Po drodze do Lupis mieliśmy wstąpić do Zorkh, gdzie Adrian miał skorzystać z biblioteki przyświątynnej i tam wyszukać wiadomości, które mogły rzucić nieco światła na tajemniczy medalion, który ściągnęliśmy z posągu Imsmanaeil, bogini wampirów. Wykorzystywałem każdą wolną chwilę na pracę nad moim czarem, czułem, że zbliżam się już do tego momentu, kiedy do tego, by zwykłe obliczenia zaczęły stawać się gotową formułą czaru, potrzebne mi tylko dobrze wyposażone laboratorium i dużo spokoju. Z tego co pamiętałem Akademia w Lupis za odpowiednią opłatą chętnie wynajmuje absolwentom laboratoria. Wprawdzie kwoty za taki wynajem nie należą do najniższych, ale w porównaniu z tym co trzeba by było zapłacić, by skompletować własną pracownię, nie były to znów ceny aż tak ogromne. Widząc, iż praca nad zaklęciem nie posunie się bez odpowiedniej pracowni ani o krok, dokładnie zabezpieczyłem notatki i rozpocząłem studiowanie dwóch czarów, które do mojej księgi wpisał Adrian.
Z nieskrywaną ulgą przywitałem gospodę w Zorkh. W końcu w cieple i z brzuchem pełnym ciepłego posiłku mogłem zasiąść nad nowymi formułami. Dzień po przybyciu do Zorkh, kapłan Aziela udał się do przyświątynnej biblioteki, niestety pomimo dokładnych oględzin księgozbioru, nie natrafił w bibliotece na nic, co mogło by nam zdradzić przeznaczenie tego amuletu. Postanowiliśmy zatem niezwłocznie wyruszyć do Lupis, tam po pierwsze będziemy mieć dostęp do znacznie większych księgozbiorów, a ponadto odbierzemy nagrodę za pomoc w zabiciu członków Kultu Wampirów, którzy prowadzili karczmę „Albatros” i zabijali potajemnie swych gości.
Do Lupis dotarliśmy bez większych problemów i zakwaterowaliśmy się w karczmie „Grosik”. Adrian jako jedyny z nas miał stałe lokum w Lupis, zatem udał się do swojego mieszkania. Ziriel poruszyła swoje kontakty w mieście, Adrian myszkował w dużej bibliotece przy głównej świątyni Aziela, Santhis upijał się w trupa. My z ojcem cały czas spędzaliśmy w pokoju. Ojciec wydawał się być pogrążony w rozmyślaniach o Bogu, ja natomiast pilnie studiowałem nowe zaklęcia.
Ziriel zdołała się dowiedzieć, iż Shadizzar tworzył Golemy Mocy, które brały udział w wojnie z Andianem Nabadanem, który ostatecznie zniszczył Zanzibarr. Zatem prawdopodobne jest to, iż medalion ten może służyć do kontrolowania golema, nadal jednak nie wiedzieliśmy skąd wziął się w kapliczce wampirów. Osoba, z którą spotkała się Elfka, twierdziła, iż widziała symbol widniejący na rewersie w jakiejś księdze umieszczonej w przyświątynnej bibliotece. Adrian dowiedział się, że znak widniejący na medalionie symbolizuje prawdopodobnie „Ogon Diabła”, miejsce, w którym podobno Shadizzar pokonał Boga Trolli, Oze Dakhe.
Następnego dnia udałem się z medalionem do czarodzieja Palontiusa, w celu zidentyfikowania go. Mag z pewnym lękiem powiedział, iż wdepnąłem w niezłą kabałę. Medalion został stworzony przy użyciu Magii Cieni, prawdopodobnie jest on kluczem do czegoś ważnego. Niestety identyfikujący go mag nie umiał lub nie chciał powiedzieć nic więcej. Zaproponował natomiast, że może znaleźć kupca, który zaoferował by nam może nawet 70 centarów. Po tym wszystkim ostrzegł mnie jeszcze, bym nie chwalił się zbytnio tym przedmiotem, jako iż znalazło by się wielu, którzy mogliby chcieć nawet dla niego zabić. Dosyć niechętnie wskazał mi jeszcze jedną osobę, która być może zdołała by nam powiedzieć więcej o tym przedmiocie. Miał na myśli niejakiego Kaina.
„Kain” – pomyślałem i sięgnąłem pamięcią wstecz, do czasów kiedy sam uczęszczałem do Akademii. O Kainie szeptali wszyscy starsi uczniowie, był czymś jak lokalna żyjąca legenda. Chodziły słuchy o tym, że jest przywódcą półświatka Lupis, lecz nie to było takie dziwne, bo bardziej zaskakujące były plotki o tym, że ponoć jest doskonałym magiem, który pamięta czasy potęgi Zanzibarru. Ponoć jest specjalistą, jeśli chodzi o historię tego upadłego państwa. Całkiem przypadkiem wiedziałem jak skontaktować się z osobą, która ponoć ma dostęp do samego Kaina.
