Kronika

Kroniki VIII: Strażnica Armun

W Strażnicy Armun Goth porzuca drogę do Białego Miasta, gdy porwana szlachcianka prowadzi drużynę przez las zbójców do świątyni An-Ksienamei. Pościg za kultystami kończy się starciem z kościanym wilkiem, magami i imieniem Ulrika wypowiedzianym przez portal.

2.05.2026 • Cad • Goth un Nathrek • Kroniki Gotha

Nasza droga prowadziła przez ciekawe miejsca, kaplicę Razina, Krater Yish, ale nie mieliśmy czasu by im się dokładniej przyjrzeć. Chcieliśmy dotrzeć do Białego Miasta i znaleźć rozwiązanie frapującej nas zagadki. Jednak nie było nam dane obyć się bez przygód. Gdy dotarliśmy do karczmy „Pod Bezpieczną Pieczęcią” w Strażnicy Armun, niedaleko Krateru, zobaczyliśmy, że na plac podjechał powóz otoczony sporą grupką służby. Zauważyliśmy tylko, że wysiadły z niego jakieś dwie kobiety. Musiały mieć wysoki status tam skąd pochodziły, ponieważ nie każdego jest stać na tyle osób towarzyszących podczas podróży. W karczmie okazało się, że panna, która przyjechała, jest córką kogoś ważnego, pochodzącego z Erghold i jak się można było spodziewać, zajęła pokoje, które moglibyśmy wynająć. Ja oczywiście nie raz już spałem we wspólnej izbie, więc to nie żadna niewygoda i nie miałem ku temu żadnych przeciwwskazań. Za to mój syn i Adrian upatrzyli sobie dwie służki, które podróżowały ze szlachcianką i rzucali w ich kierunku zbereźne spojrzenia. Kilka godzin po zmroku położyliśmy się spać z zamiarem wypoczęcia przed dalszą wędrówką.

Jednak nie było nam dane dospać do rana, w nocy obudził nas hałas. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, okazało się, że szlachcianka została porwana. Od razu przypomniał mi się jeden z klientów karczmy, siedział pod ścianą z kapturem na głowie i popijał piwo. Przez cały czas, który spędził w karczmie, nie zdjął kaptura i nie odezwał się do nikogo. Wypytaliśmy o niego, ale nikt nie wiedział kim był i skąd przyszedł. Straż dróg, która zaraz koło karczmy miała swoją strażnicę, rozbiegła się w poszukiwaniu śladów. Ja podszedłem do kapitana strażnicy i wypytałem go co dokładnie się stało. Z tego co mi powiedział, w nocy szlachcianka wyszła z pokoju ze swoją służką i ktoś ją obezwładnił i porwał. Podczas ucieczki zabił strażnika, który pilnował bramy. Postanowiłem zainteresować się tą sprawą, bo wydawała mi się bardzo dziwna. Wypytałem jeszcze drugiego strażnika, który w tym czasie pełnił wartę, ale jego odpowiedzi nie za wiele mi pomogły, bo podczas służby najwidoczniej sobie popijał i za dużo nie zauważył. Naradziliśmy się z resztą towarzyszy i postanowiliśmy, że wyjdziemy i rozejrzymy się trochę, jeśli nie znajdziemy nic ciekawego to wracamy do naszej dalszej wędrówki. Gdy badałem okolicę strażnicy, zauważyłem ciekawy ślad prowadzący do pobliskiego lasu. Zawołałem resztę grupy i podążyliśmy nim.

