Kronika

Kroniki V: Opactwo Austir i ucieczka z Protektoratu

Po ucieczce z Lupis drużyna szuka odpowiedzi w Opactwie Austir, u Kaina i na szlaku do Elijeh. Zamiast odpoczynku czekają ją nieudane zlecenie przy grobowcu Randalla, zaszyfrowana mapa po martwych złodziejach i kolejne rozczarowanie ukrytym skarbem.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

W wyjątkowo ponurych nastrojach wkroczyliśmy do Wielkiego Lasu. Adrian wysunął się naprzód i prowadził nas dosyć sprawnie w kierunku, w którym znajdowało się Opactwo Austir. Poruszaliśmy się czujnie, każdy z nas znał złą reputację tego lasu, to tylko wyostrzało nasze zmysły. Atmosfera była gęsta jak melasa, Goth wyżywał się na Adrianie, dogryzał mu na każdym kroku, wspominając zgniliznę, która toczy od wewnątrz Kościół Aziela. Ja, wyczuwając aprobatę ojca, nie pozostawałem w dogryzaniu Adrianowi w tyle. Wszystko co powiedział Goth, starałem się jeszcze dodatkowo bardziej demonizować. W końcu Adrian nie wytrzymał „Ta sprawa boli mnie jeszcze bardzie niż was” – mówił szybko podniesionym głosem – „Chcę zrobić wszystko, aby doprowadzić ją do końca i ukarać winnych śmierci Arcykapłana i tego, że winą za ten haniebny czyn zrzucili na nas. Więc jeśli mamy razem rozwiązać tą sprawę to zamknijcie się. Mam dosyć wysłuchiwania obraźliwych słów pod adresem mego Kościoła, dosyć mam wysłuchiwania bzdur, że jestem za wszystko odpowiedzialny. Więc albo przestaniecie, albo nie wiem, wyruszcie za Protektorat Lupis, gdzie prawdopodobnie nic wam nie grozi i zostawcie tą sprawę za sobą.” Mimo, iż ta wypowiedź była początkiem nowej kłótni, nasze uszczypliwości skierowane w kierunku Adriana stopniały jak ostatnie połacie śniegu wczesną wiosną. Szliśmy tak, wlekąc się za kuśtykającym kapłanem Aziela. Jeszcze tylko kilka razy, nie umiejąc się powstrzymać, rzuciłem kilka aluzji na temat tego, że pewno Adrian często musiał uciekać chyłkiem z Lupis, skoro tak dobrze zna ten las. Jakby naszych kłopotów było mało, rozpadało się tak, że po dosłownie kilku minutach przemoczeni byliśmy do suchej nitki.

Po kilku dniach dostrzegliśmy polanę, a nad nią dym. Ziriel, bezszelestnie niczym duch, poszła na przeszpiegi. Dosłownie po kilku minutach wróciła i zakomunikowała, że musimy zmienić trasę. Na polanie rozbiło swój obóz kilkunastu ogrów. Tak cicho jak tylko potrafiliśmy, ruszyliśmy okrążając polankę. W końcu wyszliśmy na obrzeża lasu. „Jesteśmy na miejscu” – powiedział Adrian – „Zaprowadzę was do groty, która znajduje się nieopodal, a sam udam się do klasztoru”. I tak też się stało. W końcu po kilku dniach brnięcia po kostki w błocie, w deszczu i w przenikliwym wietrze, znaleźliśmy się w odsłoniętej od wiatru i wody grocie. Widać kiedyś ktoś już tu obozował i na nasze szczęście pozostawił trochę drewna. Po krótkiej chwili delektowaliśmy się ciepłem, bijącym z niewielkiego ogniska. Po tych kilku dniach w lesie, czułem się jakbym właśnie wszedł do najlepszej karczmy. W miarę możliwości zaczęliśmy suszyć siebie oraz zawartość naszych plecaków.

