No więc wyruszyliśmy w stronę kopalni, którą wskazywała mapa. Podróż przebiegała bez większych problemów, po drodze rozpocząłem uczyć Gorteka walki toporem. No cóż, wojownikiem to on nigdy nie będzie. Wiem, że broń, którą się posługuję jest ciężka i nieporęczna, ale to co on z nią wyprawia, przyprawia mnie o ból głowy. Mam przeczucie, że to nie Gotrek obudzi moce topora… ja w wolnych chwilach modliłem się o powodzenie mojej misji. Przed oczami miałem twarz zdrajcy, pomimo tego, że go nigdy wcześniej nie widziałem. Tak, widziałem wielokrotnie, jak ginie pod ciosami mojego topora, a ja w chwale wracam do świątyni, odebrać należną mi nagrodę. Tymczasem dotarliśmy do ścieżki, która prowadziła do kopalni, której szukaliśmy. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy, gdy na nią wkroczyliśmy, to ślady konnych na ścieżce. Musiało ich tędy przejechać co najmniej kilku i to całkiem niedawno, ponieważ ślady były wyraźne. Trochę to nas zaniepokoiło, ponieważ myśleliśmy, że osada ta będzie pusta. W miarę zbliżania się do osady, zwiększaliśmy naszą czujność, nie będąc pewnym co nas może spotkać.
Ścieżka zaprowadziła nas do celu, przed nami rozpościerała się kotlina, otoczona przez góry porośnięte drzewami. Pośród nich stały domy mieszkalne oraz kilka budynków użytkowych. Zatrzymaliśmy się i zlustrowaliśmy dokładnie okolicę. Ziriel dostrzegła na dwóch dachach domów, przyczajonych ludzi z kuszami. Ja, pomimo mojego nienajgorszego jeszcze wzroku, w ogóle ich nie widziałem. Zastanowiło nas, dlaczego wejście do wioski bronione jest przez ludzi z kuszami, a odpowiedzi jakie nam się nasuwały nie były optymistyczne. Po przyjrzeniu się wszystkiemu dokładnie, postanowiłem, że musimy się wycofać, ponieważ wjechanie do wioski byłoby co najmniej nierozsądne. Odjechaliśmy z zasięgu wzroku i wjechaliśmy w las aby rozbić obozowisko i wyruszyć pieszo na zwiad.
Postanowiliśmy, że Ziriel pójdzie i przyjrzy się bliżej temu co się dzieje w wiosce, a później zda nam sprawozdanie. My w tym czasie przygotowaliśmy obóz i odpoczywaliśmy. Ziriel wróciła po kilku godzinach i opowiedziała nam kilka ciekawych rzeczy. W wiosce najprawdopodobniej przebywają jacyś bandyci, którzy pojmali kilku ludzi i zmuszają ich do jakiś prac w kopalni. Powiedzieliśmy Ziriel, aby udała się ponownie do osady i postarała się dowiedzieć czegoś na temat ich planów i liczebności, a także drogi, dzięki której moglibyśmy dostać się do kopalni. Po ponownym rekonesansie dowiedzieliśmy się, że drużyna ta zwie się Czerwony Kciuk, w osadzie przebywa co najmniej kilkanaście osób i chyba nie mają zamiaru się stąd ruszyć do wiosny. To trochę komplikowało nasz plan dostania się do kopalni, ale nie zniechęciło nas do odkrycia tajemnicy mapy, którą posiadaliśmy. Postanowiłem, że jutro po południu zakradniemy się ścieżką, którą znalazła Ziriel, na drugą stronę kotliny i w nocy zwiedzimy kopalnię, poszukamy tego co jest tam ukryte i spokojnie przed rankiem opuścimy tą osadę. Nie uważałem za celowe atakowanie ludzi w osadzie. Po pierwsze, nic mi nie zrobili, po drugie, mieli znaczną przewagę liczebną i taka walka nie mogłaby się odbyć bez strat po naszej stronie, a ja nie chciałem pochować syna, którego dopiero teraz miałem okazję poznawać, po kilku dniach podróży.
