Elijeh, pomyślałem, jedna z ostatnich wiosek w drodze do mych ojczystych ziemi. Jeśli by nam się udało rozwiązać tam sprawę ciążących na nas zarzutów, to postanowiliśmy z ojcem wyruszyć do jego świątyni, do Krain Mrozu. Pamiętam jak dziś, dzień kiedy Goth oznajmił mi, że jest mym prawdziwym ojcem i kiedy to wybrałem się z nim w pogoń za niewiernym psem, zdrajcą Kościoła. Mimo, iż było to całkiem niedawno, mi wydaje się, że minęło co najmniej kilka lat. Muszę się przyznać, że zatęskniłem nad chwilami, kiedy to w dusznej bibliotece, pełnej kurzu i skupionych adeptów sztuki magicznej, studiowałem stare woluminy. Zauważyłem też, że mimo wielu potyczek, moja szabla nie tnie powietrza tak szybko, jak podczas treningów w Akademii. Wiedziałem, że pobyt w świątyni ojca, da mi czas na spokojne studiowanie oraz wymyślniejsze ćwiczenia z bronią. Myślami sięgam przyszłości, gdzie ciągle rysuje mi się wizja wyprawy w miejsce, które przedstawione jest na rewersie amuletu. Wiedziałem, że będzie to wyprawa trudna i niebezpieczna, głównym problemem poza samymi trudnościami, jakie serwuje górska wędrówka, mogły być trolle. Mimo, iż wizja spotkania z tymi istotami była odległa, chciałem na takie spotkanie być przygotowany. Równocześnie wiedziałem też, że na to by być przygotowanym mnie nie stać.
Przed Elijeh po przeciwnej stronie rzeki leży małe miasteczko Arkana, jeszcze za czasów Akademii dowiedziałem się, że mieszka tam pewien mag, który handluje magią lecz raczej nieoficjalnie. „Adrianie czy myślałeś już o jakimś konkretnym zaklęciu, które moglibyśmy wspólnie nabyć? W Arkanie będzie nasza ostania szansa na jakiekolwiek zakupy.” Adrian zasępił się i odpowiedział „Cóż z tego, że myślałem, skoro dysponuję tylko 8 centarami”. Jego odpowiedzi nie na temat, doprowadzają mnie do szału. W myślach policzyłem szybko do 5 i najspokojniej jak potrafię odpowiedziałem – „Nie pytałem czy masz fundusze, tylko czy się zastanowiłeś nad zaklęciem”. „W zasadzie tak” – odpowiedział kapłan – „Myślałem o jakimś zaklęciu bojowym, zobaczymy co ten sprzedawca będzie miał do zaoferowania”. Tak postawiona sprawa bardzo mi odpowiadała, ponieważ sam też chciałem wreszcie zgłębić zaklęcie, które dotkliwe może odczuć przeciwnik. Niestety przy ustalaniu kręgu zawiodłem się lekko, okazało się, że Adrian nie czuje się na siłach, by sprostać zaklęciu 2 kręgu, więc o czarze z trzeciego nie miałem nawet co marzyć. Po dotarciu do Arkany ustaliliśmy, że najlepszym zakupem będzie czar Płomienie Agannazara. Mimo iż był to czar zaledwie kręgu drugiego, doskonale nadawał się do walki z trollami. Powoli wszystko układało się według planu. Mam nadzieję, że czar wart będzie swojej ceny. Po zakupie czaru jak i składników, zostało mi zaledwie nieco ponad 1 centar i dług wobec Santhisa, Ziriel i Ojca.
Po zakupach niczym alkoholik, który właśnie dostał swoją długo oczekiwaną porcję alkoholu, z uwielbieniem zagłębiłem się w zawiłe słowa spisane w języku magii. Formuła czaru została spisana w bardzo specyficznym, jak na drugi poziom, stylu, z ledwością rozpoznawałem i uczyłem się trudnych zwrotów zaklęcia. Wiedziałem, że ten czar sprawi mi nie lada problemy. Jeszcze nigdy nie widziałem tak niepotrzebnie wprowadzonych do wzorca utrudnień, miałem wrażenie, że osoba tworząca ten wzorzec, śmieje się teraz, myśląc o tym jak przeklinam jego osobę. Rano wyruszyliśmy w kierunku Elijeh, po nocy spędzonej nad zwojem czułem się jak martwy, animowany przez mało wprawnego nekromantę. Kiedy dotarliśmy do wioski, na jej przedpolach ukazał nam się ogromny obóz, stacjonujących tu wojsk, których celem była linia frontu rozciągająca się o kilkanaście dni drogi stąd na południe. Kiedy weszliśmy do jednej z karczm, gospodarz przywitał nas niemiłym warknięciem. „Wojsko?” zapytał i mierzył nas przy tym niemiłym spojrzeniem – „Glejt posiadacie?”. Nie mieliśmy żadnego glejtu. Na odpowiedź, że nie jesteśmy wojskowymi, ucieszył się, a jego maska niechęci opadła w oka mgnieniu – „Zapraszam, zapraszam, już podaję piwo i coś ciepłego na ząb. Pokój przygotować?”. W karczmarza wstąpiło jakby nowe życie, dwoił się i troił, aby na naszym stole niczego nie zabrakło.
