10 września 223 roku po Zaćmieniu, na pokładzie „Szarego Ptaka”
Piszę te słowa, gdy Stary Targ – czy też Nowy Targ, jak uparcie go nazywam, przejęzyczając się – zostaje za nami, skryty w mroku nocy i oparach Cataliny. Moje dłonie wciąż drżą, lecz nie z zimna, a od nadmiaru magii, którą musiałem z siebie wykrzesać, byśmy uszli z życiem z tej rzeźni, w jaką obróciła się gospoda „Lotus i Perła”. Ten rok miał być czasem odzyskiwania sił, a stał się pasmem kolejnych pułapek.

Dzień zaczął się pod znakiem ciężkiej atmosfery po naszych wczorajszych kłótniach o medalion i koszty czaru „Poznanie Legendy”. Dalinar nie rozumie, że moja magia to nie tylko słowa, lecz także ekwiwalent, który muszę poświęcić. Tamte spory wydały się jednak błahe, gdy stanęliśmy przed bramami „Lotusa i Perły”. Już na ulicy coś było nie tak. Grajkowie uderzali w bębny i tamburyny w jakimś obłędnym, transowym rytmie, a strażnicy przed wejściem patrzyli na nas mętnym wzrokiem, jakby ich umysły zostały wyssane i zastąpione obcą wolą. Gdy rzuciłem czar „Przesłanie wieści”, aby skontaktować się z Marcusem, otrzymałem znacznie więcej niż tylko potwierdzenie, że coś jest nie tak. Nie byłem w stanie nic wysłać – dostępu do Marcusa broniła jakaś nieludzka istota. Musiałem szybko się wycofać. Stało się jasne, że nasze spotkanie w karczmie nie odbędzie się zgodnie z planem, a w środku dzieje się coś złego.
Gdy Kejn, dzięki swojemu wyostrzonemu słuchowi, wyłapał jęki torturowanej kobiety dobiegające z wnętrza, wiedzieliśmy już, że Marcus – krasnolud, na którego czekaliśmy – może być w niebezpieczeństwie. Wkroczyliśmy siłą. Wnętrze gospody powitało nas metalicznym fetorem krwi, którego nie zdołały zagłuszyć palone zioła. Na podłodze leżały ciała karczmarza i jakiejś mieszczanki. Widzieliśmy też więcej trupów na podłodze. Zanim zdążyliśmy zareagować, zgasły wszystkie światła. Magiczna ciemność.

Poczułem, jak narasta we mnie panika, ale lata treningu w Górskim Gryfie wzięły górę. Aktywowałem sekwencer, uwalniając rozproszenie magii. Gdy mrok pękł, ujrzałem piekło. Martwi podnosili się z ziemi, a z kątów sali sunęły ku nam zmory – te same eteryczne bestie, które wysysają życie samym dotykiem. Jakby tego było mało, rzuciło się nas na kilku uzbrojonych mężczyzn. Moi bracia rzucili się w wir walki, a ja musiałem stać się ich tarczą. Tsume i Dalinar walczyli ramię w ramię, Kejn szył z łuku, a ja postanowiłem użyć magicznej świecy z wosku pszczół Mal, by uczynić nas niewidzialnymi dla nieumarłych. To była dobra decyzja – mogliśmy skupić się na żywych przeciwnikach.
Dostrzegłem ich w głębi sali – trzech mężczyzn wywlekających półprzytomną kobietę. Jak później się okazało, była to Tiamat, czarodziejka markizy Ginevry. Jednym z szarpiących się z Tiamat był brodaty, dobrze ubrany mężczyzna, z zawieszonym amuletem na szyi. Jednocześnie zza szynku pojawił się kolejny przeciwnik, czarodziej, który spróbował spalić Kejna strumieniem ognia – ewidentnie osłaniał ich ucieczkę. Uderzyłem w niego czarem „Stożek Zimna”, przywołując go bezpośrednio z matrycy. Widok przeciwnika zastygającego w bryle lodu przyniósł mi chwilową, gorzką satysfakcję. Kilka chwil później czarodzieja wlokącego Tiamat dopadli Tsume i Dalinar i nie dali mu żadnej szansy na ucieczkę.
