Kronika

Kroniki IV: Tropem Glifu Horusa

Po ucieczce ze Starego Targu Igo opisuje odzyskanie przytomności przez Tiamat, wyścig za Ferresem i Glifem Horusa, tropy prowadzące ku Ard-Danberg oraz rytuał rozmowy z duszą nekromanty. Droga przez Most Stu Przęseł i Rozstaje Niewolników kończy się w Wieży Wschodu, gdzie drużyna odnajduje żywego Ferresa, lecz nie otrzymuje jeszcze odpowiedzi na najgroźniejsze pytania.

2.06.2026 • Sarak • Igo de Vries • Kroniki rodziny de Vries

11-16 września 223 roku po Zaćmieniu, Wieża Wschodu

Zapisuję te słowa już w karczmie, wreszcie pod dachem, przy chybotliwym świetle świecy i z kubkiem czegoś gorącego pod ręką.

Po wielu dniach pościgu, kurzu i braku snu dopiero teraz mam chwilę, by uporządkować myśli, choć w głowie wciąż dudni mi stukot kopyt, szum Cataliny i echo pytań, na które nadal nie znam odpowiedzi.

Nasza podróż barką „Szary Ptak” zaczęła się jak ucieczka, ale od początku wiedziałem, że była czymś znacznie gorszym — wyścigiem z czasem.

Oddalaliśmy się od Starego Targu i od rzezi w gospodzie „Lotos i Perła”, lecz ani na chwilę nie oddaliliśmy się od cienia Amona i jego Kultu Nicości.

Każdy z nas czuł, że wróg nie odpuści, a stawką tej drogi jest nie tylko życie Marcusa, ale i los Glifu Horusa.

Najważniejszym wydarzeniem tamtego dnia było odzyskanie przytomności przez Tiamat.

Jeszcze niedawno wyglądała jak ktoś stojący jedną nogą po drugiej stronie życia, a jednak magia leczenia Dalinara i nasze wysiłki wystarczyły, by wyrwać ją śmierci.

Kiedy stanęła przy burcie, blada, osłabiona i wciąż zbrukana własną krwią, opowiedziała nam rzeczy, które nadały całej sprawie nowy, znacznie mroczniejszy wymiar.

To właśnie od niej dowiedzieliśmy się, że Marcus został porwany jeszcze przed napaścią na gospodę.

Przeczuwając zagrożenie, Tiamat ukryła Glif Horusa i przekazała go Ferresowi, nowemu człowiekowi wyprawy, którego prześladowcy nie znali.

Marcusowi zaś wyczyściła pamięć, aby nawet pod wpływem bólu i tortur nie mógł zdradzić tego, czego nie wolno było zdradzić.

Przyznaję, że jako człowiek ksiąg i magii nie potrafię myśleć o takim czarze bez niepokoju.

Wymazać komuś część wspomnień to nie jest zwykła sztuczka ani wygodne zaklęcie, lecz gwałtowna ingerencja w sam rdzeń naszego istnienia.

A jednak rozum podpowiada mi, że Tiamat mogła nie mieć innego wyjścia.

Rozmowy na pokładzie szybko zeszły na Ard-Danberg, Kowadło Gniewu i wszystkie tropy, które prowadzą nas coraz głębiej w tę historię.

Dalinar wracał do wątku tarczy Gabriela Szarego, ja porządkowałem notatki, a Tsume coraz mocniej wiązał los wyprawy z pogłoskami o Włóczni Przeznaczenia i własnym przeznaczeniem.

Każdy z nas szedł tą samą drogą z innego powodu, ale wszystkich prowadziło to samo przeczucie: zbliżamy się do miejsca, z którego nie będzie odwrotu.

To właśnie wtedy Tiamat podzieliła się z nami tym, co wyczytała w starych księgach.

Ard-Danberg nie jawiło się w nich wyłącznie jako krasnoludzkie miasto czy zwykła kuźnia, lecz raczej jako część większej konstrukcji, miejsce ukryte pod górą, kamienne gardło, w którym ogień pali się bez dymu.

W najstarszych wzmiankach pobrzmiewała jeszcze dziwniejsza myśl: że Ard-Danberg mogło być jedynie próbą odtworzenia czegoś dużo starszego — Pierwszej Kuźni.