Po posiłku Adrian dowiedział się od właściciela karczmy, iż nieopodal znajduje się kapliczka Aziela i postanowił, że tam skieruje swe kroki i poszuka dalszych śladów. Ja nie tracąc ani chwili czasu, wbiegłem do przygotowanego dla nas pokoju i ponownie zagłębiłem się w rozgryzanie nowego zaklęcia. Adrian wrócił po pewnym czasie i oznajmił – „Rozmawiałem z kapłanem Aziela, który aktualnie przebywa w więzieniu. Podobno został posądzony o kontakty z Salionitą, pozostającym w służbie Lorda Keth. Czeka w celi na egzekucję. Dowiedziałem się od pewnego wiernego, że kapłan od jakiegoś czasu zaprzestał pełnić obowiązki w kaplicy. Wiem też jak wygląda niejaki Felix, który był prawdopodobnie jakimś posłańcem” – tu Adrian wyciągnął kawałek pergaminu z naszkicowanym portretem Felixa. Jak się okazało, nasz Adrian miał niesamowity talent i narysował portret dzięki opisowi wiernego, którego spotkał niedaleko kaplicy. Adrian kontynuował – „Udałem się zatem do więzienia, aby odbyć rozmowę z tym człowiekiem. Zapytał mnie o hasło, a kiedy mu go nie podałem, nic nie chciał mi odpowiedzieć.” W tym momencie wtrącił się Goth „Nie pomyślałeś o tym, że możesz ściągnąć na nas podejrzenie o szpiegostwo? Co Ci strzeliło do głowy, żeby iść i jawnie rozmawiać z osobą, która ma zawisnąć za zdradę!?” Adrian chwilę się zamyślił „Jeśli mam być szczery, to nie przyszło mi to do głowy, ale jestem pewien, że strażnicy nie słyszeli o czym rozmawialiśmy. Mniejsza o to, od wiernego dowiedziałem się, gdzie jest dom kapłana, trzeba by było go sprawdzić i zobaczyć czy nie została u niego jakaś korespondencja, umożliwiająca nam zdemaskowanie spisku. Problem w tym, że przy jego domu stoi dwóch strażników i pilnują by nikt się tam nie dostał.” Jak zwykle w takich sytuacjach wszyscy spojrzeli na Ziriel i Santhisa. Wszyscy tylko nie ja. Mi przed oczami stanął obraz egzekucji, której dokonaliśmy na trzech wieśniakach za zbezczeszczenie kapliczki Lorsha. „Kiedy wieszają tego kapłana?” – zapytałem, wsłuchując się w głośne i szybkie bicie mego serca. „Może zdążymy na egzekucję, chętnie bym popatrzał” – dokończyłem rozmarzonym głosem. Bo cóż może być piękniejszego w pochmurne południe, niż widok wieszanego zdrajcy, cóż może być piękniejszego, niż strach w jego oczach, cóż może być piękniejszego, niż odgłos łamiących się kręgów oraz widok konwulsyjnych drgawek.
