Kronika

Kroniki II: Kopalnia

Drużyna trafia do kopalni opanowanej przez Czerwony Kciuk i wyzwala więzionych tam ludzi, choć obiecany skarb okazuje się gorzkim żartem. W pobliskiej wiosce Gotrek i Goth odkrywają spisek wymierzony w krasnoludy.

2.05.2026 • Prosiak • Gotrek un Nathrek • Kroniki Gotreka

Następnego dnia wyruszyliśmy w kierunku miejsca zaznaczonego na mapie. Nie śpiesząc się, jechaliśmy kilka dni. W powietrzu wyczuwalny już był zapach nadchodzącej zimy. Dzień po dniu zbliżaliśmy się do celu. „Góry Czerwone” wytężyłem pamięć skąd taka nazwa, coś zaczynało obijać mi się pod czaszką. Przypomniałem sobie dwa źródła, skąd podobno góry zyskały taką nazwę. Żadne z tych, źródeł nie napawało optymizmem. Jedne podania głoszą, iż dawno temu, żyły tu czerwone smoki, a drugie, że nazwa ta podchodzi od krwi, którą spłynęły te góry w zamierzchłych czasach, kiedy to na ich terenie panowały Trolle. Trolle te podobno były inne, niż te żyjące obecnie, podobno tworzyły zwykłe normalnie funkcjonujące państwo. Lecz przyszedł czas kiedy Trolle zaczęły służyć jakiemuś starożytnemu do szpiku kości złemu bóstwu. I tak oto spadła na nich klątwa, która zamieniła je w krwiożercze bezmyślne istoty. Jadąc tak rozmyślałem o przeszłych czasach i potęgach, które onegdaj władały tymi terenami, a mimo to popadły w niebyt. W trakcie tej podróży, podczas nielicznych postojów, z wielką niechęcią przystąpiłem do ćwiczeń z toporem mojego ojca. Bogowie, jak można walczyć tak wielkim i ciężkim kawałem żelastwa. Ojciec pokazał mi prawidłowy chwyt oraz kilka najprostszych ciosów i gard. Mimo to wykonanie jakiegokolwiek zamachu, przychodziło mi z największym wysiłkiem, a na czole pojawiały mi się ogromne krople potu. Mimo, iż ojciec „mówił wszystko jest kwestią czasu synu”, w jego oczach widziałem pewien smutek i rezygnację. Z dnia na dzień z coraz mniejszym zapałem przymuszał mnie do ćwiczeń. Codziennie oczekiwałem natomiast niecierpliwie nocy oraz na moment mojej warty. Opatulałem się szczelnie futrem, dorzucałem drzewa do ognia i przy wyczarowanym źródle światła, powoli i skrupulatnie rozpisywałem nową formułę czaru. Miał być to czar wpływający na koncentrację maga podczas nauki. Szczególnie w średnio komfortowych warunkach, takich jakie panują w gwarnej karczmie, czy podczas obozowania pod gołym niebem. Tak spędzone warty, mijają szybko.

W końcu dotarliśmy do rozstajów, jedna z dróg skręcała do zaznaczonej na mapie kopalni. Po godzinie spokojnej jazdy dotarliśmy do kolejnego rozwidlenia. Na drodze, która wydała nam się słuszna, dostrzegliśmy ślady kilku koni. Mimo, iż ślady były stosunkowo świeże, trudno było rozeznać ilu konnych tędy przejechało. Ostrożnie ruszyliśmy wzmagając swoją czujność. W końcu dotarliśmy do dosyć wąskiego przejścia prowadzącego do wioski leżącej w kotlinie. Ziriel zeskoczyła z konia, po czym cicho powiedziała „nie patrzcie zbytnio w kierunku dwóch pierwszych domów, na dachach przyczajeni są kusznicy”. Bardzo powoli rozglądałem się po okolicy, mimo iż wiedziałem o strzelcach na dachu, nie umiałem ich wypatrzeć, bardzo dobrze się maskowali. Przez chwilę zauważyłem głowę jednego, po chwili jednak zgubiłem go z oczu. „Co robimy” – zapytałem ojca. „Wycofujemy się” – odpowiedział Goth. Powoli zawróciliśmy konie i udaliśmy się w poszukiwaniu dogodnego miejsca na obozowisko.