W tych samych opowieściach pojawiał się też Bezimienny.

Nie jako zwykłe miano, lecz jak ślad po czymś wyrwanym z historii; nie imię, ale blizna po imieniu.

Tiamat mówiła o swoistym „smaku magii”, o wrażeniu, że w różnych tekstach ktoś celowo wyciął prawdziwe miano tej istoty z pamięci świata, zostawiając po nim jedynie pustkę.

Jeśli miała rację, to sprawa jest poważniejsza, niż chciałbym przyznać.

Bo jeśli można wymazać imię z kronik, legend i pieśni, to można też wymazać człowieka z pamięci żywych.

Może właśnie dlatego Kult Nicości budzi we mnie odrazę głębszą niż zwykły strach — nie chodzi w nim tylko o śmierć, lecz o zatarcie śladu po tym, co ludzkie.

Tiamat wspominała również, że Kowadło Gniewu nie musiało być pojedynczym narzędziem, lecz częścią większej machiny.

W tekstach przewijały się nazwy takie jak Serce Ognia, Studnia Chłodzenia i Łańcuchy Ciszy, jakby były elementami dawnego, potężnego mechanizmu, którego pełnego przeznaczenia już nie rozumiemy.

Glif Horusa miał być zaś nie tylko kluczem do ruin, lecz warunkiem bezpiecznego obudzenia tego, co tam ukryto.

Nie wiem, czy bardziej przeraża mnie to, że ktoś chce odnaleźć takie miejsce, czy to, że ktoś może już wiedzieć, jak z niego skorzystać.

Jeśli Amon i jego ludzie rzeczywiście szukają glifu nie dla samego posiadania, lecz dla uruchomienia czegoś pogrzebanego pod Ard-Danberg, to ścigamy nie tylko ludzi, ale i dawną katastrofę, która może dopiero nadejść.

A jeśli choć część legend o Włóczni Przeznaczenia ma w sobie ziarno prawdy, to Tsume może mieć rację, sądząc, że wszystkie te wątki nie splatają się przypadkiem.

Gdy zeszliśmy z barki przy Moście Stu Przęseł, napięcie było już niemal namacalne.

Wiedzieliśmy, że dalej leży Wieża Wschodu i ziemie, na których wpływy wrogów mogą być bardziej niebezpieczne niż otwarty pościg.

Mimo to nadal łudziliśmy się, że zyskaliśmy trochę czasu.

Na przystani przywitały nas kurz, upał i targowy rozgardiasz.

Trzeba było zdobyć konia dla Tiamat, uzupełnić zapasy, kupić jej najpotrzebniejsze rzeczy i rozwiązać sprawę magicznego lustra, którego nie dało się po prostu przytroczyć do siodła.

Dopiero rozmowy z miejscowymi uświadomiły nam, że nie mamy już czasu na ostrożność — uzbrojona grupa pędziła wcześniej w stronę Rozstajów Niewolników, więc ruszyliśmy za nią niemal natychmiast.

Rozdzieliliśmy obowiązki tak, jak zawsze robi się to wtedy, gdy każda chwila ma znaczenie.

Jedni zajęli się transportem i zakupami, inni końmi, paszą i żywnością, a potem wsiedliśmy w siodła i ruszyliśmy w morderczy pościg za ludźmi Kultu Nicości, próbując dopaść ich zanim oni dopadną Ferresa.

Po kilku dobach jazdy niemal bez snu dotarliśmy do Rozstajów Niewolników i tam zobaczyliśmy, że byli przed nami.

Na miejscu zastaliśmy ślady walki, martwych napastników i opowieści świadków, które z początku brzmiały jak bełkot, ale w końcu złożyły się w spójny obraz.

Samotny wojownik z dwoma mieczami starł się tam z grupą ścigających go ludzi, część zabił, część rozproszył i mimo ran ruszył dalej ku Wieży Wschodu.

Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by domyślić się, że chodzi o Ferresa.

To właśnie tam Tiamat sięgnęła do wspomnień Rabana Miękkiej-Ręka, karczmarza i dawnego znajomego Ferresa.

