Kronika

Kroniki VII: Felix i Bezsłoneczna Cytadela II

Dalsza wyprawa w głąb Bezsłonecznej Cytadeli przeradza się w kosztowną walkę z goblinami, cieniem i splugawionym ogrodem Belaka. Śmierć Santhisa, brak Felixa i tajemniczy worek z runami zostawiają drużynę z poczuciem zwycięstwa, które niczego nie domyka.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Obok pomieszczenia ze smokiem znaleźliśmy mały loch, w którym siedział uwięziony gnom oraz kilka koboldów. Otwarliśmy klatki. Gnom podziękował nam wylewnie i przedstawił się jako Erky Timbers, powiedział też, iż jest kapłanem Natien. Postanowił, że nie będzie ryzykował samotnego powrotu do wyjścia, od poległych goblinów zabrał miecz i tarczę i ruszy z nami. Dotarliśmy do bliźniaczego pomieszczenia, jakie wcześniej widzieliśmy w miejscu, gdzie siedzibę miała królowa koboldów. Długa i szeroka komnata z dwoma rzędami kolumn. Jednak pomieszczenie różniło się od tamtego, całe było wypełnione dziwną mgłą, być może para powstała na wskutek różnic temperatur. W pomieszczeniu było bowiem zadziwiająco chłodno. Powoli szliśmy wśród jednej ze ścian, tak by nie zgubić się we mgle. Dotarliśmy do jakichś drzwi, za którymi krył się jeden z kolejnych tuneli. Tylko dzięki czujności Ziriel, nie wpadliśmy w kolejną z pułapek. Ziriel wskazała nam odpowiednią drogę. Czułem, że powoli opadam z sił, lecz jeszcze na ten temat nie zamierzałem się wypowiadać. Nie chciałem, by ojciec pomyślał, iż jestem ulepiony z innej niż on gliny. Parliśmy niestrudzenie do przodu, wytężając słuch oraz wytrzeszczając oczy przy nędznym świetle pochodni. Byłem zły na całą sytuację, moje zasoby magiczne wyczerpały się, byłem niewyspany, a ramiona bolały mnie od ciągłego machania szablą. Lecz nikt się nie skarżył, więc i ja siedziałem cicho.

W pewnym momencie Ziriel podniosła rękę, dając znać byśmy się zatrzymali. Ostrożnie wychyliła się za róg. „Dwa gobliny stoją i pilnują, chyba drzwi po lewej stronie korytarza.” Zanim grupa skończyła decydować co robimy, wybiegłem z obnażoną szablą, znudzony i zdenerwowany ciągłymi podchodami. Gobliny, gdy tylko zobaczyły jednego przeciwnika, ruszyły w moim kierunku. Pierwszy padł z bełtem w krtani, drugi natomiast obrócił się zwinnie i pobiegł w głąb korytarza. Kiedy dobiegałem za nim do końca korytarza, usłyszałem głosy kilku goblinów. Adrian w tej chwili otwierał drzwi, po czym pospieszne je zamknął i zaczął je z całej siły blokować. Chciałem wywrzeć odpowiednie wrażenie na naszych przeciwnikach za następnym zakrętem. Podszedłem do martwego goblina i kilkoma ciosami szabli pozbawiłem go głowy. Chwyciłem ją za tłuste brudne włosy i z całą siłą rzuciłem w kierunku końca chodnika. Miałem nadzieję, że makabryczna przesyłka zrobi na nich wrażenie i pozbawi ich już i tak wątłego morale. Powoli zacząłem wracać do trzymanych rozpaczliwie przez Adriana drzwi, kiedy to usłyszałem za sobą dziwne ni to kroki, ni to szuranie. Zza zakrętu wyłoniło się coś na kształt około metrowego drzewa o grubym pniu i konarach naszpikowanych grubymi kolcami. Konary do złudzenia przypominały długie silne ramiona. W tym momencie przestałem interesować się tym, co dzieje się za mną, słyszałem tylko, że drzwi w końcu otwierają się z hukiem, a Goth wzywa Boga w bojowej pieśni.