Niestety cała grupa postanowiła najpierw obejrzeć dom kapłana. Nie chcąc narażać się na gniew ojca, posłusznie podążyłem za nimi. Mieszkanie kapłana znajdowało się w jednej z kamienic, stojących tyłem do jednej z głównych ulic miasteczka. Dodatkową przeszkodą była, wprowadzona zaraz po zmroku, godzina wojskowa. Plan nasz wymuszał na Ziriel odegrania nietypowej roli. Miała przebrać się tak, by swym strojem uśpić uwagę strażników i zaproponować im po kuflu grzanego piwa, z dodatkiem środka odurzającego, który posiadał Santhis. Ziriel w swym nowym stroju wyglądała przecudnie, mimo iż znam ją już grubo ponad rok i wiem, że jest piękna nawet w kolczudze, to co zobaczyłem tego wieczora powaliło mnie na kolana. Wiedziałem, że plan musi się udać, chyba że strażnicy są niewidomi lub z marmuru. Niestety podczas planowania całej akcji, Santhis zapomniał dodać, że jego środek zacznie działać po około godzinie, czyli i tak już po zmroku, a co się z tym łączy, już w trakcie godziny wojskowej. Z tego powodu bezpieczniejszy plan, jak i nasze obserwowanie domostwa, nie zdały się na nic. Przegapiłem jedynie piękną egzekucję.
Ziriel i Santhis postanowili zaryzykować i zrobić to zwyczajnie po swojemu. W nocy wydostali się z karczmy przez okno i zniknęli w ciemnościach, a nam pozostało tylko udać się na spoczynek. Przed snem z wielkim zapałem zasiadłem do studiowania formuły czaru. Niestety całodzienne stanie na mrozie i wpatrywanie się w wartujących strażników, niezbyt dobrze robi na koncentrację. Trudne słowa i znaki mieszały mi się przed oczami, więc dosłownie po kilku chwilach zgasiłem świecę i udałem się na spoczynek. Nad ranem zostaliśmy obudzeni przez Ziriel. „Dom kapłana został przeszukany” – oznajmiła. „Jednak strażnicy przegapili dobrze ukryty pokoik, w którym znaleźliśmy to” – wyciągnęła ku nam rękę, w której trzymała mocno nadpalony kawałek pergaminu. Zdołaliśmy odczytać tylko kilka wyrazów: kryształ, Bezsłoneczna, udać, ważne. Słowo Bezsłoneczna, rzuciło troszkę światła na całą sprawę. Bezsłoneczna Cytadela onegdaj było to miejsce kultu smoków. Czczono tam niejakiego Ashardalona oraz wszelakie smoki. Kim lub czym był Ashardalon nie wiedziałem. Wiedziałem natomiast, że ponad 200 lat temu ogromne trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło rejony cytadeli, spowodowało, że cała budowla zapadła się pod ziemię. Legendy mówią, że ponoć dzięki smoczej magii konstrukcja nie zawaliła się, a jedynie wpadła w głęboki rów, który powstał na wskutek wstrząsów. Cóż, najwyraźniej przyjdzie nam zweryfikować słowa legendy.
Wyruszyliśmy z rana w kierunku wioski Kelte. Z tego co wiedzieliśmy, to w jej okolicach znajduje się tajemnicza budowla. Na miejscu zasięgnęliśmy języka u karczmarza, który na widok złotego centara na dłoni Santhisa zrobił się strasznie gadatliwy. Z chęcią opowiadał o Felix’ie, potwierdził, że wyruszył on do Bezsłonecznej Cytadeli, nadmienił jeszcze o tym, iż poszukiwana przez nas osoba zwerbowała syna i córkę tutejszych kupców oraz jakiegoś nieznanego karczmarzowi rycerza. Grupa wyruszyła 3 dni temu i do teraz nie wróciła, a karczmarz zasugerował abyśmy odwiedzili kupców Hucrele, którzy coraz bardziej niepokoją się o swoje dzieci i ponoć wyznaczyli nawet za sprowadzenie ich nagrodę. Kiedy karczmarz przekonał się, że złoty centar pewnie spoczywa już w jego dłoni, ostrzegł nas jeszcze o goblinach, żyjących w zrujnowanej cytadeli. Opowiedział też o dziwnym handlu, jaki co roku odbywa się między goblinami, a władzami wioski. Ponoć gobliny co roku na wiosnę przynoszą jedno magiczne jabłko, które leczy wszelakie choroby, a cała wioska zbiera się na jego zakup.
Posileni i bogatsi w nowe informacje, udaliśmy się do kupców Hucrele. W bogatym domu przyjęła nas matka zaginionej dwójki. Jak okazało się, jej syn to całkiem sprawny wojownik, córka natomiast była czarodziejką. Zadaniem naszym miało być sprowadzenie ich żywych do domu, jeśli jednak stało by się tak, że jej dzieci nie będą już żyć, mieliśmy przynieść jej rodowe sygnety. Warunki jakie proponowała były zadawalające, tym bardziej, że i tak wyruszaliśmy do Cytadeli. Od kobiety dowiedzieliśmy się także o lokalizacji szczeliny, która powstała podczas tamtego trzęsienia. Tam też mieliśmy szukać zejścia do Cytadeli.
