Gdy zbliżaliśmy się z Gotrekiem do karczmy „Albatros”, nie wiedziałem czego się mogę spodziewać. Rozstaliśmy się z towarzyszami kilkanaście miesięcy temu, gdy powróciliśmy do zdrowia, po niewoli u nekromanty z Góry Czaszki. To były straszne dzieje, które odcisnęły piętno na każdym z nas, tortury, głód, poniżenie … całe szczęście udało nam się razem uciec z pomocą drużyny, która również się przez tą górę przebijała. Później znaleźliśmy srebrną czaszkę i odkryliśmy tajemnicę, którą skrywała i która doprowadziła nas tutaj. Ciekawe co ukryli wyznawcy tego dziwnego kultu w swojej świątyni? Co zabezpieczyli za pomocą magicznych czaszek? Nigdy nie darzyłem takich kultów szacunkiem, bo pragnienie stania się nieśmiertelnym jest dla mnie czymś wbrew naturze. Gdyby bogowie chcieli abyśmy mieli życie wieczne, takimi by nas stworzyli. No ale zamyśliłem się, a czas wejść do karczmy.
W karczmie jeszcze nikogo nie było, ale gdy tak siedzieliśmy, powoli przychodzili nasi towarzysze, wojowniczka Ziriel, kapłan Aziela Adrian oraz ten złodziejaszek Santhis. Wszyscy przynieśli ze sobą poszukiwane przez nas czaszki, 4 magiczne przedmioty, które mają otworzyć drogą do ołtarza. Niestety nie dowiedzieliśmy się, gdzie dokładnie znajduje się ten ołtarz, zapiski sugerują jedynie, że na jego gruzach stoi ta karczma. Postanowiliśmy zaczerpnąć języka od karczmarza. Najpierw poprosiliśmy o miejsce za kotarą, gdzie mogliśmy spokojnie rozmawiać. Później Gotrek rzucił czar, który spowodował, że karczmarz stał się bardziej rozmowny niż zwykle. Dowiedzieliśmy się od niego, że niedaleko stąd jest polana, na której stoją dziwne cztery menhiry, a jeżeli chcemy, to jedna ze służek może nas tam wieczorem zaprowadzić. Wydawało nam się to dobrym rozwiązaniem, więc wynajęliśmy pokoje i postanowiliśmy wypocząć po podróży. Jednak moi towarzysze byli w gorącej wodzie kąpani, więc chcieli przekupić karczmarza, aby wcześniej ich zaprowadził na miejsce. Jedyne co udało im się uzyskać, to rozłościć karczmarza co stawiało naszą wieczorną przechadzkę pod znakiem zapytania. Ja zostałem w pokoju, ponieważ chciałem wolny czas poświęcić na odpoczynek i modlitwy. Jednak nie dane mi było odpocząć. Gdy byłem myślami z moim bogiem, usłyszałem za sobą szelest. Powoli odwróciłem głowę i zobaczyłem, że z szafy stojącej pod ścianą, wychyla się ochroniarz z karczmy, z kuszą w rękach. Tego to się nie spodziewałem, ale postanowiłem zachować spokój. Człowiek ten celując we mnie, zaczął przeszukiwać ekwipunek Gotreka, cały czas się do mnie uśmiechając, zdając sobie sprawę z przewagi, jaką mu daje ta broń w tak małym pomieszczeniu. Jednak ja spokojnie czekałem na swoją szansę i taka nadeszła, gdy ten oprych chciał, abym podał mu swój plecak. Sięgnąłem po niego i błyskawicznym ruchem rzuciłem w kierunku jego kuszy, jednocześnie sięgając po swój topór. Całe szczęście bełt nie dosiągł mnie, a ja z bronią w ręku, stanąłem naprzeciw mojego przeciwnika. Walka ta była dosyć dziwna, ochroniarz pomimo ran jakie mu zadawałem, miał szaleństwo w oczach i atakował mnie do momentu, gdy mój topór praktycznie go nie rozczłonkował.
Coś mi się tu nie podobało, dawno nie widziałem takiego szału u przeciwnika, z którym walczyłem. No ale co było robić, sprawdziłem szafę, z której wyszedł ochroniarz i okazało się, że jest w niej ukryte zejście na dół, co wyjaśniło skąd się tu wziął ten człowiek. Zszedłem na dół i poprosiłem moich kompanów aby się ze mną udali do mojego pokoju, abym mógł im pokazać co się stało. Gdy już wszyscy weszli, widziałem, że trochę ich przeraził widok, który zastali, ale szybko im wyjaśniłem, co się stało i postanowiliśmy udać się na dół, aby sprawdzić, dokąd prowadzi to zejście.