Znaleźliśmy małą polankę niedaleko ścieżki, postanowiliśmy tam rozbić obozowisko. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jak Ziriel sama wyruszy na rekonesans. Ziriel pozbyła się swej kolczugi i pozbawiona krępującego ruchy pancerza, poszła obserwować wioskę zza wzgórz otaczających kotlinę. Goth zdrzemnął się, a ja w tym czasie rozpaliłem małe ognisko i zacząłem zbierać drewno na noc. Elfka wróciła dobrze już po zmierzchu. Grzejąc ręce przy ogniu oraz łapczywie zajadając kawał podsuszanej kiełbasy, zdawała relację. „To prawdopodobnie jacyś bandyci, z tego co zauważyłam jest ich w sumie około dwunastu. Mają też ze sobą jakichś więźniów, widziałam jak wyprowadzają ich z kopalni”. Jako, że walka w troje przeciwko dwunastce nie wchodziła w ogóle w grę, Goth wymyślił, aby Ziriel odnalazła jakiś bezpieczny szlak do kopalni. Nasz plan był prosty. Nocą udajemy się do jaskini, wykopujemy to co jest tam do wykopania i wynosimy się, zanim oprychy się połapią. Los niewolników nie interesował nas wcale. Jeśli ktoś nie umie zadbać o siebie, nie jest godny naszej uwagi. Nocny rekonesans Ziriel wypadł pomyślnie. Elfka zdołała znaleźć stosunkowo łatwą i dobrze osłoniętą ścieżkę w pobliże kopalni, a dodatkowo dowiedziała się, iż banda, która tu stacjonuje, to grupa tytułująca się „Czerwony Kciuk”.

Zanim jednak Elfa wróciła na mojej warcie wydarzyło się coś dziwnego. Kiedy tak siedziałem, zagłębiony w obliczenia niezbędne przy tworzeniu nowej formuły czaru, kątem oka dostrzegłem jakiś ruch. Wśród drzew siedział kot o srebrnej sierści. „Co u diabła” – pomyślałem. Z tego co się orientuję w lasach raczej nie spotyka się kotów. Zresztą jakie leśne stworzenie tak chętnie podeszłoby do ognia. W tej chwili przyszła mi do głowy myśl, że to może być chowaniec, który przyszedł na przeszpiegi. Zanim, odłożyłem pergamin i inkaust, aby rzucić w niego Magicznym pociskiem, kot zręcznie umknął w las. Po przyjściu Ziriel i po krótkim jej raporcie z sytuacji, dopytywałem się, czy nie widziała w obozie kogoś wyglądającego inaczej niż wszyscy. A konkretnie kogoś kogo można by było uznać za maga. Powiedziałem im o naszej nocnej wizycie oraz o tym jakim zagrożeniem może być dla nas ten chowaniec. Oczywiście o ile nim faktycznie był. Goth i Elfka nie podzielali jakoś moich obaw.

O świcie usłyszeliśmy tętent kopyt. Z wioski wyjechało około sześciu konnych. Nie zauważyli na szczęście naszego obozowiska i pojechali ścieżką, którą tu dotarliśmy. Pod koniec dnia wyruszyliśmy ścieżką, którą w nocy znalazła Ziriel. Po zmroku zeszliśmy do kopalni, tam nie niepokojeni przez nikogo, z rozpalonymi pochodniami podążaliśmy według mapy, która doprowadziła nas do dużej, naturalnej pieczary. Pierwsze co rzuciło się w oczy to to, że prowadzone są tu jakieś poszukiwania. Dobra nasza, widać bandyci nie mają dokładnej mapy, zatem ciągle jest szansa na to, że zdobędziemy skarb. Według stalagmitów zaznaczonych na mapie odnalazłem miejsce, zaznaczone na zniszczonej mapie. Niestety w kopalni nie było żadnych narzędzi. Okazało się, że niewolnicy biorą narzędzia po pracy i przynoszą je przed robotą. Nie chcąc ryzykować odkrycia, postanowiliśmy zasadzić się na, pilnujących niewolników, zbirów w kopalni. Kopalnia jest na tyle długa i na tyle daleko od wioski, że nikt nie usłyszy ich agonalnych jęków. Plan był prosty, ja z ojcem schowaliśmy się w mroku po jednej i drugiej stronie wejścia do pieczary, za zwałami wykopanej ziemi, pomieszanej ze skałami, natomiast Ziriel miała czekać z tyłu, w jednej z odnóg, na wypadek gdyby jednak któremuś ze zbirów udało się nam umknąć.