Stanąłem w pozycji bojowej, wiedziałem, że mogę liczyć tylko na moją szablę. Bogowie, jakże śmiesznie wyglądała ona przy grubym pniu i masywnych konarach. Kiedy drzewo przepuściło pierwszy atak, koło mnie zmaterializował się jak z podziemi Santhis. Jego obecność dodała mi otuchy. Razem naparliśmy na drzewo. Czułem się idiotycznie, gdy raz po raz odłupywałem istocie troszkę drzazg. Santhis w ataki włożył chyba więcej serca, bo w kilku miejscach na konarach pojawiły się głębokie bruzdy. W końcu drzewo nagle znieruchomiało. W chwile potem ucichły też odgłosy walki za nami. Goth stał ciężko dysząc, a z jego topora dosłownie strumieniem lała się krew.

Dosłownie po kilku chwilach znów usłyszałem jakieś odgłosy zza zakrętu, z trudem podniosłem szablę. Lecz ku mojej radości usłyszałem „Paktować, paktować, my chcieć paktować”. Jak się okazało za zakrętem była sala, w której na tronie siedział wódz goblinów. Prócz wodza w komnacie było jeszcze dwóch goblinów i dwóch hobgoblinów. Od wodza goblinów dowiedzieliśmy się, że czwórka, której poszukujemy zastała pojmana i oddana niejakiemu Belakowi, bo tak sobie zażyczył. Santhis wypatrzył na palcu wodza sygnet rodowy domu Hucrele. Dowiedzieliśmy się, że tylko dwoje przeżyło. Wódz proponował nam, że przepuści nas na dół, w zamian my nie będziemy atakować już jego wojowników, ani jego kobiet i dzieci. W rogu komnaty sterczała ogromna kolumna porośnięta bluszczem, a według słów wodza, to właśnie tam znajduje się Belak i to tam przetrzymuje więźniów. Wycofaliśmy się i postanowiliśmy się naradzić. Wszyscy za wyjątkiem Adriana uważaliśmy, że absolutnie nie możemy zaufać zielonoskórym i że powinniśmy ich zabić. W końcu kapłan Aziela uległ. Wprawdzie nie pomógł nam zbytnio w walce z wodzem i jego sługusami, ale też nie przeszkadzał, a to już coś. Weszliśmy do komnaty, mówiąc, że postanowiliśmy skorzystać z ich oferty. Nie wiem czy nasze kłamstwo pozwoliło się im rozluźnić, ale potem wszystko potoczyło się według planu. Ziriel strzeliła w wodza, niestety jakimś cudem chybiając, widać nie tylko mnie zmęczenie przygniatało straszliwie. Na nasze szczęście walka skończyła się zanim daliśmy się zabić.

Po walce usiadłem na ziemi i powiedziałem, że muszę się przespać. Znalazłem kawałek wolnej od krwi podłogi i uwaliłem się jak długi. Zasnąłem szybko, jeszcze szybciej obudziłem się. Zaczęły szarpać mną straszliwe torsje. Widziałem, że smród oraz klimat tych pomieszczeń nie nadaje się na odpoczynek. Santhis gmerał coś przy skrzynce, którą znalazł przed tronem wodza. Dosyć wprawnie operował wytrychami, kiedy nagle z głośnym syknięciem szybko cofnął rękę. Z jego nadgarstka sterczała długa na jakieś 4 centymetry igła. Ziriel doskoczyła do niego, szybko wyciągnęła igłę. Przyjrzała się ranie, powąchała igłę i ze śmiertelnym spokojem powiedziała „Jeśli się nie mylę, to ta trucizna zabije go bardzo szybko, jeśli nie znajdzie się antidotum. Znacie się na truciznach?” – Skierowała to pytanie do kapłanów. Zarówno Adrian jak i Goth przecząco pokręcili głowami. „I wy chcecie abym ich wyznawał” – prawie już obłąkańczo śmiał się Santhis. Gnom powiedział „Poproszę moja panią Natien, wszystko w jej rękach.” I zaczął się gorliwie modlić. „W nią prędzej uwierzę” – nadal obłąkańczo śmiał się Santhis – „Wasze bóstwa nawet nie potrafią usunąć trucizny.” Po tych słowach skonał.