Po powrocie do karczmy opowiedziałem wszystko to, czego dowiedziałem się od maga. Wszyscy w karczmie stwierdzili, że szukanie Kaina i dzielenie się z nim tym przedmiotem jest zbyt ryzykowne, zatem zaniechaliśmy tego pomysłu. Ja sam stwierdziłem, iż dosyć tego siedzenia w karczmie, że dobrze mi zrobi oderwanie się na kilka godzin od studiowania zaklęć. Wybrałem się do biblioteki na uniwersytecie. Z żalem rozstałem się z pięcioma złotymi centarami i zagłębiłem się w lekturze do późnego wieczora. Jednak biblioteka okazała się warta wydanych pieniędzy. Dowiedziałem się wiele na temat amuletów podobnych do tego, który zdobyliśmy. Kiedy wiadomo było, że upadek Zanzibarru to tylko kwestia czasu, najznakomitsi magowie tego państwa tworzyli specjalnie zabezpieczone miejsca, gdzie skrywali sekrety dotyczące ich magicznej wiedzy. Medaliony niejednokrotnie służyły jako klucze do tych miejsc. Udało mi się też odszyfrować słowa wyryte na medalionie. Były to cztery słowa, przy podobiźnie golema: „władza, moc, kontrola”, a przy wizerunku góry: „tajemnica”. Korzystając z pozostałego mi czasu, szukałem wszelakich wiadomości o Magii Cieni oraz wybiegając w przyszłość i być może fakt, że udamy się kiedyś na tereny opanowane przez Trolle, wiadomości o tej rasie. Co ciekawe dowiedziałem się, iż Trolle faktycznie posiadają zdolność szybkiej regeneracji ran, a do zabicia ich potrzebny jest ogień, kwas lub specjalnie przygotowana w tym celu broń z odpowiedniego stopu rud.
Kiedy wróciłem do karczmy, na miejscu byli wszyscy, a Adrian poprosił na rozmowę mojego ojca. Byłem troszkę zdziwiony, jako iż ich relacje określałbym jako chłodne. Po pewnym czasie przyszli i Adrian oznajmił „Jestem w stanie załatwić audiencję u jednego z najznakomitszych magów Akademii, Pani Margaritty z Lupis. Jednak aby to się stało, musimy wykonać pewne zadanie, o które zostałem poproszony. Jeśli nam się uda, damy medalion do zbadania tej osobie, a prócz tego dostaniemy po 10 złotych centarów. Według Wywiadu Świątynnego, w karczmie „Rycerska” pojawiło się trzech osobników, którzy prawdopodobnie będę chcieli w jakiś sposób zakłócić Święto Niebieskiego Smoka, które odbędzie się za cztery dni. Jest to najważniejsze święto dla wyznawców Aziela. Tego dnia ze Świątyni rusza procesja, której przewodzi Arcykapłan. Zgromadzony lud przejdzie przez całe miasto zatrzymując się na modły przy pięciu kaplicach. Musimy dowiedzieć się co szykują te osoby i udaremnić im zakłócenie tego święta. Jeśli nam się uda, dostaniemy to co nam obiecano.”
Wszyscy jednogłośnie zgodziliśmy się z tym, że to zadanie dla Ziriel i Santhisa. Mieli śledzić wskazanych podejrzanych i dowiedzieć się wszystkiego. Tej nocy niestety z powodu stanu Santhisa, który był pijany jak bela, musieli sobie darować akcję wywiadowczą. Następnej nocy Elfka wraz ze złodziejaszkiem poszli na zwiad. Już rano wiedzieliśmy, że obserwowana grupa faktycznie planuje coś grubszego. Ziriel widziała jak pytali jakiegoś pijanego przechodnia czy procesja zatrzymuje się przy „Brązowym Murze”, a po twierdzącej odpowiedzi zabili pytanego. „Brązowy Mur” to ruiny spalonej onegdaj karczmy, która znajduje się dokładnie naprzeciw trzeciej kapliczki.
