Ostatni czas mijał nam na poszukiwaniu wiedzy zarówno w zbiorach Kompanii Koral, jak i w tajnej świątyni Vergena. Skupialiśmy się głównie na wyjaśnieniu wszelkich niezrozumiałych dla nas spraw, a ja dodatkowo poświęciłem się poszukiwaniu wzmianek o Śpiącej Bogini. Nadszedł też czas przygotowań Kejna do inicjacji na wojownika Vergena. Z rana zagaiłem do Dalinara:
– Rozumiem, bracie, że twoim celem jest zniszczenie kultu Delidii, lecz jest to niejako cel na długiej drodze, której nie da się pominąć. Co chcemy robić dalej? Bo mam wrażenie, że umyka nam trochę cel, który obraliśmy na początku drogi. Rozumiem, że czekamy na informacje od Kaspiana, ale jakoś sam się już zagubiłem.
– Porozmawiajmy o tym – powiedział Igo.
– Jesteśmy spaleni w Mar-Margot to pewne, a jeśli dodatkowo Marcus wróci i wybierzemy się z nim na eskapadę, stracimy ten cel z oczu całkowicie i być może nawet na zawsze.
– Istnieje takie ryzyko – zgodził się ze mną mag.
– Ogólnie niby nie mam z tym problemu, bo życie wykreowało inne tematy, które nas pochłaniają, lecz mimo to chciałbym wiedzieć, kto odpierdolił taki numer.
– Ja też ciągle mam to z tyłu głowy i chcę się dowiedzieć prawdy. Chcę odkryć, czy śmierć naszych rodziców to wypadek, czy zamach, a jeśli tak, to kto za nim stoi – przerwał mi Igo.
– Mi już nawet nie chodzi o odzyskanie naszych ziem – kontynuowałem – Widzicie nas na folwarku, zajmujących się tartakami albo pracą na roli?
– Tak jak powiedziałem – ponownie przerwał mi Igo – Musimy mieć to z tyłu głowy, lecz ze względu na okoliczności musimy odłożyć to na później.
– Podsumujmy, w którym miejscu jesteśmy w kwestii dowiedzenia się, kto zamordował naszych rodziców – rzucił kapłan.
– Jedyne co mamy, to jest list od Nubrimusa – odparłem.
– I dlatego chcemy wyciągnąć Ragna z niewoli – podsumował Igo.
– Chodzi mi o to, jaki mamy priorytet. Powiedzmy, zjawia się Kaspian z wiadomością, że Ragn żyje i jest minimalna szansa na uwolnienie go. W tym czasie zjawia się też Marcus i mówi, że wyruszamy na wyprawę. Wszystko jest gotowe. Co zrobimy?
– Idziemy po Ragna – z pewnością w głosie odparł Dalinar – Natomiast widzę, że znów mamy temat do gdybania.
– Tak, wiem, że tego nie lubisz, ale mamy teraz chwilę czasu i chcę, abyśmy ustalili priorytety. Ale już widzę, że chyba wszyscy są za wyprawą po Ragna.
– Ja na następne miesiące nasz harmonogram zajęć widzę tak: – przerwał mi kapłan – za kilka dni, o ile pojawi się Kaspian, dowiemy się co z Ragnem i czy jest szansa, aby go odbić. Jeśli tak będzie, to działamy w tym temacie. Jeśli natomiast okaże się, że sprawa przepadła, być może znowu będziemy musieli tu robić swoje i przedyskutować co dalej, kiedy okaże się jak wygląda sprawa z Marcusem. Do tego czasu nie ma co gdybać. Zresztą tak jak mówiłem, w międzyczasie może wyjaśni się też sprawa zadania z mojej świątyni, którą zapewne też będę chciał rozwiązać. Dodatkowo nie widzę nic złego w tym, aby zająć się sprawami krasnoluda. Da nam to zapewne rok, może dwa lata oddechu, kiedy to nasza sprawa w Mar-Margot przyschnie i jest szansa, że będziemy tam mogli wrócić.