Zaopatrzyliśmy się w jedzenie na kilka dni i wyruszyliśmy w drogę. Do ogromnej, ziejącej w ziemi szczeliny dotarliśmy po kilku godzinach marszu. Na nasze szczęście grupa Felix’a, która schodziła tu przed nami, zostawiła linę, więc nie mieliśmy problemu z lokalizacją wejścia. Zmrok zapadł już jakiś czas temu, dlatego też nie widzieliśmy końca liny. Adrian rzucił zaklęcie światła na swój kij, wciągnęliśmy linę, po czym świecący kij przywiązaliśmy do jej końca. Po opuszczeniu go na dół, naszym oczom ukazała się mała półka skalna, z której można było wejść do groty. Pierwszy zszedł sprawnie Santhis, po nim do liny podeszła Ziriel i w tym momencie usłyszeliśmy z dołu szamotaninę. Wszyscy zerknęliśmy na dół, na środku półki stał złodziejaszek, którego otaczały powoli trzy ogromne prawie metrowe szczury. Ziriel błyskawicznie i z gracją zsunęła się po linie na wpół schodząc wpół skacząc. Zaraz do liny doskoczyłem ja, niestety zbyt mocno rozhuśtałem linę i musiałem kurczowo się jej trzymać, by nie polecieć w dół. Kiedy w końcu dotarłem na dół, jeden szczur leżał martwy, a dwa pozostałe zrozumiały, że straciły przewagę i z głośnym piskiem, a raczej sykiem lub skowyczeniem uciekły w mrok. Szybko odwiązałem kij Adriana i nie zastanawiając się wiele, rzuciłem go za uciekającymi szczurami. Bogowie mi nie sprzyjają. Szczury bowiem zaraz za granicą światła, skręciły za załom, natomiast kij rzucony przeze mnie, nie natrafił w podłoże, a w przepaść, która rozciągała się za granicą widoczności. Przez krótką chwilę, w mizernym świetle szybko spadającego kija dostrzegliśmy, poniżej, potężną sylwetkę ogromnej wieży. Chwilę później staliśmy w całkowitej ciemności, nad sobą słyszałem szamoczącego się i przeklinającego Adriana, dopytującego się, gdzie jest światło.
Rozpaliliśmy pochodnie. Po krótkiej i jak na tak błahy powód, wyjątkowo ostrej wymianie słów między mną i Adrianem, który klął na czym świat stoi z powodu utraty kija, ruszyliśmy po kiepsko ociosanych schodach prowadzących w dół. Schody doprowadziły nas na coś co można by nazwać małym dziedzińcem przed wejściem do wieży. Wszędzie w około leżały porozbijane sprzęty, kawałki wozów, roztrzaskana brama, sterty brudnych i cuchnących strzępów odzieży. Goth ruszył do przodu, zdążył zrobić raptem dwa kroki, kiedy otwarła się pod nim zamaskowana zapadnia. Z łoskotem i chrzęstem stali spadł do środka. Na jego szczęście pomieszczenie pod nim nie było zbyt głębokie, jego doskonały jak na osobę w tym wieku refleks sprawił, że udało mu się zadusić wściekle atakującego go szczura, zanim ten zdążył zrobić mu wielką krzywdę. Z trudem pomogliśmy memu ojcu wyjść z pułapki. Postanowiliśmy, żeby to Santhis szedł przodem, on miał nosa do tego typu niespodzianek.
Tym razem już znacznie ostrożniej ruszyliśmy w głąb wieży. Wielkość tego budynku robiła na mnie ogromne wrażenie. Spodziewałem się po prostu jakiejś wieży, to co mieliśmy zobaczyć przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po wejściu do samej wieży, naszym oczom ukazało się na jej „tylniej ścianie” troje drzwi. Weszliśmy przez jedne z nich, a Santhis dokładnie oglądał całą okolicę. Parliśmy powoli do przodu. Za drzwiami dostrzegliśmy spore pomieszczenie, z którego bił znany nam smród jakby mokrej sierści psa. Pomieszczenie tonęło w dziwnym fosforyzującym blasku, pochodzącym od dziwnych grzybów, porastających ściany oraz podłogę. W rogu pomieszczenia stała dosyć duża solidna klatka, przed klatką w brudnym barłogu spał mały, straszliwie brudny i śmierdzący kobold. Goth podszedł do niego i bezceremonialnie obudził go kopniakiem. Kobold wyskoczył jak oparzony, krzycząc co dziwne w języku Północy. „Wy nie zabijać, wy nie zabijać, wy pomóc koboldy, ja zaprowadzić do Królowa, wy nie zabijać” – trząsł się przy tym i kulił ze strachu. Po kilku chwilach nieudolnego słowotoku z ust kobolda, dowiedzieliśmy się, że gobliny ukradły ich maskotkę, którą był mały smok. I że królowa chętnie wynagrodzi nas, jeśli odzyskamy maskotkę. Chyba nikt z nas nie brał na poważnie słów kobolda, cokolwiek było w tej klatce nie było zapewne smokiem. W końcu rozkazaliśmy, aby zaprowadził nas do swojej królowej.