Po niedługim czasie, z posępną miną, wrócił Kapłan. Wszedł w milczeniu, po czym podał nam list. Ziriel przeczytała go na głos. Nie pamiętam go dokładnie, ale postaram się jak najwierniej przedstawić jego treść. Autorem listu była osoba, do której przyjechał tu Adrian. Już sam początek listu wzbudzał niepokój. „Jeśli czytasz ten list, ja prawdopodobnie jestem już martwy.” Po odczytaniu przez Ziriel tego zdania, zasypaliśmy Adrian gradem pytań. Kapłan opowiedział nam, że w czasie wizyty u opata w klasztorze, wybuchło jakieś zamieszanie i to w tym właśnie momencie opat przekazał mu list i nakazał ucieczkę tajnym wyjściem. Dalsza treść listu dotyczyła osoby, która wynajęła nas w Lupis do tego, by „zapobiec” zamachowi na arcykapłana. W jakiś sposób osoba ta dowiedziała się o medalionie, który jest w naszym posiadaniu i zrobi wszystko, włącznie z zaangażowaniem do tego celu specjalnych jednostek bojowych, służących świątyni Aziela, aby go zdobyć. Opat sugeruje nam także, aby po pomoc udać się do Kaina, który to jest opatowi winien przysługę. Kain ponoć dysponował środkami, dzięki którym mieliśmy zostać bezpiecznie wywiezieni poza granice Protektoratu Lupis. Opat wskazywał także w liście wioskę Elijeh, sugerując abyśmy udali się do niej i tam zaczęli szukać czegoś, co pozwoli jakoś wyjść nam z tej sytuacji. Po przeczytaniu listu, zadaniu kilku pytań Adrianowi, na które i tak nie znał odpowiedzi, ustaliliśmy, że Ziriel i Adrian udają się na spotkanie z Kainem, a my poczekamy na nich do ranka za dwa dni. Jeśli ich nie będzie, spróbujemy wydostać się z Protektoratu Lupis na własną rękę. Medalion znaleziony w kapliczce poświęconej wampirze Bogini został ze mną.

Nazajutrz z rana wrócili, a wraz z nimi ludzie Kaina, przebrani za gwardzistów. Mieliśmy być przez nich bezpiecznie odeskortowani do Fortu Północnego, granicy Protektoratu Lupis z Dominium Zandary. Kilka razy byliśmy po drodze zatrzymywani przez patrole, ale dokumenty i pozycja fałszywego gwardzisty szybko studziły ich zapały. Kain musiał być faktycznie znakomitym przywódcą półświatka.

Bez większych problemów dotarliśmy do granic i tam rozstaliśmy się z naszą eskortą. Wyruszyliśmy do Zandary, a kiedy tam dotarliśmy, to wraz z ojcem udaliśmy się zobaczyć nowo powstającą świątynię Richitera. Na miejscu prawie równocześnie splunęliśmy z ojcem z pogardą. „Toż to solidny policzek Zandary wymierzony w Lorsha” – powiedziałem do ojca z nieskrywanym oburzeniem. „Lorsh już wie o tym, co tu się wyrabia, Kapłani już radzą co z tym problemem zrobić i być może przyjdzie czas, że Zandara pożałuje takiego kroku. Chodźmy stąd synu”.

Przed dalszą drogą postanowiliśmy wypocząć w jednej z karczm. Niestety nie było nam dane zbyt długo rozkoszować się spokojem i wyśmienitym trunkiem. Do naszego stolika podszedł pewien człowiek, przedstawił się jako Olaf Randall i oznajmił, że jest właścicielem dwóch zakładów krawieckich. Po tym wstępie zaproponował nam pewne zlecenie. Zanim dobrze zaczął mówić o co mu chodzi, zapytałem czemu przysiadł się właśnie do nas. „Rozejrzyjcie się panowie po tej karczmie” – wskazał ręką – „Widać, iż tylko wy właśnie z drogi wracacie, a i wasz ekwipunek odstaje jakością od reszty ludzi w tej karczmie. Ale wracając do tematu, rok temu zmarł mój ojciec i został pochowany wraz z pewnymi księgami, które są mi niezbędne do dobrego prowadzenia mojego interesu. Taaak, i właśnie chciałbym namówić panów do tego, abyście mi panowie te księgi dostarczyli.” Z wrodzoną podejrzliwością zasypaliśmy go zaraz gradem pytań, czy to się tak godzi plądrować groby i dodaliśmy z niekrytym oburzeniem za kogo nas uważa. Kupiec spokojnie odpowiedział, że ma zgodę wydaną na piśmie, zezwalającą mu zgodnie z prawem na wejście do grobowca. „Zatem dlaczego sam sobie nie pójdziesz po te księgi” – zapytałem. Tu kupiec zasmucił się i opowiedział o tym, jak to ze swym przyjacielem, zaraz po tym, kiedy minął czas żałoby, udali się po księgi. Weszli do krypty i zaskoczyła ich ilość pajęczyn, które powstały w przeciągu zaledwie roku. Zanim jednak zdążyli się nad tym zastanowić, coś wielkiego i włochatego spało na nich i ukąsiło jego towarzysza. Mimo, że udało mu się go stamtąd wyciągnąć, jego przyjaciel zmarł. Po chwili namysłu przeszliśmy do targowania i zgodziliśmy się, że podejmiemy się tego za 30 złotych centarów. Kazaliśmy mu napisać pismo oświadczające, że jako krewny wyraża zgodę na nasze wejście do grobowca i wyniesienie ksiąg. Po tym wszystkim umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Musieliśmy się przygotować. Ziriel znała w mieście pewnego alchemika, który za 18 centarów gotowy był rozstać się z trzema flakonikami antidotum na jad ogromnego pająka.