– A że ci przerwę. Mam pewien pomysł i może markiza mogłaby nam w nim pomóc. W tym mieście mieszka ród grafów del Piemmo, którzy są właścicielami Moss Eil. Co wy na to, żeby narobić gnoju temu skurwielowi Baronowi i poinformować grafów, że robi ich na kasę i gdzie mają szukać dowodów? Można by dać znać anonimowo, żeby sobie sprawdzili, czy nie trzeba go wymienić. Wtedy znów mógłbym udać się na turniej w przyszłym roku, a my bylibyśmy tam mile widziani. A z tego, co mówiły krasnoludy, zyski z tej wioski są poważne. Kopalnia plumbum, węgla i chyba srebra. Kto wie, może udałoby się uzyskać wdzięczność grafów?
– Ja nie widzę sensu w pakowaniu się w jakieś kłopoty – powiedział Igo.
– Jak to nie – odparł Dalinar ze śmiechem – przecież to wychodzi nam w życiu najlepiej. Brzmi jakby to było coś dokładnie dla nas. Więc, jeśli się znajdzie jakiś łatwy sposób, aby to zrobić, jestem za.
– Nie zapominamy naszych wrogów – skwitował Kejn.
– Czasami są sprawy bardzo opłacalne, ale nie warto ich robić, a czasami są sprawy nieopłacalne, ale warte trudu – skwitowałem jednym z twoich powiedzeń, mistrzu, a po czasie dodałem – Każdy wie, że zemsta smakuje najlepiej na chłodno.
– Zapytajmy zatem przy okazji markizę Ginevrę, jako że jest to osoba biegła w polityce, w jaki sposób moglibyśmy to rozegrać – zaproponował kapłan – Tylko nie dążmy do jakiegoś specjalnego spotkania w tej sprawie.
– Nie, nie – zgodziłem się – chodziło mi raczej o podrzucenie tego tematu w momencie, kiedy udam się do niej po informacje o wiedźmach z Nahnagarru.
– No to mamy ustalone – skwitował Dalinar – My z Kejnem poświęcimy się teraz przygotowaniom do jego inicjacji w szeregach kościoła Vergena.
– My z Igo nadal będziemy przeszukiwać bibliotekę Kompanii Koral.
– Z tym że ja będę dwa dni w tygodniu pracował w Akademii Wysokiego Słowa – odparł Igo.
– Nie ma problemu, to ja te dwa dni poświęcę na szukanie śladów Śpiącej Bogini w świątyni.
Zgodnie z planem, każdy z nas udał się do swoich zajęć. W bibliotece Kompanii Koral, czyli tak zwanym „Archiwum”, znalazłem dwa stare manuskrypty z dokładnymi schematami broni, której dawniej używali mnisi. Jeden opisywał przedmiot zwany Wściekłymi Pięściami – były to specjalne rękawice bez palców, wzmacniane płytkami z adamantytu. Drugim przedmiotem były Karwasze Krwi, które należało wykonać ze skóry wywerny. Mimo iż według opisów, mnich stawał się odrobinę wolniejszy, zyskiwał siłę uderzenia i dodatkową powierzchnię, którą mógł sprawnie parować ciosy. Na ten widok czułem mocne podniecenie, gdyż była to pierwsza wzmianka o tym, że mnisi używali czegoś na wzór zbroi lub broni, o której słyszałem. Pomijając rękawice mojego własnego projektu, które wykonałem na trolle. Udałem się do naszego opiekuna z zapytaniem o kopistę i okazało się, że za niewielką opłatą on sam zajmuje się takimi rzeczami. Zleciłem mu wykonanie kopii oraz poszukanie podobnych tekstów. Dodatkowo poprosiłem go o wyszukanie jakichś bestiariuszy, aby zaznajomić się z istotami zamieszkującymi tereny, po których się poruszamy. Chciałem rozwijać swoje zdolności tropiciela.
Po powrocie do domu zagaiłem Igo.
– Mam do ciebie prośbę. Wiem, że magowie zazwyczaj lubią otaczać się przedmiotami dobrej jakości. Znalazłem pewne schematy, do których będę potrzebował usług bardzo wprawnych rzemieślników. Chodzi mi konkretnie o kaletnika, który potrafiłby zdobyć, a następnie pracować ze skórą wywerny oraz połączyć to z adamantytem.
– Postaram się dowiedzieć, czy jest tu ktoś taki – odparł mag.
Nazajutrz Igo opowiedział mi o niejakim mistrzu Sebastianie, który znany jest z doskonałych wyrobów kaletniczych. Zaznaczył też, że nie jest tani. Kolejny dzień minął mi na zgłębianiu wiedzy w świątyni.
