Kronika

Kroniki III: Kult Wampirów

Cztery srebrne czaszki prowadzą Gotreka pod Albatrosa, do ukrytego kultu Imsmanaeila i marzenia karczmarza o nieśmiertelności. Sprawa kończy się spotkaniem z prawdziwym wampirem Mariuszem, królewską nagrodą i tropem tajemniczego portalu.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Pierwsi dotarliśmy z ojcem do umówionego miejsca, był to zajazd „Albatros”. Prawie rok temu rozstaliśmy się z resztą grupy, którą poznaliśmy podczas ucieczki z niewoli w Górze Czaszki. Badania nad jedną z podarowanych nam srebrnych czaszek, doprowadziły nas do wniosków, iż to w okolicach tej karczmy znajduje się ołtarz, do którego pasują wszystkie czaszki. Mieliśmy niemal rok na zdobycie pozostałych trzech. Pierwszą zabrał Adrian w celu szukania nowych informacji o niej. Ja wraz z ojcem oraz jego przybocznymi wyruszyliśmy na południe i tam odzyskaliśmy drugą z czaszek. Ziriel miała zdobyć swoją gdzieś w Paddar, a Santhis w Białym Mieście.

Do karczmy przybyliśmy pierwsi. Usiedliśmy i mimo, że nie pokazywaliśmy tego po sobie, oczekiwaliśmy na pozostałych w niepokoju. Po głowie krążyły myśli, nie tyle nawet czy się pojawią, ale czy żyją i czy zdołali zdobyć pozostałe czaszki. Z tego co dowiedzieliśmy się wcześniej, Kult Wampirów upadł około 400 lat temu, a miejsce gdzie stał ołtarz, ogarnął pożar i wszystko doszczętnie spłonęło. Podobno na ruinach tego miejsca, wiele lat później, została wybudowana gospoda „Albatros”. Przywódcą tego kultu był niejaki mag, Ember, a kultyści pod jego przywództwem wierzyli, iż mogą stać się nieśmiertelni, że mogą posiąść moce wampirów. Prawdopodobnie jednak Ember oszukał ich i wszyscy podczas rytuału zginęli. Co stało się z samym Emberem nie wiadomo. Zdołaliśmy się dowiedzieć, iż kultyści pili krew podróżnych, których wcześniej pozbawiali złota. Mieliśmy nadzieję, że po otwarciu „zamka” zabezpieczającego ołtarz, zdobędziemy przechowywane tam zgrabione bogactwa.

Kiedy tak siedzieliśmy z kuflem piwa, do karczmy wszedł Santhis, postawny złodziejaszek z rozbieganymi oczkami. Po wyrazie jego twarzy można było ocenić, iż zdobył swoją czaszkę. Chwilę później przyszła Ziriel, jej także się powiodło, więc pozostało nam tylko czekać na Adriana, kapłana Aziela. Dopiliśmy w spokoju piwo rozmawiając przyciszonymi głosami o wydarzeniach minionych kilku miesięcy, kiedy do karczmy wszedł i Adrian. Podszedł do naszego stolika powoli. Podpierał się na kiju i utykał mocno. Do teraz nie udało mi się dowiedzieć jakiemu to wypadkowi uległ lata wstecz, który to przyprawił go o takie kalectwo. W karczmie było dosyć gwarno i tłoczno, prócz okolicznych wieśniaków w karczmie biesiadowało kilkunastu żołnierzy królewskich. W jednym z kątów siedziały mocno już podpite i diabelnie głośne krasnoludy.