Odbiliśmy Tiamat, ale jej stan był tragiczny. Głęboka rana pod żebrami, puls ledwo wyczuwalny. Przeszukując zwłoki napastników, znaleźliśmy składniki godne potężnych nekromantów: pył diamentowy, kawałki przydymionego kwarcu i ten przeklęty srebrny pierścień ze Znakiem Nicości – przekreślonym kołem. To nie byli zwykli bandyci. To była sekta, na którą natknęliśmy się, gdy parę miesięcy wcześniej pomagaliśmy Fazranowi odzyskać „Pierwszą Księgę” – jego rodzinny grimuar, skradziony przez Kult. Pamiętam, że wtedy w podziemiach kultyści przeprowadzali jakiś bluźnierczy rytuał i wzywali imię Amona. Znaleźliśmy wtedy też list, w którym pojawiło się to imię. Wyglądało na to, że Kult Nicości znów wyciągnął po nas ręce.
Musiałem działać szybko. Ponownie użyłem czaru „Przesłanie wieści”, tym razem, by skontaktować się z markizą Ginevrą. Jej odpowiedź zmroziła mi krew bardziej niż moje własne zaklęcia lodu. Marcus został porwany kilka dni wcześniej, a Tiamat ukryła Glif i wraz z grupą najemników czekała na spotkanie z nami w „Lotusie i Perle”, licząc przy okazji, że sama zastawi sidła na porywaczy Marcusa. Finalnie jej ludzie zostali rozgromieni, a Tiamat wpadła w ich ręce i wtedy pojawiliśmy się właśnie my. Markiza postawiła sprawę jasno: uciekajcie, póki możecie – polowanie zaraz się zacznie.
Teraz płyniemy „Szarym Ptakiem” w stronę Wieży Wschodu. To ironia losu, że musimy szukać schronienia w mieście namiestnika Zahariasza, którego imię budzi strach w Soelji. Zostawiliśmy za sobą fałszywy trop, głośno wspominając o statku „Lupus” płynącym w przeciwnym kierunku, czyli do Arnakki. Ale czy to wystarczy, by zmylić sługi Amona?
Tiamat w sąsiedniej kajucie leży nieprzytomna od ran i majaczy w gorączce o Rozstajach Niewolników – to miejscowość nieopodal Wieży Wschodu. Jeśli czarodziejka umrze, tajemnica Glifu zniknie wraz z nią, a my zostaniemy sami przeciwko potędze, której skali wciąż nie potrafię pojąć. Dalinar wierzy w sprawiedliwość, Tsume w swoją śpiącą boginię, a ja patrzę na czarną wodę Cataliny i widzę tylko narastający mrok.
Muszę odpocząć. Jutro czeka nas wcześniejszy przystanek na rzece i konfrontacja z prawdą o Marcusie, jeśli w ogóle jeszcze żyje. Planujemy opuścić statek i ruszyć konno w stronę Rozstajów Niewolników. Gdy walczyliśmy w „Lotusie i Perle”, niektórzy z nas słyszeli, jak w pośpiechu czarodziej Kultu magicznie sondował Tiamat i wypytywał o szczegóły: chciał wiedzieć, gdzie jest niejaki Ferres i wspomniany Glif. Możemy się domyślać, że Marcus jest w ich rękach, ale nie mają Glifu. My wiemy tylko jedno: musimy przetrwać.
Atrament mi się kończy. Świeca dopala się do końca. W uszach wciąż mam ten przeklęty rytm bębnów i grzechotek, na których grali jak zaczarowani grajkowie przed „Lotusem i Perłą”. Mam nadzieję, że nie był to marsz pogrzebowy dla nas wszystkich.