Dzięki temu ustaliliśmy, że Ferres otrzymał listy polecające oraz nazwisko kupieckiego kontaktu w Wieży Wschodu — niejakiego Kazongo — i że porusza się pod przykrywką handlarza narzędziami.

Ta wiedza wystarczyła, by nie zgubić tropu, choć konie ledwo trzymały się na nogach, a nam samym brakowało już sił.

Zanim jednak ruszyliśmy dalej, zrobiliśmy coś, czego długo nie zapomnę.

Wciąż nieśliśmy ze sobą głowę nekromanty zabitego w Starym Targu, a Dalinar postanowił przyzwać jego duszę i zmusić ją do odpowiedzi.

Nie odbyło się to na pokładzie barki, jak mógłbym błędnie zapisać w pierwszym odruchu, lecz w ustronnym miejscu poza zabudowaniami Rozstajów, pośród rzadkich drzew i zapadającego zmierzchu.

Rytuał był odrażający nawet dla kogoś, kto widział już wiele.

Martwe oczy otwarły się, a głos przemawiający przez odciętą głowę nie miał w sobie nic ludzkiego.

Pod naciskiem Dalinara duch przyznał, że bezpośredni rozkaz pojmania Tiamat wydał sam Amon, „Pan Podziemi” Starego Targu, lecz odpowiedzi, które uzyskaliśmy, były skąpe i niepełne.

Najgorsze przyszło jednak chwilę później.

Głowa zaczęła zachowywać się tak, jakby ktoś patrzył na nas przez martwe szczątki, a Dalinar wyczuł obcą obecność naciskającą na jego umysł.

Wtedy zrozumieliśmy, że przez więź z duszą przyzwanego zmarłego może sięgać do nas sam Amon albo ktoś stojący ponad nim.

Padła też wzmianka, niejasna i trudna do uchwycenia, o miejscu, które w mojej pamięci zapisało się jako Głęboki Grób.

Nie śmiem twierdzić, że to pewnik ani że właśnie tam przetrzymywany jest Marcus, ale sama nazwa wystarczyła, by zasiać we mnie niepokój.

W ustach umarłego brzmiała jak określenie miejsca, z którego niewielu — jeśli ktokolwiek — wraca o własnych siłach.

Przerwaliśmy rytuał, zanim powiedzieliśmy za dużo.

Po wszystkim została tylko czaszka i ciężkie, niepokojące przeczucie, że wróg już wie, dokąd zmierzamy.

Nie mieliśmy jednak wyboru — plan musiał pozostać ten sam.

Po krótkim odpoczynku i noclegu pod gołym niebem ruszyliśmy dalej.

Następnego dnia około południa zobaczyliśmy wreszcie na horyzoncie Wieżę Wschodu, ogromną i przytłaczającą, jakby wbito ją w ziemię ręką jakiegoś kamiennego boga.

W tamtej chwili poczułem wyraźnie, że pościg się kończy, a zaczyna coś znacznie groźniejszego.

Kiedy przekroczyliśmy bramy miasta, nie szukaliśmy odpoczynku, tylko odpowiednich ludzi, pieniędzy i informacji.

Wiedzieliśmy już, że Ferres kierował się do Kazongo i że jeśli nadal żyje, to właśnie tam należało zacząć poszukiwania.

Najpierw jednak trzeba było zadbać o rzeczy przyziemne, bo nawet najważniejsza misja nie posuwa się naprzód bez monet, prowiantu i odrobiny porządku.

Zatrzymaliśmy się w dobrze znanej nam karczmie u Jareda, a potem skontaktowaliśmy się z jego kuzynem Zahirem, który znał miasto lepiej niż większość jego mieszkańców.

To on pomógł nam załatwić kilka pilnych spraw i wskazał tropy, których sami szukalibyśmy do nocy.

Dopiero wtedy mogliśmy działać szybciej i pewniej.

Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do jubilera Dario.

Kejn negocjował sprzedaż zdobytych pierścieni, a sam jubiler robił wszystko, by zbić cenę — wytykał skazy w kruszcu, narzekał na wykonanie i z miną znawcy próbował wmówić nam, że każdy z tych przedmiotów jest mniej wart, niż wygląda.