Rano usłyszeliśmy zbliżające się do pieczary głosy. Najpierw weszło sześciu więźniów, potem dwóch strażników z naładowanymi kuszami. Daliśmy im chwilę czasu, obrócili się do siebie i rozmawiali. To była ostatnia rozmowa w ich życiu. Goth z okrzykiem wyskoczył za zwału ziemi i umieścił topór w plecach jednego ze strażników. Ja wywijając szablą, zaatakowałem drugiego. Chwilę potem Goth pomógł mi w pozbawieniu go życia silnym i brutalnym ciosem topora. Zaskoczeni niewolnicy patrzeli na to wszystko, któryś rzygał, ktoś zaszlochał, jeden z nich podbiegł do mego ojca dziękując za wybawienie. Precyzyjnie wymierzony cios pięścią ostudził jego zapał oraz wprowadził jeszcze większe zdziwienie w szeregach niewolników. „Jestem Goth” – rozpoczął przemowę mój ojciec – „Posłuchajcie! Wykopiecie coś dla mnie, jeśli to zrobicie puszczam was wolno i nie obchodzi mnie kiedy i gdzie pójdziecie.” „Jeśli nie” – wszedłem w słowo ojcu – „To nie będziemy mieć litości” – znacząco położyłem dłoń na rękojeści mojej broni. „Mam nadzieję, że rozumiecie swoje położenie i nie będę musiał nikogo karać dla przykładu, a teraz brać narzędzia i kopać tutaj” – wskazałem ustalone wcześniej miejsce.

Po pewnym czasie więźniowie krzyknęli, że coś znaleźli. Była to ogromna skrzynia. Po otwarciu jej, naszym oczom ukazały się różnorakie, prawdopodobnie górnicze narzędzia. Być może dla krasnoludów, które opuściły tę kopalnię i zabezpieczyły te rzeczy, były bardzo cenne, ale dla nas to była tylko kupa bezwartościowych śmieci. Według planu mieliśmy wykopać „skarb” i uciec niepostrzeżenie. Dlatego zdziwiłem się, gdy ojciec odezwał się tymi słowy „czy chcecie zemścić się na waszych oprawcach i dołączyć się do walki z nimi?” Niewolnicy nie kwapili się jednak do pomocy. Ojciec mierzył ich lodowatym wzrokiem. W końcu wystąpiło dwóch. Andreas i Mirander.

Andreas wziął toporek od zabitego w grocie strażnika, a Mirander powiedział, że potrafi strzelać z kuszy. Plan był prosty, Ziriel wraz z Andreasem zajmują się dwójką w magazynie, ojciec i ja oraz Mirander likwidujemy tych w karczmie. O strzelców na dachu nie musieliśmy się martwić, zarówno karczma jak i magazyn odgrodzone były od strzelców innymi budynkami. Ziriel, jak i nam, poszło gładko, zaskoczeni i lekko podchmieleni rabusie oddali życie szybko. Ziriel obeszła budynek, przycelowała ze swej potężnej kuszy i jednym strzałem pozbawiła życia przyczajonego na dachu strzelca. Ku naszemu szczęściu okazało się, że na drugim dachu nikogo nie ma. Ziriel wraz z Miranderem wdrapali się na dachy, gdzie uprzednio przyczajeni byli kusznicy bandytów. My skryliśmy się za domem, w takim ustawieniu postanowiliśmy poczekać na resztę bandy.