Następnego dnia kupiec zjawił się o wyznaczonej porze, lecz nie zgodził się na to, by na cmentarz iść od razu. Zażyczył sobie by zrobić to dwie, trzy godziny przed otwarciem cmentarza. Ponoć tak ustalił to z opiekunem cmentarza. Plotka o śmierci jego przyjaciela rozniosła się już po mieście i opiekun nie godził się na ponowne otwarcie krypty w momencie, kiedy to na cmentarzu będą ludzie. Z niechęcią przystaliśmy na jego warunki. Następnego dnia około czwartej rano, niechętnie wyszliśmy z cieplutkiej karczmy w zimny poranek. Szybkim krokiem dotarliśmy pod cmentarz, gdzie czekał już na nas kupiec wraz z opiekunem cmentarnym. Udaliśmy się pod kryptę, gdzie na miejscu zażądaliśmy pisma zezwalającego na wejście i wyniesienie ksiąg. „Ależ panowie, po co to wszystko, tylko wejdziecie i wyjdziecie, po co te całe ceregiele”. „Bo tak się umówiliśmy” – wykrzyknęliśmy wszyscy niemal równocześnie. Jedynie Santhis sprawiał wrażenie jakby było mu wszystko jedno. „No dobrze, może zatem napiszemy, że zezwalam na wasze wejście do krypty, czy to nie wystarczy?” „Nie!” – Znów odpowiedzieliśmy chórem. „Albo napiszesz to pieprzone oświadczenie, albo wracam do karczmy” – warknąłem w jego kierunku. „Nie po to się umawialiśmy inaczej, żebyś teraz wystawiał nas do wiatru” – rzekł Adrian. Atmosfera gęstniała. Kupiec zaczynał kręcić coraz bardziej, czułem jak wzbiera we mnie złość. „Wstałem o czwartej rano, kiedy mogłem spać, bo ty sobie nagle zmieniasz umowę?” – złościł się Goth. Powoli zaczynaliśmy otaczać kupca, a nasze koło zaciskało się na nim niczym pętla. „Ja, ja, ja chyba” – kupiec powoli zaczynał się jąkać – „zrezygnuje z waszych usług.” Miarka powoli zaczynała się przebierać. „Jak zrezygnuje?” – przez zaciśnięte zęby wycedziła Ziriel. „Wydaliśmy na przygotowanie do tego zadania 18 centarów”. Po słowach Elfki moja złość sięgała zenitu. To co stało się później, widziałem jak w zwolnionym tempie. Płynnym, nienaturalnie wolnym ruchem, wyciągam szablę. Kupiec dostrzega ten ruch, lecz sparaliżowany strachem nie wykonuje żadnego ruchu. Jedynie jego źrenice rozszerzają się powoli do granic możliwości. Szabla powolnym, lecz pewnym ruchem mknie do jego szyi. Z cichym mlaskiem wcina się w tętnicę i ścięgna, zatrzymuje się dopiero na kręgosłupie. W tym samym momencie wielkie ciepłe krople krwi lądują na mojej zmarzniętej twarzy. Jakie to przyjemne uczucie. W okolicy szyi kupca powoli kształtuje się nieregularna mgiełka krwi i buchającej od jej ciepła pary. Uśmiecham się sam do siebie, lecz szybkim szarpnięciem głowy odrzucam tą wizję. Szybkim ruchem wyrywam szablę z pochwy i przykładam kupcowi do grdyki. „Albo wypisujesz ten dokument, albo oddajesz nam 18 centarów za antidotum, które nabyliśmy albo nie ręczę za siebie” – wysyczałem słowa w jego kierunku. „Nie zabijecie mnie tu” – mówi kupiec, chyba sam nie wierząc w swoje słowa – „Skąd ma wiedzieć, że te antidotum tyle jest warte?” Bogowie, jak absurdalnie w tej sytuacji brzmią jego słowa, całą siłą woli muszę powstrzymywać swoją drżącą już w tym momencie rękę. „Chyba nie jesteś w sytuacji, w której powinieneś się targować” – rzuca mu prosto w twarz Ziriel. Kupiec mocno przerażony wylicza 18 centarów, bierze od nas butelki z antidotum i biegiem ucieka z cmentarza. Drżącą z podniecenia ręką, chowam szablę do pochwy. Szybkim krokiem wracamy do karczmy, czas się stąd wynosić.

