko, żeby cię nie wywiało na cały dzień jak jego – wskazał palcem na Igo.
– Nie no, nie będę się zabawiał po bracie – odparłem – Idę tylko dopytać o gwardzistę. Po tych słowach udałem się do domu zielarki.
Otworzyła mi, w nocnej koszuli.
– Witaj panie, w czym mogę pomóc?
– Mam takie pytanie, karczmarz wspomniał coś o czarnym gwardziście, ponoć znasz tę legendę?
– Moja babka, jak byłam bardzo mała, raz o tym wspomniała. Król Gromów miał swojego gwardzistę, strażnika. Ale jak to bywa, w pewnym momencie istota ta w swej wspaniałości zeszła na drogę zła. Została opętana przez demona, z którym nazbyt często prowadził dysputy. Pewnego razu w szale wymordował całą wieś, którą wcześniej ochraniał. Wtedy to Król Gromów przeklął go na wieki i wygnał. Orios tak zwał się ten gwardzista. Szczegółów niestety nie znam. Nie wiem, jak wiele z tego to tylko legendy.
– Ale w każdej legendzie jest ziarno prawdy – powiedziałem – Dziękuję za opowieść, bywaj w zdrowiu.
Wróciłem do karczmy.
– Zielarka powiedziała mi, że gwardzista, który zdradził tego króla, to był niejaki Orios.
– Co za gwardzista? Kogo zdradził? Co za Orios? – zapytał Dalinar.
– Zbieramy jakieś nic niemówiące nam strzępy – powiedział Igo.
– Czy coś ten Orios nam mówi? – zapytał Kejn.
– Tak, to miano było zapisane na tabliczkach Rabby Dakarty. Tego ducha w kostce Xantów.
– I co tam zapisał? – zapytał Dalinar.
– Dajcie mi się namyśleć, to zaraz wam powiem.
Skupiłem się i wertowałem karty Ki, a po chwili zarecytowałem ich treść braciom:
Ich bóg, zwany Thule-dun, martwym jest od wielu wieków. Moje badania okolic Pasa Pogranicza wykazały, że mogło to mieć miejsce ponad 300 lat przed Zaćmieniem.
Nazywany on jest Dzieckiem Wiecznego Wędrowca, a tamtejsi zakonnicy Thule-dun wierzą, że ich bóg zginął za swych wiernych, w wielkiej wojnie bogów, jaka rozgorzała między dziećmi Wędrowca, których było wiele. Ten, który za to odpowiadał to Orios, zwany Mocarnym. Losy Oriosa są mi nieznane. Znamiennym jednak jest, że wedle mojej wiedzy Orios był jednym z dwudziestu jeden Wielkich Namiestników Zanzibarru…
Wierni mówili, że Dzieci było więcej, ale nikt ich imion już nie pamięta…
– To się zgadza. Igo sam mówiłeś, że w jaskini został użyty język Zanzibarru.
– Co z tego wynika? – zapytał Igo.
– To, że po raz kolejny coś, co znaleźliśmy w trakcie naszych podróży, zgadza się z wieloma innymi rzeczami, które znajdujemy.
– Podejrzewam, że będziemy co jakiś czas spotykać tego typu informacje. Tylko co z tego? – zapytał Kejn.
– Na razie nic z tego, bo mamy za mało kawałków tej układanki. Ta wiedza przepadła podczas kataklizmu. Chodzi o to, aby łączyć fakty. Mówię Orios, a wy co to kurwa za Orios.
– Nie mamy takiej doskonałej pamięci jak ty Gniewomirze – odparł Igo – nie szkoliliśmy się tak jak ty w klasztorze, aby mieć takie zdolności.
– Czy to oznacza, że to się łączy z Włócznią Przeznaczenia? – zapytał Dalinar.
– Poniekąd tak – odparłem – bo w historii o Włóczni Przeznaczenia wiemy, iż Wędrowiec przybył do Dur-Duranga, aby ją przekuć.