Następnego dnia Dalinar i Kejn dalej przygotowywali się do wstąpienia elfa w szeregi kościoła Vergena, a ja wspólnie z Igo znów zagłębiliśmy się w bibliotece i znaleźliśmy dwa ciekawe teksty.
Jeden miał tytuł „Kracjos, zguba południowych elfów”, a drugi to tekst o Ard-Danbergu. Igo skopiował je i wieczorem podzieliliśmy się tekstami z braćmi.
„Kracjos, zguba Południowych Elfów” – Malkolm z Dermath, notatki własne, 211 roku przed Zaćmieniem. Aby w pełni poznać naturę Obiektu, po długich staraniach wszedłem w posiadanie oryginału „Świętej Księgi z Vakkr”. Zrozumienie tego starożytnego języka elfów, jednej z pierwszych linii, zajęło mi 14 lat. Zapiski te mówią o wydarzeniu zwanym Pierwszym Rozłamem, kiedy to część araelskich elfów, mimo ostrzeżeń ich „nauczyciela” Venicjosa, zdecydowała się na ekspansję, w poszukiwaniu nowych ziem do zasiedlenia. Była to niezwykle niebezpieczna wędrówka, gdyż w owym czasie świat zamieszkiwany był przez demony i dzikie bestie. Na podstawie analizy opisanych zjawisk astronomicznych, oceniam, że miało to miejsce w okresie 25–30 wieków temu. Ostatecznie elfy zawędrowały na dalekie, gorące południe, aż do wybrzeży Morza Krańca, które porastają bezkresne Diabelskie Puszcze, wśród których leniwie wije się Karnak, jedna z najstarszych i największych rzek świata. W pobliskiej zatoce znajduje się legendarny Var-Mael, Wir Krańca, największy Maelström, z którego wypływają ponoć wszystkie wody świata. Delta Karnak i jej urodzajne ziemie zrobiły na elfach na tyle duże wrażenie, że postanowiły osiedlić się tam na stałe. Mimo nieprzyjaznych sąsiadów, w postaci dzikich i bardzo licznych ludzkich plemion, po stuleciu elfy stały się na tyle silne, że założyły państwo zwane Vakkr, a jej królowie szybko zdominowali ten region świata. Legenda mówi, że Vakryjscy magowie nauczyli się korzystać z mocy Var-Mael, co tylko umocniło ich władanie, jednocześnie czyniąc ich rasę znacznie bardziej agresywną niż ich pobratymców, Araelczyków. Ekspansja terytorialna imperium Vakkr spowodowała pierwsze kontakty, a później wojny, z szarymi orkami, zamieszkującymi Gird-Danat, którzy oddawali cześć swemu jedynemu bogowi, Ghaardowi. Przez kolejny wiek Vakryjczycy umacniali swoje panowanie, obejmując we władanie całą deltę Karnak. Sporo zapisów z tego okresu jest zniszczonych lub kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Dowiadujemy się z nich, że prawie dwa wieki później Vakryjczycy porzucili wierzenia swych braci z Arael i oddają cześć komuś, kto każe tytułować się Wiecznym Królem-Bogiem. Jego poddani czerpią z jego mocy niczym kiedyś z Var-Mael, żyjąc w dostatku i samouwielbieniu. Pan ten wymaga jednak bezwzględnego posłuszeństwa i ślepego oddania. Wtedy następuje potężna ekspansja terytorialna południowych elfów na ziemie sąsiadów. Względnie pokojowo nastawione kiedyś elfy stają się demonami wojny. Sztandary Vakkr zawitały do kolejnych krain, niewoląc je, zakuwając w kajdany. Mam wrażenie, że to właśnie ten czas determinuje powstanie rasy mrocznych elfów, których doszczętnie pochłania podbój, władza, a przede wszystkim intryga. U szczytu potęgi Vakkr, pojawia się jednak pewien Olbrzym, który nazywa siebie Prorokiem i wydaje wojnę Królowi-Bogowi. Stare zapisy mówią, że wyłania się on z rzeki Karnak w chwale niczym prawdziwy bóg. Nazywa się Kracjos i dzieli Vakryjczyków na dwa obozy: buntowników, którzy są w większości, oraz lojalistów. Wojna trwa długie lata, a żadna ze stron nie