„Synu nadszedł czas, gdy skończyła się twa nauka” – powiedział Goth. „Można by rzec, że widzę w tym rękę samego Lorsha, że w przeddzień wyruszenia w misję, którą zlecił mi święty Kościół, mogę być tu i zabrać cię na tą wyprawę ze mną.” Słuchałem słów ojca, z uwagą zagłębiając się w jego spokojny, dostojny głos. „Zanim jednak wyjawię ci cel naszej misji, muszę ze smutkiem poprosić, byś do czasu jej ukończenia nie nazywał mnie ojcem. Doprowadzenie tej misji do końca pozwoli mi na awans w hierarchii Kościoła, wtedy już nikt nie będzie kwestionował moich przeszłych czynów, do tego jednak czasu musimy być powściągliwi w okazywaniu sobie uczuć. Pewien człowiek, zdrajca, porzucił naszą świętą wiarę i przyjął nauki Richitera, musimy go odnaleźć.” „I zabić?” – zapytałem. „Postawić przed sprawiedliwym obliczem Lorsha” – odpowiedział mój ojciec. „Widzisz synu, zabieram cię na tą wyprawę nie tylko dlatego. Chciałbym też w końcu cię poznać, zobaczyć czego nauczyłeś się w Akademii. Przez cały czas będę cię obserwował i wskazywał właściwe drogi. Chcę byś wiedział, że podczas całej naszej podróży możesz wyzwać mnie na pojedynek.” Popatrzyłem na ojca zdziwiony, zaraz potem przeniosłem wzrok na jego gigantyczny obosieczny topór. Skłamałbym, gdybym powiedział, że ta brutalna broń nie zrobiła na mnie wrażenia. „Jeśli mnie wyzwiesz i pokonasz” – kontynuował ze spokojem ojciec – „uznam cię za dorosłego i samodzielnego mężczyznę. Oczywiście nie walczymy do śmierci, lecz do momentu, aż któryś z nas się podda.” Wizja wbijającego się we mnie topora jednoznacznie kończyła się moją śmiercią, pomyślałem ze zgrozą. „Co więcej synu, chcę byś wiedział, że topór którym walczę to nasze rodowe dziedzictwo, to broń przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wiedz, że musisz nauczyć się nim walczyć, to tradycja rodu Nathrek.” „To będzie długa podróż” – pomyślałem.
Liczyłem na to, iż w końcu poczuję więź, której tak brakowało mi przez całe życie, a w zamian dostałem porcje kazań i oczekiwań, którym muszę sprostać. Lecz mimo to, wszystkie te słowa wypowiedziane zostały spokojnie, z dużą wiarą w ich słuszność. Być może tak to jest między ojcem a synem. Muszę zrobić wszystko by stać się godnym w oczach ojca, a tym samym i Lorsha. Po kilku dniach dojechaliśmy do karczmy „Zielony Zajazd”, stojącym przy trakcie przebiegającym pomiędzy Lasem Cierni, a okrytym złą sławą, elfim Lasem Leredeon. Mimo, iż kilkakrotnie w życiu jeździłem już tym traktem, jak zwykle z pewną dozą strachu i podziwu zerkałem na majestatyczne drzewa. Plotki głoszą, iż są to największe drzewa na świecie, osiągają nawet do 200 metrów, podobno nawet drzewa w Zielonym Porcie mimo, iż wspomagane magią druidyczną nie są tak okazałe. Leredeon to enklawa elfów, lecz mało kto chciałby się tam znaleźć. Nie znam osoby, która mówiąc o tym lesie wspomniałaby o tym jak to Elfy pięknie śpiewają i tańczą, nikt nie wspomina o umiłowanym przez nich pięknie. Natomiast wszyscy ostrzegą o tym, by tam nie wchodzić, gdyż wejście tam bez zgody mieszkańców równa się śmierci. Bardzo ciekawym faktem, interesującym mnie jako maga, jest Wysoka Magia, którą podobno opanowali tak zwani Wiedzący, władcy elfów zamieszkujących Leredeon. To między innymi dzięki niej, drzewa tego lasu osiągnęły tak monstrualne rozmiary. Może kiedyś uda mi się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat.