Tak też uczyniliśmy, jednak w kopalni czekała nas niemiła niespodzianka. W komnacie, do której prowadziła mapa, odbywały się właśnie jakieś prace, a my nie mieliśmy żadnych narzędzi, aby spróbować wykopać ukryty tu skarb. Postanowiłem, że poczekamy do rana i rozprawimy się w kopalni z dwoma oprychami, którzy pilnują niewolników, a niewolnikom karzemy wykopać nasz skarb. Tak więc, gdy plan był gotowy, zaczailiśmy się w kopalni na naszych przeciwników. Gdy tylko weszli do kopalni, ze słowami błogosławieństwa Lorsha na ustach, rzuciłem się w wir walki. Niestety przeciwnicy nie stanowili żadnego niebezpieczeństwa, nie wiem co ich tak sparaliżowało. Czy widok wiernego wyznawcy Lorsha atakującego ich, czy może po prostu byli tchórzami, którzy czuli siłę, gdy pilnowali nieuzbrojonych ludzi, ale padli po dwóch moich pierwszych ciosach. Mój atak sprawił, że niewolnicy prowadzeni przez oprychów, błędnie pomyśleli, że przybyłem aby ich ratować. Nic bardziej błędnego. Nie mam litości dla ludzi, którzy pozwalają się chwycić w niewolę i uświadomiłem im to, powalając pierwszego, który biegł w moją stronę bełkocząc coś o wybawicielach. Wraz z Gotrekiem, powiedzieliśmy im, że jeśli im życie miłe, mają wykopać coś dla nas w tej kopalni. Wskazaliśmy im miejsce, w którym mieli kopać i uważnie ich obserwowaliśmy. Po kilkudziesięciu minutach dokopali się do skrzyni, a w niej, ku naszemu głębokiemu rozczarowaniu, były tylko narzędzia górnicze i inne dziwne przedmioty potrzebne do przetapiania rudy. Widocznie ktoś, kto opuszczał kopalnię, ukrył je tutaj, aby nikt ich nie ukradł. Nie sprawiło to wcale, że poczułem się szczęśliwy i postanowiłem wyładować swoją złość na oprychach przebywających w wiosce.
Wiedziałem, że dzisiaj nad ranem część z nich wyjechała na szlak w poszukiwaniu łupu, więc w wiosce nie zostało więcej niż 6 może 7 osób. Zapytałem ludzi, których uwolniliśmy, czy chcą nam pomóc, ale oni, jak to niewolnicy, wystraszeni rozglądali się gdzieś po kątach. Tylko dwóch z nich zgłosiło się jako chętnych do walki, więc reszcie powiedzieliśmy, że mają opuścić kopalnię, a gdy nadejdzie zmrok, to mogą uciekać gdziekolwiek chcą. My tymczasem udaliśmy się w stroną wioski. Walka z tymi kilkoma oprychami była krótka i tylko na chwilę zaspokoiła moją chęć wyładowania się. Postanowiłem, że poczekamy na resztę grupy, w której znajdował się również herszt, William z Orhen. Zaczailiśmy się przy wejściu do wioski i spokojnie na nich czekaliśmy.
Nasze czekanie się opłaciło, bo po kilku godzinach usłyszeliśmy tętent kopyt. Wychyliłem się zza budynku i zobaczyłem, że w naszą stronę jedzie 7 konnych. Ja, Gotrek oraz jeden z uwolnionych ludzi, Andreas, czekaliśmy na nich na dole, a Ziriel z drugą osobą, bardem Miranderem, zaczaili się na dachach budynków, aby ostrzeliwać wrogów z kusz. Jednak herszt grupy nie był takim głupcem za jakiego go uważałem, ponieważ podjechał na kilkanaście metrów przed budynki, a nie widząc swoich ludzi na dachach zatrzymał się i wysłał dwóch ze swoich ludzi aby nas objechali. Wiedziałem, że nie ma na co czekać, ponieważ zaraz wszystko się wyda, więc pomodliłem się do Lorsha i wyskoczyłem zza budynku, szarżując na dwóch pierwszych konnych, z zamiarem dorwania ich wodza. Widziałem, że musi być dobrym wojownikiem. Ubrany był w ciężką zbroję z elementami płytowymi, a dzierżył potężny miecz dwuręczny. Niestety drogę do niego zagrodziło mi trzech konnych, skutecznie nie pozwalając się dostać do niego. Gdy ja zajmowałem się nimi, herszt zsiadł z konia i ruszył w kierunku Gotreka. Byłem zły, że muszę walczyć z jakimiś słabeuszami, zamiast walczyć z ich szefem, ale było ich trzech, a ja sam, więc musiałem się skupić na swojej walce. Gdy już udało mi się powalić dwóch z moich przeciwników, rozejrzałem się i okazało się, że przy życiu jest tyko dwóch z całej bandy, herszt i mój przeciwnik. Postanowiłem, że oszczędzę tego nieszczęśnika, aby opowiadał o tej walce, co przysporzy chwały Lorshowi. Tak też zrobiłem. Wyprowadziłem potężny cios w konia i prawie odrąbałem mu nogę z zamiarem udania się w stronę mojego syna, gdy kątem oka zauważyłem, że zbir spadając z konia dostał z kuszy Ziriel prosto w szyję. Tak więc jedynym żyjącym był herszt, co wcale nie poprawiało mi humoru, ale zgodnie z naszymi praktykami krzyknąłem w jego kierunku aby się poddał.