– Trzeba to jakoś usystematyzować – powiedział Dalinar.
– Do przybycia tutaj wiedzieliśmy tylko o olbrzymach z wizji Kejna, którą opowiedział mu ojciec. To, czego dowiedzieliśmy się tu, jest pierwszym namacalnym dowodem, że jego wizja to nie było tylko bajdurzenie, tylko pokrywa się z prawdą.
– Jedno mnie zastanawia, jak niby olbrzym używał takiej włóczni? – zapytał się Dalinar.
– Powiem tak, nigdy się nie interesowałem historią starożytną, lecz jak teraz pomyślę, to jakieś wzmianki kojarzę – powiedział Igo – I z tego co pamiętam, to to nie były istoty tak wielkie jak ten posąg nad rzeką. Mogli być po prostu dwa razy więksi od ludzi.
– No i myślę, że ktoś, kto miałby koło czterech metrów wzrostu, mógłby używać włóczni – stwierdziłem.
– Teraz żałuję, że nie wsłuchiwałem się w te opowieści – powiedział Igo.
– No nic z tym teraz nie zrobimy – powiedział Kejn – czas ruszać.
– Ano czas ruszać – zgodził się Dalinar – Jeszcze jedno. Przyszło mi na myśl, że w Dorrn trzeba będzie rozpisać jakoś wszystkie informacje, które mamy. Nazwy miejsc, istot, wydarzeń. I spróbować je ze sobą jakoś połączyć. Bo teraz snujemy domysły bez planu ładu i składu.
– Wydaje się to dobrym pomysłem – zgodziłem się, a Igo też wydawał się zapalony do takiego pomysłu.
Pożegnaliśmy się z gospodarzem i wyruszyliśmy w drogę. Ruszyliśmy drogą przez las w kierunku głównego szlaku do Dorrn. Tym razem na drodze nikt nas nie niepokoił. Wieczorem rozbiliśmy obozowisko, już przy głównym szlaku w lesie. Nauczeni doświadczeniami ostatnich dni, wystawiliśmy podwójne warty. Tak minęły trzy dni wędrówki i las Svan powoli się kończył. Po opuszczeniu lasu przecięliśmy drogę prowadzącą z Rozstajów Ehelda do Dorrn i po dwóch dniach wędrówki na wschód zobaczyliśmy zabudowania karczmy. Nazywała się Ostatni Dąb, a teren zajazdu otoczony był ostrokołem, co zważając na okolice oraz ostatnie nasze przygody, nie zdziwiło mnie wcale. Wzdłuż ostrokołu kręciło się kilku najemników, pilnujących karczmy. Widać właściciel zajazdu poważnie podchodził do spraw bezpieczeństwa, jako że najemnicy byli dobrze uzbrojeni, nosili ciężkie i kosztowne zbroje łuskowe i folgowe. Jeszcze nigdy nie widziałem tak dobrze strzeżonej gospody. Karczma była sporych rozmiarów, posiadała dużą stajnię oraz kilka mniejszych budynków gospodarczych. Ogrodzony teren był na tyle rozległy, iż przed karczmą bez problemów mieściło się kilka wozów.
W środku było niewiele osób, natomiast panował spory gwar. Koło jednego stolika utworzył się okrąg ludzi, wykrzykujących:
– Dawaj! Dawaj! Już go prawie masz! Dajeeesz!
Podeszliśmy zaciekawieni. Przy stoliku dwóch osiłków siłowało się na rękę, a tłum zapewne obstawiwszy zakłady, kibicował swoim zawodnikom. Popatrzyliśmy chwilę i udaliśmy się do wolnego stolika. Chwilę później podszedł do nas gospodarz.
– Piwka podać?
– Piwka i coś do zjedzenia – powiedział Kejn.
– Już się robi. Piwko podam już, a strawę jak tylko podgrzeję.