Konie zostawiliśmy stajennemu a sami weszliśmy do karczmy. Za drzwiami ukazał się nam ujrzeliśmy ciekawy widok. Sven, bo tak miał na imię karczmarz, którego zdążyłem poznać w trakcie kilku pobytów w jego karczmie, w drodze z Akademii do rodzinnej wioski, przysypiający za kontuarem, dwie jego córy usługujące ósemce jakiś mocno podpitych rzezimieszków. „Witaj Sven” – powiedział mój ojciec. Karczmarz momentalnie się obudził, przymrużył oczy i z uśmiechem na twarzy odpowiedział – „witaj Goth.” Ojciec przedstawił mnie karczmarzowi, który po pewnym umysłowym wysiłku przypomniał sobie moją twarz – „Tak pamiętam, onegdaj stołowałeś się u mnie.” „Słuchaj Sven” – powiedział Goth – „przysyła mnie do Ciebie Klustuss (jak późnej się dowiedziałem bezpośredni przełożony mojego ojca) podobno masz jakieś problemy.” Karczmarz znacząco zerknął w moją stronę. „Gotrek jest ze mną i możesz przy nim mówić wszystko to co powiedziałbyś mi.” Sven przyniósł wybornego piwa, po czym razem zasiedliśmy do stolika. „Widzisz Goth, ostatnimi czasy koło karczmy pojawiła się banda goblinów. To dziwne, bo gobliny mało kiedy zapuszczają się w te okolice i do tego zawsze dostają srogiego łupnia od Wilków. Co więcej dobrze wiesz, że kilkanaście metrów stąd na małej polance stoi posąg Natien. Otóż niedawno coś mnie tknęło i poszedłem na polankę. Jak bardzo się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że ktoś zniszczył posąg. Na tyle ile mogłem naprawiłem go wraz z córami. Jak sam wiesz wśród stałych bywalców mojej gospody krąży legenda, że Natien dba o spokój w okolicy mojej karczmy. Po tym wydarzeniu nie wiem, jakoś wewnętrznie czuję, że to nie tylko legenda. Mimo, iż pomnik odremontowałem, czuję się tak jakby dni były zimniejsze, bardziej ponure, jakieś straszne. Może to tylko starość…” Zastanawiałem się kto i po co miał bezcześcić pomnik Natien. Bogini, która miała opiekować się podróżnymi, była całkowicie neutralna, z tego co wiem nie rywalizuje z żadnym z bogów. Co więcej często przed wyruszeniem w drogę zanosi się krótką modlitwę do niej, niezależnie od wyznania. Wszak każdy chce szczęśliwie dotrzeć do celu, niezależnie od tego czy jest złodziejem, mordercą, czy nawiedzonym paladynem. Ojciec odpowiedział krótko i zwięźle – „Zrobimy co w naszej mocy, by rozwiązać tę sprawę Svenie.” Kiedy Karczmarz się oddalił zapytałem ojca – „Co z tego będziemy mieli?” Ojciec zmierzył mnie surowym wzrokiem i rzekł – „Sven jest weteranem nie jednej bitwy, on już zasłużył się Lorshowi, teraz naszym obowiązkiem jest zapewnić mu spokój i godne życie.” W tym momencie zrozumiałem jak poprzez pobyt w Akademii z dala od Wilków odsunąłem się od tradycji i wiary. „A po drugie – kontynuował ojciec – Sven wie gdzie jest osoba, która ma wiadomości o psie którego szukamy.” „To rozumiem, wiedza to najwspanialsza z możliwych zapłat” – rzekłem. Drzwi do karczmy uchyliły się i wraz z zimnym podmuchem jesieni do środka wkroczyła Elfka. Ziriel, tak do niej zwrócił się po chwili krótkiego zastanowienia karczmarz. Przyglądałem się jej krótką chwilę i o dziwo nie jej uroda przykuła mą uwagę ale ogromna kusza zawieszona na specjalnym pasie, przytroczona na plecach. Dosyć dziwny widok. „Czas udać się na spoczynek synu” – rzekł ojciec. Po odmówieniu krótkiej modlitwy zasnęliśmy.
Ze snu wyrwał nas krzyk przerażonej kobiety, porwałem tylko swoją szablę, ojciec podniósł topór i wybiegliśmy z pokoju w kierunku schodów prowadzących do sali jadalnej. Przed nami wybiegła już elfka, z narzuconą na siebie koszulką kolczą. Szybki rzut okiem na salę, ochroniarz leży w kałuży krwi z dużym sztyletem sterczącym z pleców, Sven leży na podłodze martwy lub nieprzytomny i troje z ludzi pijących w karczmie wtedy, kiedy do niej przybyliśmy, kopie go i śmieje się przy tym donośnie, trzech usiłuje zgwałcić córki karczmarza, a dwóch zalanych w trupa leży na podłodze.