Kobold prowadził nas przez szereg przeogromnych komnat, z coraz większym podziwem zerkałem na ogrom tej budowli. Gdzieniegdzie, tam gdzie ściany nie były pokryte specyficznym grzybem, można było dostrzec płaskorzeźby, na których wyryte były wizerunki wszelakich smoków. Kiedy wchodziliśmy do jednej z ostatnich sal, drogę zatarasowała nam grupa pobratymców naszego przewodnika, lecz ten wymachując i wrzeszcząc coś w swym języku sprawił, że strażnicy rozstąpili się, lecz nadal czujnie nam się przyglądali. Zostaliśmy wprowadzeni do olbrzymiej i niesamowicie długiej sali. Jej strop podtrzymywany był dwoma rzędami kolumn. Na każdej z kolumn wyrzeźbiony był owijający się na około niej smok. Kiedy doszliśmy do końca pomieszczenia, ujrzeliśmy siedzącą na tronie królową. Po krótkiej rozmowie z naszym przewodnikiem, odezwała się w języku Północy. Jej propozycja była następująca: za przyprowadzenie smoka dostaniemy 10 centarów lub 2 przedmioty, które sobie wybierzemy z tego pokoju. Po długich targach w końcu machnęliśmy ręką i postanowiliśmy zabrać jeden z magicznych zwojów i złoty kluczyk, który tkwił w paszczy rzeźbionego smoka nad tronem. Królowa rozkazała koboldowi, który nas przyprowadził, aby zaprowadził nas w część twierdzy opanowaną przez gobliny. Weszliśmy przez wskazane nam drzwi i zanim zdążyliśmy coś powiedzieć kobold już zwiał.
Ostrożnie poruszaliśmy się do przodu. Przed następnymi drzwiami zatrzymaliśmy się, a Santhis przyłożył ucho do drzwi, po chwili powiedział, że chyba czysto i otworzył drzwi. W tym momencie rozległ się donośny głos dzwonka, zawieszonego zaraz za drzwiami. Ustawiliśmy się w szyku, ja z Gothem w pierwszej linii, Ziriel z ciężką kuszą z tyłu, a Santhis już trzymał sztylet przygotowany do rzutu. Adrian przygotowywał chyba jakieś zaklęcie. Nim wrogowie pojawili się po drugiej stronie korytarza, ojciec zaniósł modły do Lorsha, by pobłogosławił nas przed walką. Poczułem jak spokój i pewność napełnia mą duszę. Wiedziałem, iż będę niczym narzędzie śmierci w rękach samego Boga. Wrogowie z impetem wlecieli w korytarz, my też nie czekaliśmy aż w nas uderzą. Zanim do garstki goblinów dotarł fakt, że to nie koboldy są powodem ataku, leżeli już, zdychając we własnych, rozlanych po korytarzu wnętrznościach. Parliśmy do przodu, wyżynając po drodze jeszcze kilku goblinów. Część zdążyła się jednak wycofać i udać za barykady, do których prowadziła inna droga. Poprosiłem Adriana by rzucił światło za barykady. Widzieliśmy ich jak na dłoni. Na końcu korytarza, za około metrową barykadą z potrzaskanych mebli oraz starych zbroi, kłębiło się kilku goblinów. Ogarnięty rządzą zabijania rzuciłem czar Tarcza i ruszyłem biegiem do przodu. W ciemności ogarniającej korytarz nie zauważyłem stalowych kolców, w żargonie bojowym zwanych pajączkami. Wdepnąłem na jeden z nich i długi na kilka centymetrów kolec boleśnie zranił moją nogę. Kulejąc i przeklinając zawróciłem. „Ojcze, możesz coś z tym zrobić?” Goth bez zbędnych słów przyklęknął i zmówił błagalną modlitwę do Boga. Poczułem jak ból mija, jak rana zrasta się. Wściekły do granic możliwości wiedziałem jedno, chcę zabijać. „Co teraz zrobimy?” – zapytał ktoś z drużyny. Ignorując ich biadolenie