Z rana udaliśmy się na to miejsce, które okazało się idealnym, aby dokonać zamachu na Arcykapłana. Decyzja była jedna, musimy być tam przed nimi i zabić ich zanim oni zaatakują Arcykapłana. Postanowiliśmy, że udamy się tam około trzeciej w nocy w przeddzień święta. Ziriel wraz z Adrianem oraz z Santhisem na zmianę obserwowali karczmę, w której mieszkali niedoszli zabójcy. Mieli obserwować ich i dać nam znać gdyby jednak tamci nie udali się do „Brązowego Muru” i chcieli zasadzić się gdzie indziej. Około drugiej w nocy ze snu wyrwało nas stukanie w naszą okiennicę. To Adrian rzucał kamieniami, dając do zrozumienia, że musimy się zbierać. Jak się okazało zamachowcy wyruszyli w stronę spalonej karczmy znacznie wcześniej. Wiedzieliśmy, że nie mamy żadnych szans być na miejscu przed nimi. Wszystko zaczynało się psuć. Zamiast dobrze zorganizowanej zasadzki czekał nas frontalny atak.
Szybkim krokiem udaliśmy się w okolice karczmy. Wraz z ojcem wkroczyliśmy frontowymi drzwiami, a raczej miejscem gdzie kiedyś takowe były, reszta grupy weszła od tyłu. Na parterze, prócz kilku bezdomnych, nie było nikogo. Popatrzyłem na zbutwiałe i przepalone krokwie i wpadłem na pewien pomysł. Ktoś kto zostaje wysłany w celu zabicia Arcykapłana, nie jest pierwszym lepszym zbirem. Pomyślałem, że choć jeden z nich może mieć przy sobie cos magicznego, a jeśli tak, to zdołam go wykryć poznając tym sposobem miejsce, w którym się ukrywa. Skupiłem się i rzuciłem czar spoza matrycy, a pomysł okazał się strzałem w sam środek tarczy. Wyczułem silny impuls magii nekromanckiej, dokładnie nad nami, na dachu. Zastanowiłem się nad tym, po czym dla pewności uczyniłem ochronny znak „Tar”.
Ruszyliśmy w kierunku drabiny na dach, a po chwili przez dziurę w stropie śmignęły bełty. Jeden z nich tylko dzięki mej magicznej tarczy odbił się zanim przebił kolczugę. Adrian przytomnie, przez jedną z wielu dziur w dachu, cisnął kulę światła, która doskonale oświetlała naszych przeciwników. Przystąpiliśmy do ataku. Tak jak przypuszczałem, atakujący byli znakomitymi szermierzami i ulegli tylko pod naszą przewagą liczebną. Walka była stosunkowo szybka, lecz nie obyła się bez poważnych strat w naszych szeregach. Mój ociec ledwo trzymał się na nogach, ciężko wspierając się na swym toporze, ja krwawiłem obficie z kilku mniejszych ran. Santhis, Ziriel oraz Adrian zdołali uniknąć pokiereszowania. Obszukaliśmy ich pośpiesznie. Nie mieli przy sobie nic cennego, w oczy natomiast rzuciły nam się medaliony z wizerunkiem kobiecej czaszki. To właśnie one emanowały nekromancką magią. Santhis sięgnął po jeden z nich, po czym syknął z bólu i szybko cofnął rękę. Adrian zerwał naszyjnik końcem swojego kostura, a kiedy tylko medalion spadł na ziemię rozsypał się w proch. To samo stało się z naszyjnikiem, który za pomocą sztyletu ściągnął złodziejaszek Santhis. Przy jednym z niedoszłych zamachowców znaleźliśmy klucz z numerem pokoju w karczmie „Rycerska”.
Postanowiliśmy odwiedzić ich pokój. Mimo, iż zapobiegliśmy zamachowi, chcieliśmy znaleźć coś, co mogło nakierować nas na zleceniodawcę. Adrian udał się do domu, a my odprowadziliśmy ciężko rannego Gotha do naszej karczmy. Goth podziękował Bogu za dobrą walkę oraz wybłagał łaskę uzdrowienia dla mnie. Sam udał się na spoczynek. Ziriel, Santhis oraz ja wyruszyliśmy do karczmy „Rycerska” w celu spenetrowania pokoju zabójców. Na miejscu znaleźliśmy sakiewkę z monetami oraz list. Kiedy Ziriel przeczytała go na głos, mimowolnie wyrwało mi się „O kurwa”. Treść listu była następująca:
"Wszystko gotowe. Nasz czas nadszedł. Dni Arcykapłana są już policzone. Potrzebny do zamachu wam sprzęt, posyłam w kufrze razem z listem. Mam nadzieję, że wykonacie zadanie pomyślnie, jak zawsze zostaniecie sowicie opłaceni. Nie popełnijcie błędu. Nie wycofujcie się z podjętej misji, ponieważ zadanie i tak wykona Ten Który Was Obserwuje. A was czeka śmierć. Kufer spalcie. Zatrzyjcie wszelkie ślady. List należy bezzwłocznie zniszczyć. Współpracowaliśmy już wiele razy, ale ta misja jest najważniejsza. Nie zawiedźcie. Ku Chwale Zandary!" *
Podpisano: Sługa Świątynny Sakhasa, Niebieskiego Smoka, Adrian.
