Sytuacja nie wyglądała ciekawie, smoczek najwyraźniej nie był w najlepszym nastroju, a my nie bardzo wiedzieliśmy co mamy z nim zrobić. Po krótkiej naradzie zaproponowałem żebyśmy zostawili te stworzenie w spokoju niech, się samo o siebie zatroszczy, a my wrócimy do poszukiwań, z powodu których się tutaj znaleźliśmy.
Pomieszczenie, do którego weszliśmy w następnej kolejności było bardzo podobne do jednego z poprzednich, które widzieliśmy u koboldów. Była to podłużna sala z ustawionymi w szeregu kolumnami, na których wyrzeźbione były smoki. W całym pomieszczeniu unosiła się nieprzyjemna mgła, która utrudniała nam poruszanie się. Gdy tak obchodziliśmy te pomieszczenie usłyszeliśmy za jednymi drzwiami odgłosy sporej grupy goblinów. Nie wiedzieliśmy ile ich tam może być, więc postanowiliśmy ominąć te pomieszczenie i iść znalezionym wcześniej korytarzem. Jednak nasz plan się nie do końca powiódł, ponieważ, gdy szliśmy tym drugim korytarzem, usłyszeliśmy przed sobą hałasy. Jak się można było domyśleć zaatakowały nam gobliny. Jakby tego było mało Adrian w przypływie niezrozumiałych dla mnie myśli otworzył jedne z bocznych drzwi prowadzące do pokoju pełnego goblinów. Jak tak spojrzałem na to co się działo w korytarzu, o mało nie roześmiałem się. My z Gotrekiem walczyliśmy z goblinami, a Adrian trzymał drzwi, za które szarpały gobliny, próbujące się do nas dostać. Gdy rozprawiliśmy się z wrogami Adrian puścił drzwi, a ja wpadłem do środka, aby zaszarżować na te pokurcze. Jednak gobliny te nie były takie głupie i gdy wpadłem do środka, napotkałem kilka ostrzy zmierzających w moją stronę. Tylko dzięki mojej zbroi i mocy mojego boga udało mi się odeprzeć większość ataków. Tymczasem z korytarza zaatakował nas jeszcze jeden dziwny stwór. Nie znam się na powoływaniu do życia roślin, ale to najprawdopodobniej był jakiś drzewiec albo coś takiego. Drzewiec ten wysoki na półtora metra atakował swymi rękami/gałęziami, a naprzeciw niego stał mój syn. Gdy tak na to patrzę to cieszę się, że widać w Gotreku odwagę mojego rodu i jestem pewien, że jeszcze świat o nim usłyszy. Gdy zabiliśmy wrogów, ja gobliny, a Gotrek drzewca, zamknęliśmy się w korytarzu zastanawiając się co dalej.
Tymczasem z oddali usłyszeliśmy głos goblina, który łamanym językiem krzyczał, że chcą paktować. Dawno głupszej rzeczy nie słyszałem, ale Adrian ochoczo ruszył do paktowania. Widać, że nie miał za dużo do czynienia z tymi stworami, inaczej wiedziałby, że nie można z nimi zawierać żadnych umów, ponieważ przy pierwszej nadarzającej się okazji gobliny ją złamią.
Gdy Adrian i Ziriel poszli paktować, ja z synem odpoczywaliśmy po walce i dziękowaliśmy bogu za opiekę. Gdy nasi negocjatorzy wrócili, powiedzieli, że dowiedzieli się od kogoś kto mieni się „królem goblinów”, że ludzie, których szukamy, są na niższym poziomie świątyni i gobliny pozwolą nam do nich zejść, jeżeli obiecamy, że nie będziemy ich atakować. Pomysł od razu wydał mi się absurdalny i powiedziałem, że jak tylko chwilkę odpoczniemy, to wejdziemy do tego pomieszczenia i zabijemy te kreatury.