przyzwałem Unoszący się Dysk Tensera. „Wskakuj ojcze”, wskazałem okrągłe pole siłowe, drogo za to zapłacą, wskazałem na pajączki. Wskoczyłem na dysk i dobrze ponad metr nad ziemią sunęliśmy z szybkością w kierunku barykady. Ojciec mruczał słowa modlitwy. Poczułem nagle jak moja skóra robi się jakby twardsza i suchsza. Pierwsze skojarzenie to tak jakby była z kory. W myślach podziękowałem Lorshowi. Gobliny, w ogóle nie przygotowane na taki przebieg sytuacji, w panice zaczęły pospiesznie strzelać ze swych kusz. Starałem się jak najczęściej manewrować dyskiem to w lewo to w prawo. Na szczęście w tym chaosie i zamieszaniu tylko dwie strzały dosięgły swego celu. Jedna nie przebiła nawet mojej magicznej tarczy, druga natomiast tylko delikatnie drasnęła mojego ojca. Wprost z dysku, wskoczyliśmy w grupę nadal zdezorientowanych goblinów. Wraz z ojcem, dysząc i sapiąc ze zmęczenia, urządziliśmy im krwawą łaźnię. Niestety jeden lub dwóch skorzystało z zamieszania i uciekło. Wiedzieliśmy, że wróży to tylko kolejny, tym razem lepiej zorganizowany opór. W korytarzu wolno posuwali się Adrian, Santhis i Ziriel oczyszczając drogę z pajączków.
Odpoczęliśmy chwilę, złapaliśmy drugi oddech i ruszyliśmy korytarzem dalej. Po dosłownie kilkudziesięciu metrach i dwóch zakrętach, dotarliśmy do drugiej barykady. Tym razem gobliny siedziały za nią, nie wychylając nawet nosa. Było ich więcej niż poprzednio. Zatem atak z Dysku Tensera okazałby się zbyt niebezpieczny, to raz, a dwa, gobliny, które uciekły z poprzedniej barykady, na pewno uświadomiły już tutejszych obrońców. Z pomocą przyszedł w tej sytuacji Adrian. Po krótkim namyśle rzucił zaklęcie Rozdrażnienia, za pomocą magii, wyzwał gobliny najgorszymi wyzwiskami i obelgami jakie można sobie wymyślić, a wszystko to spotęgowane dawką magii. Efekt był zaskakujący, gobliny z furią i pianą na ustach, ruszyły do pozbawionego ładu i składu ataku, porzucając barykadę. Wynik tej walki łatwy był do przewidzenia. Tym razem nie ocalał żaden z zielonoskórych.
Przy następnych drzwiach nie musieliśmy nawet przykładać uszu do drzwi, by usłyszeć dobiegające zza nich hałasy. Ostrożnie otwarliśmy drzwi i naszym oczom ukazał się szamoczący się po całym pomieszczeniu mały, o Bogowie, biały smok. Chyba nikt z nas nie był na to przygotowany. Smok, kiedy tylko nas zobaczył, wskoczył na stół i zaczął głośno syczeć w naszym kierunku. „Odsuńcie się” – powiedziałem i uczyniłem znak Tar, wykorzystując resztki mej magicznej mocy. Sam nie wiedziałem, czy to coś pomoże, nie miałem pojęcia czego można spodziewać się po młodym smoku. Powoli wszedłem do środka ze słowami – „Jesteśmy tu po to, żeby cię uwolnić, nie chcemy cię skrzywdzić.” Nie wiem czego się spodziewałem, że smok mi odpowie, że zrozumie? Niestety tak się nie stało, smok nabrał potężną porcję powietrza, a ja nie czekałem co się ma stać i rzuciłem się do tyłu. Z pyska smoka wystrzelił strumień lodu, który uderzył w posadzkę tuż przede mną, a temperatura w pomieszczeniu spadła gwałtownie. Wycofaliśmy się. Wszyscy zrozumieliśmy nagle, że przecież nie możemy oddać smoka koboldom. Postanowiliśmy, że zostawimy mu otwarte drzwi i niech się sam wydostanie. My ruszyliśmy dalej.