Chwilę staliśmy w ciszy, przeżył tyle walk i zabiła go taka mała igiełka, pomyślałem. Ostrożnie otworzyliśmy skrzynkę i Ziriel dokładnie pozbierała jej całą zawartość. Postanowiliśmy czym prędzej opuścić się na dół. Kiedy dostaliśmy się na dół, w nasze nozdrza uderzył smród jeszcze gorszy niż w siedzibie goblinów. Myślałem, że nic nie może bardziej śmierdzieć, niż goblińskie siedliszcze. Jakże się bardzo myliłem. Stąpaliśmy po kostki w czymś na kształt ni to ścieku, ni kompostu. Dookoła walało się pełno szczątków ogromnych szczurów, gnijących goblinów, oraz koboldów. Pełno było też gnijących i butwiejących roślin. Z obrzydzeniem ruszyliśmy przez tą śmierdzącą breję.

Nie uszliśmy kilkudziesięciu kroków kiedy, za plecami usłyszeliśmy odgłos pluskających w tej brei kroków. Z wyjścia tuż za nami wyszła dziwna, duża istota, a koło niej maszerowały dwa ogromne szczury. Istota wydała rozkaz szczurom i sama tez przystąpiła do ataku. Widać przyzwyczajona była do eksterminacji koboldów, nie znała ludzkich stylów walki. Zwinnie udało mi się uniknąć jej niezgrabnego, aczkolwiek na pewno silnego ciosu i zatopiłem koniec szabli w odsłoniętej szyi przeciwnika. Ze szczurami, pozbawionymi swego pana, rozprawiliśmy się szybko.

Chodziliśmy tak od pokoju do pokoju, coraz bardziej zaskoczeni. Wszędzie, dosłownie wszędzie, zamiast posadzki były nietypowe grządki z jeszcze bardziej nietypowymi roślinami. Po drodze spotkaliśmy jeszcze kilku osobników z rasy, której przedstawiciel zaatakował nas wraz ze szczurami. Lecz oni padli szybko i zaskoczeni, nie byli uzbrojeni, chyba że w kopaczki i wiadra z nawozem. Po drodze zobaczyliśmy kilka dziwnych pomieszczeń przypominających destylarnię, sale operacyjną oraz jakieś laboratorium alchemiczne. Gdzie nie wchodziliśmy, gobliny nie były przygotowane na wizytę zbrojnych gości. W destylarni gobliny zostały zabite, gdy swymi śmierdzącymi nogami wygniatały sok z jakichś dziwnych owoców w dużej balii. Ich krew zapewne wzmocni smak destylatu. W laboratorium oraz w sali operacyjnej, gdzie na stole leżał wielki pokryty ropiejącymi wrzodami szczur, gobliny zginęły zadźgane, kiedy kryły się pod stołami. Nie zostawialiśmy nikogo żywego za sobą. W pewnym momencie doszliśmy do sali, na której końcu stało coś na wzór ołtarzyka. Rzeźba przedstawiała dostojnego smoka. Przed ołtarzykiem w podłodze troszkę niżej od jej poziomu widniała płyta. Ziriel podeszła sprawdzić, czy to aby nie kolejna pułapka, która tylko ujawniła się podczas wstrząsów. Kiedy nachylała się nad płytą, nagle bez praktycznie żadnego dźwięku z rogu komnaty wyłoniła się dziwna cienista istota, która rzuciła się na Ziriel. Chwyciła Elfkę za szyję i poczęła ją dusić. Ledwo zdążyłem krzyknąć – „Ziriel uważaj” – i wyciągnąć szablę, a cienista istota rzuciła się w naszym kierunku. Ojciec szybko wyciągnął przed siebie swój medalion i wypowiedział słowa modlitwy nakazujące powrócenie mrocznej istocie tam skąd przybyła. Egzorcyzm się udał, podbiegliśmy do Ziriel, która z trudem podnosiła się z podłogi, wyglądała na wyczerpaną. „Myślę, że odesłałem tą istotę tam skąd przybyła” – powiedział Goth. Elfka mimo tego, iż kiepsko wyglądała, zebrała się w sobie i ruszyła naprzód.