Poprosiliśmy karczmarza o alkowę zasłoniętą grubą ciężką kotarą. Donośny gwar karczmy pozwalał nam spokojnie w niej porozmawiać, nie musieliśmy się bać o to, że zostaniemy podsłuchani. Wpadłem na pomył by wykorzystać, powagę kościoła i wprost zapytać czy pod karczmą nie znajduje się coś nie pasującego do reszty budynków, ewentualnie po prostu wspomnieć o ołtarzu. Kapłani, którzy z nami byli, mieli by zostać wysłani na misje zbadania tegoż ołtarza. Z informacji, które uzyskali od swych przełożonych, wywnioskowali, że ołtarz ten znajduje się w okolicach tej właśnie karczmy. Adrian zawołał karczmarza.

Karczmarz przyszedł i zapytał – „Jeszcze piwa?” „Nie, nie” – odpowiedział Kapłan „Chciałem Ci zadać kilka pytań. Czy nie wiesz może czy w okolicy jest jakiś stary ołtarz?” Karczmarz zerknął na nas, zastanowił się, po czym odpowiedział – „A no jest, kilka godzin na zachód, kapliczka Natien”. „Natien powiadasz, hmm, ale nie o to pytam. Chodzi mi bardziej o jakieś ruiny, coś starego” – rzekł Adrian. „Nie, nic tu takiego nie widziałem” – po chwili odpowiedział karczmarz, po chwili jak dla mnie zbyt długiej. Wydawało mi się, iż coś ukrywa, że nie mówi nam całej prawdy. Widziałem, iż rozmowa kapłana z karczmarzem do niczego nie prowadzi, postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce. Rzuciłem czar, który sprawił, iż nasz gospodarz widział we mnie starego dobrego przyjaciela. Przerwałem wypowiedź Adriana słowami „Karczmarzu, Ci oto dostojni kapłani zostali powiadomieni, że prawdopodobnie w tych okolicach jest coś, co przypomina jakiś ołtarz lub posąg. Być może nawet na miejscu, w którym stoi ta karczma. Czy karczma została zbudowana na starych fundamentach?” „No na starych” – wolno odpowiedział karczmarz. „Nie widziałeś niczego w piwnicy co nie pasuje wyglądem do fundamentów? „Dziad, który stawiał karczmę nic na ten temat nie wspominał?” – karczmarz zastanawiał się przez chwilę – „Jest tu takie miejsce, stare bardzo, ale to trza iść kawał drogi, nie traficie tam sami. To jakieś dziesięć kilometrów stąd. Stoją tam cztery takie wielkie menhiry. Pismem zapewne elfim opisane.” Korzystając z działania czaru namówiliśmy karczmarza aby jedna z dziewek wskazała nam drogę. Karczmarz przystał na to, lecz dziewkę za drobną opłatą udostępnić zgodził się dopiero wieczorem.

Kiedy karczmarz wyszedł, rozgorzała dyskusja. Wszak jeśli to będzie wieczorem, to zostanie nam strasznie mało czasu na zbadanie sprawy. Z tego co się dowiedzieliśmy, tylko 1 października można skutecznie użyć czaszek. Pozostanie nam zatem tylko kilka godzin i jeśli się nam nie uda, znów będziemy musieli czekać rok. Zawołaliśmy karczmarza ponownie, kwota, której zażądał za wcześniejsze udostępnienie nam dziewki była nie do zaakceptowania. Natomiast próby szantażowania go, skończyły się na tym, iż wyszedł z pomieszczenia obrażony. Przypuszczałem, że i pod wieczór dziewki nam nie udostępni. W złych nastrojach udaliśmy się do swych pokoi.

Pod wieczór, kiedy karczmarz się nie pokazywał, postanowiłem zejść na dół. Ojciec mój sugerował, abym jeszcze poczekał, lecz nie umiałem siedzieć tak bezczynnie. W sali jadalnej siedziała też reszta kompanii. Zasiadłem przy stoliku i otwarłem książkę na czarze, którym już wcześniej zjednałem sobie karczmarza. Nie zdążyłem jednak skupić się na zaklęciu, kiedy na schodach z piętra pojawił się Goth i oznajmił „musicie na chwilę przyjść do mnie”. Dziwne było to, że przyszedł bez topora, z którym zazwyczaj się nie rozstawał. Po chwili wstaliśmy wszyscy i ruszyliśmy w stronę naszego pokoju.