Tak też się stało, herszt odrzucił broń, krzycząc że się poddaje. Andreas z zawziętością ruszył w kierunku herszta i powiedział, że jest on odpowiedzialny za śmierć jego żony, a on chce się teraz zemścić i go zabić. Nie bardzo mi się to podobało, ale rozumiałem, że Andreas ma prawo pomścić swoją rodzinę, zabijając winnego za to człowieka. Przystałem więc na to, żądając jedynie, aby herszt zdjął cały swój pancerz przed walką, aby były równe szanse. Zanim walka się rozpoczęła pobłogosławiłem Andreasa w imieniu Lorsha i życzyłem mu dobrej walki. Różnica w wyszkoleniu ich była spora, ale dzięki wstawiennictwu Lorsha, Andreas pokonał herszta i pięknym ciosem odrąbał mu prawie głowę. Tak dokonał zemsty za swoją zmarłą żonę.
Postanowiliśmy, że nic tu więcej po nas i wyruszyliśmy w dalszą drogę, obłowieni w dobytek zbirów, w towarzystwie uwolnionych ludzi, którym pozwoliliśmy wrócić do swoich domów. Spieszyło mi się w dalszą drogę, bo widziałem przed sobą cel podróży i zaszczyty, których dostąpię. Niezbadane są jednak drogi, którymi prowadzi swych wiernych Lorsh, a na mojej postawił dwóch wieśniaków, którzy poprosili nas o pomoc. Ponoć ich wiosce zagrażali krasnoludowie, którzy napadali na wioskę i dopuścili się nawet zbezczeszczenia kaplicy Lorsha. Gdy to usłyszałem ogarnął mnie gniew. Nikt nie ma prawa niszczyć żadnej kaplicy, ponieważ są to miejsca poświęcone bogom i my śmiertelnicy nie mamy prawa wyrządzać im krzywd. Sprawa była dla mnie tym bardziej bolesna, że chodziło o kaplicę mojego boga. Ruszyliśmy czym prędzej zobaczyć jak to wygląda i widok okaleczonego posągu Lorsha sprawił, że zobaczyłem czerwone plamy przed oczami. Chciałem dorwać w swoje ręce odpowiedzialnego za to człowieka, czy też krasnoluda.
Od sołtysa Jana dowiedziałem się, że niedaleko stąd mieszka grupa krasnoludów, odpowiedzialna za to zajście. Zostawiliśmy w wiosce konie i z pomocą jednego z wieśniaków, udaliśmy się w tym kierunku. Gdy dotarliśmy na miejsce, a zajęło nam to kilka godzin, nieco ochłonąłem i postanowiłem najpierw dowiedzieć się, jakie motywy kierowały tymi bluźniercami. W wyniku rozmowy jednak moje podejrzenia powoli się rozwiewały i wiedziałem, że prawda nie jest tak oczywista jak przedstawił to sołtys. Postanowiłem wrócić do wioski, ostrzegając jednak krasnoludy, że jeżeli okażą się winni, wrócę i wymierzę im sprawiedliwość. W wiosce wzięliśmy kilku ludzi na spytki i szybko okazało się, że sołtys jest parszywym kłamcą. Tylko to chciałem wiedzieć, udałem się do jego domu i na progu spotkał się z moją pięścią. Gdy go trochę przycisnęliśmy, przyznał się, że razem z karczmarzem i kowalem postanowili uknuć spisek, mający na celu pozbycie się krasnoludów i przejęcie ich kopalni złota. Teraz mogłem zrobić tylko jedno, zwołałem wioskę i w obecności jej mieszkańców ogłosiłem winę tych bluźnierców oraz na mocy moich praw kapłańskich, skazałem ich na śmierć przez powieszenie.
Motłoch jak tylko usłyszał, że mogą kogoś zabić szybko przygotował miejsce, w którym zawiśli szubrawcy. Ja udałem się ze skradzionym kamiennym toporem (jednym z elementów pomnika Lorsha), który znaleźliśmy u kowala w piwnicy, do kaplicy, aby złożyć go na miejscu, dopóki nie przybędzie murarz, który miał naprawić szkody. Jednak nie było to potrzebne Gdy tylko zbliżyłem się do posągu mojego boga, rozjaśnił się on światłem, a ja poruszając się jak w transie, przymocowałem ponownie topór na jego miejsce. Tego południa długo i żarliwie modliłem się z moim synem do Lorsha, dziękując mu za ten cud, który pozwolił mi zobaczyć. Opowiedziałem o tym wszystkim Ziriel i zauważyłem, że zaczyna ona zmieniać zdanie na temat mojego boga. Wcześniej deklarowała, że nie wierzy w żadnego z bogów, ale widzę, że dzięki moim działaniom powoli się to zmienia.
Oczywiście wróciłem do krasnali powiedzieć im, że nie są już podejrzani o ten bezbożny czyn i mogą śmiało przychodzić do wioski, ponieważ nieprzychylni im spiskowcy zostali powieszeni.