Dotarliśmy do ostatniej komnaty, która była biblioteczką. Z ogromnym zainteresowaniem przeglądałem tytuły woluminów. Większość z nich traktowała o szeroko pojętym rolnictwie, sadzeniu roślin, ich przyroście itp. Na jednej z półek odnalazłem specyficzny pergamin. Pokazałem go kapłanom, byli co najmniej zdumieni, według ich słów był to pergamin kapłański. Z tego co się orientowałem to bardzo cenny i rzadki przedmiot. Niestety na szybko nie umieli znaleźć jego zastosowania. Skryłem go zatem razem z moimi pergaminami do tuby. Rozejrzałem się po wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu, na ich twarzach rysowało się niewyobrażalne wprost zmęczenie i ból. Obeszliśmy cały kompleks za wyjątkiem jednej odnogi. Byliśmy tam wcześniej, ale zrezygnowaliśmy z przedzierania przez „ogród” cały porośnięty cierniami, tym bardziej, iż na środku tegoż ogrodu stały dwa karłowate drzewka podobne do tego, z jakimi walczyłem wcześniej w korytarzach. Cóż, skoro obeszliśmy wszystko i to była jedyna droga, wkroczyliśmy do ogrodu karczując ostre pnącza porastające całe podłoże. Nie uszliśmy dobrych 15 metrów, kiedy to drzewa przeprowadziły szturm. Im kolce i pędy porastające podłoże nie przeszkadzały wcale. Na szczęście byliśmy na taki atak przygotowani, Goth ciął swym potężnym toporem na lewo i prawo, szybko pozbawiając dziwne istoty życia. Po jeszcze kilku metrach brodzenia w ostrych pnączach naszym oczom ukazał się żywopłot ukształtowany w formie obszernego koła. Obchodziliśmy go ostrożnie, aż dotarliśmy do wyrwy.