Po wejściu do niego naszym oczom ukazał się następujący widok: pomiędzy łóżkami leżało ciało, długa rana na klatce piersiowej sugerowała, iż martwy osobnik bliżej zapoznał się z toporem mojego ojca. Cały pokój zbryzgany był jego krwią. Topór ojca, oparty o łóżko, ociekał posoką. Dopiero po chwili poznałem, iż leżące na podłodze zwłoki, to wykidajło z tej gospody. „Co tu się stało” – niemal równocześnie zapytali wszyscy. „Zostałem podstępnie zaatakowany przez to ścierwo” – rzekł mój ojciec, szturchając zwłoki nogą. „Kiedy wyszedłeś na dół Gotreku, ja dalej byłem pogrążony w rozmyślaniach o Bogu, wtedy usłyszałem skrzypnięcie i on wyszedł z szafy, celując do mnie z kuszy. Celując we mnie z kuszy przeszukiwał twoje rzeczy Gotreku. Szukał czaszki. Cierpliwie czekałem na odpowiedni moment i zaatakowałem.”

Wspólnie obejrzeliśmy szafę, jak się okazało ukryte za nią było tajemne przejście, naszym oczom ukazała się drabina prowadząca w dół. Starannie zamknęliśmy drzwi pokoju, zebraliśmy swój ekwipunek i zeszliśmy na dół. Wszystko wskazywało na to, iż jednak znajdziemy ołtarz pod karczmą. Schodząc w dół i idąc korytarzem zauważyliśmy, że do wszystkich pokoi w karczmie prowadzą z tego korytarza drabiny. Rozświetlając sobie drogę zaklęciami, ostrożnie poruszaliśmy się po korytarzach, które były przed nami. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do końca korytarza, który wchodził w dużą naturalną jaskinię. Niedaleko było widać wyjście, nawet tu słyszeliśmy odgłosy burzy na zewnątrz. Postanowiliśmy zawrócić i spenetrować inne odnogi. Z drugiej strony korytarz kończył się głębokim na jakieś dziesięć metrów urwiskiem. Kiedy dochodziliśmy do końca, w nasze nozdrza uderzył smród gnijącego mięsa. W dole leżały dziesiątki ciał, prawdopodobnie ludzkich, lecz z tej odległości trudno było to ocenić. Trupi odór był nie do zniesienia w tym miejscu, pospiesznie wycofaliśmy się, aby zbadać pozostałe odnogi.

Jedna zaprowadziła nas do piwniczki, prawdopodobnie bezpośrednio pod karczmą, a druga do dużych solidnych drzwi z wizerunkiem bogini wampirów – Imsmanaeil. Drzwi były zamknięte. Do akcji przystąpił Santhis. Wyciągnął swoje narzędzia i ostrożnie i powoli zaczął manipulować przy zamku. Po chwili jakaś potężna energia odrzuciła go na ścianę, z jękiem z jego płuc uszło całe powietrze. Przez chwilę nie umiał złapać tchu. Adrian podszedł do niego i wypowiedział słowa modlitwy. Santhis podziękował z wdzięcznością, gdyż ból go opuścił. „Spróbuję jeszcze raz” – powiedział złodziejaszek. Po chwili drzwi stały dla nas otworem.