Na szczęście nie musieliśmy czekać zbyt długo. W kierunku wioski zmierzało siedmiu konnych. W środku grupy jechał ich herszt, odziany w ciężką zbroję, na doskonałym koniu. Nie wiem dokładnie co nas zdradziło, może to, że kusznik czekający na dachu nie pozdrowił ich, a może coś innego, lecz herszt uniósł dłoń i wypowiedział rozkazy. Od grupy odłączyła się dwójka i zaczęła okrążać domy. Goth wiedząc, że zaraz i tak zostaniemy zdemaskowani ruszył do ataku. Ziriel raz po raz szyła z kuszy, ojciec odpierał ataki trzech przeciwników, ja natomiast ze strachem, ale też z wielką dumą stanąłem do pojedynku z hersztem bandy. Życie w tej walce zawdzięczam tylko magii ochronnej i temu, że pozostali kompani dowódcy zostali szybko i sprawnie wyrżnięci. Goth krzyknął „Poddaj się, a darujemy ci życie!”, a herszt usłuchał i rzucił broń. Odetchnąłem z ulgą. Dopiero teraz czułem ciepłą krew spływającą po moim ramieniu. W trakcie walki nie czułem, iż tak silnie zostałem zraniony.

W takich sytuacjach pobożni wojownicy Lorsha zawsze zostawiają jednego wroga przy życiu. Wszak tak nakazują święte słowa. Niech wieść o męstwie i bezwzględności wyznawców Lorsha zostanie zaniesiona do jak największej liczby osób, niech wzbudza strach i szacunek ku chwale Lorsha. Zza pobliskiego budynku jak w amoku wytoczył się Andreas. „Ty” – krzyknął, wskazując zakrwawionym toporkiem na klęczącego już w tym momencie przywódcę bandy. „Ty! Zabiłeś moją żonę! Zapłacisz mi za to!” – protestowałem lecz ojciec odpowiedział – „Honor jego rodziny został zszargany, ma prawo do zemsty, niech staną do pojedynku, a Lorsh zdecyduje kto powinien żyć a kto zemrzeć. Żeby pojedynek był sprawiedliwy, ściągniemy Ci zbroję, jako iż Andreas też takowej nie posiada.”

Andreas podniósł leżącą przy zwłokach jednego ze zbirów tarczę i zaczął wściekle wybijać na niej rytm zakrwawionym toporkiem. My w tym czasie pozbawiliśmy jego przeciwnika zbroi. Walka rozpoczęła się szybko, byłem przekonany, że Andreas zginie rozpłatany wielkim mieczem. Nie wiem czy bóg tak chciał, czy to tylko osłabiony odniesionymi wcześniej ranami herszt osłabł, ale w pewnym momencie odsłonił się na zbyt długi czas i toporek Andreasa ze świstem wbił się w jego szyję. Bandyta upadł bezwładnie, jego głowa trzymała się na resztkach skóry i żył. Połapaliśmy wszystkie konie, przeszukaliśmy zbirów. Każdy z nich miał na szyi mały medalik z wizerunkiem kciuka. Wpadłem na pomysł, by zebrać je wszystkie, a głowę herszta wsadzić do beczki z solą, a może akurat będzie jaka nagroda za tą bandę. Słysząc naszą rozmowę Andreas potwierdził, iż w twierdzy Rashimona, forcie strzegącym południowych granic Dominium, były wywieszone listy gończe.

Kiedy mimo kilku nawoływań, Mirander nie zszedł z dachu na dół, poszedłem zobaczyć co się z nim dzieje. Moim oczom ukazał się dziwny widok. Mirander klęczał nieruchomo w pozycji strzeleckiej, lecz jego kusza oparta była o pierś, a bełt tkwił wbity w szczękę od dołu. Grot prawdopodobnie bez problemu dotarł do mózgu. Niedługo cieszył się wolnością, prawdopodobnie mechanizm zwalniający bełt, uszkodził się, być może podczas mojego ataku na zbója. Widać nie obeznany do końca z kuszą więzień, chciał zerknąć na zepsuty mechanizm i w tym momencie wystrzelił. No cóż, kto się wróblem urodził, kanarkiem nie zdechnie.