– I pokój, plus oporządzenie dla czterech koni.
– Nie ma problemu, dam znać stajennemu. A wy panowie usiądźcie i zaraz wszystko uszykuję.
– Jakbyście chcieli, to dziś są zawody siłowania na rękę. Zakłady i zapisy zawodników przyjmuje Alik – wskazał na mężczyznę przy stole obok. – Przybył do nas dwa dni temu Grimhold Mocarny z Dorrn, znany właśnie z kunsztu w siłowaniu się na rękę. To i zawody postanowiliśmy urządzić. Więc jak? Chcecie się sprawdzić? Zapraszam. Idę szykować strawę. Ano i jeszcze mogę kąpiel zaproponować i dziewkę do towarzystwa, jak ktoś ma ochotę.
– Ja chętnie zamówię kąpiel – odparłem – i dziewkę, co by mi pranie zrobiła, a i może co innego o ile ładna.
– A panie ładna? Zjawiskowa wręcz. Udało mi się ostatnio na targu w Dorrn Soelijkę kupić.
– Soelijkę powiadasz? To będzie dla mnie kąpiel, pranie i coś jeszcze.
– Pranie służka zrobi, Soelijka robi co innego, a i pokój na ten czas osobny dorzucę.
– Zatem ustalone – powiedziałem – kąpiel, pranie i soelijskie uciechy dla mnie. Ile się należy?
– Dwadzieścia srebrników.
– Zatem postanowione.
Jako że moi bracia nie śmierdzieli groszem, bo przez ostatnie miesiące tylko ja zarabiałem, a oni wydawali, więc samotnie korzystałem z uciech, jak się okazało na najwyższym poziomie. Korzystając z tego, że możemy wyspać się w cieple i wygodnych łóżkach na spoczynek udaliśmy się wcześnie, aby skoro świt wyruszyć w dalszą drogę.
Kolejne dwa dni drogi minęły spokojnie i w podróżnej rutynie. Szlak prowadził cały czas na wschód, a w połowie trzeciego dnia dostrzegliśmy płynącą z północy na południe rzekę, wzdłuż której prowadzi szlak z Karhanu do Dorrn. Na południu było widać szeroko rozciągające się pola, a za nimi majaczyły Góry Samotne – gdzieś tam leży Moss Eil, a dalej rozciągają się tereny Wiktów i Góry Dzikie.
– Z tego, co się orientuję, Dorrn już całkiem niedaleko – powiedział Igo – Wprawdzie nigdy tu nie byłem, ale wiem co nieco o mieście. Zatem jeśli chcecie, mogę wam coś o nim powiedzieć.
– Ano pewnie – powiedziałem – opowieść zawsze umila podróż.
– Dorrn leży u podnóża Samotnych Gór, a samo miasto zbudowane jest wokół skały zwanej Smoczą Górą. Przez miasto przepływa Długa Rzeka, która w tej okolicy znacznie się rozszerza i zwalnia swój bieg, tworząc duże zakole zwane Perłową Zatoką, następnie płynie dalej i kończy swój bieg, wpływając do Długiego Jeziora. To nad tym jeziorem, po stronie wschodniej stało kiedyś miasto Uskar. Wydobywany kamień z gór uskarskich jest bardzo twardy i pożądany przez wiele bogatych królestw. Samo Dorrn zarządzane jest przez rodzinę królewską z rodu Tarrantów, którego siedziba została wzniesiona setki lat temu na szczycie Smoczej Góry. W tak zwanym Wysokim Mieście, czyli na wzgórzach, mieszka arystokracja blisko związana z rodem królewskim. Ale jak to bywa na całym świecie, także bogaci kupcy, którzy dorobili się na perłach lub handlu tutejszym winem, zamieszkują tę dzielnicę. Sam tego nie widziałem, ale opisy Dorrn wspominają, że każdy wolny skrawek zboczy pokrywają hodowle winorośli i rezydencje. Na południu za Dorrn znajdują się już ziemie pod władzą Malakusa. Dorrn jako miasto graniczne Ambardu, kontroluje handel z południa na północ i tworzy swoistą bramę w kierunku Soelji. Jest to praktycznie jedyne miejsce, gdzie dominium Delidii i tak zwane Lenna Malakusa graniczą ze sobą bezpośrednio. Dorrn jest także ważną twierdzą chroniącą Ambard od barbarzyńskich Wiktów. W godle mają smoka i do dziś żywa jest legenda, iż pod Smoczą Górą, żył kiedyś smok noszący imię Lepoldonis. Właściwie kiedyś stolicą tego regionu był Uskar, lecz po wojnach stolicę przeniesiono właśnie do Dorrn, a z czasem wokół twierdzy zaczęło rozrastać się miasto i przybrało dzisiejszy kształt. Powstała tam też akademia Wysokiego Słowa, gdzie rezydują czarodzieje. Ważną dzielnicą jest dzielnica portowa, odpowiedzialna za większość handlu i przemysłu.