może przechylić szali na swoją korzyść. Buntownicy w tym czasie budują Olbrzymowi wielkie piramidy, w których składane są krwawe ofiary ku jego czci, co zdaje się dodawać mu niespotykanej siły i co tylko wzmaga jego okrucieństwo. Z czasem potężne niegdyś Vakkr zostaje obrócone w ruinę, a piękne miasta, zbudowane z różowego marmuru, zamiast lśnić, płoną. W końcu dochodzi do ostatecznej bitwy, gdzie wszelkie moce i potęgi zostają przywołane, a dwóch bogów staje naprzeciwko siebie, brocząc w krwawych wodach rzeki Karnak. Kracjos, pochodzący z pradawnej rasy, ginie jednak z sercem przebitym, a Król-Bóg triumfuje podnosząc drzewce zakończone lśniącym, błękitnym metalem. Imię jego wymazane jest ze wszystkich stron Księgi z Vakkr, stąd też nazywać go będę Bezimiennym, bo jakże inaczej? Bezimienny, stojąc w Karnak, straszliwie przeklął lud Vakkr na wieki. Tych, którzy się zbuntowali, skazał na wieczną tułaczkę po świecie w ciałach obrzydłych kreatur, jakimi się stali z jego woli. Pozostałych zostawił ze zrujnowanym krajem i wizją nieskończonych intryg w walce o przyszłą władzę. Następnie odszedł i nikt nigdy o nim już nie słyszał. Vakkr z czasem upadło ostatecznie, a jego nieliczni mieszkańcy zeszli w czeluści ruin, podziemi i Diabelskich Puszczy. Tak oto zakończyła się historia wzlotu i upadku Południowych Elfów… Co zaś się tyczy przeklętych buntowników, legendy mówią, że w ten sposób narodziły się właśnie trolle, które rozeszły się po świecie siać zniszczenie i śmierć do wszystkiego, co przypomina im chociaż trochę ich dawne oblicza. Czy to prawda? A kogo to w zasadzie obchodzi... Istotne w tym wszystkim jest to, że przed przestudiowaniem Księgi z Vakkr zastanawiałem się czy Maelström Danryjski na Morzu Odkrywców jest tej samej natury co Var-Mael i czy zdołam go wykorzystać do swego celu. Teraz już znam odpowiedź.
„Szary Gabriel w Ard-Danbergu”
Zakazane Księgi Starych Bogów
(tłum. z j. staroarkańskiego)
I przybył Gabriel, znany jako Szary
Do Króla Pod Górą, nie pierwszy raz wśród wiary.
Słowo Szarego Pana miał ze sobą nieść,
Jak w Księdze zapisane, tak jak zawsze było, wiesz.
Wspierać prawdę i prawa święte przestrzegać,
Bo tak nakazane, tak było, tak ma trwać.
Lecz zastać przyjaźni nie było mu,
Król z tronu zrzucony, pozostawił pustkę wśród ludu.
Tylko trzepot sępich skrzydeł rozbrzmiewał w powietrzu,
Czy to sen, czy jawy iluzja, trudno stwierdzić tu.
Przybył tam po raz ostatni, gdy ciemność nad światem wstaje,
Jak tę ciemność przełamać, nie było mu dane.
Czy było warto iść w tamtą mroczną noc?
Gdy ślepi blask przewodził, zbłąkanych w oczekiwaniu w moc?
Nie, nie było dane ujrzeć dawnych serc,
Gdyż gorejącą złość ujrzeć miał wnet…
Po przeczytaniu tych tekstów, mieliśmy chyba znowu więcej pytań niż odpowiedzi. Z pierwszego wynikało, że i olbrzym był zły i wymagał krwawych ofiar. Co kłóciło się ze wszystkim co dotychczas usłyszeliśmy o olbrzymach. Scena opisu walki zgadzała się z rzeźbą, którą widzieliśmy w jaskiniach trolli dahijskich, a opis broni pasował do Włóczni Przeznaczenia. Kracjos mógł być pokonanym bogiem, którego trolle czczą pod imieniem Oze-Dakhe.
Dalinar odniósł się też do postaci Szarego Gabriela i wyjaśnił, iż był to znamienity kapłan Vergena jeszcze sprzed czasów Zaćmienia, który wsławił się wielkimi czynami. Jako że jest to postać z zamierzchłych czasów, obiecał dopytać jeszcze w świątyni.
Kiedy po dyskusji udaliśmy się na posiłek, do stolika podeszła osoba w podróżnym ubraniu.