Za drzwiami ukazał się postument, a na nim statuetka Imsmanaeil. W postumencie wyraźnie było widać cztery wgłębienia. Santhis, nie pytając nikogo o zgodę, wsadził czaszki w otwory. Na ścianie za postumentem zaświeciły się rysunki czterech menhirów. Kiedy rozmawialiśmy o tym, że to na pewno symbole tych kamieni, o których mówił karczmarz, drzwi za nami zatrzasnęły się i wyraźnie usłyszeliśmy zgrzyt przekręcanego zamka. Santhis doskoczył do zamka i o wiele już sprawniej odtworzył go ponownie. Za drzwiami stała jedna z dziewczyn, które usługiwały w karczmie i tego co stało się chwilę później, złodziejaszek się nie spodziewał. Służka odbiła się w jednym momencie i zaatakowała jak w amoku, okładając go nieuzbrojonymi rękoma i orając skórę paznokciami. Szybka interwencja Ziriel i precyzyjne pchniecie sztyletem zakończyło nędzny żywot służącej. Obszukałem służkę, a w tym czasie reszta zajęła się poturbowanym Santhisem. Ani przy służce, ani przy drzwiach nie było klucza. Wniosek nasuwał się jeden, to ktoś inny nas zamknął, ona tylko wartowała pod drzwiami.

Pobiegliśmy do jaskini, w której znaleźliśmy się na początku penetrowania podziemi. Za jaskinią ziemia była rozmokła od deszczu, co pozwoliło nam określić kierunek w jakim pobiegł ktoś kto nas zamknął. Po kilkudziesięciu minutach błądzenia w deszczu, w oddali w lesie zauważyliśmy jasną poświatę. Zakradliśmy się ostrożnie, to były cztery wielkie menhiry jaśniejące czteroma barwami. Między nimi, w ziemi, widać było odsłonięte przejście, na którym kiedyś musiała spoczywać ciężka kamienna płyta, teraz płyta była odrzucona. Ostrożnie zeszliśmy na dół. Naszym oczom ukazał się korytarz, kiedy zerknąłem pod nogi, zauważyłem, że brniemy po kostki w ludzkich kościach. Szkielety były wszędzie.

Na końcu korytarza widzieliśmy klęczącą postać, był to karczmarz. Wszyscy przygotowaliśmy broń. Nagle karczmarz wstał, obrócił się w naszą stronę, uniósł ręce w geście tryumfu i krzyknął „Jestem nieśmiertelny”. Na jego prawej dłoni założona była duża bransoleta, emanująca dziwną poświatą. Karczmarz sięgnął po wielki miecz u swego pasa. Prawie w tym samym momencie, w jego kierunku poleciał rzucony przez Santhisa sztylet oraz wypuszczony przez Ziriel bełt. Bełt trafił centralnie w czoło natomiast sztylet w okolicę serca. Myślę, że karczmarz nawet nie zdążył zrozumieć, iż umiera. Sprawdziliśmy, z całą pewnością był martwy. Pośpiesznie przeszukaliśmy pomieszczenie, przy zwłokach znaleźliśmy kilka sakiewek z niewielką ilością monet. Na środku sali stał pomnik Imsmanaeil, która na szyi zawieszony miała medalion. Medalion ściągnąłem. Zabraliśmy także dziwną bransoletę, którą na sobie miał niedoszły nieśmiertelny.

Wyszliśmy na powierzchnię, a tuż za granicą, którą wyznaczały menhiry, stała pewna postać. Kiedy wyszliśmy, odezwała się do nas, obnażając przy tym długie kły. Osobnik ten przedstawił się jako Marius i twierdził, że jest prawdziwym wampirem. W sumie dosyć grzecznie poprosił nas o oddanie bransolety, która to rzekomo należy do jego klanu zwanego Venga. Przez długą chwilę wahaliśmy się. Wampir chcąc pokazać, iż w walce nie będziemy mieć z nim szans, zrobił kilka nadludzko szybkich poruszeń, pojawiając się prawie, że w tym samym momencie to tu, to tam. W końcu zdecydowaliśmy się oddać naszą zdobycz. Wampir podziękował, wytłumaczył, iż należy do klanu znanego z dyplomatycznych metod, powiedział też, że zwyczajnie mamy szczęście, że trafiliśmy na niego, bo wampiry z innych klanów, gdyby to była ich bransoleta, po prostu by nas zabiły i wzięły co swoje. Doceniając naszą dobrą i mądrą decyzję, powiedział słowa, które mnie zdziwiły. „Jeśli będziecie mieli ochotę, zapraszam do naszej siedziby w Gerdenburgu, tam może mielibyśmy dla was jakieś zajęcie. Pytajcie o Piękny Teatr.”