– A dlaczego nie odbudowano Uskaru, tylko przeniesiono stolicę do Dorrn? – zapytał Kejn.
– Nie wiem dokładnie, ale ziemie wokół ruin Uskaru są w jakiś sposób skażone, spaczone i zatrute. Wiem tylko tyle, iż odbudowa z jakichś powodów nie była możliwa. Co zniszczyło te ziemie, czy to magia, czy wyznawcy Malakusa, którzy wojowali z tym królestwem, nie należącym do Ambardu, tego nie wiem – odparł Igo.
Igo opowiadał, a trakt, którym wędrowaliśmy, prowadził wzdłuż niewyobrażalnie szerokiej rzeki, która w tym miejscu miała kilkaset metrów szerokości, widok ten naprawdę zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Wszystkie rzeki, które dotąd widziałem, przy tej wydawały się niczym małe górskie potoczki. W obie strony sunęły po rzece statki i barki towarowe. Po pewnym czasie trakt kończył się, dochodząc do ogromnej zatoki, gdzie znajdowała się przeprawa promowa na drugą stronę. Obok portu mieszczącego się w zatoce stała tawerna. Przy przystani stało sporo statków, a i już z daleka było słychać, że tawerna jest oblegana. Słychać było muzykę, śpiewy i gwar. Gdy dochodziliśmy do tawerny, myślałem, iż drugi brzeg rzeki w tym miejscu jest znacznie bliżej, jednak gdy się uważnie przyjrzałem, zrozumiałem, że to nie drugi brzeg a całkiem spora wysepka pośrodku nurtu. I na niej widniały jakieś zabudowania. Tawerna zwała się Smoczy Oddech. Było tam wiele pomostów wchodzących aż na rzekę, które zapełnione były pijanymi marynarzami, obmacującymi tutejsze dziwki. Weszliśmy do środka, a naszym oczom ukazało się obszerne pomieszczenie, mogące pomieścić naprawdę znaczną ilość gości, a mimo to w środku prawie nie było wolnych miejsc. Całe załogi statków, siedziały i piły razem, oblegane przez kobiety. Znaleźliśmy sobie miejsce niedaleko kominka, nad którym wisiała osmolona i powyginana tarcza. Chwilę po tym jak siedliśmy, podeszła do nas służka.

– Witajcie panowie, z którego to statku jesteście?
– Ze szlaku – odparłem.
– Aha, wędrowcy ze szlaku. Poczekajcie chwilę. Mój pan gospodarz zaraz was powita, zapewne chcecie się posilić i napić po podróży?
– A i owszem.
– Zaraz się tym zajmę. Polecam Smocze Ale, specjalność naszego browaru, który mieści się na pobliskiej wyspie.
– Ano chętnie spróbujemy – powiedział Kejn – a i jeszcze jedno pokój na jedną noc.