Ostatecznie jednak opuściliśmy jego warsztat z sakiewkami cięższymi niż przed wejściem, a to wystarczyło, by załatać dziurę w naszych finansach.

Dopiero wtedy mogliśmy wrócić do sprawy najważniejszej.

Z pomocą Zahira trafiliśmy do zabudowań, gdzie urzędował kupiec Kazongo.

Tam, pośród tragarzy, skrzyń, przekleństw woźniców i kupców rzucających kości na brudnym podwórzu, zaczęliśmy szukać śladu Ferresa.

Tiamat wykorzystała swoje umiejętności, by szybciej ustalić to, czego nikt nie chciał powiedzieć wprost, i dowiedzieliśmy się, że człowiek, którego szukamy, ma pojawić się za około dwie godziny.

Czekanie dłużyło się niemiłosiernie.

W końcu zjawił się mężczyzna z obstawą dwóch zbrojnych.

Tiamat rozpoznała go natychmiast, a ulga na jej twarzy była tak wyraźna, że nie potrzebowaliśmy żadnych dalszych potwierdzeń.

To był Ferres.

Sam jego widok znaczył wiele.

Skoro żył, to znaczyło, że pościg go nie dopadł.

Skoro dotarł do Kazongo, glif nadal nie znajdował się w rękach kultu.

Nie zamierzaliśmy jednak prowadzić najważniejszej rozmowy dnia pośrodku kupieckiego zgiełku.

Ustaliliśmy więc tylko tyle, ile było konieczne, i umówiliśmy się na wieczorne spotkanie w karczmie, gdzie wreszcie można było mówić bez wszechobecnego kurzu miasta i obcych uszu.

To była dobra decyzja — wszyscy byliśmy zbyt zmęczeni, by od razu ważyć dalsze losy wyprawy.

W międzyczasie odwiedziliśmy jeszcze Miravę, dostarczycielkę rzadkich ingrediencji.

Ja i Tiamat mogliśmy uzupełnić potrzebne składniki, a Tsume, jak zwykle, odnalazł w tym miejscu pretekst do długiej i ożywionej rozmowy o artefaktach oraz magicznych przedmiotach.

Sam chętnie zostałbym tam dłużej, ale ciało domagało się odpoczynku bardziej niż umysł nowych odpowiedzi.

Dopiero po wszystkim wróciliśmy tutaj, do karczmy, gdzie teraz piszę te słowa.

Po raz pierwszy od wielu dni mogliśmy naprawdę zmyć z siebie brud drogi.

Gorąca kąpiel spłukała pył, pot i smród koni, lecz nie zdołała zmyć zmęczenia ani ciężaru tego, co wiemy.

A wiemy już dość, by bać się jutrzejszego dnia.

Amon jest blisko, Marcus wciąż pozostaje w rękach wroga, a Glif Horusa nadal stanowi oś całej tej gry.

Wieża Wschodu nie daje spokoju — daje tylko chwilowe schronienie.

Mimo to czuję dziś coś, czego od dawna nie czułem: nie nadzieję, lecz punkt zaczepienia.

Ferres żyje.

Trop nie został zerwany.

Jutro przyjdzie czas na rozmowy, decyzje i być może jeszcze większe wyzwania.

Dziś pozostaje mi tylko zamknąć ten zapis, osuszyć atrament i spróbować zasnąć, choć wiem, że gdy zamknę oczy, znów zobaczę martwe spojrzenie nekromanty i cień czegoś, co patrzyło na nas jego oczami.

A jednak jest jeszcze jedna myśl, która nie daje mi spokoju bardziej niż inne: że Ard-Danberg mogło nie być celem samym w sobie, lecz pieczęcią lub kopią czegoś starszego, a Pierwsza Kuźnia i Bezimienny są tylko odległym echem prawdy, której ktoś od dawna pilnuje przed światem.

Jeśli Kult Nicości naprawdę dąży nie tylko do władzy, ale do wymazania pamięci, ludzi i śladów po nich, to może właśnie dlatego tak uporczywie krąży wokół glifu, ruin i wszystkiego, co dałoby się jeszcze obudzić spod kamienia.