W momencie, w którym zaczynam inwokować czar tarcza, Elfka pomijając schody skacze przez barierkę w dół, zwinnie wyciąga w locie dwa sztylety, ląduje miękko niczym kot i rzuca się na pierwszego z przeciwników. Za sobą słyszę głos ojca – „synu zaczekaj chwilę” – po czym słowa – „Panie pobłogosław nas przed tym bojem.” Czuję jak spływa na mnie nienaturalna siła i pewność siebie. Już w biegu rzucam czar Pomniejsze drążenie Larlocha i czuję to wspaniałe uczucie, kiedy część energii życiowej jednego ze zbirów zostaje wchłonięta przez mój organizm. Widzę, że moi przeciwnicy są pijani lecz mimo to nie tracę czujności, kolczuga została w pokoju i nawet niesprawny pijacki cios może pozbawić mnie życia. Mimo to atakuję zaciekle. Przeciwnicy są jednak bardziej pijani niż sądziłem, mimo, iż walczyłem z dwoma nie są w stanie przebić się przez moja gardę. Walka trwa dosłownie chwilę kiedy to jeden z nich odsłania się na tak długa chwilę, że nawet niewidomy dałby radę go zabić. Moja szabla zwalnia tylko na ułamek sekundy na kręgosłupie, towarzyszy temu zgrzytający dźwięk, który bardziej czuję jako wibracje szabli niż słyszę. Głowa toczy się po podłodze, całe ciało jakby zdziwione stoi jeszcze przez chwilę, bryzgając dookoła fontannami krwi. Drugi przeciwnik pada trafiony, prawie że równocześnie śmiertelnym toporem mojego ojca oraz szybkim wymachem mojej szabli. Biegnący w naszym kierunku trzeci zbir widząc to pada na kolana i zwraca na podłogę zawartość swojego żołądka. Nie ma litości dla kogoś kto występuje przeciw naszym braciom w wierze, szczególnie tak zasłużonym jak Sven. Nieszczęśnik nie zdąża nawet wyrzygać całości tego co zjadł dzisiejszego wieczora, szabla przechodzi gładko przez zgiętą szyję. Krzyczę – „Ojcze mogę!?” – wskazując na dwóch nieprzytomnych zbirów pod stołem. Ojciec biegnący do kolejnego przeciwnika potakująco kiwa głową. Daję sobie rękę obciąć, że pod nosem mówi z dumą w głosie – „mój syn.” Walka kończy się szybko.
Muszę z żalem przyznać, że poniosło nas troszkę. Wszak nauki Lorsha mówią: „Mądrze stawaj do walki, gdy idzie o honor twego Boga, rodziny lub ciebie, wybij przeciwnika, jego rodzinę i wszystkich sprzymierzeńców. Zawsze jednak ocal jedną osobę i rzeknij jej czemu to zrobiłeś – człek ten odda naszej sprawie przysługę większą niż 100 ubitych.” Niestety czasem w ferworze walki, człowieka ponosi. Na szczęście Sven był tylko poobijany, a i córkom, dzięki naszej interwencji, nie stała się większa krzywda. Sven podziękował nam, a szczególnie Elfce. Mój ojciec też podziękował jej za pomoc w boju. Ja milczałem, wszak cóż to za pomysł by kobieta nosiła broń i walczyła u boku mężczyzny. Karczmarz poprosił ojca by odprawił nabożeństwo żałobne, za zamordowanego ochroniarza, który, jak nie trudno się było domyślić z tonu wypowiedzi Svena, był jego przyjacielem. Po uprzątnięciu ciał udaliśmy się na spoczynek.