– Zaraz przyniosę piwo, a i pokój będzie naszykowany.
W oczekiwaniu na piwo podszedłem do kominka i zerknąłem na tarczę. Była osmolona i powyginana, a pod nią wisiała tabliczka ze starannie wyrytymi napisami:
„Ta tarcza należała do mego przodka, wspaniałego rycerza Valeriana”.
Po chwili siadłem z powrotem do stolika, a służka podała piwo. Było dobre w smaku i zapewne było mocne, choć dla niewprawnych piwoszy nie było to wyczuwalne. Byłem pewien, że powaliło wielu niczego niespodziewających się gości. Delektowaliśmy się więc trunkiem, kiedy to podszedł do nas mężczyzna i powiedział:
– Witajcie mości panowie. Nazywam się Armand. Jestem tu gospodarzem i zarazem właścicielem tego przybytku. Miło mi was gościć w swoich skromnych progach. Widziałem panie – zwrócił się do mnie – iż byłeś zainteresowany tą wspaniałą tarczą. Nie wiem, czy słyszałeś tę historię o mym pra-pra-pradziadzie Valerianie – zawiesił na chwilę głos – Było to dawno temu. Historia mówi, że tarcza, która tam wisi, uratowała mu życie, gdy ten spotkał się z potężnym smokiem, który grasował w tych okolicach, a straszna to była bestia. Legenda mówi, że mój dziadek był wędrowcem i wypędzonym z pewnego zakonu rycerzem. Pewnego dnia natknął się więc na smoka. Ten był wściekły i chciał spalić wszystko co miał na swej drodze. Właśnie spalił wioskę. I wtedy mój pradziad Valerian zjawił się w tych okolicach i stanął z nim oko w oko. Bestia chciała zabić rycerza swym oddechem, lecz tarcza... ta tarcza! – dramatycznym gestem wskazał na kominek – uratowała Valeriana. Oddech nieomal ją zniszczył, lecz mój praprapradziad przeżył i dzięki temu i ja jestem na tym świecie.
Minęło kilka chwil, ale nikt się nie odezwał. Karczmarz kontynuował:
– Zapytacie mnie pewnie jak to się stało, że smok po prostu odleciał?
– Jak to się stało, że smok po prostu odleciał? – z głupkowatym uśmiechem zapytał Kejn.
– Wszyscy mnie o to pytają, a ja zwyczajnie nie wiem. Ojciec mi tego nie przekazał. Być może smok darował życie rycerzowi, widząc jego odwagę? I tak też wisi ta tarcza w tym oto miejscu jako znak odwagi mego rodu i przekazujemy ją sobie z pokolenia na pokolenie. A teraz panowie, w oczekiwaniu na jadło, podziwiajcie tę oto tarczę – powiedział z dumą i odszedł.
– Całkiem ładna tawerna – powiedział Igo – a i gospodarz widać elokwentny i dogląda interesu.
– Gdybym nie wiedział, iż to karczmarz, to pomyślałbym, że to król – powiedziałem z powagą.
– Dlaczego? – zapytał Dalinar.
– Bo nie chodzi obsrany – powiedziałem, parskając śmiechem, a po chwili śmiali się i bracia.
Zjedliśmy późny obiad, popiliśmy lokalnego piwka i udaliśmy się na spoczynek. Rano Kejn dowiedział się, iż najlepiej będzie nam jechać dalej wzdłuż rzeki na południe. Szlak po stronie rzeki wiedzie do Dorrn, a potem prowadzi dalej na południe do Soelji. Wyruszyliśmy więc.