Ślad zaprowadził nas do lasu Sven. Przed wejściem pobłogosławiłem nas, aby Lorsh czuwał nad naszymi działaniami. Idąc tropem natknęliśmy się na sporą bitkę. Ziriel, która się zakradła do polany, na której miało to miejsce, opowiedziała nam, że na polanie walczy ze sobą kilkudziesięciu ludzi z zamieszkujących najprawdopodobniej ten las band zbójców. Postanowiliśmy nie wtrącać się w jakieś walki, które nas nie dotyczą i dalej szukaliśmy naszego tropu. Droga, którą podążaliśmy doprowadziła nas do wioski w lesie. My skryliśmy się pomiędzy drzewami, a Ziriel ponownie udała się na zwiad. Gdy wróciła, po kilkudziesięciu minutach, przyniosła nam zaskakujące nowiny. Do wioski przyszedł poszukiwany w tych okolicach herszt banitów, Herman Krwawy, niosąc ze sobą szlachciankę. Lecz po chwili do wioski wróciła spora grupa zbójów, która niedawno walczyła na polanie. Jak się okazało zaatakowali oni inną grupę, która przebywała na ich „terenie”. Jednak Krwawy nie był zadowolony, że ci zaatakowali kogoś, gdy on przebywał poza lasem i rozgorzała pomiędzy nimi bójka. Jakby tego było mało z lasu wyskoczyła spora grupa zbójców należących do „Bandy Darrena” i zaatakowała mieszkańców wioski. Krwawy wraz z szlachcianką zamknął się w stodole, ale do walki włączył się jeszcze ktoś. Jakiś czarodziej za pomocą magii zniszczył tył stodoły i dostał się do środka. Ziriel widziała tylko, że wyniósł on szlachciankę i konno opuścił wioskę w tym całym zamieszaniu.

Okrążyliśmy wioskę i udaliśmy się jego tropem. Czarodziej miał nad nami lekką przewagę, ale systematycznie udawało nam się go doganiać. Ostatecznie udało nam się to zrobić, gdy wchodziliśmy na dziwnego kształtu górę. Jednak nie było nam dane go dorwać, ponieważ ten gdy tylko zobaczył, że zaraz go dopadniemy, wyrzucił w naszym kierunku jakąś dziwną kulkę, która wybuchła i drogę przed nami spowiła chmura dymu. Jednak nie miałem zamiaru wypuścić mojej zwierzyny, gdy byłem już tak blisko. Wezwałem moc mojego boga i stworzyłem Piaskowego Diabła. W sumie ten stwór wykorzystywany jest do walki, ale z tego co wiedziałem, to dzięki swoim zdolnościom nadaje się również do rozpraszania szkodliwych oparów. Nakazałem swojemu przywołańcowi ruszać przodem, a ja pobiegłem zaraz za nim. Miałem dobre przeczucie, nie wiem w jaki sposób ten opar mógł nam zaszkodzić, ale dzięki przywołańcowi bez przeszkód przebiegliśmy przez chmurę.

Rozpoczął się szaleńczy pościg, który miał zaskakujące zakończenie. Będąc prawie na szczycie góry, zobaczyliśmy dziwną sytuację. Człowiek, którego ścigaliśmy, leżał najprawdopodobniej konając na ziemi, obok niego leżała służka szlachcianki, a za nimi stała szlachcianka i jakaś nowa osoba. Adrian jak tylko ją zobaczył pomodlił się o ciszę, która miała uniemożliwić tej osobie czarować, jednak czar nie był wystarczająco silny i zobaczyliśmy po raz kolejny chmurę dymu, która przesłoniła nam widok. Ja wiedziałem już co mam robić, jednak pomimo naszej błyskawicznej reakcji nie udało nam się pochwycić naszego nowego przeciwnika. Wbiegliśmy na nim na wzgórze, ale zobaczyliśmy tylko, że znika pod postacią mgły w lesie. Byłem już poważnie zdenerwowany, po raz kolejny nasi przeciwnicy tchórzliwie przed nami uciekali. Ziriel zeszła na dół, aby sprawdzić ciała, które zostawiliśmy za sobą. Po chwili wróciła, a za nią szło kilku zbójów, trzymając ją na celu kusz, które mieli w rękach.

W myślach pomodliłem się o spokój do Lorsha bo krew już mnie zalewała. Jak się okazało, dogonił nas sam Darren, przywódca grupy, która zaatakowała wioskę, którą mijaliśmy niedawno. Po krótkiej rozmowie okazało się, że chce on dowiedzieć się co to za kultyści zamieszkują ten las i postanowił nam towarzyszyć do ich świątyni, w której mieliśmy nadzieję ich znaleźć. Odesłał resztę swoich ludzi i wraz z piątką zbójów ruszył z nami. Miałem wielką ochotę rzucić się na nich z moim toporem, ponieważ sama ich obecność przyprawiała mnie o obrzydzenie, ale powstrzymałem się, mając na uwadze niespodzianki, jakie mnie do tej pory spotkały w lesie.