Kiedy rano wstałem poczułem coś dziwnego, mianowicie energia, którą zużyłem na rzucenie czarów tej nocy, zregenerowała się całkowicie. Skupiłem się na mocy i wyczułem, że gdzieś niedaleko bije jej naturalne źródło. Będę musiał potem to zbadać. Rano kiedy zeszliśmy na śniadanie, córki z ogromnym zapałem szorowały podłogi, stoły oraz ściany z zalegającej na niej posoki. Przy barze stała Elfka wraz z karczmarzem. „O idą właśnie” – rzekł Sven i wskazał ręką w naszym kierunku. „Witajcie, jeszcze raz dziękuję za pomoc. Widzicie, pani Ziriel” – tu wskazał dłonią na Elfkę – „też została wysłana tu aby zająć się goblinami. Pochodzi z lasu Leredeon. Może połączycie siły?” „Hm widziałem cię w walce i nie mam nic przeciwko temu” – powiedział mój ojciec. „Ależ ojcze toż to kobieta” – powiedziałem oburzony, a elfka wypaliła – „A co może u was kobiety siedzą w domu przy garach?” „Skoro wiedziała, że tak jest to po co pyta” – pomyślałem. „Gotreku” – powiedział ojciec – „myślałem, że studiując w Lupis oswoiłeś się z myślą, że nie wszędzie kobiety mile widziane są tylko w domu. Musisz mieć otwarty umysł, widzę że daleka droga przed nami.”
Po obfitym śniadaniu wyruszyliśmy we troje w kierunku polanki z posągiem, przedstawiającym boginię podróżników. Ja, tak jak postanowiłem wcześniej, skupiłem się na źródle mocy i zauważyłem, że wraz ze zbliżaniem się do pomnika, wzrasta ilość otaczającej mnie energii magicznej. Przy samym pomniku miałem wrażenie, że moc źródła jest tak silna, że prawie widzę jej pasemka na płaszczyźnie astralnej. Pomnik faktycznie był zdewastowany, mimo iż stał teraz prowizorycznie naprawiony, prezentował się strasznie. Rozpoczęliśmy poszukiwania jakichkolwiek śladów. Z jednej strony pomnika dostrzegliśmy ślady kopyt oraz wypalony okrag o średnicy około 8 metrów. Pierwsze co wpadło mi do głowy to to, że jest to efekt po jakimś zaklęciu. Niestety nie mogłem zbytnio skojarzyć jaki czar mógłby wypalić w trawie tak równy okrąg. Być może jakiś czar ochronny. Po drugiej stronie posągu znaleźliśmy widoczne ślady goblinów. Zresztą trudno było by ich nie zauważyć. Myślę, że jeśli ktoś kiedyś wpadłby na pomysł zorganizowania turnieju, w którym trzeba by było przejść przez las, zostawiając jak najwięcej śladów swojej bytności, każdy goblin wygrałby te zawody bez specjalnego przygotowania się do nich. W pewnym momencie elfka schyliła się po coś i podniosła z trawy medalik wiszący na rzemieniu. „Mogę to zobaczyć kobieto?” – zapytałem. Elfka zmierzyła mnie zimnym wzrokiem i podała medalik. Na srebrnej blaszce wyryty był rąb z wpisanym w niego słońcem. Gdzieś na końcu świadomości błysnął mi ten wizerunek. Lecz nie umiałem sobie przypomnieć, gdzie już go widziałem.
Ruszyliśmy śladami goblinów. Szliśmy przez las za śladami zniszczeń, małe gałązki, paprocie były karczowane jakby komuś sprawiało to jakąś przyjemność. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, bo do naszych uszu dotarł chóralny ni to śpiew ni to zawodzenie. Elfka powiedziała, że pójdzie na zwiad. Nie oponowałem, wszak wiedziałem, że żyje w lesie i na pewno najlepiej z nas poradzi sobie ze skradaniem. Po chwili przyszła i zdała relację: „Około 15 goblinów odprawia jakiś rytuał naprzeciwko wysokiej trzymetrowej rzeźby jakiegoś wojownika.” Na nasze szczęście wszystko to działo się w sporej odległości od pagórka, z którego mogliśmy to spokojnie obserwować. Ostrożnie podeszliśmy do miejsca, z którego wszystko obserwowała Ziriel. Naszym oczom ukazało się dokładnie to co opisała nam elfka. Przy samym posągu stał goblin, prawdopodobnie uważany za szefa lub kapłana. Ubrany był tak przekomicznie, iż mimo powagi sytuacji i poważnego zagrożenia od strony przeważających nas liczebnie goblinów, musiałem sobie wsadzić pięść w usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Goblin ubrany był w coś w rodzaju ogromnej czapki kucharskiej, z wystającymi z niej z jednej strony pękami trawy, a z drugiej czymś na kształt błazeńskich rogów. Do tego wszystkiego miał stary, połatany we wszystkich możliwych miejscach płaszcz oraz jakiś patyk z wyciętą z czegoś gwiazdką, imitujący różdżkę. Doprawdy widok żałosny i przekomiczny. Zapytałem elfkę czy da radę z naszej pozycji, z kuszy zestrzelić tego komicznego przywódcę. Odpowiedziała, że bez większych problemów powinna trafić. Sugerowałem, że gobliny pozbawione dowodzenia rozpierzchną się i aby elfka w czasie paniki wybiła z kuszy tyle ile zdoła. Tu wtrącił się mój ojciec i rzekł – „To zbyt niebezpieczne synu. W bój idzie się nie po to aby walczyć, lecz po to aby wygrywać. Lorsh uczy nas poszanowania dla strategii, a z punktu widzenia strategicznego jesteśmy na przegranej pozycji. Zatem pozwólcie, że poproszę pana o błogosławieństwo przed walką i poczekamy na dogodniejszy moment. Pokłońcie się i przyjmijcie błogosławieństwo.” Znów poczułem wspaniałe uczucie spływającej na mnie łaski pana. Obserwowaliśmy w spokoju dalszy bieg wydarzeń.