Wszyscy uwolnieni więźniowie wyrazili chęć podróżowania z nami do najbliższej osady. Wyruszyliśmy w drogę jako całkiem duża karawana, kilkanaście koni, plus w sumie osiem osób. Kiedy dwa dni później dojeżdżaliśmy do kolejnej wioski, przy drodze stało dwóch wieśniaków. Zobaczywszy nas pospiesznie ściągnęli czapki i zaczęli nerwowo miętolić je w rękach. „Pany” – zaczął jeden z nich – „Dostojne Pany, nasza wioska ratunku wypatruje, a tu wy się na drodze pojawiacie jak posłańcy od Bogów”. „Nienawidzę jak tak durnie miętoszą te swoje mycki” – szepnął do mnie ojciec. „No co tam, co zagraża waszej wiosce?” – zapytał Goth. „No Krasnobrodzi” – popatrzałem na nich i zapytałem „Krasnobrodzi? O krasnoludy wam chodzi?” – przytknęli nieśmiało głowami. „A czymże takim krasnoludy wam szkodzą? Hę?”, tu wieśniacy zaczęli mówić jeden przez drugiego „a no gorzałkę z karczmy kradną, ludzi we wsi biją, jedną babę zgwałcili w dwóch! A żeby tego było mało zbezcześcili naszą kapliczkę Lorsha i odłamali święty topór, który nasz opiekun trzymał w ręce”. Szybko zerknąłem na ojca, mimo iż prawie zawsze zachowuje spokój, widziałem, że zaczyna w nim wrzeć. Oj będzie się działo, pomyślałem, taki czyn na pewno przypłaci ktoś życiem. „Prowadźcie zatem do kapliczki!” – krzyknął Goth do wieśniaków.

W kapliczce ukazał nam się widok zbezczeszczonego posągu Lorsha. Po krótkiej modlitwie udaliśmy się do wioski. Tam całą sytuację przedstawił nam sołtys Jan. Według jego słów, krasnoludy, mimo iż na początku stosunki wioska-kopalnia były dobre, zaczęły ich okradać, bić mieszkańców, dobierać się do wioskowych kobiet, a po ostatniej kłótni zagroziły, że zniszczą kapliczkę i wioska straci ochronę Boga. Sołtys dał nam jednego z wieśniaków jako przewodnika, aby zaprowadził nas do wioski krasnoludów.

Do kopalni dotarliśmy już po zmierzchu i weszliśmy do kuźni, z której dochodziły odgłosy kucia. Krasnolud, pracujący przy kowadle, zobaczył nas, odstawił ciężki kowalski młot i podszedł do nas. „W jakiej sprawie przybywacie o tak późnej porze?” Goth wyłożył mu sprawę i opowiedział jakie zarzuty stawia sołtys Jan. W krasnoludzie, aż się zagotowało, lecz było widać, iż mądry z niego osobnik. Uspokoił się, zaprosił do karczmy i poprosił abyśmy wysłuchali jego wersji. Zaproszenie do karczmy nie spodobało nam się, powiedzieliśmy, że przeczekamy do rana i wtedy porozmawiamy. Usiedliśmy na ławkach, koło specjalnego miejsca na ognisko, gdzie drwa było przygotowanego w brud. Rozpaliliśmy ogień, a po chwili z karczmy wyszło sześciu krasnoludów. Wszyscy mieli na sobie ciężkie zbroje oraz oręż u pasa. Jest źle, pomyślałem, krasnoludy nie wyglądały na ułomków. Lecz na szczęście zamiast wyciągać broń, krasnobrodzi wyciągnęli kubki i gąsiorek jakiegoś trunku. „Nie chcecie wejść do karczmy, to swoją wersję opowiemy wam tu” – i tak kowal zaczął snuć opowieść.