Poruszając się szlakiem, który wyznaczył Adrian, przemierzaliśmy ten dziwny las. Po kilku godzinach naszym oczom ukazała się brama. W wąwozie pomiędzy skałami ktoś postawił bramę, tak aby blokowała dalsze przejście. Postanowiliśmy, że Ziriel i jeden z ludzi Datrena zakradnie się do bramy i wespnie się na mur oraz zabije patrolujących go ludzi. Plan się mniej więcej udał, z tym że Ziriel zaalarmowała strażników i tylko dzięki temu, że mieliśmy kusze, udało nam się zabić te osoby. Po chwili droga stała przed nami otworem.

Gdy przeszliśmy przez bramę, zobaczyliśmy, że tuż za nią rozpościera się nienaturalna mgła. Nie mieliśmy wyjścia, więc powoli weszliśmy w nią, uważnie stąpając. Jednak nie tak uważnie jak sądziliśmy, po kilku krokach jeden z ludzi Darrena spadł w jakąś dziurę i skręcił kark. Kilka chwil zajęło nam zorientowanie się co się stało. Po omacku musieliśmy szukać drogi na dół. Udało nam się znaleźć ścieżkę, która prowadziła w dół, ale była bardzo stroma i większość z nas, gdy nią schodziła, na samym końcu zjeżdżała na plecach. Jednak nie to był nasz największy problem.

Gdy tylko znaleźliśmy się, na dole usłyszeliśmy, że coś pędzi w naszym kierunku. Nie byłem pewien, ponieważ nic nie można było zobaczyć w tej mgle, ale chyba zaatakował nas jakiś kościany wilk. Wszyscy rozpierzchli się w różne strony, aby szukać miejsca do obrony. Ja miałem to szczęście, że gdy tylko się przeturlałem, znalazłem się w miejscu, w którym mgła się kończyła. Koło mnie stał mój syn, więc krzyknąłem, aby wszyscy przyszli tu gdzie stałem, bo wiedziałem, że walka we mgle nie ma sensu. Tak też się stało i po chwili z mgły wyłoniła się Ziriel i Adrian.

Przygotowałem się na atak bestii, ale to co zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach. Z mgły wyskoczył ogromny szkielet wilka, najprawdopodobniej stworzony za pomocą magii nekromanckiej. Walka była bardzo trudna, nie bardzo mogliśmy parować ciosy tej bestii, a większość ataków bezsilnie odbijała się od kości bestii. Widziałem, że Adrian próbował zniszczyć tą bestię za pomocą jakiegoś rodzaju czaru ognistego, ale również jego magia nie mogła powalić naszego przeciwnika. Ja długo przygotowywałem się do zadania jakiegoś potężnego ciosu i moja cierpliwość się opłaciła, w pewnym momencie bestia odsłoniła swój jeden bok, a ja tylko na to czekałem. Wyprowadziłem atak z całej siły i dzięki temu udało mi się pogruchotać jej ramię oraz cześć korpusu. To już był koniec walki, pozbawiona kończyny bestia została powalona. Zasapani i poranieni rozglądaliśmy się dookoła.

Przed nami wyłoniła się świątynia An-ksienamei. Pomodliłem się chwilę do Lorsha, aby dał mi siłę do walki z kapłanami tej bogini w samym sercu jej świątyni. Spojrzeliśmy po sobie i weszliśmy do środka.