W pewnym momencie błazen z różdżką przestał intonować i wydał jakieś polecenie. Grupa pięciu goblinów oddaliła się w las. „To nasza okazja” – rzekł Goth i zwrócił się do Ziriel – „Czy mogłabyś zakraść się do tych pięciu pokrak i dać nam znać jeśli będą dostatecznie daleko, aby niespodziewanie nie dołączyły do walki?” „Oczywiście” – powiedziała kobieta, lecz nie zdążyliśmy wprowadzić planu w życie, jako że piątka już wracała ciągnąc na powrozie barana. Goblin w śmiesznej czapce zamienił „różdżkę” na młotek i raz po raz walił po głowie barana, aż ten padł na trawę. Dwa gobliny podniosły ogłuszonego barana nad głowę i podeszły do posągu. Ku naszemu zdziwieniu nagle głowa posągu ruszyła się i spojrzała w kierunku barana, a po chwili wróciła do swej pierwotnej pozycji. Wśród goblinów zapanował gwar. Szef wydał im jakieś szybkie polecenia, po czym jeden z zielonoskórych zaczął wspinać się na posąg. W tym momencie niespodziewanie posąg ożył. Jednym ruchem zrzucił z siebie goblina, który przeleciał kilka metrów i roztrzaskał się na pobliskim drzewie, drugi goblin został chwycony i dosłownie rozerwany na kawałki, szef został zgnieciony niczym kulka śniegu, o ile ktoś widziałby czerwono-zielony śnieg. „O cholera to golem” – powiedziałem – „w jakiś sposób aktywowały golema.” A posąg szedł i siał zniszczenie. Przed jego morderczymi ciosami umknęło zaledwie pięciu, może sześciu zielonoskórych. Golem nie zwracając na nic uwagi, ruszył w las zapadając się kilka centymetrów w ściółkę. Kiedy zniknął nam z oczu ojciec rzekł „musimy iść za nim.” „Nie wiem czy to rozsądne” – odpowiedziałem – „patrząc na nas wiem, iż nie posiadamy takiej siły abyśmy mogli mu zagrozić w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o zabiciu go.” W tym momencie dostrzegliśmy jakiś ruch na dole. To jakiś sprytny goblin podczołgał się do tego co zostało z poprzedniego przywódcy, szybkim ruchem porwał z ziemi czapkę i padł w trawie udając martwego. Po chwili kiedy nikt na to nie zareagował zaczął grabić zwłoki. Elfka wymierzyła i strzeliła z kuszy. Mimo swych zapewnień, że trafi bez problemu, chybiła. Goblin znów na chwilę padł w trawę nieruchomy jak kłoda. Zafundowałem mu przypiekanie drążeniem, aż wyskoczył w górę jak oparzony tracąc część skradzionych rzeczy.