Zeszliśmy poniżej poziomu karczmy mijając po drodze jeszcze jedno wyjście z szybu, najprawdopodobniej do kolejnego pokoju. Na dole znaleźliśmy korytarz biegnący pod karczmą. Gdy zaczęliśmy go zwiedzać, doprowadził nas do okropnego widoku, kilkaset metrów za karczmą, tunel, w który przeszedł korytarz, zakończył się miejscem gdzie leżało kilkadziesiąt ciał ludzi. Ciała te leżały tu od jakiegoś czasu, ponieważ panował tu okropny smród rozkładanego mięsa. Czym prędzej wróciliśmy do korytarzy, w poszukiwaniu innej ścieżki. I udało nam się znaleźć dwie drogi. Jedna kończyła się wyjściem na powierzchnię za karczmą, niedaleko rzeki, natomiast druga kończyła się solidnymi okutymi drzwiami. Postanowiliśmy sprawdzić co się za nimi kryje. Santhis za pomocą wytrychów próbował otworzyć drzwi. Jednak jego pierwsza próba zakończyła się dosyć nieszczęśliwie, ponieważ chyba uruchomił jakąś magiczną pułapkę, co zaowocowało eksplozją. Pewnie ciężko by z nim było, jednak Adrian poprosił Aziela o wyleczenie naszego marnego złodziejaszka, a Aziel udzielił mu do tego mocy.
Za drugą próbą Santhis otworzył drzwi, a naszym oczom ukazała się komnata z posągiem przedstawiającym boginię wampirów – Imsmanaeil. Posąg ten stał na postumencie, w którym zauważyliśmy miejsce na skompletowane przez nas czaszki. Gdy my zastanawialiśmy się, co teraz zrobić, Santhis cichaczem powkładał czaszki w ich miejsca. Gdy to zrobił, na ścianie rozjaśniły się cztery punkty różnymi kolorami. Skojarzyliśmy, że to pewnie symbole menhirów, które według karczmarza znajdują się na polanie. Jednak zanim dłużej się nad tym zastanowiliśmy, ktoś zatrzasnął drzwi, przez które weszliśmy i przekręcił w nich klucz. Ponaglaliśmy Santhisa, aby postarał się je otworzyć i gdy tylko mu się to udało, zza drzwi skoczyła na niego jedna ze służek karczmy. Zabicie jej zajęło nam chwilkę, ale Santhis mocno oberwał po głowie i musieliśmy go opatrzyć. Jak tylko to skończyliśmy robić, pobiegliśmy w kierunku wyjścia z tunelu, który znaleźliśmy wcześniej. Okazało się, że zaczął padać deszcz, co ułatwiło nam zauważenie śladów na ziemi. A przed nami najprawdopodobniej przebiegł tędy karczmarz. Błądziliśmy trochę po lesie starając się odnaleźć jakieś ślady, co nie było łatwe, ale w końcu znaleźliśmy polanę, na której stały menhiry. Między nimi zauważyliśmy odrzuconą klapę i zejście na dół. Gdy zeszliśmy na dół, okazało się, że jest to wejście do szukanej przez nas kaplicy. Przed ołtarzem klęczał karczmarz, utarzany cały we krwi drugiej służki, której ciało leżało na ziemi nieopodal. Gdy nas zauważył wstał i orzekł, że jest nieśmiertelny. Ziriel momentalnie wystrzeliła do niego z kuszy, a Santhis wyrzucił w jego kierunku kilka sztyletów. Nim zdążyłem zareagować, karczmarz leżał z bełtem w szyi oraz sztyletem zanurzonym po rękojeść w oku … tyle było jego nieśmiertelności.
Przeszukaliśmy miejsce, w którym się znaleźliśmy, ale udało nam się znaleźć tylko kilka monet, sprzed kilkuset lat oraz na posągu bogini magiczną bransoletkę i naszyjnik. Nie cieszyliśmy się długo z naszych łupów, ponieważ gdy tylko wyszliśmy z kaplicy, czekała nas niemiła niespodzianka. Na skraju polany stał najprawdziwszy wampir, który przedstawił się jako Marius i oznajmił nam, że bransoleta, którą mamy, należy do jego klanu. Oczywiście nikt z nas nie miał zamiaru mu jej oddawać, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy szans nieprzygotowani do takiej walki. Tak więc nie pozostało nam nic innego jak oddać pożądany przez wampira przedmiot. I w ten sposób zakończyła się nasza przygoda ze świątynią Kultu Wampirów i udaliśmy się w podróż do Lupis.