Z samego rana wyruszamy traktem w kierunku Elijeh. I znów jak to ostatnio bywa, w drogę ruszamy w kiepskich nastrojach. To już kolejny raz, kiedy zapłata przeszła nam koło nosa. Kiedy tak podróżowaliśmy przed nami na drodze zobaczyliśmy dwie postacie, niewątpliwie walczyły ze sobą. Zaciekawieni przyspieszyliśmy kroku. Kiedy zdążyliśmy podejść do walczących, jeden właśnie padał martwy, a drugi z poważną raną osuwał się na kolana, a krwawa piana wyciekająca z jego lekko rozchylonych ust pokazywała, że umrze dosłownie za chwilę. Ranny nie był w stanie nawet przytomnie patrzeć na nas, nie mówiąc o odpowiedzeniu na jakiekolwiek pytanie. Zmarł dwie modlitwy później. Na trakcie dostrzegliśmy jeszcze krwawy szlak prowadzący w zarośla. Udaliśmy się tam z ciekawości, a naszym oczom ukazał nam się zasztyletowany podróżnik. Prawdopodobnie napadły go te dwa martwe zbiry. Przy podziale łupu nastąpiła, jak to zwykle bywa, pewna różnica zdań i poszło na noże, niestety dla nich pozabijali się z powodu chciwości wzajemnie. Jak mówi przysłowie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Skrzętni obszukaliśmy zwłoki i prócz skromnej raczej sakiewki znaleźliśmy mapę z dziwnymi zapiskami bez ładu i składu. Wieczorem Adrian przyglądał się mapie i dostrzegł, że bezsensowny na pozór ciąg znaków to prosty szyfr, który dosyć szybko przełożył na zrozumiały tekst. Czym prędzej podzielił się z nami tą informacją. Na mapie wyraźnie było napisane, że w zaznaczonym miejscu znajduje się zakopany łup. Mapa mimo iż kiepska, prawdopodobnie na szybko odrysowana z oryginału z opisami niektórych punktów, stała się czytelna. Postanowiliśmy wyruszyć w zaznaczone na niej miejsce. Aby tam się tam dostać nie musieliśmy wiele zbaczać z obranej przez nas do Elijeh drogi.

Do miejsca zaznaczonego na mapie dotarliśmy o zmierzchu. Była to zrujnowana osada górnicza, zaznaczone zaś miejsce mieściło się w kompleksie jaskiń za osadą. Postanowiliśmy przespać się w jednym ze zrujnowanych budynków. Kiedy wchodziliśmy na teren wioski usłyszeliśmy między budynkami odgłosy przemieszczających się istot. Adrian rzucił czar, który oświetlił sporą część placu. Do naszych uszu doszedł głośny pisk, na linii światła dostrzegliśmy kilkanaście małych postaci uciekających w mrok. „Myślę, że jeśli będziemy utrzymywać się w obrębie światła nic nam nie grozi” – powiedziałem. Dosłownie chwilę później istoty przeprowadziły atak. Były to Koboldy, do naszych nozdrzy dotarł ostry zapach jakby mokrej sierści psa. Ich atak był tak samo chaotyczny co niespodziewany. Bardzo szybko rozprawiliśmy się z tą śmierdzącą bandą. Reszta nocy minęła spokojnie. Rankiem razem z mapą udaliśmy się w głąb kompleksu jaskiń. Kiedy dochodziliśmy do miejsca zaznaczonego na mapie, do naszych uszu dobiegł znajomy pisk i smród. Jak zawsze w takich sytuacjach niezawodna Ziriel wybrała się na zwiad. „Wycofujemy się i to szybko, w miejscu zaznaczonym na mapie, rozbiło sobie obóz dobrze ponad setka tych śmierdzieli.” Bez większych dyskusji wycofaliśmy się z jaskini. Posililiśmy się w bezpiecznej odległości od osady i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Niemal tradycją już staje się to, że w dalszą drogę zawsze wyruszamy w grobowych nastrojach. Nasze życie przez ostanie kilka tygodni to pasmo nieustannych porażek. Bogowie nam nie sprzyjają.