W środku tego specyficznie odgrodzonego placu stało drzewo z jednym tylko srebrnym owocem. Przed nim, tyłem do nas, stały wpatrzone w nie trzy postacie. Kobieta i dwóch mężczyzn, z czego jeden zakuty w ciężką zbroję. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że nie ma tu Felix’a. Prawdopodobnie to córka kupca, który nas najął oraz rycerz, który wyruszył z Felixem wedle słów karczmarza z Kelte. Ten trzeci to musiał być Belak, właściciel i twórca tego wszystkiego. Druid, tak go sobie w myślach nazwałem. Obok drzewa niczym strażnicy, nieruchomo stały znajome już nam metrowe drzewka. Wiedziałem, że coś mocno jest nie tak, czułem, że zarówno czarodziejka jak i rycerz będą wrogo do nas nastawieni. Utworzyłem znak Tar. Druid dopiero jakby teraz nas usłyszał, obrócił się, a wraz z nim pozostałe dwie postacie. „To wy wtargnęliście do mego domostwa i to wy zabiliście i niszczyliście moje istoty, będziecie musieli za to zapłacić…” Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co miał na myśli, mówiąc te słowa, ponieważ Ziriel gwałtownie poderwała kuszę i strzeliła w kierunku Druida. Chybiła, drugi raz dzisiejszego dnia chybiła. Widać zbyt duże zmęczenie i nerwy dawały znać o sobie. Druid nie musiał nic mówić, rycerz i drzewa jak na komendę ruszyły z furią do ataku. Chciałem jak najprędzej ubić czarodziejkę, lecz rycerz zagrodził mi drogę do niej. Goth natomiast biegł w kierunku wywijającego kijem i najwyraźniej rzucającego jakieś zaklęcie Druida. Ziriel i gnomi kapłan Natien, Erky, odpierali ataki drzew. Nim Goth doskoczył do Druida, jego ciało pokryło się twardą skałą i znieruchomiało. Ojciec okręcił się na stopie i na odlew ciął czarującą właśnie kobietę. Reszta walki umknęła mi, ponieważ robiłem wszystko, by przetrzymać atakującego z furią rycerza. Ciosy jego olbrzymiego dwuręcznego miecza, były właściwie nie do sparowania moją szablą. Dlatego też całą swoją uwagę poświęciłem na uskoki, modląc się aby pożyć tak długo, by któryś z moich kompanów pomógł jakoś się z nim rozprawić. Kilka razu uskoczyłem i widziałem jak jego ciężki miecz ze świstem młóci tylko powietrze, raz nawet miałem na tyle czasu, by wyprowadzić szybkie cięcie, niestety moja szabla odbiła się od pancerza jak od skały. Sam dostałem trzy potężne ciecia, które prawie za każdym razem o mało nie powaliły mnie na kolana. Żyłem tylko dzięki mej zbroi i korowej skórze, którą w ostatniej chwili wybłagał u Lorsha mój ojciec. I wtedy, kiedy myślałem, że to już koniec, stał się cud. Z boku, z wielkim impetem i szybkością, rycerza zaatakowała Elfka. Pierwszy cios jej sztyletu z głośnym, nieprzyjemnym zgrzytem zjechał po napierśniku. Rycerz jakby nie zwracał w ogóle na to uwagi, drugi cios był słabszy, ale pchnięcie było precyzyjne, ostrze sztyletu wbiło się w łączenie płyt pod pachą. Rycerz zawył z bólu. Ostry, cienki i długi sztylet z łatwością przedarł się pod umieszczoną pod płytami kolczugę. Rycerz odczuł cios, musiał teraz uważać na dwóch przeciwników. Spod napierśnika zaczęła wylewać się, dosyć pokaźnym ciurkiem, rzeka szkarłatu. Mimo to rycerz dalej walczył zawzięcie. Ziriel znów odczekała, wiedząc, że atakowanie sztyletem kogoś w takiej zbroi na oślep nie da żadnych rezultatów. Zakończyła wszystko jednym precyzyjnym pchnięciem, tuż nad elementem ochraniającym szyję. Rycerz padł.

Rozejrzałem się po okolicy, nasi przeciwnicy nie żyli. Wypuściłem szablę z dłoni i osunąłem się, niemal tracąc przytomność. Krew miałem dosłownie wszędzie i pierwszy raz od dawna to była wyłącznie moja krew. Ojciec podszedł do mnie i dzięki mocy Lorsha uzdrowił me ciało. Obszukaliśmy wszystko, szukając jakiejkolwiek informacji o Felix’ie, niestety nic nie wskazywało na to, że jesteśmy choć krok bliżej od znalezienia sposobu by zrzucić z nas zarzuty. Ciekawą rzeczą okazała się sakiewka, pokryta siateczką run. Przypuszczałem, iż w środku może być kryształ, o którym była mowa w nadpalonym liście. Niestety nie byłem w stanie nic wtedy wyczarować, byłem zbyt zmęczony. Postanowiliśmy wszystko co znaleźliśmy sprawdzić na powierzchni, w miasteczku. Wracaliśmy w ponurych nastrojach, źli na cały świat, znów wszystko poszło nie tak. Chciałem wyć. Gdy w drodze powrotnej przechodziliśmy koło pomieszczenia, gdzie uwięziony był smok, nadal było słychać dobiegające hałasy. Smok zamiast korzystać z wolności, dalej demolował pomieszczenie. „W dupie mam tego zasranego smoka” – powiedziałem. Wydarzenia, które miały miejsce, od momentu kiedy go odkryliśmy, sprawiły, że z miłą chęcią oddałbym go koboldom nawet za srebrnika, gdybym tylko wiedział jak go tam przetransportować. Opuściliśmy Cytadelę i udaliśmy się do karczmy, aby tam debatować nad tym co zrobimy dalej… Bogowie nam nie sprzyjają.