– Witajcie, czy mogę się dosiąść?
Dopiero po chwili rozpoznaliśmy, iż był to Kaspian.
– Oczywiście – odparł Igo.
– To miło – podziękował przybysz – zawsze raźniej dzielić z kimś posiłek, zwłaszcza po długiej podróży – po czym ściszonym tonem dodał – możemy porozmawiać gdzieś w spokoju?
– Zapraszamy do pokoju – odparłem, mówiąc, gdzie ma się udać – posiedź tu jeszcze przy piwie i przyjdź później, nie chcemy wzbudzać zainteresowania.
Kaspian skinął głową. Udaliśmy się do pokoju, a po kilkudziesięciu minutach przyszedł nasz gość.
– A więc jestem z powrotem i przynoszę wieści, o które prosiliście.
– Cieszę się – odparłem – iż widzimy cię w dobrym zdrowiu.
– Odnowiłem kontakty. Wasz przyjaciel Vernir żyje, lecz nie ma z nim kontaktu. Jest przetrzymywany w odseparowanej części Twierdzy Długiej Nocy, tak zwanej Studni. To tam kapłanki Czarnej Łzy łamią najbardziej opornych. Nikt jeszcze nie opuścił Studni żyw. Musiałem podjąć pewne koszty związane z odnowieniem znajomości, ale dowiedziałem się też o kilku rzeczach, które być może wam pomogą. Człowiek, z którym współpracuję, jest w stanie wprowadzić was do środka. Zapłaciłem dodatkowo pięć złotych ambardów na łapówki. I tylko tyle chciałbym odzyskać. Osoba, o której mówię, dostarcza jedzenie i wino do twierdzy. Strażnik, który z nim współpracuje, będzie skłonny przymknąć na to oko. Cena za wprowadzenie was to trzydzieści ambardów. Zdaję sobie sprawę, że to ogromna kwota, ale on ryzykuje swoim życiem i życiem całej rodziny.
– Wprowadzi nas i co dalej? – zapytał Igo.
– Strażnik zna częściowo plan korytarzy twierdzy. Nie zna całości kompleksu, ale jest dosyć dobrze zorientowany co do obyczajów tamtejszych kapłanów, jak i większości dróg w twierdzy. Wie jak dostać się do Studni. Lecz zaznaczam, że ani ja, ani on nie wie w jakim Vernir jest stanie. Wie tylko tyle, że żyje. Wie też jak później dostać się do tajnego korytarza, którego kiedyś użyłem.
– Mówiłeś, że ta droga jest spalona – przerwałem.
– Tak. Korytarz został zabezpieczony specjalnymi glifami strażniczymi i alarmami. I faktycznie wchodzenie do twierdzy tą drogą byłoby fatalnym pomysłem, lecz już ucieczka jest całkiem prawdopodobna. Osoby, które oferują swe usługi, odbiorą was łodzią i odtransportują na brzeg, a tam uciekniecie już w głąb lądu. Tyle udało mi się załatwić na miejscu. To wszystko co mogłem dla was zrobić i tu moja rola się kończy. Spłaciłem swój dług wobec świątyni, a reszta leży w waszych rękach.
– Wspomniałeś o grupie najemników, którzy mogliby się podjąć tego zadania – powiedziałem.
– Tak, to prawda, lecz ostatni raz współpracowałem z nimi około siedem lat temu. Jeśli będziecie chcieli skorzystać z ich usług, musicie wiedzieć, że są drodzy. Aktualnie nie wiem nawet, kto wchodzi w skład ich grupy.
– Wydaje mi się – powiedział Dalinar – że jest to jednak zadanie dla nas. On poświęcił swoje życie dla nas i jesteśmy mu winni to samo. Powiedz nam, z kim mamy skontaktować się w sprawie jego odbicia.
– Tak myślałem, że podejmiecie się tego sami i oznajmiłem im, że się pojawicie. Nie znam i nie chcę znać szczegółów tego, co zrobicie dla własnego i ich bezpieczeństwa. Jest pewna osada, która zaopatruje Twierdzę Długiej Nocy. Tylko stamtąd regularnie kursują promy z zaopatrzeniem. Zwą ją Wierzbowa Przystań i jest to miejsce położone najbliżej twierdzy. Tam właśnie cumują specjalnie oznaczone i zweryfikowane jednostki wodne. A gospodarz, który zarządza tamtejszą karczmą, niejaki Bronholm, jest waszym kontaktem. To on wszystko zorganizuje, ale oczywiście po wcześniejszej zapłacie. Po przeprowadzeniu odpowiedniego dialogu z nim, rozpozna, że jesteście z mojego polecenia. Wszelkie inne próby nawiązania kontaktu poskutkują albo zignorowaniem was albo wydaniem w ręce kapłanów.