Tak też zrobiliśmy… walka nie trwała długo i gdy ja opatrywałem głęboką ranę, którą mi zadał jeden z przeciwników, Santhis podszedł do skrzyni, która stała w pomieszczeniu. Widziałem kątem oka, że się jej przygląda i po chwili wyciągnął wytrychy, aby ją otworzyć. Po chwili usłyszeliśmy jakiś mechanizm i Santhis odwrócił się do nas, patrząc na swoją rękę, z której wystawała mała igła. Jak się okazało skrzynia była zabezpieczona pułapką z zatrutą igłą.
Nie bardzo wiedzieliśmy co robić, ja się nie znam na truciznach, bo to broń dla słabeuszy, ale z pomocą przyszedł uwolniony przez nas gnomi kapłan Natien. Powiedział on, że może poprosić boginię o uleczenie naszego złodziejaszka. Ze sceptycyzmem obserwowałem jak kapłan się modlił, a Santhis robił jakieś głupie miny. Po odmówionej modlitwie, kapłan powiedział, że teraz bogini oceni czy Santhis jest godzien jej mocy. Zgodnie z moimi przypuszczeniami tak się nie stało, kilka minut później złodziejaszek leżał martwy u naszych stóp. Nawet nie było mi go żal, nie przypadł mi do gustu i nie uważałem go za godnego podróżowania ze mną.
Gdy ustaliliśmy, że nie możemy teraz zawrócić, aby pochować Santhisa na powierzchni, zdecydowaliśmy się zejść na dół i doprowadzić naszą sprawę do końca. Jako że nie było żadnych schodów, opuściliśmy się na dół na linie od Ziriel. Od razu zaatakował nas potworny smród. Pomieszczenie zalane było do kostek w gnoju, a dodatkowo wszędzie leżały martwe szczury. Widok był okropny, nie mam pojęcia co się tu wyrabia, ale odpowiedzialni za to muszą się spotkać z moim gniewem. Żadnej ze świątyń nie powinno się traktować w ten sposób, są to miejsca poświęcone bogom i jako takie zasługują na szacunek.
Rozpoczęliśmy eksplorację dolnej części świątyni. W gęstwinie pomieszczeń jakie tu zastaliśmy, spotkaliśmy jeszcze kilka goblinów wykonujących prace ogrodnicze… Poważenie się zastanawiałem kto zmusił te kreatury do uprawiania czegokolwiek, bo chociaż rośliny, które pielęgnowali nie przypominały niczego zjadliwego, to do tej pory nie spotkałem się z goblinami, które opiekują się czymkolwiek. W pomieszczeniach natknęliśmy się również na gatunek goblinów, który widziałem pierwszy raz, jak się dowiedziałem nazywają się bugbearami i są dużo większe niż gobliny. Dodatkowo mają spore rogi, jednak umiejętnościami walki nie przewyższają zbytnio goblinów.
W trakcie przeszukiwania pomieszczeń, natknęliśmy się na biblioteczkę, większość książek mówiła o hodowaniu roślin, ale znaleźliśmy również coś innego, ciekawszego. Był to zwój kapłański poświęcony przez Beshiaha. Ktokolwiek go stworzył, musiał być gorliwym wyznawcą tego boga, ponieważ tylko nieliczni doświadczają przywileju stworzenia takiego przedmiotu. Zabraliśmy zwój ze sobą, aby go później przebadać. Nasza wędrówka po świątyni trwała jeszcze kilka godzin, ale udało nam się znaleźć pomieszczenie, gdzie przebywał nowy właściciel świątyni.
Była to grota naturalna, do której prowadził jeden z korytarzy. Gdy do niej weszliśmy zaatakowały nas dwa drzewce, ale nie sprawiły nam dużego problemu, walczyliśmy już z nimi wcześniej i wiedziałem, że nie mogą się oprzeć mocy mojej wiary i ciosom mojego topora. Cała jaskinia obrośnięta była jakimś bluszczem, który wczepiał nam się w nogi i nie pozwalał szybko poruszać. Musieliśmy wycinać sobie w nim drogę, aby dostać się do środka jaskini, gdzie widzieliśmy w ciemnościach zarysy drzew. To była istna droga przez mękę, czułem, że rośliny nie chcą nas wpuścić do jaskini i wszelkimi siłami starają się nam uprzykrzyć drogę. Jednak nie poddaliśmy się i po ciężkiej przeprawie doszliśmy do środka jaskini, gdzie zobaczyliśmy kilka osób.
