Życiorys
Urodziłem się w Lupis. Początkowo moja wiedza na temat pochodzenia nie była zgodna z prawdą. Prawdą jest, iż wychowałem się w świątyni, to znaczy w jej okolicach. Zajmowały się mną głównie kucharki i służące w domu kapłanów. Początkowo powiedziano mi, iż moi rodzice są nieznani i zostałem porzucony.
Jednak w miarę dorastania niektóre fakty nie pasowały mi do tej sytuacji. W wieku szesnastu lat odbyłem poważną rozmowę z Wysokim Kapłanem Markusem Arte. Przyznał mi, iż jest moim ojcem, że miał romans z pewną biedną mieszczanką, który jednak szybko się zakończył. Moja matka, Maria Tras, nie miała pieniędzy na moje wychowanie i zaproponowała Markusowi, abym pod jego opieką wychował się w świątyni.
Mój ojciec przyznał, iż fakt ten nie był dla niego wygodny. Nie chciał, aby wszyscy wiedzieli, iż jestem jego synem. Przyznał, iż jest fatalnym ojcem, ale postara mi się to jakoś wynagrodzić, wspierając moją karierę w kościele. Prawdopodobnie wielu kapłanów wie, iż łączą nas więzy krwi, jednak nie jest to coś, o czym mówi się otwarcie.
Ja oczywiście uniosłem się honorem i powiedziałem mu, aby zostawił mnie w spokoju. Byłem obrażony i ograniczyłem z nim kontakty. Spotkałem się również z matką, która potwierdziła wersję Markusa. Widuję ją raz na jakiś czas, jednak nie istnieje między nami tak mocna więź jak w normalnych rodzinach.
Od zawsze interesowałem się nauką i książkami, a po trudnej rozmowie z Markusem jeszcze bardziej zatopiłem się w studiowaniu ksiąg i magii, ponieważ dostałem się na Akademię Lupis. W tych czasach miałem również przyjaciół, jednak nie byli to przyjaciele od zabawy, pijaństwa i rozrabiania, ale raczej do nauki. Byli to kandydaci na magów z Akademii oraz nowicjusze ze świątyni.
Parę lat temu zorganizowałem spotkanie, na którym ja, nowicjusz Aleksander oraz uczniowie Akademii, Leon i Marek, mieliśmy przebadać pewien przedmiot. Zakupiłem go jakiś czas wcześniej na pchlim targu. Rozpoznałem na nim znaki przypominające runy. Podobno został wykopany z kurhanu. Był to zamknięty flakon.
Podczas spotkania ustaliliśmy, iż emanuje silną magią nekromancką. Nierozważnie odczytaliśmy na głos runy i próbowaliśmy otworzyć flakon. Nastąpił wybuch, który dotkliwie nas poranił. Aleksander został oszpecony, ja zaś zostałem poważnie ranny w nogę. Przy pomocy naszych kapłanów rana została wyleczona, jednak nie przyznaliśmy się, jak doszło do wypadku.
Po pewnym czasie zrozumiałem, że byłem naprawdę w kiepskim stanie. Od tego czasu kuleję, a noga czasami odzywa się strasznym bólem. Podejrzewam, iż w ranie mógł pozostać jakiś odłamek przeklętego przedmiotu. Mam nadzieję, iż kiedyś dostąpię takiej łaski Aziela i będę mógł wyprosić uleczenie jej do końca.
Kiedy ukończyłem Akademię Lupis oraz stałem się Sługą Świątynnym, trafiłem pod rozkazy Daniela Askarte. Była to postać lekko tajemnicza, ale tłumaczyło to, czym ów Dostojny się zajmował. Był szefem wywiadu. Wykonałem kilka drobniejszych zadań dla niego.
Pewnego dnia oznajmił, iż ma dla mnie specjalne zadanie. Miałem udać się w Lodowe Szczyty i tam spotkać się z pewnym gnomem o imieniu Gnimnish. Sprawa była tajna. Daniel twierdził, iż gnom wynalazł coś, co mogło bardzo przydać się naszej świątyni, i jednocześnie musieliśmy zadbać, aby wiedza o tym nie dotarła do naszych wrogów. Był to rodzaj broni, piekielnej kuszy.
Daniel dłuższy czas negocjował z gnomem i zdobył coś, na czym gnomowi strasznie zależało. Powiedział mi, że nie mogę wiedzieć, cóż to jest. Gnom miał więc dostać tę tajemniczą rzecz, a w zamian miał przekazać świątyni wiedzę, jak wykonać tę dziwną broń. Tu pojawiało się moje zadanie.
Miałem wyruszyć w góry, wraz z trzyosobową eskortą dostać się do wioski Tesijczyków Tin-hen. Następnie miałem przekazać gnomowi skrzynię, a w ramach zapłaty posiąść wiedzę, jak stworzyć broń. Miałem wszystko zapisywać i chłonąć informacje, które po powrocie przekażę Danielowi.
Podróż była bardzo trudna, ale udało nam się szczęśliwie dotrzeć do wioski w górach. Gnom zgodnie z umową rozpoczął moje szkolenie. Zanosiło się na to, że będę tam musiał spędzić wiele dni, bo sposób wykonania broni nie był wcale łatwy. Ja jednak nie zraziłem się i skrzętnie notowałem wszelkie instrukcje. Poświęcaliśmy na to po kilka godzin dziennie.
Niestety moja praca została gwałtownie przerwana. Wioska została napadnięta przez hordy szkieletów i tym podobnego plugastwa, jak później się dowiedziałem, kierowanego przez Xantusa Plugawego. To, co działo się później, to istny koszmar. Nie chcę tego wspominać, powiem tylko, że przeżyłem dzięki grupie, z którą podróżuję do dziś.
Po długim czasie udało mi się złożyć meldunek Danielowi, w którym przekazałem, iż w związku z najazdem na wioskę misja zakończyła się fiaskiem, a gnom prawdopodobnie nie żyje. Nie przyznałem mu się, że wprawdzie wszystkie notatki zostały utracone, ale większość instrukcji pozostała w mojej pamięci. Wiem dobrze, że stworzenie manufaktury z taką bronią mogłoby spowodować, iż byłbym jednym z najbogatszych ludzi w Lupis. Od czasu powrotu z Lodowych Szczytów staram się zapisywać wszystko, co pamiętam z wykładów gnoma...