– Jaki to dialog? – zapytałem.
– „Bądź pozdrowiony gospodarzu. Prosimy o nocleg i roskańskie wino mistrza Martina.” Jeśli ten odpowie, że „Martin zmarł ponad dwa lata temu. Teraz interes przejął jego syn Lucjan” to oznacza, że wszystko jest w porządku i należy odpowiedzieć „To podawaj, lecz wypijmy wspólnie zdrowie Martina. Niech Delidia ma go w swojej opiece.” To będzie oznaczało, że jesteście gotowi, aby podjąć się tego zadania. Jeśli karczmarz będzie czuł, że jest pod obserwacją dla swojego i waszego bezpieczeństwa odpowie wam w inny sposób. On wraz ze swym wspólnikiem zadba, aby dostarczyć was w skrzyniach do twierdzy oraz poinformuje was, jak dotrzeć do więźnia i jak trafić do tajnego tunelu.
– Dziękujemy – powiedział Dalinar – Świetnie wykonana praca.
– Czy zostajesz jeszcze w mieście? – dopytałem.
– Nie, wyruszam niezwłocznie. Nie chcę wzbudzać niczyjej ciekawości swą osobą.
– Pozwól zatem, że pobłogosławię cię na drogę – powiedział kapłan.
Kaspian podziękował i wyszedł z pokoju.
Chwilę później rozmawialiśmy już we własnym gronie.
– Świetne wieści – powiedział Dalinar – Ruszajmy.
– Chyba cię grzmi – odparłem – Po pierwsze, jutro macie z Kejnem ceremonię, a po wtóre trzeba się przygotować.
– Dodatkowo martwią mnie te glify – powiedział Igo.
– Nie tylko ciebie – odparł Kejn.
– Da się coś z tym zrobić? – zapytałem.
– Glify to moce kapłańskie – odparł kapłan – lecz ja raczej nie jestem w stanie nic z tym zrobić. To nie moja domena.
– Ja mam pewne doświadczenie w tej kwestii – powiedział Kejn.
– Z glifami? – zapytał zdziwiony Igo.
– Tak, to nic innego jak forma pułapki. Glify zazwyczaj są dobrze ukryte, lecz jeśli uda się je odpowiednio wcześnie odszukać, istnieje szansa na rozbrojenie ich. Nie są to proste rzeczy, ale jest szansa.
– Nie rozumiem jednego – powiedział Dalinar – Dlaczego tunel jest dobrą drogą ucieczki, a nie wejścia?
– Wydaje mi się – odparłem – że jeśli są to alarmy, to wchodząc, jeśli je uruchomimy, to przejmą nas. Lecz gdy zostaną powiadomieni, kiedy już będziemy uciekać, może być za późno na ich reakcję.
– Niepokoi mnie pomysł z tym, że po wszystkim odpływamy – powiedział Igo.
– No odlecieć będzie ciężko – odparłem – A skoro twierdza jest na wyspie, to chyba tylko odpłynięcie wchodzi w grę. Tym bardziej, że mając na razie tylko zarys planu, należy się dobrze przygotować i zastanowić, a nie ruszać zwyczajem Dalinara. Mamy pergamin z czarem „Teleportacji”, można by się zastanowić, czy na przykład go nie użyć. Chodzi mi o to, że jeśli znajdziemy Ragna, a będzie w takim stanie zdrowia, które uniemożliwi mu poruszanie się, czy mógłbyś Igo przeteleportować go samego?
– Przypuszczam, że tego typu twierdza będzie zabezpieczona na taką ewentualność – powiedział Igo – więc próby rzucania tego czaru w środku odpadają. Niezależnie od jego stanu, będziemy musieli go dostarczyć poza twierdzę. W teorii mogę nauczyć się tego czaru, jeśli będę posiadał wzorzec i wtedy rezygnując z niektórych czarów ofensywnych, mógłbym przeteleportować nas wszystkich. Lecz na pewno nie będzie to tanie, to raz, a dwa, tam gdzie dotychczas pytałem, nie mieli wzorca tego czaru na sprzedaż.