Coś tu śmierdziało i to tak, że aż mdliło. Pierwsze nasze reakcje były takie, że to Adrian nas wystawił, lecz potem zaczęło dochodzić do nas, że raczej nie miał by czasu na przygotowanie aż takiej mistyfikacji. Co więcej, wielokrotnie widziałem jego zapiski w księgach i mimo, iż nigdy nie przypatrywałem się im pod takim kątem, daje sobie głowę uciąć, że to nie jego pismo. Czym prędzej udaliśmy się do mojego ojca. Goth, gdy tylko przeczytał list, wstał z wyraźnym trudem i powiedział „Ruszajmy”. „Ojcze nie jesteś w stanie by chodzić w ciężkiej zbroi” – starałem się mu to wybić z głowy. Lecz widziałem zawziętość i wściekłość w jego oczach. „Do spalonej karczmy” – rzekł. Prowadziliśmy go, podtrzymując, kiedy nagle zachwiał się i omal nie upadł. Coraz bardziej martwiłem się o jego stan. „Musimy zawrócić” – powiedział nagle Goth. Zatrzymaliśmy przejeżdżającą nieopodal bryczkę i kazaliśmy się wieźć w stronę Świątyni Aziela. Pielgrzymka już ruszyła. Tłum był tak gęsty, że dotarcie w pobliże idących z przodu kapłanów graniczyło z cudem. Po kilkunastu minutach udało nam się jednak dostać do Adriana. Wściekły podstawiłem mu pod nos list i kazałem czytać. Spodziewałem się różnych reakcji Kapłana, ucieczki, mieszania się w zeznaniach, czy też nawet przyznania się do spisku. Adrian natomiast zachowywał się tak jakby w ogóle nie zrozumiał tego tekstu. Dopiero po chwili dotarło do niego co to wszystko oznacza. Powiedział, że musi coś z tym zrobić i ruszył w tłum. Spokojnie szliśmy niesieni przez tłum. Czujnie rozglądałem się po okolicznych dachach.
Kiedy procesja wkroczyła na rynek, rozległ się donośny głos bijących dzwonów. Chwilę później ulica zamieniła się w piekło. Arcykapłan niesiony w lektyce spadł na ziemię, wojsko zaczęło zaciskać ochronny pierścień, ludzie w ogarniającej wszystkich panice zaczęli tratować się wzajemnie. Mieliśmy tyle szczęścia, iż w tym momencie przechodziliśmy koło karczmy, w której to zdołaliśmy się ukryć. Szybko wbiegłem na półpiętro i z umieszczonego tam okna obserwowałem, to co działo się na ulicy. Nagle niewiadomo skąd na ulice na koniach wjechało wojsko, nie bacząc na ludzi tratując i roztrącając ogłupiały tłum parli w kierunku kordonu ochraniającego kapłanów. Jęki rannych i stratowanych były niczym muzyka unosząca się nad polem bitwy. Po dosłownie kilkunastu minutach wojsko zaczęło przeszukiwać dom po domu, karczma po karczmie. Już prawie mieliśmy zostać aresztowani, ale dzięki interwencji mojego ojca żołnierze odpuścili nam. Stanowisko kapłana u rozsądnych ludzi zawsze wzbudza pokorę.
Całą noc zmuszeni byliśmy pozostać w tej karczmie. Dopiero rano zgodzono się nas wypuścić. Santhis jak to on, poszedł swoimi drogami i usłyszał gdzieś na mieście, iż jesteśmy poszukiwani w sprawie zabójstwa Arcykapłana. Kiedy w końcu udało nam się bezpiecznie dotrzeć do „Grosika”, wiedzieliśmy, że musimy szybko się z tego miasta wydostać. Goth zaproponował powrót do rodzinnej wioski. Nagle pojawił się wystraszony Adrian, który też chciał wydostać się z Lupis. Kapłan Aziela powiedział nam, ze w Gardionie Wschodnim jest ktoś, kto być może pomoże nam w zaistniałej sytuacji. Jako iż Gardion był nam i tak po drodze, zgodziliśmy się na wyprawę z Adrianem. Wspólnie ustaliliśmy, że z miasta wydostajemy się pojedynczo i unikając traktów spotykamy się na granicy Wielkiego Lasu.
Uczyniliśmy tak jak postanowiliśmy. Szczęśliwie dotarliśmy wszyscy w umówione miejsce. I mimo, że podróżowanie Wielkim Lasem jest ponoć bardzo niebezpieczne, to właśnie tamtędy postanowiliśmy ruszyć do Gardionu Wschodniego.