Początek zgadzał się ze słowami Jana. Mianowicie kiedyś krasnoludy żyły w bardzo dobrych stosunkach z wieśniakami, wykonywali dla niech narzędzia, dokonywali jakichś napraw w wiosce, a za to wieśniacy zaopatrywali ich w prowiant i gorzałkę. Lecz pewnego dnia, jak wynikało ze słów kowala, sołtys zapragnął zysków z ich przedsięwzięcia. Jako iż kopalnie wykupili legalnie, nie zamierzali się z nikim dzielić i w ten czas sołtys nakazał, aby w jedynej karczmie w wiosce, ceny dla krasnoludów z kopalni podwyższyć kilkakrotnie. „Po prostu ten chciwy cham, chce nas wysiudać z interesu i przejąć naszą kopalnię” – dokończył opowieść jeden z krasnoludów. Wersja krasnobrodych wydawała się nam bardziej przekonywująca. Doszliśmy do wniosku, że trzeba zobaczyć się z dziewczyną, którą rzekomo zgwałciły krasnoludy.

Za sprawą prostego czaru, zyskałem sobie w wiosce przychylność pewnej kobiety, która to wskazała nam chałupę pokrzywdzonej dziewczyny. Drzwi otworzył nam starszy wieśniak, zażądaliśmy od niego widzenia z dziewczyną. Wieśniak ociągał się, mówił, iż córka choruje. „Nic nie szkodzi” – rzekłem – „Ten oto dostojnik, to kapłan Lorsha, może wyleczy twoją córę”. Znów posługując się magią sprawiłem, że dziewczyna stała się bardziej gadatliwa. Opowiedziała historię o tym jak ją jeden z wieśniaków zbrzuchacił, bała się gniewu ojca, zatem poszła po radę do sołtysa. Ten rzekł jej, aby rozpowiadała, że dobrało się do niej dwóch krasnobrodych, to wtedy ciąża się cofnie. Znaleźliśmy potwierdzenie słów krasnoluda, to wszystko uknuty plan sołtysa. W podobny sposób przesłuchaliśmy karczmarza i znów prosty czar przydał się niezmiernie.

Tyle wystarczyło Gothowi, aby wkroczyć do domu sołtysa, przylać mu i powiedzieć mu jego winy. Sołtys poobijany i wystraszony, przyznał się, być może licząc na łaskę. Okazało się, że to on z kowalem i karczmarzem uszkodzili posąg. Ja i Ziriel sprawnie doprowadziliśmy do sołtysa pozostałych spiskowców. W obecności wioskowego skryby oraz przedstawiciela tutejszej pożal się Boże „milicji”, przyznali się do winy. Karczmarz wraz z kowalem wprawdzie zaprzeczali do samego końca, ale sołtys wskazał, iż w piwnicy jednego z nich jest odłamany topór z pomnika Lorsha. I tak wszyscy wydali się wzajemnie. Goth ogłosił wyrok.

W wiosce bardzo szybko znalazły się trzy liny oraz trzy pieńki. Lud spragniony widowiska szybko i sprawnie przewiesił liny przez gałęzie drzew, a ja z dużą dozą zadowolenia, po kolei wykopywałem pieńki spod nóg skazańców. Goth i ja nakazaliśmy, aby pomnik został naprawiony czym prędzej. Ludzie z wioski obiecali, że jutro, kiedy tylko murarz wytrzeźwieje, zreperuje zdewastowaną rzeźbę. Ojciec wziął odłamany topór i powiedział, że zawiezie go do kaplicy. Zapytał też Ziriel, czy jedzie tam z nami, ale Elfka odmówiła. Ojciec spojrzał na nią surowo i rzekł „Ziriel to nie jest tak, że można czerpać od Boga, nic w zamian nie dając. Bogowie patrzą i osądzają nasze czyny, a także naszą gorliwość w wierze.” Ziriel popatrzała na niego i zapytała – „Dlaczegóż to twój Bóg jest niby lepszy od innych bogów?” Ojciec z dumą wypowiedział słowa – „Dlatego, iż jest to Bóg walki oraz honoru, jest to Bóg silny, bywa okrutny ale jest sprawiedliwy”. „Przecież Richiter też jest bogiem walki” – odpowiedziała Ziriel. Goth i ja splunęliśmy prawie równocześnie. „To prawie bluźnierstwo wymawiać imię Richitera w dyskusji o Lorshu” – nie wytrzymałem i wszedłem w słowo ojcu. „Widzisz Ziriel, Richiter to też Bóg walki, ale jest też bogiem głupców. Głupców, którzy są wstanie zginąć dla niego w bezsensownej i nieprzemyślanej walce. Richiter z całą masą swych błędnych rycerzyków, którzy są gotowi nabić się na miecze ku jego chwale” – mówiłem z pogardą. „Lorsh jest bogiem walki, ale walki przemyślanej i strategicznie zbliżonej do doskonałości. Celem Lorsha nie jest sama walka, ale walka którą się zwycięża. Walka, do której odchodzi się przygotowanym, skupionym. Dobry wojownik wie, kiedy przeczekać, kiedy zaatakować. Dla wyznawców Richitera liczy się walka, jak oni to mówią, w słusznej sprawie. Ich wiara niejednokrotnie zaćmiewa im umysł i idą w bój na śmierć, której bez ujmy na honorze można by było uniknąć.” Tu me słowa przerwał mój ojciec – „Wiedz też Ziriel, iż nie oznacza to, że w sytuacji bez wyjścia zawaham się oddać życie za Lorsha. Po prostu naszym zadaniem jest unikać tego, przez rozsądne decyzje. Jak najdłużej wszak żyjąc, lepiej służymy naszemu Panu na ziemi, niż będąc nawozem.” Tych słów Elfka nie zripostowała już lecz mimo to nie udała się z nami.