Zeszliśmy na dół, wszystkie gobliny z leżących w trawie były martwe. W miejscu gdzie leżał stary szef, kobieta znalazła jakiś pergamin. Zerknąłem na niego pobieżnie, była to jakaś mapa z zapiskami w języku krasnoludów, ale niestety nikt z nas nie zna tego języka. Zaproponowałem, że odczytam to za pomocą magii w karczmie. Ostrożnie poszliśmy wyraźnym śladem golema. Z minuty na minutę teren stawał się bardziej grząski, więc i ślady ciężkiego golema były coraz wyraźniejsze i bardziej głębokie. W pewnym momencie ślad znikł, ziemia była już zalana wodą z pobliskiego bajora, jak okiem sięgnąć ani śladu golema. „Jeśli miał jakiś wytyczony odgórnie cel to będzie do niego zmierzał najprostszą drogą” – powiedziałem – „prawdopodobnie jeśli bagno nie jest na tyle głębokie i gęste by go powstrzymać idzie teraz dalej w tym kierunku pod wodą, on nie musi oddychać. Jest jednak duża szansa, że zostanie w bagnie na zawsze. Nic tu po nas wracajmy i poszukajmy reszty tych pokrak.” Obróciliśmy się i zobaczyliśmy nadbiegających od tyłu pięciu goblinów, a nowy szef wydał im rozkaz do ataku, po czym ukrył się za jednym z drzew. Walka była szybka, nie daliśmy im najmniejszych szans. W międzyczasie przypomniałem sobie, gdzie widziałem znak słońca wpisanego w romb. Był to znak jakim posługuje się pewien potężny mag z Lupis, niejaki Amun Amoun, słynący z tego, iż wykonuje na zlecenia przedmioty magiczne bardzo nietypowe, niejednokrotnie takie, których nie odważyłby się zrobić żaden inny mag. Moja teoria była taka, iż być może potrzebował silnego źródła mocy do jakiegoś ze swych magicznych tworów. Po powrocie do karczmy i zdaniu relacji Svenowi, gdy padły słowa, iż przypuszczam że jakiś mag mógł mieć coś wspólnego ze zniszczeniem pomnika, Sven splunął i niepochlebnie wyraził się o magach. Goth napisał pismo do świątyni opisujące zarówno sytuację przy kapliczce Natien jak i to, iż pozbyliśmy się goblinów. Sven zaproponował nam obfitą kolację. „Nie będzie Ci przeszkadzać obecność maga przy stole?” – zapytałem z przekąsem. Sven zbladł i na krótką chwilę zapomniał języka w gębie. „Nie wypada obrażać gospodarza” – powiedział Goth. „Jak na razie to tylko ja jestem tu obrażany” – odpowiedziałem. Sven szybko dorzucił: „cóż to za walka, żeby z odległości miotać jakieś pioruny.” Tym razem jednak ojciec stanął w mej obronie. „Svenie dużo się zmieniło od czasu kiedy Ty walczyłeś. Lorsh w swej mądrości dostrzegł plusy posiadania magów w swych szeregach. Teraz magowie zostali zaakceptowani przez Kościół. Są to magowie walki. Walczą ramię w ramię z wojownikami.” W tym momencie uświadomiłem sobie jak trudno będzie mi zdobyć aprobatę wśród swojego ludu, który to żyje wspomnieniami dawnych lat, kiedy to magowie byli pogardzani. Mimo, iż potrafię walczyć także szablą, zawszę będę o sobie mówił z dumą MAG, bo wielu było znakomitych wojów, nie wspominając już o wojach kiepskich, natomiast żeby być magiem, nawet średnim, trzeba czegoś więcej niż kawałek żelaza w ręce i kilka prostych pchnięć i gard.
Udałem się do pokoju gdzie w ciszy rzuciłem zaklęcie „Rozumienia języków” i odczytałem zapiski na krasnoludzkiej mapie. Była to mapa opisująca miejsce w pewnej starej kopalni na zboczu Gór Czerwonych. Niestety co jest ukryte w tym miejscu nie wiem, jako iż mapa była stara i znakomita część zapisków została zamazana. Zszedłem na dół do ojca i elfki, podzieliłem się tymi wiadomościami i zaproponowałem „Jako, iż ty kobieto znalazłaś tą mapę, ale razem walczyliśmy z goblinami i do tego ja ją odczytałem myślę, iż będzie uczciwe jeśli razem się tam wybierzemy, oczywiście jeśli jesteś zainteresowana no i oczywiście jeśli ty też wyrazisz taką chęć Panie” – zwróciłem się tak do ojca. Goth odpowiedział „Różne ścieżki stawia przed nami Lorsh, jeśli to jest jedna z nich dlaczego miałbym nią nie kroczyć, ja się zgadzam.” „Ja też” – odpowiedziała elfia kobieta.