Dwie z nich rozpoznaliśmy od razu, była to córka rodziny kupieckiej Hucrele oraz rycerz sir Bradfor. Stał z nimi człowiek, który najprawdopodobniej odpowiadał za wszystko co tutaj ujrzeliśmy. Odziany był skromnie w szatę i nie miał na sobie żadnych ozdób, jego twarz poorana była zmarszczkami, a w dziwnym wzroku widziałem oznaki szaleństwa. Gdy nas zobaczył zaczął coś mówić o tym, że wtargnęliśmy na jego teren i że będziemy musieli za to zapłacić. To wystarczyło, by Ziriel wymierzyła z kuszy i strzeliła. Oczywiście nie trafiła, ale nie było już odwrotu. Kapłan zaczął modlić się do swojego boga, a rycerz z czarodziejką i dwa drzewce zaatakowały nas. Od razu rzuciłem się w stronę kapłana, ponieważ według mnie to on stanowił największe niebezpieczeństwo. Jednak nieznacznie się spóźniłem, gdy wymierzałem cios w niego, z ziemi wystrzelił kamień i zamknął w sobie całą jego postać. Mój topór z donośnym łomotem uderzył w kamień. Rozejrzałem się w poszukiwaniu następnego przeciwnika, ponieważ nie przypuszczałem abym się przebił przez taką osłonę. Zaraz koło kapłana stała czarodziejka i rzucała jakieś zaklęcie. Podskoczyłem do niej i potężnie się zamachnąłem… no cóż widać nie walczyła ona zbyt wiele albo nie była spełna rozumu, bo nie uchyliła się przed moim ciosem i ściąłem ją jak gałązkę. Jednak w tym momencie kątem oka zauważyłem za sobą jakiś ruch, to kapłan atakował mnie otoczony kamienną skórą. Uskoczyłem przed ciosem i rozpoczęła się prawdziwa walka. Kapłan nie był zbyt szybki, ale jego ciosy miały niesamowitą siłę, a uderzenia mojego topora ledwo przebijały się przez jego pancerz. Jednak moja wiara była silna i udało mi się go pokonać. Gdy obejrzałem się na mych towarzyszy, to zobaczyłem, że oni również poradzili sobie ze swoimi przeciwnikami. Jednak mój syn był strasznie poraniony, więc czym prędzej podszedłem do niego i razem z nim modliłem się do Lorsha, aby uleczył nas po tej bitwie. Nasza odwaga musiała podobać się mojemu bóstwu i wyleczył on rany Gotreka.
Gdy już emocje opadły, powiedziałem Ziriel, aby następnym razem nie spieszyła się tak bardzo z rozpoczęciem walki, ponieważ teraz nie został nikt, kto mógłby nam cokolwiek wyjaśnić co się tutaj dzieje. Rozejrzeliśmy się po okolicy i zauważyliśmy dziwne drzewo, które stało nieopodal. Drzewo to miało tylko jeden owoc, białe jabłko. Zerwaliśmy go i Ziriel włożyła go do swojego plecaka. Na ziemi znaleźliśmy również skrzynię wrośniętą w ziemię. W środku był mały woreczek, pokryty jakimiś runami oraz kilka kamieni szlachetnych. Wzięliśmy wszystko i opuściliśmy te przeklęte miejsce.