Kiedy dojechaliśmy do kapliczki, posąg przedstawiający Lorsha jaśniał dziwną poświatą. Goth podszedł do niego, po czym przyłożył ułamany topór do figury. Gdy cofnął ręce, pomnik był jak nowy. Uklęknęliśmy, przepełnieni wspaniałym uczuciem, pogrążyliśmy się w modlitwie. W czasie modlitwy moje myśli uciekały do Ziriel. Zastanawiałem się, co mogło by skłonić kobietę tak niezależną jak ona, do tego by zechciała przyjąć wiarę, według której miejsce kobiety jest w domu. Zastanawiałem się jak się czuła, kiedy z pogardą mówiłem do niej ignorując jej imię. Doskonale wiedziałem jak się czuła, z pewnością tak jak ja, kiedy to zapatrzeni w stare poglądy wyznawcy Lorsha, spluwają na widok maga. Czuła się zapewne tak jak ja, kiedy Sven w karczmie szydził ze sposobu w jaki walczą magowie. Może nadszedł czas zmian, może Lorsh zesłał na naszą drogę tą Elfkę, aby pokazać nam, iż kobiety tez doskonale nadają się do walki? Chyba będę musiał porozmawiać na ten temat z ojcem. Byłem zły sam na siebie bo cóż mi dało szydzenie z jej płci? Chyba tylko tyle, że to ja mogłem kimś pogardzać dla odmiany. Prosiłem Boga o otwarty umysł, by sprostać temu problemowi. Po modlitwach udaliśmy się do krasnoludów w celu wyjaśnienia im sytuacji. Po drodze Goth opowiedział Ziriel o cudzie, który miał miejsce w kapliczce. Ziriel wyglądała na zaciekawioną. „Tylko ludziom prawdziwej wiary dane jest oglądać cuda Lorsha, pamiętaj o tym Ziriel”. Przy kopalni opiliśmy się z krasnobrodymi gorzałki, ujawniając jaki to spisek uknuł sołtys. Zdobyliśmy sobie u niech sympatię i w pewnym momencie ich kowal rzekł – „Cóż, posiadłem umiejętność tworzenia specjalnego runu na broni, jest to Run Siły. Musicie wiedzieć, że nie każdemu o tym mówię. Mimo sympatii do was, wykonanie tego to sporo pracy i duży koszt. Dla was mogę zrobić to za 50 złotych centarów. Lecz też nie teraz, jako iż roboty z zabezpieczeniem nowej żyły złota mamy kupę. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy zapraszam, wtedy na pewno znajdę czas by dla was go wykuć.”

Podziękowaliśmy za gościnę i wyruszyliśmy w kierunku fortu Rashimona po nagrodę za szajkę Czerwonego Kciuka.