W środku pomieszczenie oświetlone było przez koksowniki. Gdzieś w mroku zauważyliśmy ściganego przez nas maga, który chyba aby nas przestraszyć powiedział coś o spotkaniu śmierci i wycofał się do następnego pomieszczenia. Pomieszczenie to było wysokie, na jakieś kilkanaście metrów, przy ścianach biegł balkon na wysokości kilku metrów. Zaraz po tym jak do niego weszliśmy z dwóch nisz, które znajdowały się po przeciwnej stronie wyszły naprzeciw nam dwa ogromne szkielety. Znam się trochę na tym i wiedziałem, że walka z nimi nie będzie łatwa. Nie były to pierwsze lepsze szkielety, stworzenie takich nieumarłych zajmuje dobremu magowi kilkanaście dni i wymaga odprawienia trudnego rytuału. Nie namyślając się długo, ruszyłem w kierunku jednego z nich, jednocześnie trzymając medalion Lorsha w ręce wzywając jego moc, aby odpędzić te istoty. Spodziewałem się, że Adrian zrobi to samo, ale on nie wiedzieć czemu zaczął rzucać jakieś czary. Po chwili dowiedziałem się na kogo je rzucał, gdy z balkonu znajdującego się nad nami wyleciały magiczne pociski. Udało mi się odgonić jednego ze szkieletów i już obracałem się w kierunku drugiego, gdy zauważyłem że Ziriel, która chciał wbiec po schodach na balkon, przewraca się odrzucona przez jakąś niewidoczną barierę magiczną. Liczyłem, że Adrian lub Gotrek w jakiś sposób ją rozproszą, ale jak zwykle się myliłem. Po odgonieniu drugiego ze szkieletów odwróciłem się w kierunku schodów. Kątem oka zauważyłem, że moi towarzysze są już poważnie ranni. Pomodliłem się do Lorsha, aby pozwolił mi przejść przez tą barierę i jak zwykle przepełniła mnie duma z mojego boga. Bariera rozproszyła się i wbiegłem na schody, jednak gdy obejrzałem się za siebie okazało się, że tylko ja przedostałem się przez nią, a reszta moich towarzysz dalej stoi na dole. Skierowałem swój wzrok na magów stojących na balkonie i biegiem ruszyłem w ich kierunku. Już po chwili pierwsze pociski uderzyły we mnie, teraz cała trójka magów starała się zabić mnie, moich towarzyszy zostawiając na później. Ze słowami modlitwy do Lorsha rzuciłem się na przeciwników.

Nie za wiele pamiętam z tej walki, bo po jej skończeniu jeszcze kilka ładnych chwil miałem ciemność przed oczami, byłem przypalany ogniem, w moje ciało uderzały magiczne pociski i inne czary. Tylko dzięki łasce Lorsha udało mi się to przeżyć. Po walce skupiłem resztki swej woli na modlitwie do Lorsha o uzdrowienie, jednak me siły były bardzo wyczerpane i udało mi się tylko częściowo uleczyć.

W tym czasie Gotrek zauważył, że kryształ, który trzymał w rękach posąg bogini An-ksienamei, najprawdopodobniej podtrzymuje barierę i starał się go niszczyć. Gdy udało im się to zrobić, bariera upadła, a moi towarzysze weszli na balkon. Wspólnie przyznaliśmy, że byliśmy bardzo blisko śmierci i ostrożnie ruszyliśmy w kierunku korytarza, z którego usłyszeliśmy głos maga, który wzywał kogoś.

Zakradliśmy się do pomieszczenia i zobaczyliśmy, że mag ten stał naprzeciw portalu i rozmawiał z kimś, kto był po jego drugiej stronie. Nie usłyszeliśmy za wiele, ale zapamiętałem jedno imię, Ulrik. Tak się nazywała osoba po drugiej stronie i gdy zauważyła ona, że jesteśmy świadkami ich rozmowy, najwidoczniej strasznie się zagniewała. Usłyszeliśmy jak Ulrik, kimkolwiek jest, w gniewie rzucił jakiś czar, który spowił ogniem maga i spalił go doszczętnie. Ogień zaczął się rozprzestrzeniać po pomieszczeniu paląc nawet kamień.

Skoczyłem do szlachcianki, która leżała nieprzytomna na ziemi i zarzuciłem ją na ramię. Z portalu usłyszeliśmy tylko słowa, które przepowiadały, że teraz wszyscy spłoniemy. Drogi, którą się wydostaliśmy nie pamiętam również zbyt dokładnie, byłem wykończony, poraniony i głodny. Najważniejsze, że dotarliśmy do strażnicy, gdzie przywitał nas kapitan Werner, nie mogąc nadziękować się nam za uratowanie szlachcianki. Następnego dnia, po odpoczynku, porozmawialiśmy jeszcze chwilę z nim, a on wręczył nam nagrodę, jako podziękowanie za udzieloną pomoc. Gdy tylko wypoczęliśmy, udaliśmy się w dalszą podróż do Białego Miasta. Tam spotkaliśmy się z Azranem, który jednak nie był w stanie nam pomóc z kryształem, chociaż umówił nam spotkanie z kimś kto według niego był w stanie to zrobić. Spotkanie to umówiliśmy na za dwa tygodnie w Gardionie Wschodnim.