– Co jeszcze moglibyśmy przedsięwziąć przeciwko kapłanom? – zapytałem. Nastała cisza – Rozumiem, że chcecie wyruszać jak najszybciej i ja też. Lecz jeśli przez pośpiech nie przemyślimy tego dokładnie, to może okazać się, że właśnie dlatego go nie uwolnimy, a może i przypłacimy to własnym życiem.
– Dokładnie – zgodził się Kejn – jeśli mamy to zrobić, bo jak rozumiem, z tym że wyruszamy, zgadzamy się wszyscy, to trzeba to dokładnie zaplanować.
– Trzeba też wziąć pod uwagę w przygotowaniach na co nas w ogóle stać – powiedział Igo.
– No ja mam całe siedem ambardów – powiedział Dalinar – co tylko obrazowało nie najlepszą kondycję finansową grupy.
– Najwyżej Gurney sprzeda znowu coś naszego – zaśmiał się Dalinar.
– Nie dam się sprowokować – z zaciętą miną odparł mag – A wracając do tematu, tak jak samo użycie teleportu może być kłopotliwe lub w tym miejscu nawet niemożliwe, to uważam, że powinniśmy rozważyć zakupienie czaru „Rozproszenie magii”. Kapłanki w tej twierdzy specjalizują się w kontroli umysłu. Co będzie, jeśli zauroczą jednego z nas? Ten czar może rozproszyć taki urok.
– Ja się nie wypowiem – odparłem – W tej kwestii zdajemy się chyba na ciebie.
– Z tym że to też nie jest tania rzecz – powiedział Igo – bo to koszt około trzydziestu ambardów. Postaram się jeszcze zasięgnąć języka w akademii.
– Wszystko dobrze w tym co mówimy – przerwał nasze rozważania Dalinar – ale musimy zrozumieć, że jeśli na miejscu w ogóle dojdzie do walki z kapłanami, będzie to oznaka, że coś ostro spierdoliliśmy. Musimy dążyć za wszelką cenę, aby do tego nie doszło.
– Zgadzam się z tobą – odparłem – lecz nie jest to powód, aby na taką sytuację nie starać się przygotować.
– A przebranie? – rzucił Igo.
– No to raczej będzie trudne – powiedział Kejn – co on zrobi z włócznią, a ja z łukiem?
– To można będzie już przedyskutować z osobami, które mają nas wprowadzić na miejscu – odparł kapłan – Czy będą w stanie doradzić nam lub coś zorganizować co nie zdradzi nas od razu, jeśli dajmy na to zobaczy nas jakaś przechodząca osoba? Ale to nie rozmowa na teraz, bo sami nic nie wymyślimy w tej kwestii, nie znając ich zwyczajów ani obowiązującego ubioru.
– Musimy ten pomysł mieć w pamięci – zgodziłem się z Dalinarem – A i jeszcze jedno Dalinarze. Mam taką sugestię, że gdy będą jakieś ważne rozmowy, jak, dajmy na to, ta, która miała miejsce z Kaspianem, czy czekające nas rozmowy z karczmarzem i człowiekiem z twierdzy, abyś starał się wyczuć ich prawdomówność.
– To niestety nie jest takie proste i na zawołanie – odparł kapłan.
– Nie twierdzę, że musisz to robić za wszelką cenę, lecz proszę, abyś postarał się w miarę możliwości, bo to może zadecydować o naszym życiu.
– Ustalmy może zatem jakiś znak – powiedział Dalinar – bo czasem ktoś z was może mi to zasugerować.
– Myślę, że potarcie ucha – powiedział Kejn – czyli „słuchaj” będzie dobrym sygnałem.
– Jak najbardziej – zgodził się kapłan – No nic więcej sami nie wymyślimy. Ja popytam o pewne rzeczy w świątyni, Igo w akademii, a ty szukaj dalej tego czego szukałeś w bibliotece. Kejn musi przygotowywać się do ceremonii.