Pogoda była doskonała, po śniegu nie było już śladu. Po prawej stronie widniały Samotne Góry, po lewej płynęła szeroka rzeka, po której raz po raz płynęły statki. Narzuciliśmy ostrzejsze tempo i późnym popołudniem dostrzegliśmy zabudowania zamkowe wysoko na Smoczej Górze, a po niecałej godzinie zobaczyliśmy miasto za murami. W okolicach miasta szeroka rzeka rozlewała się jeszcze szerzej, zakręcając i wpadając, jak to nazwał wcześniej Igo, do Perłowej Zatoki. Już z daleka widzieliśmy mnóstwo przystani i dziesiątki statków zacumowanych w porcie. Stąd było już widać układ miasta. Na samej górze zamek, poniżej bogatsze rezydencje otoczone sadami, a jeszcze niżej zabudowania portowe. Rzucało się w oczy też to, że każda niezabudowana połać terenu obsadzona była winoroślą.

– Chyba będziemy sobie musieli kiedyś zrobić cały dzień z winem – powiedział Igo.
– Chyba nawet więcej – odparłem z uśmiechem – podoba mi się twój pomysł.
Do miasta wjechaliśmy od północy. Otoczone było murem aż po rzekę, a przed bramą wjazdową stało kilka wozów kupieckich czekających na oclenie. Gwardziści przy bramie mieli symbole smoków. Nas jednak nikt nie niepokoił. Dolne miasto przywitało nas dzielnicą portową. Wzdłuż drogi, którą jechaliśmy, ciągnęły się tawerny, magazyny oraz przystanie. Zapytaliśmy kupca przy straganie o gospodę pod Czarnym Gołębiem, ten bez problemów wskazał nam drogę. Wejście do karczmy mieściło się od strony nabrzeża i ku naszej uldze, a właściwie uldze naszych mieszków, nie wyglądała na drogą, lecz w środku było schludnie i czysto.
– Witajcie panowie, coś podać? Zostaniecie na dłużej?
– A to zależy – odparłem – czy mieszka u ciebie nasz przyjaciel Marcus? Krasnolud.
– Marcus, krasnolud? – zapytał zdziwiony gospodarz – Nie, w życiu nie słyszałem.
– Jak nie słyszałeś? Marcus mówił, że tu mieszkał, kiedy ostatnio był w Dorrn – powiedział Kejn – chyba że jest inny Czarny Gołąb?
– Nie, nie ma innego Czarnego Gołębia. Ale jakby taki krasnolud był, to kto pyta?
– Przyjaciele – odparł Kejn.
– To przekaż mu, że jesteśmy tutaj. Weźmiemy pokój i poczekamy – powiedziałem.
– W sumie jak teraz tak pomyślę, to mieszkał tu taki krasnolud, ale było to ze dwa lata temu.
– No to jak się zgłosi, to go do nas skieruj.
– Pokój kosztuje u nas pięć srebrnych ambardów za dobę.
– A jakbyśmy wzięli pokój na miesiąc?
– To cztery srebrne od doby za pokój, plus pięć od osoby za dzienne wyżywienie i dorzucam po piwku.
– Ja pierdolę – powiedział Kejn – To kurwa majątek.
– No wiecie, Dorrn to nie jest tanie miasto, a lepszych cen niż u mnie nie znajdziecie.
– To na początek weźmiemy tydzień, a jak pojawi się Marcus, to zdecydujemy co dalej.
Moi bracia z bólem wysupłali monety.
– Przekaż Marcusowi, że szukają go Gniewomir, Gurney, Lyrralt i Radagast – powiedziałem – skoro to już ustaliliśmy, to pytanie zgoła odmienne, jednakże też bardzo ważne. Dziwki tu są?
– Oczywiście.
– W jakiej cenie?
– Za zabawę osiem srebrnych.
– A dałoby się tak za sześć srebrnych, ale zapłacę za tydzień usług z góry?
– Ano niech będzie i rozumiem, nie ta sama, tylko co dzień inna.
– Widzę karczmarzu, że czytasz mi w myślach – po tych słowach lekką ręką zapłaciłem z góry, a moi bracia z nieciekawymi minami patrzyli na ten wydatek.
Pozostało nam tylko liczyć na to, że Marcus się odezwie.