Chwilę później, na polanie zakotłowało się od królewskich żołnierzy w czerwonych tunikach, którzy byli w karczmie. Wampir momentalnie uciekł. Goth wytłumaczył wszystko kapitanowi, a ten widząc, iż ma przed sobą przedstawiciela kościoła, potraktował nas pokojowo. W karczmie wyjaśniliśmy sobie wszystko i zostaliśmy puszczeni bez żadnych zarzutów. Dodatkowo kapitan królewskich Lerem Evra wystawił nam specjalne zaświadczenie, w którym napisał, że pomogliśmy zniszczyć przestępczy Kult Wampirów i w imieniu króla należy nam się nagroda za ten czyn. Papier ten podbił królewskimi pieczęciami i powiedział, że w Lupis, lub innym dużym mieście, możemy odebrać nagrodę.

Z rana wyruszyliśmy w dalszą drogę. Korzystając z każdej wolnej chwili, wraz z Adrianem zagłębialiśmy tajniki nowych zaklęć. Po kilku dniach na trakcie, byliśmy świadkami pewnego zajścia. Pięciu konnych atakowało kupiecki wóz, na którym ktoś się zaciekle bronił. Niewiele myśląc przystąpiliśmy do ataku. Magia połączona ze skutecznością ciężkiej kuszy Ziriel, skutecznie odstraszyła napastników. Gdy dotarliśmy do wozu, wyskoczył z niego lekko podchmielony młodzian, dziękując nam. Przedstawił się jako syn znanego w całym kraju właściciela wytwórni win, Pontimusa. W podzięce zaprosił nas na gościnę do domu swojego ojca. Jako że nie było to aż tak daleko od celu naszej wyprawy, postanowiliśmy zboczyć i skorzystać z gościny.

Poznaliśmy słynnego wytwórcę win, który ugościł nas niemal z królewskim przepychem, a za uratowanie syna wynagrodził nas 30-ma złotymi centarami. Pod wieczór gospodarz domostwa przyszedł do nas i usiłował nas namówić na to, abyśmy załatwili sprawę krzatów piwnych, co mu po piwnicach wino wypijają i potem rzygają dookoła. Rozbawiło nas to setnie, o dziwo mój ojciec nawet rozważał taką możliwość, że będziemy polować na jakieś krzaty, które pewno nawet nie istnieją. Ziriel przechadzając się po ogrodzie znalazła ciekawą kamienną bramę. Zawołała mnie, a ja za pomocą nowo poznanego czaru odczytałem magiczne inskrypcje. Okazało się iż prawdopodobnie jest to jakiś rodzaj portalu lub bramy przez wymiary. Do aktywowania go brakowało jednak pewnego kryształu o specyficznym kształcie. Byłem pewien, że na Akademii słyszałem o rodzajach kryształów, jakich używa się do tego typu konstrukcji, lecz mimo to nic nie przychodziło mi do głowy. Następnego dnia poprzez mój i Adriana niewyparzony język, rozstaliśmy się w średnio przyjaznej atmosferze z gospodarzem. Nie podejmując się wytępienia krzatów, ani nie dowiadując się niczego o tej kamiennej bramie. A przyznam szczerze, iż zaintrygowała mnie strasznie. Ale cóż, będę musiał przyznać ojcu rację, który już kilkakrotnie mi powtarzał „nie obrażaj osoby u której jesteś tylko gościem”. Z rana w dosyć grobowych nastrojach wyruszyliśmy w kierunku Lupis.