Przystąpiliśmy do swoich zadań. Ja dowiedziałem się, że Dermath, z którego pochodził niejaki Malkolm, było swego czasu dużym miastem daleko na południu, lecz nie wiadomo czy w ogóle jeszcze istnieje. A więcej notatek owego Malkolma w bibliotece nie było. Dowiedziałem się także, iż Maelströmy to niejako stale utrzymujące się morskie wiry, na tyle duże, że bez problemów mogą pochłonąć nawet duże statki. Uczeni twierdzą, że dzika magia kształtuje takie miejsca. Są pewne podania o czarownikach, którzy badają takie zjawiska i próbują czerpać z owych wirów energię. Nie ma wielu takich udokumentowanych przypadków, co oznacza, że próby okiełzania takiej energii zazwyczaj kończą się śmiercią. Przytłoczony ilością informacji coraz mniej chętnie badałem bibliotekę. Dokopałem się jednak do ciekawego zbioru, nazwanego „Legendy Chaosu” oraz natknąłem się na wzmiankę o Włóczni Przeznaczenia.
„Legendy Chaosu, zbiór dzieł autorów nieznanych” – data powstania nieznana. Widzę w mym śnie kowala o oczach czarnych niczym Pierwsza Noc, który zamkniętymi oczami skupia się na swoim dziele. Jego ręce poruszają się z precyzją i gracją, jakby były prowadzone przez nieznane siły. Pył niebieskich iskier unosi się wokół, gdy metal uderza o metal, tworząc rytm niezwykłej symfonii.
Kosmiczna pustka i chaos splatają się, kształtując niezwykły materiał, z którego formuje się ostrze. Jest to grot z metalu nie z tego świata, a blask jego wypala ranę w mym umyśle. Ostrze jest jak oślepiające światło chaosu, które zmienia się w mroczną aurę, wijącą się niczym żywa istota. Kowal kreuje swoje dzieło z taką czułością i pasją, że każdy jego ruch jest jak tańczący wir, który przekształca chaos w sztukę. Tak oto Bezimienny kreuje ostrze, którego Przeznaczeniem jest sianie śmierci wiecznej. Włócznia Przeznaczenia jest gotowa, by rozpocząć swoją misję.
Opis włóczni:
Wygląd: imponująca broń o długości około dwóch metrów. Jej rękojeść jest wykonana z ciemnego drewna, zdobiona złotymi i srebrnymi motywami, a koniec rękojeści zdobi złoty kolec. Większość rękojeści pokryta jest starożytnymi napisami w nieznanym dla śmiertelników języku – przypuszcza się, że jest to język dzieci Bogini, które niczym wiatr przemierzały świat w jej imieniu. Ostrze włóczni jest wykonane z gwiezdnego metalu, skradzionego ze świątyni samej Bogini, który połyskuje na słońcu i emanuje intensywnym, niebieskim światłem. Wokół ostrza włóczni unosi się aura tajemniczej energii, która pochodzi od samej Bogini.

Po powrocie do karczmy przeczytałem im co ciekawsze fragmenty, a bracia podzielili się tym co załatwili. Igo uzyskał informacje o czarze „Rozproszenie magii”, lecz jego cena była wysoka. Liczył jednak na to, że uda mu się go załatwić taniej lub może nawet wymieni się na jakiś czar ze swojej kolekcji. Dalinar przyniósł ze świątyni pewne wiadomości o Gabrielu Szarym.
„Szary Gabriel był kapłanem Vergena w latach poprzedzających Zaćmienie. Znany był ze swojej wielkiej przyjaźni z krasnoludzkimi klanami, wśród których głosił Słowo Vergena. Podróżował po wielu królestwach krasnoludzkich, głównie w Karabaku i na południe od niego. Nie wiadomo co się z nim stało – prawdopodobnie zginął w jakiejś bitwie, których było wtedy wiele, jednak nie zostało to odnotowane. Wiadomo za to, że był posiadaczem przedmiotu zwanego Żelaznym Okiem. Był to błogosławiony przedmiot, według legend podarowany mu przez samego Vergena. Dokładniej była to wojskowa tarcza, której używał w walce na równi z główną bronią. Opowieści mówią, że tarcza była niezniszczalna, a Gabriel był w stanie widzieć wszystko co było po drugiej stronie tarczy i na wezwanie sprowadzać boskie moce. Niestety tarcza zaginęła i uważa się, że przepadła na wieczność.”
Nazajutrz Igo miał zająć się załatwianiem czaru, Dalinar z Kejnem przygotowywali się do południowej ceremonii, a ja do tego czasu zagłębiłem się w kościelne księgi. Równo w południe zaczęła się ceremonia.