Gdy dotarliśmy do karczmy, w której mieliśmy swój pokój, potwornie zmęczeni pozbyliśmy się smrodu, który prawie wrósł nam w skórę i udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej przedmiotom, które zdobyliśmy. Ja przestudiowałem zwój, który okazał się być modlitwą o korową skórę, a Gotrek badał sakiewkę z Adrianem. Po tych ich oględzinach powiedzieli nam, że sakiewka tłumi magię jakiegoś przedmiotu, który znajduje się w środku. Najprawdopodobniej był to kryształ, który Felix zabrał od kapłana-zdrajcy z miasta Elijeh. Zajrzałem do środka i rzeczywiście znajdował się w środku. Nie byłem pewien czy możemy go wyciągnąć, ale Adrian wziął odemnie woreczek i zaczął się dokładnie przeglądać zawartości. Po chwili wyciągnął kryształ i to było najgłupsze co mógł zrobić. Otoczyła nas dziwna mgła, a my zostaliśmy przez coś pochwyceni, starałem się od tego uwolnić, ale nie mogłem oderwać tego czegoś od swojej szyi. Usłyszeliśmy głosy rozmawiające ze sobą, szepczące, nie wiem co dokładnie mówiły, ale po chwili padło pytanie – „Kim jesteście?” – nie wiedziałem kto stał za tą magią, ale nie miałem zamiaru mu się poddać. Rzekłem coś o tym, że ma natychmiast nas uwolnić, ale to ostatnie co z tego czasu pamiętam. Jak się później dowiedziałem z kryształu wydostały się jakieś macki, które nas porwały w powietrze i zaczęły nami rzucać po całym pomieszczeniu.
Gdy się ocknąłem, byłem na skraju wyczerpania, pokój był totalnie zdewastowany, a moi towarzysze leżeli rozrzuceni po ścianach. Podczołgałem się do Gotreka, aby sprawdzić czy żyje, ale zobaczyłem, że jest śmiertelnie ranny. Najprawdopodobniej miał złamany kręgosłup i właśnie konał. Nie mogłem na to pozwolić, to jest mój jedyny syn, dziedzic i spadkobierca mojego całego życia, więc zacząłem się modlić do Lorsha o uzdrowienie Gotreka. Wiedziałem, że Lorsh nigdy do tej pory nie obdarzył mnie taką mocą uzdrawiającą i najprawdopodobniej nigdy to nie będzie miało miejsca, ale nie mogłem nie spróbować. Jednak coś się jednak stało, bo w pokoju pojawił się wysłannik Lorsha, który nazywa się Anumis. Skierował na mnie swój wzrok i zapytał czy wiem, że nie mam prawa prosić Lorsha o uzdrowienie, potwierdzająco kiwnąłem głową na co on mi powiedział, że muszę wybrać pomiędzy życiem mojego syna, a moją wiarą w Lorsha. Byłem zmieszany, ale w głębi wiedziałem, że odpowiedź może być tylko jedna. Położyłem dłoń na głowie Gotreka i w tym momencie zemdlałem.
Gdy się ocknęliśmy znajdowaliśmy się u uzdrowiciela, który jak się okazało od kilku dni zajmował się naszymi ranami, a było się czym zająć. Byliśmy bardzo poważnie poturbowani i wymagaliśmy kilku dni odpoczynku. Postanowiliśmy ten czas spędzić w karczmie i tam zastanowić się co dalej. Po rozmowie ustaliliśmy, że przeczekamy zimę tutaj, a jak tylko śniegi się roztopią, wyruszymy do Białego Miasta, szukając czarodzieja, który pomoże nam rozwikłać zagadkę kryształu. Jako że do wiosny było sporo czasu, Gotrek i Adrian studiowali swoje księgi, a ja miałem czas na rozmyślanie o tym co miało miejsce. Nigdy się nie spodziewałem, że ujrzę na własne oczy Anumisa i myślałem o tym co to może znaczyć dla mojej przyszłości. Postanowiłem poczekać na rozwój wypadków oraz baczniej wypatrywać znaków od mojego boga. Z nastaniem wiosny udaliśmy się jeszcze do Bezsłonecznej Cytadeli z zamiarem rozliczenia się z koboldami, ale obyło się bez walki. „Królowa” koboldów oddała nam przedmioty, które nam obiecała i dowiedzieliśmy się, że uwolniony przez nam smok grasuje na dole i co jakiś czas zabija napotkane koboldy. Gdy powróciliśmy do wioski, zakupiliśmy potrzebny prowiant i wyruszyliśmy na szlak do Białego Miasta.